Wigilia w Chinach

Moi drodzy. Gdy piszę te słowa siedzę jeszcze w szkole bo okazało się, że nie wiadomo w gruncie rzeczy kiedy przyjdą uczniowie, więc czekamy teraz z Lidią. Lekcja siódma to czas sprzątania w klasach, a lekcja ósma to odpowiednik naszej godziny wychowawczej. Co prawda poprosiliśmy Ich by przyszli w czasie lekcji siódmej, ale jak to będzie to się dopiero okaże. W dodatku po lekcji ósmej, i to pewnie grubo po, mamy udać się na jakąś wspólna kolację z innymi nauczycielami angielskiego i dyrekcją. Także teraz pozostaje mi jedynie czekać.

A dostałem dzisiaj prezentów bez liku. I od razu ciekawostka, w Chinach z okazji Świąt Bożego Narodzenia daje się jabłka. Dlaczego? Otóż jabłko jest w wymowie podobne do Wigilii Bożego Narodzenia i na dodatek jest symbolem spokoju, szczęścia i dobrych życzeń. Także jabłka – super.

Słodkości też, bo w końcu słodkie to zawsze dobry prezent. Wręcz doskonały dla mnie :)
Dziewczyny z klasy drugiej sprezentowały mi wielkiego Mikołaja, z którym jeszcze nie wiem co zrobię, ale jest świetny. A od dziewczyny z klasy trzeciej czapkę mikołajkę , a chciałem sobie taką kupić w sobotę. Dobrze więc że nie kupiłem. Możecie wierzyć lub nie, ale nauczyciel w czapce Mikołaja jest jeszcze bardziej interesujący dla swoich uczniów.

Na lunch zrezygnowałem z pierogów i wziąłem to co zwykle. W czasie lunchu przyszedł też Lawrence i sprezentował mi czapko-szaliko-rękawiczki, które możecie zobaczyć w galerii, oraz herbatę i czekoladki. Oraz list. Listu nie przytoczę bo był bardzo osobisty, ale przytoczę rozmowę:
– Wiesz, zrozumiałem coś.
– Tak?
– Mam jeszcze ojca. Jestem zdrowy. Gdy jest mi zimno mam co ubrać. Gdy jestem głodny mam co zjeść.
– No właśnie, tak powinieneś patrzeć na świat, szukać w nim pozytywów.
– Właśnie tak chcę robić. Chcę myśleć tak jak Ty. A teraz lecę bo muszę się uczyć.
Także o Lawrence’a możemy być spokojny, chłopak sobie w życiu poradzi.

I wiecie co? To nie jest tak że cała klasa się zrzucała na prezent, po prostu niektórzy uczniowie chcieli coś dać od siebie. Tak po ludzku. Wyobrażacie to sobie w Polsce? Żeby uczeń dał coś od siebie nauczycielowi i to zupełnie bezinteresownie…Mnie to wręcz onieśmiela, bo głupio mi przyjmować te wszystkie prezenty nie mając się czym odwzajemnić, ale tak widać musi być.

Przykulał się na chwilę Damon, który wręczył po jabłku mi i Lidii i zniknął bo jest bardzo zajęty. No cóż, ‘Jego’ Real ma już 16 punktów straty więc pewnie mu trochę smutno dzisiaj.

A potem poopowiadałem o co tak naprawdę chodzi w świętach.
Dzieciaki trochę potańczyły i nawet przekonały mnie do zaśpiewania piosenki. A potem wszyscy sobie trochę pośpiewaliśmy.

Mam w klasie siódmej dwie takie super wygadane uczennice. Urocze są niezwykle, takie typowe papużki nierozłączki i straszne gaduły, tylko zamiast gadać po angielsku gadają po chińsku. Tylko wystarczy zwrócić Im uwagę a One spuszczają głowy (jak Aki uszy po sobie) przepraszają i od razu starają się wrócić do lekcji.

W końcu dołączyła się Stefanie, ale na mój prezent musicie poczekać do jutra bo dzisiaj Wam go nie opiszę.

A potem ruszyliśmy na kolację szkolną. Nauczycielki angielskiego plus grupa rządząca i ja. Oczywiście swoje musiałem wypić i nie wiem czy dzisiejsze lekarstwo na żołądek było tańśze/gorsze, czy też coś innego, ale przypomniało mi się coś takiego: ‘wódka ma ci ryj wykrzywiać, bo jeżeli zaczyna ci smakować to masz poważny problem’, także dzisiaj jestem od tego problemu bardzo daleko. Cwaniaki proponowali mi wino. Z góry nikt nie mieszał a mi proponują, więc odmówiłem wyjaśniając co i jak, a Oni pokiwali głowami ze zrozumieniem. Porozmawialiśmy, przez Lidię, o kryzysie, o tym kto za niego odpowiada (U ES A! U ES A! U ES A! to jedyna poprawna odpowiedź tutaj). I tak między Bogiem a prawdą to wolałem tę naszą małą szkolną Wigilię, ale i tak nie była najgorsza. Mam nadzieję że Wasze będą lepsze :)

Gorąco polecam dzisiejszą galerię bo chociaż nie ma psa to jest sporo zdjęć z obu spotkań i mnóstwo radości.

Jeszcze tylko jedna rzecz, Lidia wyjaśniła mi że wszyscy w Chinach jak zjedzą za dużo na kolację to nie mogą zasnąć, a ja już myślałem że tylko mnie to spotyka. Mam tylko nadzieję że dzisiaj uda się tego uniknąć bo nastawiłem budzik na 5:45 i planuję wyjść biegać przed 6. Takie tam nikomu nie potrzebne informacje ;)

Niedziela i przegapione #16

Sobowtór
Moi uczniowie z klasy jedenastej znaleźli mojego sobowtóra. No dobrze, kogoś kto ma okulary, trzydniowy zarost, kaszkiet i z pewnego kąta przypomina mnie. Muszę im się przypomnieć i poprosić o jakiś adres, żeby Wam pokazać.

Taśma klejąca
No właśnie, do czego służy taśma klejąca. Zazwyczaj do przyklejania czegoś. W Chinach zastępuje także niezwykle popularny korektor. Jest szybsza, owszem niszczy papier ale przy odrobinie wprawy o wiele skuteczniejsza, no i tańsza.

Wigilia
W klasie bodajże czwartej podeszła do mnie Czu Ju Cie (pewnie to źle zapamiętałem) i robiąc smutną minę mówi: ‘A dlaczego ma Pan Wigilię z klasą dwunastą? Niech Pan przyjdzie do nas…’ Przyjdę, na pewno przyjdę. Tylko co ta Stefani nagadała…mieli zapraszać ludzi, a tutaj takie kwiatki nam wyrastają.

Koniec świata
Jedna z uczennic zapytała się mnie:
– A co by Pan zrobił mając te dwie godziny więcej do końca świata?
– Poszedł biegać.
– Ja bym chciała ten czas spędzić z przyjaciółmi i rodziną.
I tak oto wyszedłem na nieczułego samotnika. A przecież też chciałbym spędzić ten czas z rodziną i przyjaciółmi.

Spowiedź
Tak jakoś człowieka nachodzi żeby się wyspowiadać na święta. Czasem nachodzi żeby się wyspowiadać bez świąt. Mnie naszło akurat teraz, tylko problem jest zasadniczy: nie mam gdzie, nie mam jak. Kościoły są podobno w Xuzhou, ten w Jiawang jakiś taki podejrzany, no i mnóstwo ‘nielegalnych’ (zależnie z której strony się patrzy zawsze jakiś będzie nielegalny) księży. Z racji tego że taka sytuacja to dla mnie zupełna nowość postanowiłem napisać do kilku księży. Dostałem trzy odpowiedzi, które pozwolę sobie wkleić:

‘Szczęść Boże.
Sytuacja jest rzeczywiście trudna jak na te warunki. Podczas stanu wojennego była udzielana tzw. absolucja ogólna, ale to przez kapłana. Myślę, że rozwiązanie tymczasowym jest zrobienie rachunku sumienia i żalu za grzech z postanowieniem przystąpienia do sakramentu pokuty przy najbliższej okazji. Takie tymczasowe rozwiązanie mi się aktualnie nasuwa.
Serdeczne pozdrawiam w Panu.’

‘Szczęść Boże,
A co ja mogę Panu poradzić. Nie ma spowiedzi przez Internet. Trzeba podjąć trud sakramentu pokuty po angielsku, a w ostateczności przesunąć termin na Święta Wielkanocne. Pozdrawiam.’

‘Panie Bartku,
To oczywiste, że na Boże Narodzenie życie swoje warto powierzyć Chrystusowi i grzechy też. Jak nie ma księdza to nie ma, a Miłosierdzie Pańskie sięga przecież do Chin a nawet dalej.
Udzielam Panu błogosławieństwa w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Proszę pamiętać o modlitwie i Piśmie Świętym.
Wszystkiego najlepszego na Boże Narodzenie
może tak księży potrzebują
chętnie pojadę bo tu jest nas za dużo’

Nie muszę chyba mówić która odpowiedź przypadła mi najbardziej do gustu :)

SMS

W piątek wieczorem dostałem smsa o następującej treści:
Dla Pana bahtów. Jesteś dobry! Wartość czasu z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nowego roku, I stanowią ogólnie 1 300 000 000 Chińczyków i radcy z Hongkongu, Tajwanu i Makao polak, zamorskich rodaków z poważaniem rozszerzenie najgłębsze wyrazy współczucia dla wszystkich pozdrawiają Polski ludzie i większość najlepszych życzeń. Polska życzy wszystkim ludziom contently w nowym roku, życzy cała rodzina szczęśliwa, kraj spokojny spokój i dobrego zdrowia. Chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

To na pewno jakiś żart.
Prawda?

Nudle
Dla tych którzy nie wierzyli mi że można je zrobić w rękach – http://www.youtube.com/watch?v=TYZM_ZDZHlQ

Zima stulecia
Ba, tysiąclecia, bo największe mrozy i opady śniegu od 30 lat. Wystarczyło żebym ruszył się z Polski i już w Chinach temperatury osiągają wartości rekordowo niskie. Nie jest to co prawda osiągniecie bo najniższa odnotowana w ciągu ostatnich lat temperatura w Pekinie to -15.2, czyli cztery pary rękawiczek i 90 minut można biegać.

Niedziela
I tak dzisiaj poszedłem pobiegać. Było zimno, ale jeszcze nie ma tragedii. Owszem chusta przymarzła, ale nie przymarzła do brody więc nie ma źle. A propos brody, zaniosłem dzisiaj z Lidią choinkę do szkoły (udało mi się!) i powiedziała mi:
– Chcesz maskę na twarz?
– Nie, po to mam brodę.
– Uczniowie mi mówią że wyglądałbyś przystojniej bez niej.
– Nie zgadzam się , ale rozumiem że tutaj to coś bardzo dziwnego.
Także biegałem swoim ślamazarnym grudniowym tempem. Tak już mam że w grudniu biegam strasznie wolno, szybciej niż w listopadzie ale dalej wolno. I skończyłem biegać kilka sekund przed 90 minutą, ale nie było sensu tego biegu wydłużać z powodu pogody. W mieszkaniu aż tak ciepło nie ma żeby biegać tak długo, poza tym nie ma takiej potrzeby. Bieganie więcej niż te 16-17 kilosków zostawiam sobie nie kiedy indziej. Wbiegałem dziś  pod górę, był to mój najwolniejszy kilometr od bardzo dawna, ale przyznam uczciwie że góra jest bardzo stroma i daje popalić. Można na niej spokojnie robić krosy, tylko że zbieg z drugiej strony to ziemia i kamienie, także lekko nie ma.

Jeżeli przyjrzycie się dokładnie zdjęciom wzgórz to zauważycie na nich mróz, na widok którego Lidia bardzo się ucieszyła bo myślała że to śnieg.

A jutro chińska Wigilia, także Moi Drodzy: przede wszystkim zdrowych i spokojnych Świąt, nie objadajcie się za bardzo (Dominik, nienawidzę Cię trochę za to że wspomniałeś o krokietach…) i wyściskajcie wszystkich najbliższych.

Niedziela i przegapione #14

Psie oczy
Jedną z pierwszych rzeczy jakie należy zrobić po przeprowadzce do innego kraju jest zapoznanie się z przekleństwami. Oczywiście nie po to by obrażać, ale by wiedzieć kiedy jest się obrażanym. Z racji niezwykle bogatego słownictwa jest to zadanie dość karkołomne dla osób chcących mieszkać w Polsce, ale dla osób chcących mieszkać w Chinach już nie. Głównie dlatego że najczęstszym obraźliwym słowem na obcokrajowca jest ‘guizi’. ‘Yang guizi’ to nic więcej jak ‘zagraniczny diabeł’. Oczywiście białego można nazwać też ‘laowai’ czyli obcokrajowcem, ale jest to słowo używane już przez dzieci i zatraca ono swoje pejoratywne znaczenie. Często na ulicach słychać ‘wai guo ren’ czyli ‘obcokrajowiec’, a wtedy grzecznie mówię że jestem z Polski.
A jak Chińczycy nazywają białych? ‘Psie oczy’. Bo w końcu mamy oczy okrągłe, tak jak psy.

Chemia
Parę dni temu wrzuciłem zdjęcie kartki na której rozpisanych było kilka reakcji chemicznych. Rozpisanych w takim sensie że były bodajże cztery reakcje przepisane kilkunastokrotnie. Zdziwiło mnie to niezwykle więc zapytałem się dziewczyny u której ową kartkę znalazłem o przyczynę. Wyjaśniła mi bardzo sprawnie, że z chemią nie radzi sobie najlepiej i nauczycielka kazała jej to zrobić by w końcu zapamiętać. Wyobrażacie to sobie? Z jednej strony jest to już praktycznie bezmyślne wkuwanie reakcji na pamięć, bo dziewczyna dalej ich nie rozumie, ale z drugiej strony…no właśnie, w tym kraju drugą stroną jest to że w końcu to wkuje na pamięć, dzięki temu zaliczy sprawdzian, semestr i będzie mogła uczyć się dalej. Zrozumieć nie zrozumie, ale może nie będzie już miała nic wspólnego z Chemią. Tylko czy można winić nauczycieli za coś takiego? Mają sporo uczniów, sporo zajęć i nie mogą z każdym uczniem spędzać tyle czasu ile powinni. W Polsce przy 25-30 uczniach w klasie jest to niemożliwe, a przy 50 to wręcz nie do pomyślenia. Ma się tego nauczyć i już.

Koszykówka
Sport to dla tych dzieciaków jeden ze sposobów na ucieczkę od tej męczącej szkolnej rzeczywistości. W klasie drugiej jest taki jeden uczeń, którego angielski może nie powala, na tle klasy wypada średnio (bo klasa druga jest bardzo dobra), ale zawsze ale to zawsze przychodzi albo przed lekcją albo po by porozmawiać chwilę o tym jak grali ‘moi’ Lakers i ‘jego’ Knicks’. Z racji tego, że Lakersi w tym sezonie są że tak powiem w ciemnej dupie, pojawił się ostatnio temat czy zmiana trenera była sensowna i co ja o tym myślę. Także wyjaśniłem że przede wszystkim musimy poczekać aż Steve Nash wróci bo przecież kto jak kto ale on powinien przenieść tę drużynę na inny poziom, Gasol musi znowu poczuć się pewnie i wszystko będzie dobrze. Nawet jeżeli nie będą mieli najlepszego bilansu w sezonie zasadniczym to w play-offach sobie poradzą. I nagle mnie uderzyło, że oto jestem w Chinach, i rozmawiam po angielsku z chłopakiem który koszykówkę kocha bardziej ode mnie i rozmawiamy o swoich ulubionych drużynach na poziomie który dla polskich nastolatków jest trudny do osiągnięcia w języku ojczystym. I naprawdę rozmawialiśmy…To było niesamowite.

Problemy kulturowe
Czasem nawet najlepszy słownik nie pomoże jeżeli trzeba wyjaśnić pewne różnice kulturowe. Przerabialiśmy przysłowia (pomysł Lidii) ze słowami ‘dusza’ i ‘diabeł’ i w Polsce nie miałbym najmniejszego problemu, ale tutaj było mi ciężko. Chiny nie były dla mnie ‘Tym’ krajem azjatyckim. Owszem co nieco przeczytałem o historii, przesłuchałem większość odcinków ‘China History Podcast’, ale umówmy się – nie ma opcji by poznać pięć tysięcy lat historii naprawdę dokładnie. A dodajmy do tego jeszcze mitologię i już w ogóle możemy się znad książek nie wychylać. O ile z ‘diabłem’ można sobie jeszcze w miarę poradzić opisując go chociażby jako złego ducha, tak z ‘duszą’ jest problem. Teraz już wiem że w Chinach istnieje podobne pojęcie, tylko istnieje też podział na duszę unoszącą się do nieba i tę która zostaję w ziemskiej powłoce. Tylko wtedy tego nie wiedziałem, Lidia nie za bardzo mi pomagała, a ja głowiłem się jak w prostych słowach wyjaśnić czym jest dusza…

Przedmioty…
Na czele ulubionych przedmiotów króluje historia z powodu nauczyciela, WF z powodu badmintona, zajęcia ze sztuki bo można oglądać obrazy, oraz z muzyki bo można jej posłuchać i się zrelaksować. Matematyka nie ma wielu wielbicieli, ale ci którzy ją lubią, lubią ją z powodu trudności i poczucia spełnienia po rozwiązaniu trudnego zadania.

Kocham Cię
W piątek wieczorem zajęcia mają już inny zapach. Może nie dla uczniów, ale dla mnie na pewno. Mogę mówić że nie myślę jeszcze o weekendzie, ale byłoby to ogromne oszustwo. A dzieciaki na całym świecie to cwane bestie i gdy wyczują krew to nie odpuszczą. Także w klasie dwunastej poopowiadałem trochę o niemieckim, nauczyłem Ich nawet kilku niemieckich słówek…do czego to doszło…a jeden z uczniów mnie zaskoczył bo powiedział ‘kocham cię’. W sensie po polsku. Zapamiętał gdy kiedyś Im powiedział. Taka drobnostka, kawałek Polski przy zachodzącym późno jesiennym słońcu na drugim końcu świata.

Niedziela
Obudziłem się strasznie późno. Czyli po ósmej. A spało mi się niesamowicie dobrze, przywykłem już do tego materaca. Przed snem obejrzałem ostatni film ze studia Ghibli – ‘From up on Poppy Hill’ i uderzyło mnie to jak bardzo szkoły w Japonii (w latach 60-ych przynajmniej) i Chinach są do siebie podobne. Dotarło też do mnie dlaczego tak bardzo podoba mi się w Jiawang. Dobrych kilka lat temu odebrałem znajomego z dworca, przyjechał z Mirocina (takiej malutkiej wioski pod Nową Solą) i od razu powiedział że tylu ludzi co w Katowicach na dworcu to jednocześnie nie widział i wcale mu się to nie podoba. Teraz mieszka w Chicago, więc pewnie się przyzwyczaił. Ja natomiast mam chyba dość takiego wielkiego miasta (bo chociaż Katowice wielkie nie są to te wszystkie okoliczne miasta tworzą jedno wielkie miasto) i dlatego tak często zakładając buty idę biegać do parku. Dlatego tak bardzo podoba mi się Jiawang, bo chociaż nie ma tutaj takiego parku to jednak jest cisza i względny spokój. Owszem, jest dużo ludzi, owszem nie ma miejsca by się przed nimi schować, ale pomimo tego olbrzymiego placu budowy jest tutaj naprawdę przyjemnie.
Jeszcze tak o tej zwykłej ludzkiej uprzejmości, która wydaje mi się niezwykła. Biegając w Polsce spotykałem się z różnymi ludźmi, niektórzy gratulowali mi wytrwałości, inni mówili żebym tak trzymał, ale czasem ludzie się ze mnie śmiali, raz na ulicy ktoś zapytał po co mi to. W końcu to nie jest normalne by się tak dobrowolnie męczyć. A tutaj ludzie mnie mijają, ja mijam ludzi i owszem patrzą się na mnie, ale bardziej dlatego że mam psie oczy niż dlatego że biegam. A gdy mijają mnie na rowerach/skuterach/trójkołowcach/samochodach i patrzą w moją stronę to staram się podnieść rękę i uśmiechnąć. Oni też się uśmiechają i odmachują. Dzisiaj mijał mnie Pan i podniósł kciuk w górę mówiąc ‘OK’. Albo taka sytuacja. Jest jedno takie skrzyżowanie dość niepraktyczne bo nie ma na nim pasów, ale przejść przez nie trzeba. W Polsce wracając z treningu trzeba uważać bo nawet gdy samochód ma zwolnić do 30 km/h i nawet gdy kierowca widzi że jesteś przy przejściu i nawet gdy widzi jeszcze kogoś na przejściu to i tak się nie zatrzyma by Cię puścić. W Chinach natomiast w miastach jest ograniczenie do 30 km/h (jeżeli jest jeden pas) lub 40 km/h (gdy są dwa pasy lub więcej) i owszem, większość chińskich kierowców nie przestrzega żadnych przepisów które znamy, ale jeżeli chodzi o ostrzeganie pieszych to możemy się od nich wiele nauczyć. Tutaj nikt nie zakłada że pieszy Cię widzi. Jeżeli kierowca widzi kogoś na ulicy, lub na chodniku próbującego wejść na jezdnię od razu naciska na klakson, najczęściej zwalnia i próbuje oddalić się od pieszego. Zupełnie inna kultura jazdy.

Koniec świata…

Często ostatnio pada pytanie: a czy w Chinach też tak wariuję na punkcie tej daty? Nie wiem jak wariują w Polsce, ale sporo uczniów pytało się mnie co o tym myślę i czy w to wierzę. No i Oni, podobnie jak ja, nie wierzą. Aczkolwiek nie wszyscy Chińczycy są tego samego zdania. Niedawno aresztowano 500 (wg. źródeł zachodnich), lub 600 (wg. źródeł chińskich) członków kultu końca świata zwanego ‘Bóg Wszechmogący’, lub ‘Wschodnia błyskawica’. Sekta ma około miliona członków i powstała na początku lat 90-ych.Swoją drogą ciekawe czy 22 grudnia wymyślą nową datę.
Oczywiście rząd chiński ściga ich tak jak ściga wszystkie sekty. Rząd boi się Religii, dlatego tworzy podlegające mu związki wyznaniowe. To taka pozostałość po kulturowej rewolucji Mao, ale chyba nie tylko. Trafiłem niedawno na artykuł w ‘Washington Post’ sugerujący, że partia stara się wyłapywać zagranicznych studentów próbujących przekonać swoich chińskich kolegów i koleżanki do chrześcijaństwa. Artykuł sugeruje że partia widzi w religiach Zachodu zagrożenie dla ustroju Państwa. Tak jakby Chrześcijanie nie mieli w Chinach już wystarczająco ciężko. Związek wyznaniowy uznawany przez Państwo nie jest uznawany przez Watykan, a księża uznawani przez Watykan są ścigani przez Państwo. To nie jest jakiś tam książkowy konflikt pomiędzy miłością do kraju a wiarą w Boga, to coś z czym Chrześcijanie tutaj mają codzienny kontakt. Codzienne wybory i ich konsekwencje.
No dobrze. Koniec  świata przełożony na kolejną intrygującą datę.

Z rana poszedłem biegać i jak zaplanowałem tak pobiegłem, czyli w stronę nowego centrum. Po drodze trochę pokombinowałem, wyszło trochę ponad 13 kilometrów, ale gdyby nie złapała mnie mżawka na 9 to dokręciłbym jeszcze z 2-3, a tak nie chciałem biegać w zimnie i deszczu. To jest dla mnie najgorsze połączenie. Zimno – nie ma problemu, klasnąć kilka razy, krzyknąć jakiś przecinek i ruszyć do biegu, deszcz to także żaden problem, deszcz jest wręcz tak daleki od problemu jak ja od Domu teraz. Za to deszcz i zimno to nie wiatr, bo wiatr przeszkadza, a zimno i deszcz wywołuje choroby, a tego muszę unikać jak ognia.

Przerwa by pójść po owoce, w końcu mamy piątek.
Pierwsze wyjście nieudane, druga próba za godzinę.

I kolejny dzień minął niezwykle leniwie. No dobrze, nie do końca bo powtarzałem słówka, no i miałem też małą awarię telefonu. Znaczy nagle przestał wysyłać smsy. Mając w głowie to co powiedziała Lidia we wrześniu ‘możemy za darmo wysyłać do siebie smsy i dzwonić do siebie’ pomyślałem że może po prostu muszę co jakiś czas doładowywać konto (no bo umówmy się, do aż tylu osób nie piszę i nie dzwonię by wydać to ile wpłaciłem), ale jak powiedziała Lidia – nie. W takim razie smsy i rozmowy z Lidią są płatne. I tak koszt utrzymania telefonu tutaj jest dla mnie nieporównywalni niższy od tego w Polsce.

Przy każdej dzisiejszej próbie wyjścia z domu byłem atakowany przez psiaka. Nie nazwałem go jeszcze i prawdę mówiąc nie nazwę, bo nie chcę mu robić sieczki z mózgu. Tak jak początkowo szczekał na mnie tak teraz przybiega, merda tym swoim malutkim ogonkiem i chce się bawić. Próbuje szczypać tymi kiełkami rękawiczki i widać że to szczeniak. Z rodzicami, babcią, znajomymi mogę rozmawiać. Nie ma problemu. Mogę popatrzeć na zdjęcie roweru i powspominać jak się na nim dobrze jeździ, ale ten psiak przypomina mi jak bardzo brakuje mi Aki. Aki, która sprawiła że w czasie jednego z biegów czułem się jak Justyna Kowalczyk. Dlaczego? Jak zapewne wiecie Justyna trenuje z dodatkowym obciążeniem w postaci opony samochodowej. Ja razu pewnego poszedłem biegać z Aki do parku i biegamy już 50 minut, więc pora wracać (nie można psiaka przemęczać) gdy czuję że biegnie mi się coraz trudniej, każdy krok coraz wolniej, więc jeszcze mocniej naciskam, daję z siebie jeszcze tych kilka procent (bo co to jest takie 50 minut spokojnym tempem) i patrzę w prawo by zobaczyć jak tam Aki się trzyma, a ta wcale się nie trzyma, wręcz przeciwnie – leży. Zaplątała się w smycz i przewróciła a ja ją ciągnąłem. Ona dzielnie się nie odzywała jedynie spojrzała na mnie oczami mówiącymi ‘dlaczego…?’. Zatrzymałem się, odplątałem bidulkę, obejrzałem czy niczego sobie nie obtarła, ale to twarda bestia, więc do domu dobiegliśmy razem bez przeszkód. A teraz słyszę że przytyła strasznie. No bo nikt z nią nie biega i smutno psinie.

Widzicie na zdjęciach ten brązowo czerwony worek obok roweru? To psie legowisko w piwnicy. Trochę to przerażające, ale widać tak musi być. Co ciekawe, tutaj nie ma bezpańskich psów, koty widuję tylko w pobliżu domów, a o gryzoniach już wspominałem. Jest takie powiedzenie ‘jedz wszystko co lata i nie jest samolotem i co ma cztery nogi a nie jest stołem’. Może dlatego szkrab biega z dzwoneczkiem? I teraz mnie olśniło dlaczego szkraba nie widzę wieczorami – bo wtedy jest w domu razem z ‘właścicielami’, a gdy Oni wychodzą do pracy/szkoły szkrab idzie na dwór by domu nie zapaskudzić.

Sobotnie zakupy

Nie lubię robić zakupów w soboty. Nie dlatego że w sklepach roi się od ludzi (tak samo jak w Polsce), ale jakoś tak soboty stały się dla mnie synonimem pisania planów i wylegiwania się w łóżku. A tutaj trzeba się ruszyć bo obiecałem Lidii że kupię słodycze na Wigilię. Słodycze. Na Wigilię. Jak to w ogóle brzmi.
Niestety wczoraj Pana Owocowego nie spotkałem więc skierowałem się w stronę starego centrum. Zdałem sobie sprawę, że to trasą jaką biegam, jaką kiedyś jeździłem na rowerze, ale którą szedłem chyba tylko raz czy dwa, dlatego pora to zmienić. Zacząłem od owoców, które wyszły drożej niż normalnie by mnie wyszły, ale byłem na to przygotowany. Zrobiłem kilka kroków i trafiłem na Pana który ma takie swoje małe stoisko z paskami, pierdołami i takimi cosiami przypominającymi baty. Kiedyś pozwolił mi nawet sobie z takiego bata postrzelać. Indiana Jones ze mnie nie będzie, ale to zrozumiałe, w końcu ja nie mam awersji do węży. I tak spojrzałem co tam sprzedawał, a tam leży sobie kupka kalendarzy na rok 2013. Po chińsku, a kalendarz gregoriański. No to nie mogłem sobie odmówić i kupiłem.
A potem poszedłem dalej i dalej i raz skręciłem tak że nie znalazłem wyjścia po drugiej stronie, więc  zawróciłem i kogóż to ja widzę? Strażnika ze szkoły. Zapytał się mnie co ja tutaj robię, ale cóż…odpowiedziałem jedynie standardowo że nie rozumiem , uśmiechnąłem się i poszedłem.
Ach…po drodze jeszcze zjadłem kukurydzę, no bo co z tego że obiad był bardzo dobry skoro nie było w nim gotowanej kukurydzy kupionej na ulicy, a na takie coś zawsze jest miejsce w żołądku.

Zajrzałem do sklepu po drodze, ale ceny wydały mi się zawyżone więc wyszedłem i ruszyłem w stronę domu. Stanąłem wtedy na rozdrożu i w głowie kiełkowało pytanie wracać do domu i kupić wszystko pod domem, czy iść dalej i kupić w nowym centrum. Postanowiłem pójść w stronę nowego centrum i tam zrobić zakupy.  Nachodziłem się więc dzisiaj nieprzeciętnie, ale w końcu to był nieprzeciętny dzień. Tak ciepło nie było już dawno. Jutro za to termometry mają nie wskazywać więcej niż -2 stopnie, czyli będzie mrozić. Mam tylko nadzieję że słońce będzie świecić tak jak dzisiaj i będzie to taki przyjemny mróz. Tak żeby klasnąć w rękawiczki, krzyknąć przecinek i ruszyć. Nie nastawiam się na niedzielne 90 minut, bo nie chcę się wychłodzić za bardzo. Zwłaszcza że coś mnie dzisiaj zaczyna w gardle…nie.

Szlajałem się więc z tymi wszystkimi owocami (jabłka, gruszki, banany, mandarynki i melonowy słonecznik, naprawdę – melonowy, słodziutki jak dobry dojrzały melon) i kupiłem słodycze i czipsy na Wigilię. Ciężko mi to przez palce przechodzi.

To już za dwa dni i ciężko mi to sobie uzmysłowić, a jeszcze trudniej gdy myślę nad tym jak ja się z tym wszystkim zabiorę w poniedziałek rano. Plus choinka. Mam za swoje. Chciałem wszystko zostawić na ostatni moment to zostawiłem i teraz pozostaje mi wypić to piwo.

Tak mijając jeden z placów budowy zauważyłem antenę satelitarną w blaszakach robotników.  Każdemu należy się odrobina luksusu i odskocznia od rzeczywistości.

Jest takie zdjęcie z budynkiem dość ponurym wyglądającym na opuszczony. Otóż on nie jest opuszczony, przynajmniej nie całkowicie, ludzie tam mieszkają, pranie się suszy a strażnik pilnuje.

Te brązowe kamienie wśród tych grafitowych są fałszywe i mają w sobie lampę oświetlającą coś innego. Te grafitowe też są fałszywe, ale niczego nie oświetlają.

Z powodu moich problemów z aparatem nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia tego chłopaka stojącego na bagażniku, ale macie za to dwa średnie, mam nadzieję że jesteście pod takim samym wrażeniem jak i ja.

I na deser trasa z dzisiaj, bo dawno już nie wrzucałem:

http://www.endomondo.com/workouts/114226180

PS. Adam! No jest ‘trochę’ siermiężnie. Bardzo mnie to dziwi że była kasa na ten olbrzymi niewykorzystywany budynek, że jest kasa na przycięcie drzew (chociaż podobno jakaś kontrola była), na postawienie tych zupełnie bzdurnych nazw ulic  (nazwy ulic na terenie szkoły?!) i na te tablice z ‘Crazy English’ (no bo jakie jest prawdopodobieństwo że je dostali?) a nie ma kasy na ogrzewanie. Chociaż kibelki maja nowe kafelki. Za to okien w kibelkach chyba nie pokazywałem i chyba pokazywać nie chcę bo to trochę szokujące było dla mnie. Nie ma też kasy na jakieś podstawowe odmalowanie tych sal, ale z drugiej strony każda sala ma projektor, wyświetlacz, głośniki więc może zamiast w pójście pod  publiczkę i pokazywanie jaką to mają odnowioną szkołę pokazują jaką to mają szkołę wyposażoną? Tylko to ogrzewanie…chociaż tak uczciwie mówiąc to najcieplejszym pokojem w szkole jest chyba ‘mój’ gabinet, bo tam klimatyzacja chodzi zawsze gdy ja jestem. Lidia jej czasem nie włączy i siedzi i marznie, w innych pokojach nauczycielskich także szału nie ma. Nauczyciele chodzą w swetrach i marynarkach, nauczycielki w kurtkach. Wszyscy marzniemy po równo. Zima tutaj nie wybiera, starszy, młodszy, nauczyciel, uczeń, nikt się przed zimnem nie ukryje.

Czwartek jak sobota

Czasem przyzwyczajamy się do czegoś tak mocno, że nie możemy się od tego odzwyczaić. I to nie dlatego że jesteśmy od czegoś uzależnieni, jak ja od biegania, ale dlatego że stało się to po prostu rutyną. Czymś co robimy tak często, że robimy to już mechanicznie. Dla jednych ta całkowita naturalność będzie dla kogoś czymś złym bo przypominać będzie rutynę i będzie męczyć bo, ale dla innych będzie czymś zbawiennym bo pozwoli się  odciąć od wszystkiego i zanurzyć w tym co trzeba zrobić. To jedno z pragnień każdego wyznawcy Taoizmu, osiągnąć taki stopień perfekcji w czymś co się robi że robi się to już machinalnie bez najmniejszej chwili zastanowienia, stajemy się wtedy jednością z tym co robimy, niezależnie od tego czy jest to powtarzalna czynność fizyczna czy umysłowa.

W czasie mojej pierwszej zimy biegowej gdy Garmin był jeszcze w sferze marzeń , tętno odmierzał mi najtańszy pulsometr z dyskontu sportowego a kilometraż podawała komórka z Endo (tak, ja też kiedyś biegałem z komórką i można mi było peptalki wysyłać), biegłem rano w parku. Jak to zawsze w zimowe poranki nie było w parku żywej duszy, biegłem więc spokojnie, podziwiając te jednostajne białe widoki, które po pewnym czasie zlewają się w jedno. W głowie miałem zupełną pustkę (zawsze wtedy przypomina mi się  Murakami i to że on też o niczym nie myśli w czasie biegu), mróz szczypał delikatnie w policzki, ale to nie był jeden z tych dni gdy wraca się z zamrożonymi rzęsami i nie można potem oczu otworzyć, było tak przyjemnie zimno. Biegłem więc swoim normalnym tempem i nagle zamknąłem oczy, w sensie mrugnąłem na kilka milisekund bo nawet nie na całą sekundę, ot mrugnijcie teraz naturalnie i sprawdźcie ile to trwa, a gdy je otworzyłem byłem kilometr dalej. I to nie w takim znanym z komórkowych GPSów sensie że kilometr mi przeskoczył na satelicie, a naprawdę przez to jedno mrugnięcie przebiegłem kilometr, spojrzałem na zegarek i faktycznie minęło tyle czasu ile minąć miało, GPS także pokazywał dodatkowy kilometr, a że trasa nie zakręcała to widziałem swoje ślady z tyłu. Do dzisiaj nie wiem co to było. Może osiągnąłem wtedy jedność ze wszechświatem, może zasnąłem i przebiegłem kilometr, a może to było bardzo długie mrugnięcie. Niezależnie od tego co to było nie spotkało mnie ponownie i nie wiem czy kiedykolwiek mnie spotka, ale nie biegam po to by znowu to poczuć, biegam bo bieganie daje mi radość.

A dzisiaj biegać nie poszedłem bo dzisiejszy czwartek za bardzo przypomina mi sobotę. Zdecydowanie za bardzo. Po prostu jakoś tak przyzwyczaiłem się do tego że po ostatnim dniu zajęć następuje dzień wolny od biegania i mogę sobie wtedy odpocząć.

Tak sobie dzisiaj odpoczywałem że obejrzałem w końcu ostatni odcinek siódmego sezonu Dextera i przypomniało mi się dlaczego zacząłem ten serial oglądać i jaki był Dexter na początku, ale nie będę się tym z Wami dzielił bo do niczego konkretnego nie doszedłem.

Za to poszedłem na zakupy. No dobrze, pojechałem. Zrobiłem zakupy w jednym sklepie (orzechy) i w drugim sklepie (wszystko oprócz bobu, warzyw, tofu i jajek), no i w trzecim (cała reszta). Kupiłem prezent dla Liberty, a raczej prezenty bo dostanie paczkę słodyczy. Lidia też dostanie coś małego bo paczka z Polski chyba na czas nie dojdzie. W sumie to najważniejsze żeby doszła.
Cement jest już zakupiony i odstawiony do pakowania. Zostały mi jeszcze cztery poniedziałki w szkole. To trochę przerażające jak szybko ten czas…dość…mam wrażenie że ostatnio ciągle piszę o powrocie i o tym jak szybko czas leci. Także teraz koniec, nie będzie pierdzielenia jak ten czas ucieka i jak trzeba go gonić. Kupiłem tez pierwszy raz pierś z kurczaka i jutro ją przygotuję. Jeżeli radzę sobie z tofu to czemu miałbym sobie z kurakiem nie poradzić? No właśnie, nie ma możliwości by sobie nie poradzić. Poza tym jutro pora na bieg. Ach…już się nie mogę doczekać. I tym razem zamiast w stronę starego centrum pobiegnę w stronę nowego centrum i to po nim pobłądzę.

Właśnie jestem po bardzo fajnej rozmowie kwalifikacyjnej (pełnej angielskich przekleństw i tłumaczenia dlaczego mam brodę), która co prawda odbyła się godzinę za późno ale postawiła mi kolejnych kilka pytań na które będzie musiała odpowiedzieć Jennifer.

Świąteczne ozdoby

Nawet w kraju w którym święta Bożego Narodzenia nie są obchodzone pojawiają się świąteczne ozdoby. Nie są one tak absurdalne jak dajmy na to na Florydzie (tak, oglądam siódmy sezon Dextera i stąd to porównanie), ale są trochę nie na miejscu. W takim sensie że są, ale jest ich za dużo by ich nie zauważyć i za mało by naprawdę rzucały się w oczy. Zdjęcia możecie obejrzeć w galerii i jak widać króluje Święty Mikołaj, a raczej jego skomercjalizowana wersja. Kolęd po chińsku w sklepach nie ma, nie ma też kolęd w innych językach, więc można zrobić zakupy nie będąc z każdej strony atakowanym ‘świątecznymi’ promocjami. Brakuje trochę stoisk z grzanym winem (hmm…z częścią przypraw nie powinno być problemów, podobnie z winem…tylko z kim ja bym to wypił…), no dobrze, nie tyle stoisk z grzanym winem co zapachów, brakuje zapachu imbiru i świeżo ściętych choinek. Oprócz tego wielkiej różnicy nie ma – mnóstwo ludzi w sklepach robi ogromne zakupy. Tylko tutaj jest zawsze mnóstwo ludzi w sklepach i z reguły robią ogromne zakupy. No dobrze, to już ustaliliśmy – komercyjnej świątecznej atmosfery nie ma…aczkolwiek na Taobao (ogromnym chińskim serwisie sprzedażowym, takim Ebayu i amazonie wziętych razem i zwielokrotnionych do potrzeb rynku) mają być promocje świąteczne. Jednak tutaj jakoś nie czuć by święta były okazją na zwiększenie sprzedaży pod koniec roku.

Obijając się dzisiaj i nadrabiając serialowe zaległości (już się nie mogę doczekać przyszłego tygodnia, ale bardziej dlatego że pójdę biegać i w czwartek iw piątek, niż dlatego że będę oglądać filmy) zupełnie wyłączyłem umysł i przestawiłem się na całkowity odbiór także nie spodziewajcie się w tym akapicie jakichś głębszych przemyśleń.

Po śniadaniu, owocach i obiedzie w końcu ruszyłem się z wyrka i poszedłem do nowego centrum porobić zdjęcia ozdób (wczoraj obiecałem znajomemu, więc wypadało słowa dotrzymać) i jak widać wiele ich nie ma. W jednym ze sklepów, w którym normalnie kupuję orzechy bo mają najtańsze i największy wybór, zapiszczały bramki przy mnie. Wczoraj piszczały cały dzień, ale nikt się tym nie przejmował, machali ręką i mówili żebym szedł. Pół sklepu mógłbym wynieść i nikt by słowa nie powiedział. W końcu nie mówię po chińsku. Dzisiaj za to zapiszczały i kogoś to w końcu ruszyło. Mnie też bo normalnie nie piszczę. Dobrowolnie rozebrałem się z kurtki i znalazł się mały winowajca, który od kilku miesięcy był rozmagnesowany, a wczoraj w jakiś sposób ponownie zaczął działać. Na szczęście przesympatyczna Pani w sklepie wyjęła nożyczki i uratowała mnie od tych wszystkich kłopotów w innych sklepach i jeszcze mnie przeprosiła…chociaż to ja spowodowałem ogromne zamieszanie. Moi drodzy, biały piszczący na bramkach w małej chińskiej wiosce to prawdziwa atrakcja turystyczna. Mam nadzieję że w poniedziałek nie będę o to pytany w szkole. Bo wiedzieć musicie że moi uczniowie mają dojścia i często mówią mi że mnie widzieli w sklepie, albo ich rodzice widzieli mnie w sklepie, albo ich rodzice widzą mnie gdy biegam…głównie dlatego nie kupiłem jeszcze tych destylatów do domu…bo chociaż nauczyciel to też człowiek, to jednak maszerowanie z kilkoma butelkami przykuwa uwagę. I to nie tylko tą pozytywną.
Na szczęście inne rzeczy które mogłem już kupić by zabrać ze sobą już kupiłem. Zostało mi jeszcze parę rzeczy, ale to same drobnostki więc nie ma problemu. Słonecznik kokosowy jest już przygotowany, także strachu nie ma :) A w każdą możliwą kieszeń i wolną przestrzeń w plecaku wpakuję bób.

A wracając do domu Pan ze sklepu zaprosił mnie żebym sobie usiadł, ale musiałem Mu odmówić, ale za chwilę wróciłem po wodę. Pośmialiśmy się trochę i wróciłem do mieszkania. W końcu kupiłem pastę do butów i mogłem je sobie porządnie wypastować. Teraz błyszczą się jak…coś bardzo błyszczącego i wyglądają lepiej niż wtedy gdy je kupiłem. Same plusy.

Takie plusy jak na dworze. Ta pogoda mnie tutaj rozpieszcza, rany jakbym miał więcej czasu to nie mógłbym sobie wymarzyć lepszych warunków do przyszłorocznych startów, ale przynajmniej mogę sobie spokojnie pobiegać i nie martwić się za bardzo o zdrowie. Aczkolwiek jutro i tak więcej niż 90 minut biegać nie będę, bo nie jest mi to ani do niczego potrzebne, ani nie chcę wychładzać organizmu przez tak długi okres czasu.

Rano dostałem smsa od Lidii z pytaniem czy chcę coś z Xuzhou, bo przełożyli jej egzamin i ma go dzisiaj, a jutro zostaje na zajęciach. Może powinienem tam pojechać…tylko ile razy nad tym się zastanawiam tyle razy dochodzę do wniosku że nie ma potrzeby. Wszystko czego mi potrzeba mam tutaj pod ręką. Owszem wybór prezentów jakie mogę sprawić Liberty (chłopakowi z klasy szóstej którego wylosowałem w loterii prezentowej) jest dość ograniczony i pewnie skończy się na czymś słodkim, chyba że Lidia poratuje mnie pomysłem dla nastolatka z Chin.

Katalog z dzisiejszymi zdjęciami nosi nazwę ‘DAY100’, aczkolwiek mój setny dzień w Chinach będzie dopiero jutro. I przeglądając zdjęcia z dzisiaj przypomniało mi się dlaczego zrobiłem zdjęcia tych rowerów, otóż to rowery stojące przed kafejką internetową w której chłopaki grali. Ten samochód na rogu z Panią wyglądającą z okna to policja zwracająca uwagę sprzedawcom. A Pani zwracająca uwagę specjalnie uchyliła okno by mi odmachać gdy im pomachałem na pożegnanie i uśmiech miała od ucha do ducha. To niesamowite ale tutaj ludzie uśmiechają się do Ciebie gdy Ty uśmiechasz się do nich i odpowiadają na ‘ni hao’. Wiem że o tym pisałem już wielokrotnie, ale to jest coś o czym pisanie mi się nie znudzi bo w Polsce jest to niespotykane. Taka uprzejmość i życzliwość nie panuje u nas nawet w czasie świąt. Tylko ten spalony kosz mnie zaciekawił. Nawet tutaj są wandale którym niszczenie sprawia przyjemność. Jakby nie mogli sobie po prostu pójść pobiegać.

Zimno. Chyba pisałem już o tym jak na tegorocznym Wawrzyńcu poznałem czym jest prawdziwe Zimno. Takie które nie jest zaledwie brakiem ciepła ale jest tym co znajduje się dokładnie po drugiej stronie. Zimnem które przenika, wywołuje szczerkanie zębami, a ziemia wydaje się być niezwykle przyjemnym miejscem by się położyć i odpocząć. Gdy we wtorek rano potknąłem się o krawężnik i przejechałem dwa metry (trzymając w górze lewą rękę by nie uszkodzić Garmina) chodnik zrobił się bardzo ciepły, ale od razu się podniosłem (no dobrze, najpierw zatrzymałem 305) i ruszyłem do biegu. W takich chwilach nie wolno się zatrzymywać, trzeba wręcz przyśpieszyć bo inaczej można się zatrzymać na bardzo długo a to nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.
Dzisiaj takie zimno poczułem po lunchu. Nie wiem czy to oznaka za małej ilości kalorii (może być) czy czegoś innego. W każdym razie zacząłem szczerkać zębami i całe szczęście że w gabinecie mamy ogrzewanie i podgrzewacz do wody bo już miałem przed oczami powtórkę z Chudego, tylko tym razem nikt by mnie żelkami nie poratował więc mogłoby być krucho.

A właśnie lunch. Gdy stoję tak sobie w kolejce i robię zdjęcia ludzie się na mnie dziwnie patrzą, ale z drugiej strony zazwyczaj się na mnie dziwnie patrzą. Dzisiaj, tak jak i wczoraj i w poniedziałek dostałem od Pani w kuchni dokładkę do pełnej tacki. Tak sama od siebie zapełniła mi wszystkie okienka na tacce. Fantastycznie :)

Miałem tez okazję porozmawiać z Shawnem którego nie widziałem od czasów naszej wspólnej wycieczki na wzgórza. Porozmawialiśmy trochę o filmach, grach i o teście z zajęć komputerowych do którego się w ogóle nie przygotowywał i teraz się martwi.

To teraz zacznijmy od początku. Czyli gdy wstałem w końcu z łózka by pójść do pracy (jem śniadanie w łóżku nie dlatego że jestem leniwy ale dlatego że strasznie ciągnie od okna i wolę leżeć pod kołdrą) poszedłem odłożyć Garmina na okno w kuchni, bo tam bardzo szybko łapie sygnał (szybciej niż gdy jestem na dworze) i zobaczyłem te wspaniałe zamrożone szyby. W Domu też czasem takie widuję, ale głównie w czasie strasznych mrozów. Mimo tej paskudnej pogody uczniowie dalej grają w kosza i ciągle odbijają piłeczkę ping pongową. Mi palce odmarzają a Oni grają…

Strasznie dużo tych apeli ostatnio mają. Zajmują Im tę długą przerwę, nie dość że muszą biegać to jeszcze potem muszą stać na mrozie i wysłuchiwać tych przemówień. Jakie jest prawdopodobieństwo że słuchasz uważnie co się do Ciebie mówi gdy stoisz na dworze na początku zimy i odmrażasz sobie uszy? No właśnie! Ta niechęć do czapek jest zatrważająca. Nauszniki ma praktycznie każdy, jeżeli nie takie typowe to takie nietypowe zakładane jak opaska.

A po zajęciach kolejny apel. Może nie tyle apel co prezentacja biegowa. Wyglądało to tak jakby wszystkie klasy w szkole ubrały się w tej mundurkowe dresy i biegały wokół placu krzycząc raz-dwa-raz-dwa-raz-dwa. No naprawdę, nawet ja potrafię policzyć do 99 (pamiętam jak jest tysiąc, ale setka już nie).

Ach właśnie…w klasie czternastej miałem gościa. Nauczycielkę i chyba wychowawczynię tejże klasy. Porozmawialiśmy więc z dzieciakami o szkole. A starały się dzisiaj niesamowicie. Wszyscy grzecznie pisali i mówili. Nie wiem co Ich tak zmotywowało. Ja czy bardziej Ona. Chociaż powiedziała że u Niej na zajęciach często się nie odzywają i są dość ospali. Ja mam na to standardową odpowiedź:
– Bo Ty jesteś dla nich zwykłym nauczycielem i obojętnie jak ciekawe będziesz mieć zajęcia Ich to nie zainteresuje bo jesteś jedną z Nich, a nawet jeżeli będziesz chciała zrobić coś nietypowego i bardziej interesującego to zawsze będzie Ci w głowie kołatać myśl że musisz trzymać się planu, masz za mało zajęć na improwizację i w gruncie rzeczy to musisz zrealizować materiał i przygotować ich do egzaminów. A ja nie muszę. Ja przede wszystkim jestem inny, nie mam nad sobą planu który muszę wykonać, nie mam dyrektora który będzie na mnie krzywo patrzeć, nie mam materiału który muszę zrealizować. Mam jedynie książkę z której muszę coś zrobić okazjonalnie. Ja mam po prostu łatwiej. No i nie dają zadań domowych, więc mnie lubią.
To jest standardowa odpowiedź ale za to prawdziwa do bólu. Nauczyciele na całym świecie mają te same zobowiązania i te same problemy. Nie każdy z nas uczy historii i może rzucać żartami na lewo i prawo.
Historia to nie jest przykład wzięty z kapelusza, gdy byłem dużo młodszy chciałem studiować historię, to była moja największa pasja, nawet koszykówka nie była dla mnie tak ważna. Miałem wspaniałą nauczycielkę w podstawówce, która potrafiła wybaczyć mi moje paskudne pismo i chociaż męczyła się niemiłosiernie próbując odczytać moje bazgroły z zadań dodatkowych to zawsze miała dla mnie czas. Wtedy też uwielbiałem lekcje z języka polskiego bo chociaż nauczycielka trochę mnie przerażała to jednak z jakiegoś powodu uznawała moje wypracowania za bardzo dobre a interpretacje wierszy za sensowne. Pewnie dlatego że wtedy historia i język polski były powiązane. Materiał był podobny, tu druga wojna światowa, tu pokolenie Kolumbów, wszystko się zazębiało i tworzyło logiczną całość.
A potem poszedłem do ogólniaka. To w ogóle fajna historia bo zdawałem do jednego z ‘najlepszych’ ogólniaków w mieście. Przyjmowali po 35 osób do klasy (prawie jak w Chinach), ale do klasy ‘angielskiej’ przyjęli 34 i kto był pierwszy pod ‘kreską’. Właśnie. I wylądowałem gdzieś indziej. I tutaj przestałem lubić historię. To zdumiewające jak jedna osoba jest w stanie zniechęcić do czegoś co było takie fajne. I w pewnym punkcie przestało mi już nawet zależeć. Tego właśnie boję się najbardziej że mogę kogoś zniechęcić. Te dzieciaki tutaj mają już tyle stresów że zajęcia ze mną powinny być dla nich jak najlżejsze i przede wszystkim zachęcające do dalszej nauki. To nie jest coś na co mogłem pozwolić sobie w Polsce. A szkoda.

Mgła

Klasa dziewiąta to jak wiecie Brigitte, Lucy, Sophie i chmara innych dzieciaków w tym jeden chłopak który dzisiaj powiedział żebym go nie bił po twarzy czym doprowadził mnie praktycznie do łez. Zresztą wszystkie dzieciaki specjalizują się w doprowadzaniu mnie do łez, na szczęście tylko ze śmiechu a nie z rozpaczy. Od paru dni rozmawiamy o szkole, ulubionych przedmiotach, przedmiotach nielubianych i powodach ich popularności. Częstym przykładem nielubianego przedmiotu jest matematyka z której robi się bardzo dużo zadań domowych, materiał przerabiany jest błyskawicznie i gro uczniów nie łapie go wystarczająco szybko. Nie oszukujmy się, przy dziewięciu godzinach tygodniowo chyba mało kto nadąża. A matma sama z siebie łatwa nie jest. Przykładem przedmiotu lubianego jest za to chiński (nie mam pojęcia dlaczego, muszę się tej przyszłej nauczycielki chińskiego zapytać o powód), oraz…historia a to z powodu niezwykle zabawnego Pana od historii. Tak, tego samego który tydzień temu zaskoczył mnie pijackim oddechem. Dzisiaj mnie też zaskoczył mówiąc do mnie ‘Hello Bart’ a ja wydukałem z siebie tylko ‘Ni hao’. Taką taktykę przyjąłem, że jak nauczyciele mówią do mnie w ‘moim’ języku to ja mówię w Ich języku. Ten system tonalny mnie przeraża, ale przynajmniej ‘dzień dobry’ opanuję.
Aaaa…jeszcze przed pierwszymi zajęciami popsuły się drzwi w gabinecie. To niesamowite, ale najpierw zrobiłem w nich dziurę a teraz doprowadziłem do stanu nieużywalności bo się ich zamknąć nie da a próbowałem chyba wszystkiego. Na szczęście Lidia powiedziała że przekaże sprawę dalej. Do Lidii jeszcze wrócimy, ale na razie przejdźmy do tego co działo się po zajęciach, czyli:
– Do zobaczenia za tydzień.
– Nie! Za tydzień mamy sprawdziany. W czwartek i piątek.
– Czyli nie mamy zajęć?
– Nie…
– To powodzenia na sprawdzianach!
I wróciłem do domu, przebrałem się i poszedłem biegać. Plan był taki żeby dzisiaj pobiegać trochę w nowym centrum bo dawno mnie tam nie było, no i pobiegałem, zobaczyłem że na jednej z ulic nagle zniknął płot i widać olbrzymi plac budowy. Biegłem spokojnie, tak jak sobie obiecałem, żadnych szybkich biegów, nie chcę się pochorować, muszę na siebie uważać, bo ostatnio strasznie zmęczony chodzę.
Tak jak na przykład teraz gdy wróciłem z zakupów, włączyłem wodę, a jeszcze się nawet nie przebrałem chociaż piszę już dobre dwadzieścia minut.
Ostatni kilometr pobiegłem szybciej, ale nie dużo szybciej bo z nim zawsze jest problem gdy wracam z nowego centrum. Ostatnie pół kilometra do domu mam zaraz po ogromnym skrzyżowaniu na którym często przychodzi mi czekać, także nie spinam się wtedy za bardzo. Oczywiście mógłbym ostatni kilometr zaczynać za światłami, ale wtedy musiałbym biec między blokami a dzisiaj nie miałem już na to ochoty. Także wróciłem do domu, umyłem się, przebrałem, zjadłem owoce i o 11 zadzwoniłem do Lidii że możemy iść przenieść pralkę.
Lidia zapomniała kluczy, ale to tylko drobnostka bo gdy weszliśmy do mieszkania okazało się że właścicielka zamknęła łazienkę na klucz i zabrała go ze sobą. Oczywiście pralka stoi w łazience. Bo wiedzieć musicie, że Ona stwierdziła że tej pralki nie da dopóki nie dostanie kluczy i dopóki wszystko nie zostanie uregulowane. No dobrze…Lidia wkurzyła się nie na żarty i zaczęła dzwonić po ludziach, nagle pojawił się Pan Strażnik który trochę się pośmiał, trochę popatrzył i sobie poszedł, a potem przylazła Pani wynajmująca i zaczęły na siebie krzyczeć o opłatę za prąd (co przypuszczałem a co zostało później potwierdzone), w końcu obie pojechały do firmy energetycznej a ja poszedłem zrobić sobie obiad. I tak sobie jem gdy nagle Lidia dzwoni że ma prośbę…no cóż, czasem trzeba przerwać posiłek by komuś pomóc. Także przebrałem się i poszliśmy przenieść szafę i kołdry . Tak, pralka została w tamtym mieszkaniu. Nie, nie chciałem kołder, bo o dziwo nie ma mi zimno w nocy.

A po obiedzie powrót do szkoły i tak jak klasie 11 obiecałem – obejrzeliśmy w końcu film. Już nie mogą na mnie krzywo patrzeć. I jeden taki malutki kwiatuszek który doprowadził mnie do łez w klasie 13:
– Lubię fizykę?
– Dlaczego?
– Bo Pan ma spokojny głos i można szybko zasnąć.
Naprawdę się popłakałem.
I jeszcze coś mi się przypomniało:
– Lubiłem zajęcia komputerowe.
– Dlaczego?
– Bo mogłem grać w gry.
– Zaraz, mogłeś grać w gry na zajęciach. Jak?
– (po chwili zastanowienia) Ostrożnie.
I duma w oczach. W pełni zasłużona bo chociaż wytłumaczył się jednym słowem to bardzo sensownie.

A potem polazłem na kolację. I pojawił się Lawrence, a pojawił się zupełnie znikąd. Położyłem plecak w zupełnie nietypowym dla siebie miejscu, bo nigdzie indziej nie było wolnego siedzenia i gdy wróciłem z talerzem tofu zobaczyłem tam dwa kubki mleka sojowego i tackę jedzenia. Porozmawialiśmy sobie i jedno zdanie:
– Ale widzisz Lawrence, ja nie jestem samotny.
– Ale ja jestem.
To chyba chandra bo przecież tutaj jest tylu ludzi, te klasy są olbrzymie, mnóstwo osób w akademiku, zawsze można do kogoś zagadać. Bardzo dobrze rozumiem że można być samotnym w tłumie, ale to na pewno przejściowe. Pogadaliśmy sobie chwilkę a potem ruszyłem do sklepów.

Zacząłem od osiedlowego w którym wpadłem na bramkę i uruchomiłem alarm…Trochę się zawiodłem bo nie mieli mojego bobu…czyżbym jednak nie tylko ja go kupował? Mieli jednak ten droższy ostrzejszy, więc mówi się trudno wziąłem go. Przeglądając dział mięsny zdałem sobie sprawę że różnice w cenie są niewielkie i lepiej będzie mi tachać olej i mięso stąd niż z innego sklepu. Także główne zakupy zrobiłem pod domem. A potem dokupiłem jeszcze owoców i odłożywszy wszystko w domu ruszyłem do innego sklepu po miód. Oprócz miodu kupiłem tez jeszcze picie i pierdoły do gabinetu, bo ostatnio Lidia ciągle coś kupuje więc najwyższa pora się zrewanżować.
Kulnąłem się też do innego sklepu bo mignął mi przed oczami fajny zestaw do herbaty, ale okazał się wielkości naparstków więc sobie darowałem.

Jest coś takiego w bieganiu we mgle, coś takiego nienamacalnego. W końcu wchodząc w mgłę stajemy się jej częścią, a ona przenika nas. Taka aura tajemniczości panuje gdy widzimy tylko 10 metrów do przodu i nagle coś się wyłania zza rogu. W takich chwilach dobrze jest mieć rzucającą się w oczy kurtkę.

Jeszcze nie mam tytułu

Wstałem o 550. Zabrałem sobie kolejne 10 minut snu. A wszystko po to by dobić do 13 kilometrów bez zbędnego sprężania się. Kolejny bieg poranny ze wschodzącym słońcem zaliczony. Tutaj słońce nie wstaje tak ospale jak w Polsce. Tutaj w jednej chwili jest ciemno a po chwili jasno tylko oczęta się dostosowują. Tak dzisiaj biegłem myśląc o tym, że niektórzy ludzie mówią że bieganie jest trudne. Hmm…niebieganie jest o wiele trudniejsze. Bo wstać przed szóstą gdy na dworze minus (dzisiaj pierwszy raz zamarzła mi chusta), zjeść banana i przebiec 13 kilometrów to tylko kwestia podejścia. Niebieganie to świadomość tego że się nie biega. Większość swojego życia żyłem z tą świadomością i chociaż pozornie wszystko było w porządku to tak naprawdę nie było. Teraz gdy nie wyjdę biegać źle się czuję, nie tyle fizycznie bo to byłoby do zniesienia (‘zaprzyjaźnij się z bólem a nigdy już nie będziesz sam’), co psychicznie. Ciągłe wyrzuty ‘nie poszedłeś biegać’ to coś z czym każdy uzależniony od biegania musi sobie radzić i nieważne jak dobra byłaby wymówka, gdzieś tam w nas zawsze będzie siedzieć poczucie winy.
Tak odnośnie wymówek, zawsze gdy o nich myślę przypomina mi się porucznik Vimes z książek Pratchetta i to że zawsze chciał wrócić do domu wieczorem by poczytać synowi bajkę. Zawsze powtarzał że nic go nie może powstrzymać, bo jeżeli teraz znajdzie jakiś bardzo dobry powód by nie wrócić, to następnym razem powód ten będzie zaledwie dobry, a z czasem stanie się byle jaki. Dlatego nie należy stosować jakichkolwiek wymówek bo niezależnie od tego jak dobre nam się wydaję są one zaledwie wymówkami by czegoś nie robić. Tak jak na przykład to że obecnie piszę tę notkę jest wymówką by nie powtarzać słówek.

Dzisiaj na zajęciach zupełny spokój, nic się nie dzieje.

Przeżyłem za to chwilę grozy gdy aparat wyleciał mi z rąk i uderzył o podłogę. Włączyć się włączył ale pokazywał czarny ekran, który zniknął dopiero po zrobieniu zdjęcia. Innymi słowy teraz by zrobić zdjęcie muszę włączyć aparat, zrobić fałszywe zdjęcie i dopiero potem mogę robić następne. Coś czuję że jak wrócę do kraju to bez nowego aparatu się nie obejdzie. Z jakiegoś powodu elektronika tutaj jest strasznie droga. Niechińska elektronika, bo ta krajowa jest tania jak barszcz.

Ten piesek jest uroczy, zresztą większość szczeniaków jest. A dzisiaj walczył z pedałem z trójkołowca. Bardzo, ale to bardzo dzielnie. Gdy wsiadłem na rower i ruszyłem do szkoły ruszył za mną, ale jak zawsze został po kilku metrach. Doskonale wie gdzie jego miejsce.

Obiad i kolacja w jedynce i tak dość standardowo, ponownie nikt się nie dosiadł. Przywykli już do mnie, ale widać nie na tyle by zacząć rozmowę. Pewnie już zaczynać nie będą, a może? Chociaż w taką pogodę jak dzisiaj to ja Im się wcale a wcale nie dziwię. Nawet mi było zimno a dzieciaki miały po kilka bluz, koszul a na górę kurtkę i jeszcze tę górę ze szkolnego ‘mundurka’. ‘Mundurka’ bo przecież to wygląda jak dres.

Zupełnie nie mogę pojąć dlaczego muszą ćwiczyć na dworze gdy jest tak zimno. Jeszcze mogę zrozumieć gdzieś w okolicach południa, ale o 16-17 gdy w klasach jest zimno, a na dworze to już w ogóle…Nie pojmuję. Rozumiem że dyrekcja nie chce otworzyć tej olbrzymiej soli. Przy takiej ilości uczniów zostałaby zajechana raz dwa, w dodatku nie ma sensu otwierać na te 45 minut dla każdej z klas. Tylko w takim razie po co ona tam stoi…bo przecież nie dla tego jednego spotkania na temat gao-kao o którym mówił Lawrence miesiąc temu, prawda? Większość apeli odbywa się na wolnym powietrzu i rozumiem że wszystkim jest jednakowo zimno, jednak weźmy pod uwagę że to okres mocno chorobowy i należy o te dzieciaki dbać, bo to w końcu przyszłość narodu. A jeżeli ktoś poproszony o podanie trzech życzeń mówi: zdrowie i szczęście rodziny i przyjaciół, dobry uniwersytet i…żeby Chiny były potężne, to należy o Niego dbać! No dobrze, o Nią. Piszę to raz jeszcze, ale warto o tym przypominać, tutaj patriotyzm to nie tylko puste słowa, apele i punkt w programie nauczania, tutaj patriotyzm to wiara w lepsze, potężniejsze Chiny i to wiara od lat najmłodszych. Nie chcę nawet mówić do czego wykorzystywany jest patriotyzm w Polsce i jak wiele osób utożsamia miłość do ojczyzny z prawicą, kościołem a już najlepiej to z nienawiścią do wszystkiego co niepolskie. Co prawda w Chinach nie lubią Japonii, no ale kto im się może dziwić skoro dostali od takiego malutkiego kraju tyle razy po dupie, ale przybyszów z innych krajów witają z otwartymi ramionami. Najlepszym przykładem jestem ja.

I tytułu dalej nie mam, myślałem że jak wrócę do domu to coś mi się nasunie, ale jednak nic takiego nie nastąpiło.