Czwartkowy deszcz

Chociaż gdy piszę te słowa to jeszcze nie spadł, ale od rana się chmurzy. Co z tego że termometry wskazują +7 skoro chłodny wiatr i wilgoć przenikają wszystko i wszystkich. Nawet siedząc w gabinecie z włączoną klimatyzacją pokazującą +20 czuje się ten chłód. A jutro czeka mnie bieg i nie mogę się doczekać. Chociaż bardziej tęskniłem tydzień temu. Wtedy w czwartek wieczorem był taki przyjemny chłód. A w piątek rano było właśnie tak jak lubię w zimę: chłodno na początku, ale nie bardzo. Dokładnie tak jak być powinno by nie było mi ani za ciepło ani za zimno. Taka przyjemna pogoda i czuję że jak wrócę do kraju to będę miał opory przed wyjściem na chłód i więcej czasu spędzę w domu na bieżni.

Właśnie dostałem smsa z banku, że moje konto zostało wzbogacone o wypłatę za listopad. Trochę to Lidii zajęło, ale ma dziewczyna darowane. Dzisiaj czeka ją ciężka przeprawa z właścicielką jednego z mieszkań, a kobiecina jest dość mocno niesympatyczna. Wystarczy powiedzieć że już teraz chce klucze do mieszkania które zostało opłacone do końca roku. Nikt w nim co prawda nie mieszka, ale umowa został spisana. Cóż widać w Chinach tak jak i w Polsce ‘umowa jest gówno warta’ cytując Kazika.

I dłubię sobie ten słonecznik w tym przesiąkniętym wilgocią gabinecie powtarzając jednocześnie słówka i zapadm w taki przyjemny letarg spokojnego dnia w pracy. Nie mogę tylko zapomnieć o ostatniej części tego zdania czyli pracy i pójść do klasy 10 o 1055.

Popatrzmy na takiego chińskiego człowieczka, czyli głowa, nogi rozstawione i ręce wzdłuż tułowia, a teraz niech rozstawi ręce i mamy ‘duży’, dodajmy nad nim poziomą kreskę i mamy ‘niebo’, spuśćmy z nieba ‘kroplę’ i mamy ‘strzałę’ a teraz wrzućmy do wszystko do ‘koszyka’ i oto powstał ‘lekarz’.
A jeżeli zamiast jednej kropli dodamy dwie nad ‘niebem’ to otrzymamy ‘zamknąć’.
Weźmy sobie na przykład ‘praca’ czyli jedną kreskę pionową i dwie poziome na jej końcach, dodajmy w jej środku kolejną poziomą i mamy ‘króla’ dodajmy mu ‘kroplę’ między dolną a środkową kreską z prawej strony i mamy ‘jadeit’ a teraz ‘otoczmy’ to wszystko i mamy ‘królestwo’.

I właśnie zadzwoniła Lidia z prośbą bym zadzwonił do niej za 10 minut bo ta Pani właścicielka jest naprawdę okropna i nie chce z nią rozmawiać, więc ucieknie i przekaże sprawę komuś wyżej.
Oddzwoniłem, wszystko w porządku, więc mogłem ruszyć do klasy 10.

Po zajęciach z 10 poszedłem na lunch. Kapuca na głowie i do jedynki marsz. Udało mi się znaleźć miejsce w miarę z przodu, tak sobie usiadłem i jadłem znowu w spokoju. Aż przysiadły się dziewczyny z ósemki, którym ewidentnie brakowało chusteczek by wytrzeć siedzenia. Brakowało dopóki im nie podałem. Ładnie podziękowały i sobie zjedliśmy. Niestety dla mnie było to trochę za mało więc ruszyłem jeszcze po coś słodkiego.

Lidia wysłała smsa i z powodu deszczu przenosiny pralki zostały odwołone. No tak bo mieliśmy dzisiaj przenosić pralkę z tamtego mieszkania do mojego albo Jej, albo do piwnicy. Plan odwołany więc wróciłem do gabinetu i zacząłem powtarzać słówka, oraz uczyć się nowych.

Mała ciekawostka#1 ‘Szkoła’ i ‘sprawdzać’ to te same znaczki, tylko wymowa inna, a ‘szkoła’ to także ‘nauka’ i ‘szkoła’.

Ach…Brigitte dzisiaj wymyśliła taką historyjkę na podstawie obrazków z książki:
mąż i żona mają dziecko, ale dziecko to ciągle je i je i jeszcze więcej je, aż w końcu urosło do takich rozmiarów że zajęło cały dom, więc rodzice uciekli zostawiając je same i dlatego płacze.
Dość makabryczne, ale musicie przyznać że oryginalne.

Pewnie padać będzie cały dzień i całą noc. Mam tylko nadzieję, że nie zamarznę gdy jutro pójdę biegać.

Pod koniec przerwy przykulała się Lidia i dalej się uczyła. Ma w końcu ten egzamin w niedzielę więc nie może dać plamy. Na pewno spisze się na medal w końcu siedzi na tą książką i siedzi. W sumie to ciekawe że ciągle dręczy tylko jedną książkę. Jak na taki straszny egzamin to coś mało materiału, ale może za to książka będzie przerobiona dogłębnie? Naczytałem się w necie o tych chińskich egzaminach, ale nie mam pojęcia ile w tym prawdy. Podobno to typowa pamięciówa, zero jakiegoś logicznego podejścia, wszystko do bólu zgodne z kluczem.

Trzy zajęcia po przerwie przeleciały bardzo szybko, ale jestem wyjątkowo padnięty.
Wieczorem zapanował deszcz i zacząłem żałować że kilka tygodni temu urwałem ten irytujący błotnik bo gdybym go miał może nie musiałbym prać spodni, a tak całe szczęście że mam dwie pary. No i jutro ma już tak mocno nie padać tylko pewnie będzie:
– zimno
– mokro
z zimnem sobie poradzę, z wodą też.

Jeszcze tylko takie jedno wtrącenie o jednej z moich uczennic (zadanie ‘masz trzy życzenia, co byś chciał/a?): ‘chciałabym stworzyć szkołę dla dzieci niepełnosprawnych’. Dziękuję.

LawrenceUpdate#1 Po otrzymaniu dwóch esemesów w ciągu dnia dostałem wieczorem kolejnego z pytaniem co sądzę o Jego ‘zniknięciu’ bo on uważa że czyni Go to chłodnym i odciętym. Ja naprawdę nie mam pojęcia co Lidia Mu powiedziała, ale chłopak wziął to sobie bardzo do serca.

A Japonia…

Skończyłem już zajęcia i tak sobie siedzę i piszę tę dzisiejszą notkę. Zajęcia rozpocząłem od ‘Kopciuszka’, który jednak jest za trudny dla większości klas, więc go sobie odpuścimy i ruszymy bardziej w kierunku rozmów. A w tym tygodniu – ulubiony środek transportu, czyli dlaczego chciałbym mieć samolot.

Jednak za nim dotrzemy do odpowiedzi na to pytanie musimy trochę cofnąć się w czasie. Tak mniej więcej do godziny 930, gdy Lidia prosi mnie bym po lunchu przyszedł i pomógł Jej przenieść pralkę. Tak! W końcu udało się nam przenieść pralkę. Jak? Otóż Pan Sun (Lidia wymienia Go bardzo często, ale niech mnie diabli nie wiem kto to, szef to David to wiem, ale Pan Sun? Król słońce to nie problem, nawet słońce Peru, ale Pan Sun?) powiedział Pani od której firma wynajmuje mieszkanie, że jeżeli nie odda Lidii pralki to ta będzie musiała zapłacić karę. I Ona powiedziała że tego nie chce…Znaczy przetrzymywać pralkę jako zakładnika jest dobrze, ale zmusić kogoś to zapłaty kary jest źle. Pani się wycofała, ale oczywiście pod warunkiem: musicie zapłacić jeszcze 200 RMB. Już nawet nie pytałem jak to uzasadniła tylko spytałem czy nie taniej wyszłoby kupić nową pralkę. Wyszłoby podobnie, ale rozumiem że ta ma jakąś wartość sentymentalną. W każdym razie po lunchu pojechałem i pomogłem przenieść pralkę. Teraz będzie odpoczywać sobie w piwnicy, niech jej tam będzie dobrze.

Z samego rana zadzwoniła Jennifer. Nie odebrałem bo byłem na zajęciach, zadzwoniłem po lunchu, ale tym razem Ona była zajęta, więc zadzwoniła po 16, kiedy to już byłem w domu. I sobie porozmawialiśmy.
– A w sprawie tego drugiego nauczyciela…
– Właśnie jestem w trakcie rekrutacji.
– Pytam bo rozmawiałem z tamtym i myślałem że się zgodził.
– Nie, ale rozmawiałam z szefem i powiedział że gdybyś się zgodził być dalej jedynym nauczycielem to dostałbyś podwyżkę. Powiedziałam mu że nie mogę decydować za ciebie i zapytam.
– Lepiej będzie zatrudnić drugiego nauczyciela, naprawdę.
Już teraz czuję że jestem zmęczony. A w lato będzie mnie nosić by więcej czasu spędzać na rowerze, w biegu, a gdy wstawanie o 5 stanie się przyjemnością to nie będę mieć oporów by biegać tak wcześnie. Jestem członkiem ‘Night runners Katowice’, ale dla mnie bieganie w nocy to nie tyle bieganie późno co bieganie wcześnie. W końcu noc jest długa. Poza tym jeżeli ponownie uda się ustawić plan tak by mieć trzydniowe weekendy to nie ma opcji ale pora ruszać gdzieś dalej i pozwiedzać trochę okolicę.

A teraz pora na…
Klasę drugą.
Czyli zestaw pytań:
– czy w Polsce można mieć broń?
W Chinach nie można posiadać broni. W ogóle. Żaden cywilny mieszkaniec Chińskiej Republiki Ludowej nie może posiadać broni palnej. Nielegalne posiadanie broni i/lub jej handel to kara od 3 lat więzienia (za samo posiadanie!) do kary śmierci. Tak, kary śmierci za nielegalny handel bronią. Tutaj się nie pierdzielą…podrabiasz walutę i na dodatek jesteś na czele gangu podrabiającego walutę – kara śmierci, wielokrotny gwałt na nieletniej (o nieletnim na Wikipedii nie wspominają) – kara śmierci, przemyt broni, narkotyków, materiałów nuklearnych, podrobionej waluty – kara śmierci, handel ludźmi – kara śmierci i takich zbrodni karalnych najwyższą karą jest 55.
– Japonia w czasie Drugiej Wojny Światowej współpracowała z Niemcami, a Oni zaatakowali Polskę, co sądzi Pan o Japonii?
Pytanie postawione bardzo sprawnie :) Aż się uśmiechnąłem. Nie wiem co kierowało ludźmi popierającymi Hitlera w Japonii, bo przecież Oni też nie za bardzo pasują do wzoru typowego aryjczyka, ale widać czasem wyłącza się myślenie. I tak też odpowiedziałem.
– Przed Drugą Wojną Światową w Polsce było wielu Żydów (no dobrze, tutaj potrzebowali mojej pomocy), dlaczego?
Wam chyba nie muszę tłumaczyć, prawda?
– Nowy premier Japonii chce zabrać nasze wyspy i prosi o pomoc USA.
Taaaak. Na te pytania jednak nie odpowiadam, bo tutaj nie ma dobrych odpowiedzi. Japonia przedstawia to inaczej, Chiny przedstawiają to inaczej, a w Polsce cisza. Swoją drogą ciekawe co by USA zrobiło…
– W sobotę ma być koniec świata, jaki sposób końca świata by Pan wybrał: katastrofa ekologiczna, wojna, inwazja obcych, wirus zombie…
No naprawdę, takie pytanie? Wirus zombie, to oczywiste.

Jutro czeka mnie zaledwie godzina biegu, zaraz muszę przestawić budzik i z dużym niepokojem wyczekuję czwartku bo chociaż planuję pójść biegać to nie wiem jak to będzie z ubraniami. Mają one ostatnio straszną tendencję do wolnego wysychania więc zastanawiam się czy nie odpuścić sobie…ale zobaczę, mam przecież koszulki, podkoszulki i bluzę więc powinno być dobrze. A sporo uczniów widziało mnie wczoraj gdy biegałem. Pytają ile biegam i są pełni podziwu. To tylko 17 kilometrów. Dla Nich to AŻ 17 kilometrów, ale mi więcej nie potrzeba, tak ustaliłem i tego będę się trzymać, nie muszę biegać tyle co przed rokiem, ba nie chce biegać tyle co przed rokiem. Martwię się tylko o ten poniedziałek za tydzień bo nie wiem czy uda mi się wyjść pobiegać przed tą naszą malutką Wigilią. Mam nadzieję że tak, naprawdę mam nadzieję że tak. No i mam jeszcze jeden problem bo nie wiem co kupić Liberty. Lidia też pomocna nie była bo powiedziała żebym kupił coś prostego, w końcu to pierwsze święta dla Niego i na pewno nie ma wielkich wymagań. No tak, tylko co? Będę musiał pochodzić trochę po nowym centrum i poszukać czegoś gustownego. A może paka słodyczy? To tutaj zawsze jest dobrym prezentem.

Kolację zrobiłem sobie w domu i powoli, bardzo powoli, zaczynam łapać jak przyprawiać tofu by miało smak. Aż mi się teraz twarzyczka śmieje tak mnie duma rozpiera.

Jeszcze tylko czwartek

I w piątek pójdę biegać.
Klasa trzynasta dzisiaj przysypiała, ale czternasta…nawet przewodniczący klasy był aktywny, aż mnie zszokowało. Jest takie jedno pytanie które chwyta mnie za serce za każdym razem gdy je słyszę:
– A będzie nas Pan uczył w następnym semestrze?
I nieważne jak często odpowiem że chciałbym i nie ważne jak bardzo chcę i jak bardzo to dla mnie ważne, to jednak nie wiem co to będzie. Czuję że będzie dobrze, ale nie mam pojęcia czy moje dobrze okaże się też być ‘dobrze’ dla dzieciaków tutaj.

Pierwszy raz tutaj zdenerwowałem się na klasę. Niestety padło na klasę ósmą która z ulubionej stała się tą najgorszą i nie potrafię dojść do tego dlaczego. Żadna inna klasa nie zachowuje się w ten sposób. Wszystkie są super, nawet jeżeli nie są aktywne na każdych zajęciach to dają z siebie wszystko na co drugich. W końcu nie można oczekiwać że będzie się Im zawsze chciało na pierwszych zajęciach w poniedziałek czy na ostatnich w piątek, albo przed lunchem, czy po matematyce. A dzisiaj klasa ósma mnie po prostu zawiodła. Powiedziałem Im że są naprawdę dobrzy, bo taka jest prawda, to klasa pełna zdolnych uczniów, ale teraz Im się zupełnie nie chce i to też prawda bo siedzą na tych zajęciach zupełnie bez życia i to niezależnie od tego co robię. Dzisiaj nie chcieli nic robić, pomimo tego że mnie zrozumieli. A skąd wiem że zrozumieli? Bo gdy powiedziałem Im że mają to napisać to pisać zaczęli. Tylko te zajęcia nie mają na pisaniu polegać. Jak już w końcu napisali to trochę się wygadali. Strasznie się na nich zawiodłem, ale może teraz się ruszą.

A w klasie trzeciej pierwszy raz odczytałem dwa znaki i stworzyłem z nich zdanie: zamykać drzwi.
Mój chiński ciągle jest w powijakach ale już jest coraz lepiej, jest nawet tak dobrze że zapytałem się Lidii co chciałaby zjeść i powiedziała że chciałaby blabla, którego to blabla nie zrozumiałem ale chodziło o ryż z dodatkami.
I tak zjedliśmy sobie w spokoju. Ciszy i spokoju. Nawet ktoś się dosiadł co się nieczęsto zdarzało ostatnimi czasy.  A potem wróciliśmy do gabinetu i ponownie w spokoju upłynęła nam przerwa na lunch. Lidia trochę się pouczyła, a ja zacząłem pisanie tej notki.

Zajęcia popołudniu poszły świetnie, wszystkie klasy miały mnóstwo, ale to naprawdę mnóstwo energii i chętnie rozmawiały o tym jakie przedmioty w szkole lubią ,jakich nie lubią i dlaczego. No i tak jak w Polsce jeżeli lubią nauczyciela to lubią przedmiot. Bardzo dużo plusów zebrał pozytywnie zakręcony Pan od historii (ten na którego wpadłem w zeszły piątek, który pytał się o Lewandowskiego). Zatrważająco dużo uczniów mówi że nie lubi angielskiego i co gorsza mówią to uczniowie którzy są naprawdę dobrzy. To daje taki spory kontrast gdy ktoś bardzo porządną angielszczyzną mówi że angielskiego nie lubi bo jest trudny, musi się uczyć dużo słówek a nauczycielka jest beznadziejna. Na szczęście niektórzy mówią że lubią i uważają że jest bardzo przydatny. Cieszy mnie to że nawet uczniowie którzy mówią że angielskiego nie lubią pytają się czy zostanę na kolejny semestr bo lubią zajęcia ze mną, czyli to co jest najważniejsze jest takie jak być powinno. Dzieciaki są zadowolone i uczą się czegoś. Jestem bardzo zadowolony.

Po ostatnich zajęciach poszedłem od razu do gabinetu, Lidia pochwaliła Catherine, mówiąc że jest bardzo urocza (skumplowały się gdy Lidia poszła posłuchać Damona), co w sumie też mnie trochę ciekawi, ale widać to ponownie jakaś kalka językowa. Zaraz potem przykulali się uczniowie i obmyślaliśmy plan Wigilii. Będę musiał przytachać drzewko z mieszkania, będzie jedzenie, będą prezenty (bo losowaliśmy i mi przypadł Liberty, który jest niesamowicie ciekawym przypadkiem) i będziemy śpiewać kolędy, a może nawet w coś zagramy.
Dzisiaj ponownie graliśmy w Mafię i za pierwszym razem odpadłem jako zabójca, a za drugim wygraliśmy jako zabójcy. Damon tak siedział z boku i się przyglądał, ale na Wigilii będzie, a że porobię zdjęcia to w końcu Go zobaczycie. Zresztą zobaczycie nie tylko Jego ale i cały nasz gang chodzący na konsultacje.

Do Lidii co chwilę dzwonił szef który chciał żeby przyszła na kolację z szefami szkoły bo jakieś szychy przyjechały, a Lidia wzbraniała się okrutnie mówiąc że iść nie chce, że nie ma roweru, a w końcu wykrzyczała radośnie że nie musi iść. Przysłuchiwałem się temu z boku dziękując w duchu że ja iść nigdzie nie muszę, tylko mogę sobie spokojnie zjeść kolację…owszem mógłbym gdyby nie to że spóźniłem się o 40 minut i wszystkie stołówki były puste. Wszystkie za wyjątkiem trójki. Stoimy i wybieramy, a raczej wysłuchujemy jak Lidia marudzi (liczba mnoga bo poszedł z nami Damon) i gdy Pani w stołówce nakłada jedzenie dla Lidii ta odbiera telefon i Jej twarz się rozpromienia mówiąc że zaraz ktoś po Nią przyjedzie i jedzie na kolację do szefa. No tak…czyli chodziło tylko o rower. Za to my sobie z Damonem spokojnie zjedliśmy i porozmawialiśmy o randkach w ciemno. Mi za to przypadło jedzenie Lidii stąd ten ryż i ziemniak, które oczywiście zostawiłem, ale za to wziąłem placek z jajkiem.

I to by było na tyle z dzisiejszego dnia. Kolejna środa za nami, jeszcze pięć śród w Chinach przed nami. No dobrze, sześć, ale ta szósta będzie spędzona w podróży na lotnisko.

Lawrence

Zacznę od tytułu.
Poszedłem na lunch który zjadłem bez Lawrence’a, wychodząc poszedłem sobie kupić kawałek placka i poszedłem zrobić zdjęcie zamarzniętej kałuży (żebyście nie myśleli że u mnie jest ciepło).
– Cześć!
– Cześć, nie jadłeś jeszcze?
– Nie, właśnie idę. A pamiętasz co Ci mówiłem o jedzeniu tutaj?
– Tak, ale w gruncie rzeczy to się tym nie przejmuję.
Po czym poszedłem sobie do gabinetu, ale tuż przed wejściem do budynku dogonił mnie Lawrence.
– Mogę pójść z Tobą?
– Zjadłeś coś?
– Nie, ale coś kupię i wezmę od kolegów z klasy.
– No chodź, poznasz moją asystentkę bo dzisiaj została w gabinecie i się uczy.
– Ach…
– Lidia to Lawrence, Lawrence to Lidia.
– Mogłabyś mi dać jego adres? Bo byłem tam w weekend ale nie znałem adresu.
– Jak Bart będzie chciał podać Ci adres to Ci poda.
– Lawrence ja mam tylko dwa dni wolnego w tygodniu i naprawdę chciałbym w tym czasie odpocząć.
– Ale to tylko dwadzieścia minut…
– Bart, mogę porozmawiać z Nim po chińsku?
– Oczywiście
(…)
– Bart, jesteśmy przyjaciółmi, przepraszam jeżeli Cię uraziłem. Ja Cię bardzo szanuję i chcę Ci pokazać szacunek, więc jeszcze raz przepraszam. Rozumiem że jesteś bardzo zajęty, a ja teraz muszę iść coś zjeść.
– W porządku, w porządku idź.
– Nie mam pojęcia co mu powiedziałaś, ale dziękuję bo to już się robiło naprawdę dziwne.
– Powiedziałam tylko że może się nie zrozumieliście, że to jakieś różnice kulturowe i żeby uszanował Twój wolny czas.
Nie będę tutaj się bawił w jakieś analizy postaci, ale mam wrażenie że Lawrence’owi kogoś/czegoś brakuje, tyle tylko że ja tej luki Mu nie wypełnię. Teraz gdy usłyszał to od Lidii przynajmniej nie można powiedzieć że coś się zgubiło w przekładzie.

A wychodząc ze stołówki trafiłem na Wendy która akurat wchodziła i jak zawsze z uśmiechem na twarzy i Jej akurat mi brakuje…

Posiedziałem sobie z Lidią, Ona się uczyła, ja się uczyłem, także fajnie. Tylko Ona jest naprawdę chorowita, dzisiaj rano obudziła się z krwawiącym nosem bo miała zapuszczoną klimę i powietrze zrobiło się strasznie suche. Niech ta mama przyjedzie jak najszybciej. Nie dlatego że mam to zaproszenie na jedzenie, ale ktoś się Lidią powinien zająć, bo Ona się przepracowuje.

Następnie kulnąłem się na zajęcia do klasy numer osiem, która oprócz Wendy nie ma w sobie za grosz energii, co jest bardzo dziwne bo to przecież moja klasa, moi ulubieńcy…a jednak ciągle są padnięci na moich zajęciach. I to naprawdę ciągle, tydzień w tydzień. Aż mnie to ruszyło i powiedziałem Lidii, na co stwierdziła że powinienem porozmawiać z Nimi i się zapytać o co chodzi. No tak, ale tyle to ja sam wykombinowałem i zadałem to pytanie i nawet uzyskałem odpowiedź: ‘matematyka’. Wszystkie klasy mają gdzieś tam matematykę, niektóre zaraz po, lub zaraz przed moimi zajęciami więc takie usprawiedliwienie to nie jest usprawiedliwienie.

Po kolacji spotkałem Wendy, ponownie z uśmiechem na twarzy, i zapytałem się o co chodzi, czy może ja coś zrobiłem, a ta próbując coś wymyślić powiedziała że nie, tylko jej koledzy i koleżanki nie zawsze wiedzą co powiedzieć. No dobrze…klasa ósma to na chwilę obecną najsłabsza klasa z tych które uczę, zero energii nawet do żartów, a to już się bardzo rzadko zdarza. Na szczęście jutro pora na zajęcia konwersacyjne więc sobie poradzimy.

Klasa dwunasta za to w końcu obejrzała Śnieżkę i mogliśmy zrobić zajęcia, ale czuję że czeka mnie jeszcze z Nimi nie jedna walka o inny film. Z Nimi mogę walczyć bo to naprawdę porządna klasa, a taki film jako nagroda to żadna strata bo też się z niego uczą a by go obejrzeć muszą się postarać.

Podczas kolacji przysiadłem się do dwóch uczniów, ale nie mam pojęcia czy z moich klas bo Ich nie poznałem. Jeżeli z moich to jacyś tacy małomówni na zajęciach. I porozmawialiśmy sobie o Putinie, który jest tutaj bardzo lubiany i poważany. I nawet wiedzą, że Polska z Rosją to tak nie za bardzo się lubią. Aż mi się głupio zrobiło bo nie mam pojęcia jak układają się relacje na linii Chiny – Rosja. A układają się niesamowicie dobrze jak podaje internet.

Pojawił się też Lawrence, który przepraszał mnie i przepraszał i mówił że różnica wieku, że nigdy nie był za granicą, że wychowywał się w Chinach i dla niego to jest normalne (aczkolwiek jak Lidii powiedziałem o tym że codziennie jemy razem lunch i kolację to aż się dziewczyna skrzywiła) , a ja ciągle mówiłem że jest okej, nie jestem zły, tylko potrzebuję trochę odpoczynku i dla mnie nie jest to normalne. A potem powiedział coś bardzo osobistego o ojcu, matce, bracie i zrobiło mi się Go naprawdę żal, ale nijak nie mogę Mu pomóc. To jeden z takich problemów z którymi musi sam sobie poradzić.

I na tym poprzestańmy bo powoli ten blog zamienia się w opowieść o życiu Lawrence’a i chorobach Lidii.

Rano byłem pobiegać. Ruszyłem przed siebie o 614 i gdy zaczynałem bieg księżyc wisiał na niebie, sklepy były pozamykane, a ludzi na ulicach tyle co kot napłakał, nie ma co nawet myśleć o tym by kupić coś na targowisku, gdy kończyłem bieg słońce już wzeszło, sklepy powoli się otwierały a i sprzedawcy zjeżdżali się na targowisko. A ja biegłem. Wpierw powoli, a  z czasem coraz sybciej i szybciej chociaż wcale tego nie planowałem po prostu tak wyszło. Czasem tak wychodzi że umysł przejmuje władzę nad ciałem i biegnę nie zdając sobie sprawy z prędkości, to taki stan w którym bieg to sama przyjemność, a może nie tyle przyjemność co coś naturalnego, coś co było od zawsze i czego nie wyrzucę już siebie, tak jakbym to ja był biegiem a bieg był mną. Całkowita jedność, żadnego bólu, żadnych kolek, tylko gdzieś tam w tyle głowy kołacze myśl, że trzeba się streszczać bo mamy tylko godzinę, a chciałoby się dłużej bo co to jest taka godzina. Godzina biegu to nic…Dlatego dzisiaj nie dobiegłem nawet do przystanku autobusowego tylko zawróciłem kawałek za policją jeszcze przed sklepem na ulicy i nawet nie obiegłem tego trójkątnego rozjazdu, tylko od razu pobiegłem do domu bo bałem się że mi zabraknie czasu, zostało mi go jeszcze trochę więc zrobiłem sobie powtórny slalom między blokami i mogłem spokojnie wrócić do domu. Już się nie mogę doczekać piątku gdy znowu założę buty i ruszę do biegu. To jeszcze tylko 2 dni.

Poczta

No to tak…rano rzecz jasna nie spotkałem Lidii, ale miałem za mało czasu by napisać jej smsa i zapytać się co się stało. Wszystko wyjaśniło się w czasie pierwszych zajęć. Bidulka urządziła się porządnie i poszła do szpitala (mam podejrzenia że Ona z tym szpitalem trochę przesadza i poszła do jednej z tych otwartych przychodni których jest od groma). A ja prowadziłem spokojnie zajęcia, poopowiadaliśmy sobie bajeczki, poczytaliśmy indiańską bajeczkę i muszę przyznać że niektórzy moi uczniowie mają naprawdę sporą wyobraźnię, na przykład coś takiego (tylko wyjaśnię, mieliśmy dwa obrazki, na jednym dużym Indianin rozmawia z małą Indianką a na drugim niemowlak krzyczy a duży Indian biegnie w siną dal): to mąż i żona, ale dopiero się poznali i są bardzo młodzi, urodziło im się dziecko i ojciec ruszył by zdobyć jabłko dające siłę; albo to: to mąż i żona, urodziło im się dziecko, ale żona umarła, więc ojciec ruszył szukać nowej żony by dziecko nie płakało. No duma mnie aż rozpierała, ale nie tak jak później…

Od mojego ulubieńca ‘Jokera’ dostałem kartkę z życzeniami na Nowy Rok. Trochę za wcześnie, ale widać dostali je tak wcześnie. Dostałem też od uczniów z klasy czwartej, ale zdjęć nie robiłem jeszcze.  Wrzucę pod koniec tygodnia, niech Was ciekawość zżera ;)

Pokulałem się na lunch i w szybie już zauważyłem zbliżającego się Lawrence’a, który trząsł się z zimna jak galareta. Znaleźliśmy sobie ciepłe miejsce i zaczęliśmy rozmawiać.
– Wiesz, byłem u Ciebie na ‘osiedlu’ wczoraj?
– Tak?
– Szukałem Cię, a strasznie wiało.
– Mogłeś…no tak, nie masz mojego numeru.
– No właśnie, a nie wiedziałem gdzie mieszkasz.
– Ale zaraz, skąd właściwie wiedziałeś że to moje osiedle?
– Bo mój kolega z klasy mieszka na tym samym i Cię widzi.
– Ach.
– Na szczęście ma bardzo miłych rodziców i mogłem się u Nich w mieszkaniu ogrzać.
– No to dobrze.
– A słuchaj, w styczniu będziemy mieć trzy dni wolnego.
– Trzy dni? No to super.
– Może pojedziemy do Xuzhou?
– W styczniu? Zimno będzie.
– Zostanie Ci 20 dni tutaj, musisz coś zobaczyć!
– No masz rację, a z Tobą się nie zgubię bo Ty po chińsku się odczytasz.
– No to super.
– A właśnie, mam coś dla Ciebie.
– Co to?
– Miód. Jest bardzo zdrowy i dobry w takim chorobowym okresie.
– Dziękuję.
– Nie masz za co. Musimy o siebie dbać w końcu.
A potem się  pożegnaliśmy i mam wrażenie że ten prezent naprawdę Go poruszył, a to przecież ma się nijak do tego szalika.
Teraz takie kulturowe wyjaśnienie, w Chinach panuje coś takiego co nosi ładną nazwę guanxi a co można najłatwiej wyjaśnić jako sieć wpływów i wzajemnych relacji. W ogromnym skrócie: sprowadza się to do  budowania pozycji poprzez lojalność, uprzejmość i okazjonalne prezenty. A każdy prezent powinien być odwzajemniony. Nie można doprowadzić do sytuacji że się tylko daje, lub tylko dostaje. Jeżeli chce się coś załatwić to mały prezent zawsze jest dobrze widziany. I niekoniecznie muszą być to pieniądze. Wśród bliskich przyjaciół wygląda to trochę inaczej i nie trzeba każdego prezentu odwzajemniać, jednak…no wiadomo, dobrze jest (i to nie tylko w Chinach) się zrewanżować. A poza tym naprawdę fajnie jest widzieć że komuś się prezent spodobał.

No i po lunchu siedzę sobie w gabinecie ucząc się tego skomplikowanego, pod względem wymowy, języka i nagle mnie olśniło, więc pora na mały lingwistyczny wywód:
moi uczniowie nagminnie mówią ‘no thank you’ gdy im dziękuję , a że nie potrafię Im tego z głowy wybić to zastanawiam się dlaczego w Nich to siedzi i dzisiaj zrozumiałem ‘bu xie’ – ‘no thanks’  to Ich odpowiednik ‘nie ma za co’, czyli kalka.  Ha. Taka drobnostka a duma mnie aż rozpiera.

Pojawiła się  Lidia i wyjaśniło się dlaczego Jej nie była. Gardło zaczęło ją boleć i poszła do szpitala (no nie ma opcji, Ona mówi szpital ale ma coś innego na myśli). Stwierdziła że zjadła za dużo zimnych owoców. Tak, a tydzień temu jak Jej mówiłem że głos jej się zmienił to stwierdziła że to nic takiego.
A w ogóle to przyjedzie mama Lidii by się Nią zaopiekować. I tym razem zostałem zaproszony na obiad/kolację. W sumie to dobrze, że ktoś się nią w końcu zaopiekuje bo Ona ma widać za dużo spraw na głowie i to wszystko odbija się na Jej zdrowiu.

Kolejne zajęcia to klasy dwa i jeden. Okazało się że w nich Vicki przerobiła tekst z Indianami o czym poinformowali mnie  sami uczniowie. Ciekawe czemu w poprzednich czterech klasach nikt o tym nie wspomniał. Zapomnieli? Wszyscy? Ale żeby nikomu się nie wymsknęło że to robili? Raczej Vicki nie zrobiła tego wszędzie. No to wyciągnąłem plan awaryjny (bo zawsze należy mieć plan B i C) i zrobiliśmy coś innego. A klasa pierwsza rozprawiła się z tekstem awaryjnym bez problemów, bez najmniejszych problemów i bez podpowiedzi, przy pierwszym słuchaniu. To się nie zdarza. Zaimponowali mi niezwykle, ale ta klasa jest pełna dobrych i bardzo dobrych uczniów, którzy w dodatku są pełni energii i niezwykle chętni do współpracy, z takimi ‘praca’ to czysta przyjemność.

Po zajęciach poszedłem z Lidią do domu, zadzwoniłem do Jennifer by wyjaśnić dlaczego nie dostałem wypłaty (wylądowała na koncie Lidii po raz kolejny) i pojechałem na pocztę.

Hahahahah…
Przepraszam, ale nie mogę (piszę to drugi raz bo komputer się zawiesił więc wybaczcie brak świeżości).
Kupiłem 6 pocztówek, tym razem jednak nie takich składanych, ale tez bardzo ładnych i typowo chińskich. Zapłaciłem i usiadłem by wypełnić. Wypełniwszy uświadomiłem sobie że zapomniałem o kimś, więc zakupiłem jeszcze jedną. Myk tym razem polegał na tym że nie znałem kodu pocztowego, ale uznałem że najważniejsze jest to żeby pocztówka opuściła Chiny, więc napisałem miasto, ulicę, numer domu i kraj. Mam nadzieję że pocztowcy w Polsce sobie poradzą. Poszedłem więc do okienka by dokupić znaczków. Bo oczywiście znaczki trzeba dokupić. Pocztówki w Chinach, jak już dobrze wiemy, są drukowane ze znaczkami więc do przesyłek krajowych dopłacać nie trzeba, przesyłki międzynarodowe powinny być jednak trochę droższe niż niecały juan. Stoję więc w kolejce i podchodzi do mnie Pani która mi pocztówki sprzedała i pokazuje żebym wrzucił do skrzynki, pokazuję jej napis ‘POLAND’ a Ona mówi coś do koleżanki (zapewne pyta się o kraj), ta odpowiada (dość jednoznacznie pokazując na skrzynkę), ja trochę niedowierzając wyciągam słownik i pokazuję ‘POLAND’/’BOLAN’ a Pani się uśmiecha bierze pocztówki i wrzuca do skrzynki. Uśmiecham się, mówię ‘cajcień’ i wychodzę.
Śmieję się dalej jak głupi i sam nie wiem dlaczego. Wyobraziłem sobie  dwa główne scenariusze tego co Pani powiedziała:
1.’ Niech śle i tak nie dojdzie’
2. ‘Jest tutaj jedynym obcokrajowcem, oczywiście że to dostarczymy za niecałego juana’
I śmiałem się całą drogę do domu, ludzie na ulicy patrzyli się na mnie dość dziwnie, ale nie dziwię się im ani trochę, sam bym się na siebie patrzył. Jeżeli to dojdzie…co się nie zdarzy… to wybaczam Chinom ten brak pocztówek i wymuszenie na mnie poczty powietrznej w Xuzhou. Tak mówię że to niemożliwe, ale gdzieś tam w duszy kołacze mi myśl że przecież to są Chiny, tutaj wszystko jest możliwe, a jeżeli przesyłka wyjdzie z poczty to powinno być git. Taka drobnostka a ile radości.

Budzik na jutro nastawiony na 6, ubrania przygotowane, także będzie dobrze! I tak jak mówiłem dzisiaj uczniom: za jedną rzeczą w kraju nie tęsknię, za tym cholernym mrozem i śniegiem (technicznie to dwie rzeczy, ale rozumiecie).

Niedziela i przegapione #13

Zaczynając pisać tego bloga chciałem każdego dnia pisać minimum ~300 słów dziennie. To byłoby takie zupełnie optymalne, takie podstawowe minimum. Bo co to jest 300 słów każdego dnia. To nic, zupełnie nic. Ile to 300 słów? Sprawdźcie pierwsze notki, one miały właśnie tyle. To miało być moje minimum, ale im dłużej tu jestem tym więcej piszę. Word właśnie pokazuje ponad 68k słów. To daje nam średnią ponad 700 słów dziennie. Czyli ponad dwa razy tyle ile planowałem. Mam straszną fiksację na punkcie średnich, więc mam nadzieję że o tym zapomnę bo inaczej będę się starał usilnie pisać co najmniej tyle każdego dnia, nawet wtedy gdy nie będę mieć zupełnie o czym pisać. Pisałem już o tym że bałem się że tak będzie…na końcu tego pliku mam napis ‘Rezerwowe’, czyli pomysły na notki gdy stanie się to czego się boję. Nadejdzie dzień który przyjdzie mi podsumować słowami ‘był’. Tylko takie dni nie nadchodzą, każdy dzień przynosi coś nowego. Czy jest to jakaś rozmowa, czy jakiś obraz. Każdy dzień coś wnosi i pobudza do refleksji. A gdyby nie pobudzał? Kurczę, co by to było gdyby te wszystkie pozostałe dni tutaj były zupełnie jednakowe i na dodatek zupełnie nijakie. Takie właśnie ‘był’. Czy to w ogóle możliwe? Piszę to a wiem, że tutaj też wiele zależy ode mnie, od mojego nastawienia i tego co danego dnia robię. Jeżeli siedzę cały dzień w domu to ciężko oczekiwać by wydarzyło się coś na tyle wartościowego by napisać o tym te ponad 700 słów. Taki obrazek z środy bodajże, Lidia zaczyna:
– Chcesz coś z centrum Xuzhou?
– Hmm…nie.
– Kiedy tak właściwie byłeś ostatnio w Xuzhou?
– Hmm…z dwa miesiące temu, ale nie czuję potrzeby by tam częściej jeździć. Mi wiele do życia nie potrzeba.
– Haha, wiem, wiem.
I to prawda. Wiele mi do (właśnie dobiliśmy do 300 słów) życia nie potrzeba, nie widzę potrzeby wydawania pieniędzy na rzeczy w Xuzhou. Ani nie czuję się na siłach by szlajać się po centrum weekendami. Ktoś może stwierdzić że moje życie sprowadza się do pracy i biegania (czy ja już o tym nie pisałem?), ale nawet jeżeli tak jest to mi to nie przeszkadza tak bardzo. Mam na dysku mnóstwo gier, ale nie odpaliłem jeszcze ani jednej, a jestem tu ponad 3 miesiące (tak, o tym pisałem na pewno). Myślałem że tutaj, w tym konkretnym miejscu na świecie, ludzie będą myśleć podobnie i też będą mniejszą wartość przywiązywać do tego co się ma a większą do tego co jest. I w gruncie rzeczy tak jest, jedynie te auta są zastanawiające trochę.

A teraz pora na przegapione.

Klasy dla zdolnych
Chciałem o tym napisać już od jakiegoś czasu, ale ciągle coś mi wypadało. Skoro jednak dzisiaj zacząłem to dzisiaj skończę. W ‘mojej’ szkole są klasy przeznaczone dla uczniów z trochę lepszymi ocenami. Czyli nie tyle dla uczniów ‘lepszych’ co dla uczniów radzących sobie lepiej na testach. Oczywiście by dostać się do takiej klasy należy dobrze sobie poradzić na teście…lub mieć odpowiednio bogatych rodziców którzy zasilą konto szkoły pewną, wysoką, sumą pieniędzy. Dlaczego? Rodzice w Chinach uważają że jeżeli dziecko będzie przebywać w towarzystwie uczniów zdolnych i pracowitych to ich dziecko także weźmie się za naukę i będzie miało lepsze wyniki na testach, a przez to większe szanse na znalezienie dobrej pracy i poradzenie sobie w życiu. O ile część takiego podejścia jest zrozumiała (nadzieja na lepszą przyszłość), o tyle inna część (podejście do nauki nie udziela się osmotycznie) jest dziwna. Z kolei  twierdzenie że dziecko będzie bardziej zmotywowane do ciężkiej pracy wiedząc że rodzice załatwili mu miejsce w lepszej klasie przy pomocy pieniędzy jest, w moich oczach, najzwyczajniej w świecie naiwne (by nie powiedzieć że są to głupio wydane pieniądze). Może w Chinach faktycznie dzieciaki to motywuje, może świadomość tego że rodzice zainwestowali w Twój rozwój mnóstwo kasy wytworzy pozytywną presję (bo negatywną to wytworzy na pewno) i zamiast myśleć że za pieniądze można mieć wszystko i nie trzeba się tak naprawdę starać dzieciaki zepną poślady i będą siedzieć nad książkami z myślą o tym by dać z siebie jeszcze więcej. Może tak to działa w Chinach.

Lewandowski
W piątek skończyłem zajęcia w klasie 11 i podchodzi do mnie nauczyciel. Patrzy na mnie i mówi:
– Football, today?
– Eee…cold.
– Poland, Lewandowski!
– Dułej (czyli po chińsku tak)
– Dortmund!
– Dułej! Błaszczykowski!
I tak sobie pogadaliśmy trzymając się za ręce po czym Pan nauczyciel poszedł. Uczniowie się śmiali, powiedzieli że ten nauczyciel jest ‘uroczy’, więc uśmiechnąłem się i przyznałem im rację.
Tylko jakiś taki niesmak pozostał. Nie wiem czy uczniowie to wyczuli czy nie, ale ich Pan od Historii był wypity. I to mocno wypity sądząc z oddechu i chęci do rozmowy. Może w Chinach to nic takiego, może były to jego ostatnie zajęcia, jednak coś takiego nie powinno mieć miejsca.

Niedziela…
Oprócz porannego biegu nie ruszyłem się z domu ani na moment. W momencie gdy wskoczyłem w ciuchy domowe, umyty i wysuszony, włączyłem kompa, odpaliłem seriale i zapomniałem o reszcie świata. Nawet słówek nie powtarzałem. Najzwyczajniej w świecie mogłem się lenić cały dzień. I tak się leniłem że zupełnie zapomniałem o praniu które zrobiłem po porannym biegu. Moczyło się przez ładnych 7 godzin. Gdy się wyprało po raz drugi postanowiłem wrzucić je do suszarki, która od początku mojej bytności tutaj działała niewyobrażalnie głośno i brutalnie. I mówiąc brutalnie wyobraźcie sobie sytuację w której wkładacie coś do pralki i wychodzicie a gdy wracacie, po pięciu minutach, pralka znajduje się dwa metry dalej i sprawia wrażenie jakby nic się nie stało. Piszę suszarkę a mam na myśli coś w rodzaju centryfugi (pewnych słów się nie zapomina), lub bardziej po ludzku – wirówkę. Nie jestem przeciwnikiem podróżujących pralek, wręcz przeciwnie, jestem ogromnym zwolennikiem i można wręcz powiedzieć propagatorem ruchu podróżujących pralek (dlatego pomagałem tej która teraz znajduje się w dawnym mieszkaniu Lidii znaleźć się właśnie tam), tylko nie lubię przeszkadzać sąsiadom (bo i Oni nie przeszkadzają mi) dlatego też starałem się wirówki nie używać. Dzisiaj jednak naszła mnie pewna myśl ‘dlaczego to wkładka w środku jest w środku (1000 słów) i co się stanie jeżeli ją wyjmę’. A wiedzieć musicie że ta wkładka (plastikowe kółko) było w środku od momentu gdy się wprowadziłem i gdy Lidia pokazywała jak używać pralki i wirówki niczego nie ruszała. Od myśli do czynów droga nie jest daleka więc wyjąłem wkładkę, która dziwnie dobrze pasowała na górę wirówki i uruchomiłem maszynę. A ta zadziałała tak cicho że nie obudziła by nawet niemowlaka. W ten oto sposób do listy naprawionych tutaj rzeczy należy dopisać suszarkę.
Konsekwencją mojego dzisiejszego lenistwa jest mała ilość zdjęć, ale myślę że mi darujecie.

Poranny bieg był niezwykle przyjemny. Zacząłem za szybko, ale z każdym kolejnym kilometrem zwalniałem i czułem się coraz lepiej. Wybiegałem 17 kilometrów trochę ponad 91 minut, czyli może nie szybko, ale całkiem przyzwoicie i co najważniejsze – czułem się świetnie. Powtórzyłem trasę z piątku i myślę że to będzie moja standardowa wtorkowa trasa. Slalom wokół bloków w stronę starego centrum, nawrót przed elektrownią, lekki podbieg pod górę, nawrót przy szkole i powrót do domu. Powinienem zmieścić się w godzinie bez większych problemów, byleby tylko poranki nie były takie chłodne a będzie super. Brakowało mi takiego wybiegania, takiego długiego mentalnego odpoczynku, tak bardzo mi brakowało że nawet zastanawiam się czy nie pobiec jakiegoś maratonu w przyszłym roku, chociaż obiecałem sobie że teraz pora przede wszystkim na szybkość, bo na wytrzymałość jeszcze mam czas, ona się zwiększa z każdym kolejnym kilometrem więc trzeba męczyć się z prędkością póki jest to w miarę przyjemne…Tylko czy jest sens się w ogóle męczyć skoro takie bieganie daje mi najwięcej frajdy? Chyba nie, bo to w końcu ma być przede wszystkim przyjemność.

Patrząc dzisiaj na mapę potwierdziłem swoje przypuszczenia z wczoraj – park do którego dotarłem jest tym parkiem który google oznaczył jako park.

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak: http://www.endomondo.com/workouts/112215092

Sobota w Jiawang

Jest coś niezwykle poruszającego w ludziach spędzających czas samotnie na otwartej przestrzeni. Podobno jest nawet coś poruszającego w ludziach spędzających czas w ogóle samotnie. Ciężko mi to ocenić bo nie byłem świadkiem takiego zjawiska, ale tak podobno jest. Takie podglądanie samotności, lub pozornej samotności zmusza do przemyśleń, nawet jeżeli nie autorefleksji to przynajmniej chwili refleksji. Patrząc na kogoś kto siedzi samotnie najczęściej myślimy że jest samotny i w konsekwencji smutny. Tak jakby samotność i smutek były nierozerwalnie połączone. A przecież tak wcale być nie musi. Przypomina mi się gdy Ruby powiedziała jak jedna z jej uczennic widziała mnie siedzącego na ławce i pomyślała że muszę być bardzo samotny bo siedziałem sam i to bardzo długo. Wygląda na to że w Chinach nie możesz nawet rozwiązywać sudoku nie będąc podejrzanym o bycie samotnym i smutnym. Tutaj nie ma chwili wytchnienia od ludzi. Nawet w Jiawang, malutkiej mieścinie godzinę drogi do średniej wielkości miasta, miejscu typowo rolniczym, pełnym pustych budynków, mało ruchliwych dróg i pól nie można liczyć na chwilę samotności. Ciągle ktoś się przewija. To nie jest park o 7 nad ranem, to nie jest park o 3 w nocy, to nie jest park o 9 rano w zimie gdy nie ma nikogo tylko ja i droga. Nawet ślady na śniegu są tylko moje. Tutaj zawsze ‘ktoś’ jest. Dlatego dzisiaj tak bardzo poruszył mnie ten Pan siedzący w małym parku na tym składanym taboreciku. Siedział i patrzył przed siebie. I można sobie pomyśleć że siedział tam samotny i smutny bo umarła  Jego żona, dzieci się wyprowadziły i został teraz sam jeden na świecie więc przychodzi do parku gdzie kiedyś razem z Nią przychodzili na spacery bo było to miejsce pełne  ciszy, w tych burzliwych dla nich dniach gdy uciekli od swoich rodzin by potajemnie wziąć ślub po tym jak zakochali się w sobie gdy On stał przy drodze sprzedając ziemniaki a Ona przejeżdżała obok na rowerze. A może zamiast tego przychodzi tam by uciec od domowych obowiązków, które w Chinach przypadają kobietom a dzisiaj akurat nie miał ochoty pójść na ryby. Tylko właściwie to dlaczego nie miałby tam siedzieć i czekać na swoją żonę z którą się umówili że spotkają się w miejscu w którym poznali się wiele lat temu i urządzą sobie piknik na trawie łapiąc promyczki grudniowego słońca? Każda wersja jest równie prawdopodobna.

To teraz trochę o tym jak mi mija sobota. A dziękuję dobrze. Poleniłem się do 12, chociaż to nie do końca prawda bo w końcu wziąłem się za rozpisanie planów do końca mojego pobytu w Chinach i mam to z głowy. Zostało mi już tylko sześć tygodni, czyli dwanaście zajęć. Mało, bardzo mało. A poza tym posprzątałem. Po tym jak tydzień temu olałem sprzątanie w związku z moim kiepskim samopoczuciem w tym tygodniu wyczyściłem podłogi na błysk. Biegać nie poszedłem, postanowiłem dać sobie trochę luzu i zastanawiam się kiedy pójść biegać. Czy lepiej wyskoczyć w poniedziałek po zajęciach czy we wtorek pomiędzy nimi. Wtorek rano odpada zupełnie.  A może…Ale raczej między zajęciami.

Po lunchu, niezwykle ostrym swoją drogą czyli Chińska przyprawa dała radę, poszedłem na spacer. Postanowiłem też wstąpić do sklepu i dokupić orzeszków i kupić wkładki do butów. Nie spodziewałem się kupić swojego rozmiaru i oczywiście nie kupiłem bo nie było. Mam za to krótsze więc palce, albo pięty, będą trochę wystawać, ale z tym mogę żyć.

Tak spacerując po Jiawang natrafiłem na tego psiaka marznącego na dworze. To ten sam który parę tygodni temu tak uroczo ‘pozował’. Strasznie mi go żal bo biedak aż się trząsł z zimna. Nogi dzisiaj zaniosły mnie do nowego centrum gdzie odbywała się promocja czajników elektrycznych i ta Pani na scenie wiła się we wszystkie strony, ale nie śpiewała.

‘Odnalazłem’ także kościół, przed którym Pani uderzała w bębenek.

Idąc dalej trafiłem na taką bramę koło której przejeżdżałem kiedyś, ale tym razem postanowiłe ją przekroczyć i odnalazłem malutki park. Początkowo chciałem przez niego przejść i wyjść na prostą drogę do domu. Niestety po drugiej stronie parku znajdował się mur za którym płynęła rzeka więc nawet gdybym go przeskoczył to nic by mi to nie dało. Obszedłem więc park i dochodząc do wyjścia natrafiłem na tego Pana który mnie tak poruszył.

Tak chodząc po tym olbrzymim placu budowy który na mapie widnieje jako Jiawang natrafiam czasem na drzwi. Drzwi oczywiście są zamknięte, stoją w murowanym ogrodzeniu za którym powinna być budowa, ale nawet jeżeli za ogrodzeniem jest budowa to co jest za drzwiami? Dlaczego zniszczono budynki i zostawiono drzwi? Bo te drzwi prowadzą do czegoś innego niż to co kryje ogrodzenie.
Przez ogrodzenie możesz  przeskoczyć możesz sprawdzić co jest po drugiej stronie wystawiając rękę i robiąc zdjęcie, albo chociażby podciągając się i patrząc, ale drzwi? Nawet jeżeli spojrzymy przez dziurkę od klucza lub szparę w drzwiach to czy zobaczymy to co jest naprawdę za nimi? To co zobaczymy będzie jedynie częścią prawdy, niczym więcej jak wycinek rzeczywistości, jej maleńki fragment. A gdy je otworzymy to wszystko co jest za nimi przestanie być tajemniczą i stanie się rzeczywistością. Tylko wtedy pojawia się pytanie, kto tak naprawdę jest po drugiej stronie drzwi…

Zdjęcia z kolacji nie ma bo chociaż ją zjadłem to jej nie przygotowałem. Ot wyjąłem paczkę kiełbasy z sezamem i zjadłem. Do tego jeden kawałek tofu i już. Za to jutro będą zdjęcia bo jutro tofu będzie przygotowane. Mam nadzieję że dzisiejsze zdjęcia psów wynagrodzą Wam ten brak pożywienia.

Gwiazdy na niebie

Adam!
Deszcz odrodzony…gdy zacząłem pisać tego bloga chciałem od razu wyjaśnić o co chodzi, potem uznałem że wyjaśnię gdy nie będę miał o czym pisać, a teraz myślę że może wyjaśnię gdy wydrukuję bloga i wyjaśnię to we wstępie…a może nie wyjaśnię? Bo to przecież jest trochę intrygujące, dlaczego deszcz i dlaczego odrodzony…Podoba mi się Twoja wersja, bardzo prawdę mówiąc. Pisałem że Lawrence to teraz ‘śnieg odrodzony’? Chyba pisałem…

Teraz przypomniała mi się taka historią z, chyba, czerwca. Biegłem sobie w swoim parku, a żeby nie zwariować zmieniłem trochę trasę i biegnę…a tu nagle z naprzeciwka biegnę ja. Tylko starszy. Czapka ta sama, spodnie te same, buty to moje wysłużone lunarglide’y w których przebiegłem pierwszy maraton, nawet koszula z drugiego biegu rodzinnego z obciętymi rękawami (po tym poznałem że to ja, bo tylko ja mam koszulę z obciętymi rękawami) i tak biegliśmy po przeciwnych stronach, ja w jedną stronę, drugi ja w drugą. Młodszy ja z niedowierzaniem patrzył na starszego zamiast pod nogi i zaliczyłem korzeń, pozbierałem się, spojrzałem za siebie, ale starszego mnie już tam nie było.

Nieplanowana przerwa, przepraszam, już wracam do tematu.
W tym co mówisz może być wiele prawdy, zwłaszcza że mnóstwo, ale to mnóstwo uczniów mówi że szkoła/klasa to ich rodzina, bo to przecież z nimi jedzą, śpią i spędzają cały czas. Rodzinę spotykają tylko raz w miesiącu (a teraz raz na tydzień, ale wyjeżdżają w soboty popołudniu i wracają w niedziele popołudniu) i tak przez 9 miesięcy w roku (miesiąc wakacji zimowych i 2 miesiące letnich), więc szkoły stają się takim małymi koszarami przygotowującymi ich do pracy.
Zasadniczo to Oni tutaj pewnie znają jedno słowo –  ‘friend’, ale chyba im więcej nie potrzeba bo tutaj naprawdę każdy dla każdego stara się być przyjacielem. Chociażby ten szalik, albo te wieczorne spacerowanie po szkole i rozmowy o życiu. To po prostu jest jedna wielka rodzina w której każdy o każdego dba. Za to nadużywają ‘love’, ale to jest wina języka chińskiego w którym ‘kochać’ i ‘lubić’ są niezwykle blisko siebie znaczeniowo. Bardzo mnie to ciekawiło więc zapytałem się i Lidii i uczniów i ładnie mi to wyjaśnili, a teraz ja wyjaśniłem i wszyscy  już to rozumiemy.
I tak między nami mówiąc, cieszę się że nic Ci się nie stało, pamiętam z początków naszej znajomości że też byłeś po solidnym wypadku, więc chłopie uważaj na siebie.

A w klasie 9 zagadała mnie Brigitte:
– Będzie nas Pan długo uczył?
– Taką mam nadzieję.
– Ale Pan nie wie…
– Bardzo chcę…
– My też chcemy.
– Ale…
– To skomplikowane?
– Tak, to skomplikowane. Bo w dalszym ciągu nie mam kontraktu na kolejny semestr, ale naprawdę bardzo chcę tu zostać.

A potem poszedłem biegać i zapomniałem o tym wszystkim…o tym że nie mam kontraktu, że chciałbym już wrócić i pobiegać po parku, że wkurzył mnie ten tydzień i o innych rzeczach. Przez tę godzinę z małym hakiem byłem znowu wolny. I owszem łapała mnie kolka, ale to chińska kolka do której przywykłem i w ogóle nie czułem zmęczenia mięśniowego. Ciało też już się nie mogło doczekać.

Lunch w domu i najadłem się porządnie. Lubię te swoje domowe obiady. Nikt mnie tak nie nakarmi jak ja się sam karmię.

Powrót do szkoły i 13/11/12/14. W 13 nie udało się odtworzyć filmu więc sobie porozmawialiśmy, w 11 nawet nie próbowałem tylko od razu rozmawiałem, za to 12 dostała ten film i ponownie Śnieżka skończyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Czternastka też dostała film, w końcu obiecałem bo dzieciaki spisały się ostatnio na medal.

Po zajęciach oczywiście na kolację do jedynki i trafiłem uczniów z klasy numer dwa (a może to jedynkowcy? Chyba dwójka jednak, bo jedynka to Nobby), zapytałem czy mogę się przysiąść:
– Oczywiście.
– Nie lubi Pan warzyw?
– Jadłem to wczoraj…
– Pyszne nie jest…
– Ano nie jest.
– Słyszałem że prezydent Polski zginął w samolocie dwa lata temu.
– Tak.
– A razem z nim ponad 90 osób.
– Tak jest chłopaki. To był bardzo smutny dzień.
– A ten nowy prezydent to taki gruby jest…
– Hahaha…no nie da się temu zaprzeczyć.

Gdy tak sobie jadłem czekał na mnie Lawrence i ponownie poszliśmy sobie pochodzić po szkole.
– Będzie mi smutno w czasie wakacji zimowych.
– Czemu?
– Bo tu wszyscy jesteśmy jak wielka rodzina, poza tym ciebie też nie będzie.
– Ale wrócę, a jak nie wrócę to mam twoje qq i będziemy w kontakcie nawet gdy będę w Polsce, muszę ci podrzucić linka do strony z moimi zdjęciami to będziesz mógł oglądać co robię.

Pożegnaliśmy się i popatrzyłem w niebo…a tam gwiazdy. Pierwszy raz w Chinach zobaczyłem gwiazdy. To dobry znak więc ruszyłem na zakupy. Najpierw sklep pod domem. Bób, mleko i inne pierdoły. Do domu, zapakować wszystko i kolejny sklep: orzechy, warzywa i sklep trzeci: mięso, reszta warzyw, picie, inne mięso, tofu, przyprawa (w końcu zdecydowałem się na jakąś przyprawę) i można wracać do domu. A raczej do Pana Obwoźnego, który nie miał ani jabłek ani mandarynek, więc musiałem zadowolić się bananami, gruszkami, limonkami, słonecznikiem (został mu już tylko jeden worek…) i niczym więcej. Po jabłka i mandarynki poszedłem do sklepu pod domem. Także piątkowe wieczory są niezwykle pracowite. Trzeba obskoczyć tyle sklepów żeby kupić tylko kilka rzeczy. A w gruncie rzeczy mógłbym na to machnąć ręką i wszystko kupować pod domem, ale nie można się aż tak ograniczać.

Z niepokojem patrzę na jutrzejszą prognozę pogody bo zapowiada się naprawdę chłodny dzień a aż chciałoby się wyjść pobiegać. A w sumie to czemu nie…Zobaczymy jak to będzie jutro. A teraz już kończę bo chciałem napisać tylko kilka zdań a skończyło się na półtorej strony i ciągle siedzę w ubraniu w którym przyszedłem z zakupów. To już nałóg. Dobrze chociaż że ktoś tego bloga czyta bo inaczej byłby bo nałóg pisany do szuflady.

Czwartkowe okienka

Czwartki to dni męczące, ale ten dzisiejszy był inny. Dzisiejszy czwartek był przyjemny, a kończy się tak że aż chce mi się skakać. Chociażby dlatego warto napisać o nim kilka słów.

Na pierwszy ogień klasa 9 i ponownie Lidia nie przyszła, uczy się do tego egzaminu który ma za rok dopiero. Zajęcia poszły bardzo sprawnie, dzieciaki się rozgadały, więc fajnie. Następnie, już w dwójkę, poszliśmy do klasy 10. I tam powtórka z wczoraj czyli rozdawanie dwóch stron z angielskimi przysłowiami i powiedzeniami, które były pomysłem Lidii. No i tak standardowo dzieciaki na nie popatrzyły posłuchały co z nimi zrobić i nawet kilka się zapytało o znaczenie a potem sobie pogadaliśmy, więc ciągle na plus.

Jeszcze w przerwie Lidia powiedziała żebym wziął resztę tych kaczych szyi bo się zmarnują. No to wziąłem z myślą że wszamam je jutro na obiad. Podgrzane. I przy okazji zachęcam do odwiedzenia galerii gdzie możecie pooglądać zdjęcia. Staram się im nie przyglądać bo myślę że straciłbym apetyt.

Lunch…Na lunchu wypatrywałem Lawrence’a z nadzieją że może źle przeczytałem wiadomość i jednak się pojawi. Nie, nie pojawił się i miałem okazję zjeść lunch w samotności. Pierwszy raz od dawna prawdę mówiąc. I tak trochę mi tego brakowało. Fajnie jest sobie pogadać przy obiedzie, ale fajnie jest sobie też pobyć samotnym w tym tłumie nastoletnich chińczyków. O ile można być samotnym gdy dziesiątki par oczu są zwróconych na Ciebie. Na szczęście po trzech miesiącach nie budzę już takiego zainteresowania jak kiedyś i nie przykuwam uwagi gdy jem w stołówce. Z jednej strony cieszyłem się dzisiaj że mogę zjeść w wewnętrznej ciszy, ale z drugiej żałowałem że Oni jednak nie próbują i nie chcą ze mną porozmawiać. W sumie…w taką pogodę to nawet Ich rozmowy jakoś ucichły. Klasy są jakieś bardziej ściśnięte i ludzie niby bardziej zamknięci w kurtkach ale to chyba tylko taka metafora bo bardziej zamknęli się w sobie i opatulili się grubą warstwą ochronną nie tylko przed zimnem ale także przed innymi ludźmi. A może po prostu się wstydzą?

Po lunchu poszedłem w stronę sklepiku i kogóż to widzą moje oczęta? Oto i Lawrence…i teraz mnie olśniło…W wakacje pokonał mnie Wawrzyniec, więc teraz w Chinach dostałem szansę by się z Nim zaprzyjaźnić i zamiast w przyszłym roku stanąć z Nim nie do walki ale do współpracy…A wracając do Larence’a to powiedział że nie poszedł do jedynki bo nie czuł się najlepiej i nie chciał mnie zarazić. Razem poszliśmy do sklepu, kupiłem sobie napój sezamowy (strasznie tutaj drogi, ale kubek mi się już zużywałem więc potrzebowałem czegoś z innym kubkiem) i lizaka. Pogadaliśmy chwilę i wróciłem do gabinetu.

A tam czekały na mnie dwie wiadomości. Jedna od firmy z wtorku i jedna od firmy z soboty. W pierwszej stwierdzili że bardzo mi dziękują ale jednak zdecydowali się  na kogoś innego (i w sumie to dobrze, bo najlepszego wrażenia na mnie nie zrobili), a z drugiej że są jak najbardziej za i już chcą się zająć papierkową robotą. Także jest dobrze, mam już dwie takie poduszki bezpieczeństwa. Bardzo mnie to pozytywnie nastawiło, zwłaszcza że ta druga jest całkiem fajna. Owszem w miejscowości większej, trochę chłodniejszej ale zaledwie półtorej godziny pociągiem od Pekinu. I to tanim pociągiem. Mniej godzin, mniejsze klasy, zajęcia przygotowane, ludzie poprzydzielani do grup według testów, czyli jak na Chiny bardzo porządna szkoła. I pewnie mają ogrzewanie. A naładowało mnie to energią bo musiałem przygotować lekcję demonstracyjną. No i ‘dała radę’.

Po lunchu 1/2/4 i porozdawałem kartki a potem uznaliśmy w każdej klasie że obejrzymy sobie film. I się trochę pośmialiśmy. Lidia na nas krzywo nie patrzyła bo pojechała do Xuzhou. A w klasie drugiej i czwartej powiedziałem że to sprawdzian.  I łyknęli to jak małe pelikaniątka. Na szczęście potem zobaczyli co to i zaczęli się śmiać.

A po zajęciach kolacja i do tofu wziąłem zieleninę. I tak mnie wyszło 3.3 RMB. Gdy tak sobie jadłem w ciszy i spokoju wpadł Lawrence.
– Wiesz, zostało mi już tylko 6 tygodni…
– To bardzo krótko.
– Tak, bardzo. Bardzo chcę tu zostać.
– Wiesz, niezależnie od tego czy zostaniesz to przeżyłeś niesamowitą przygodę.
– Tak, ale nic się nie bój. Mam Twój numer, więc będziemy w kontakcie.
– A słuchaj, moja asystentka dostała od swojej znajomej takie coś.
– Co to?
– Kacze szyje. Chcesz?
– Nie…nie lubię mięsa prawdę mówiąc.
– Ach…to podobno wielki przysmak.
– Może…ale to chyba powinno być podgrzane.
– No właśnie mnie też to dziwi i to samo jej powiedziałem. A ona stwierdziła że nie musi i jadła to zimne.
– Jest zimno więc nie powinno się jeść tego na zimno, ale różni ludzie lubią różne rzeczy.
– No jasne…Wiesz co? Nie ma na świecie pieniędzy które przekonałyby mnie do przeprowadzki do Harbinu.
– No tak, tam jest bardzo zimno. Za to w Wuhan nawet w zimę jest 10-15 stopni.
– W zimę to super, ale w lato bym chyba nie wytrzymał.
– Wiesz, czasem jak rozmawiam z ludźmi to mówią że widzą jak biegasz.
– Tak?
– Mówią że widzą takiego wysokiego białego, ale masz podobno całą twarz zasłoniętą.
– Hahaha…tak.
– Dlaczego?
– Usta mam zasłonięte bo przez usta oddycham i muszę chronić gardło. A głowę mam osłoniętą bo gdy nie mam to łatwo mogę się pochorować.

Dzisiaj czeka mnie jeszcze jedna rozmowa. Przełożona z poniedziałku gdy Pani nie przyszła, przełożona z środy gdy napisaliśmy sobie ‘Hi’ a po 30 minutach be żadnej reakcji postanowiłem sobie pójść. Pani jednak zaskoczyła mnie swoją upartością. Po godzinie jak sobie poszedłem wysłała mi smsa, na którego już nie odpisałem, po czym rano wysłała mi kolejnego z pytaniem czy wszystko jest w porządku bo się martwi. Umówiliśmy się więc dzisiaj na kolejną próbę i zobaczymy. Ta szkoła ma trochę inne podejście bowiem w niej uczy się innych przedmiotów po angielsku, ale co ciekawe nie są potrzebna uprawnienia z tych przedmiotów. A może mają też szkołę językową? Dzisiaj powinienem się dowiedzieć.

A dlaczego cieszę się jak dziecko? Bo jutro jest piątek. A to oznacza że jutro idę biegać. I zgodnie z obietnicą koniec interwałów, a jedynie spokojne klepanie kilometrów. Styczeń będzie popierdzielony, mam nadzieję że także luty więc na jakieś inne cuda nie ma się co nastawiać.

Mafia

Zacznijmy jednak od smsa o 740, bo Lidia napisała że się spóźni bo musi odebrać przesyłkę. Czyli dwie pierwsze lekcje ponownie prowadziłem sam. Dzieciaki się rozgadały więc duży duży plus. A potem poszedłem do gabinetu i spotkałem Lidię zajadającą jakieś mięso:
– Byłam to odebrać, dostałam od znajomej. Skosztuj.
– Ale to nie jest pies?
– Nie!
– Ani kot?
– Nie!
I tak żuję i żuję…
– Dobre, prawda?
I żuję…zimne mięso przyprawione dość solidnie, ale trochę kościste.
– No dobre…
– To kacza szyja. Wielki przysmak w Wuhan, stolicy Hubei. Jakbyś tam pojechał to mógłbyś to kupić wszędzie, ludzie to jedzą jako przekąskę siedząc przed telewizorem.
– I to naprawdę nie powinno być gorące?
– Nie. Może być, ale chłodne jest bardzo popularne.
Co kto lubi, kacze mięso nigdy mi nie podchodziło, poza tym dzisiaj jestem strasznie, ale to strasznie negatywnie nastawiony do świata. Jakaś taka aura nieprzyjemna…Nie wiem czy to z powodu tej wymuszonej przerwy biegowej (w piątek pójdę biegać na pewno, bo już wszystko jest okej) czy z jakiegoś innego powodu, ale jest tak jak jest i muszę się z tym pogodzić. Jedyne co mogę zrobić to wyrzucić całą tę złość i znowu patrzeć z optymizmem na świat. Innymi słowy nie mogę doczekać się piątku kiedy znowu zawiążę buty i pójdę klepać kilometraż. Interwały w taką pogodę to zdecydowanie nie moja bajka. Nigdy ich nie stosowałem w zimie i zmieniać zwyczajów nie zamierzam.
Zwłaszcza że robi się coraz chłodniej. Rozumiem że nie mogę narzekać bo w Polsce leży już śnieg i można nieźle zmarznąć, ale tutaj też jest zimno. Różnica między dniem a nocą sięga 15 stopni. Straszna sinusoida.

A że to okres chorobowy i dzieciaki padają jak muchy mówić nikomu nie trzeba, najlepszym przykładem jest Lawrence którego dzisiaj nie spotkałem w porze lunchu i tak sobie pomyślałem ‘ciekawe czy się chłopak pochorował’. Odpowiedź uzyskałem od razu po włączeniu komputera i sprawdzenia wiadomości na qq ‘Bart, przeziębiłem się wczoraj, więc do końca tygodnia nie będę chodził z Tobą na lunch, uważaj na siebie.’ To urocze że nawet w stanie chorobowym myśli o mnie i chce żebym uważał na siebie i się nie rozchorował. No to musze uważać, prawda?

A potem mijają kolejne zajęcia i nagle Lidia mówi że boli ją ząb bo ostatnimi czasy je bardzo dużo słodkiego. A wczoraj wieczorem to zjadła trzy czekoladowe batony bo tak jej smakowały…Na moje oko to próchnica ma się tam całkiem dobrze  i cukier jej bynajmniej nie pomaga.
Z ostatnich zajęć się urwała bo musiała iść się uczyć. Jej znajomi tyle się uczą, a ona nie chce pozostać w tyle.

No to tyle o Lidii, jej diecie i pracy. Mówię, jestem strasznie negatywny dzisiaj więc może przedstawiam coś w jakimś niepozytywnym świetle. Jak mi przejdzie to przedstawię raz jeszcze w bardziej pozytywnym.

To właśnie w takie dni najbardziej brakuje mi książek. W takie dni kiedy jest już za zimno by ruszyć wieczorem na rower czy zwyczajnie na spacer. Kiedy pod ręką mogę postawić sobie kubek gorącej herbaty i powoli łyk za łykiem i strona za stronę zanurzać się głębiej w inny świat.

Albo odpalić konsolę i dać się ponieść. Jeżeli tu wrócę to na pewno wrócę z konsolą. Teraz mogę spokojnie odpalić jakąś grę, mogę grać w kilkadziesiąt gier na GBA jakie mam na dysku, tylko kwestia jest taka że mi się zwyczajnie nie chce. Nie czuję się na siłach by uruchamiać cokolwiek i poświęcać swój czas na gry. Nie dlatego że uważam to za marnotrawstwo, bo nigdy nie stwierdzę że gry to marnowanie czasu. Najzwyczajniej w świecie wolę odrzucić głowę do tyłu i obejrzeć jakiś serial, albo odpalić memrise.com i uczyć się chińskiego.

Zdaję sobie sprawę że moje życie tutaj jest dość minimalne, ale w gruncie rzeczy oprócz książek niczego mi nie brakuje. Pewnie gdyby było lato to nawet z internetu mógłbym zrezygnować bo miałbym się czym zająć. Brakuje mi tylko biegania…Ach to uzależnienie.

No dobrze, ale w końcu niech będzie o tej mafii. Jest taka gra zwana mafia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_w_mafię) w którą dzisiaj graliśmy na konsultacjach. Lidii podobała się bardziej niż dzieciakom, ale to pewnie dlatego że było nas tak mało. Raptem sześcioro plus sędzina. Kto wie może jeszcze zagramy.