Zimno. Chyba pisałem już o tym jak na tegorocznym Wawrzyńcu poznałem czym jest prawdziwe Zimno. Takie które nie jest zaledwie brakiem ciepła ale jest tym co znajduje się dokładnie po drugiej stronie. Zimnem które przenika, wywołuje szczerkanie zębami, a ziemia wydaje się być niezwykle przyjemnym miejscem by się położyć i odpocząć. Gdy we wtorek rano potknąłem się o krawężnik i przejechałem dwa metry (trzymając w górze lewą rękę by nie uszkodzić Garmina) chodnik zrobił się bardzo ciepły, ale od razu się podniosłem (no dobrze, najpierw zatrzymałem 305) i ruszyłem do biegu. W takich chwilach nie wolno się zatrzymywać, trzeba wręcz przyśpieszyć bo inaczej można się zatrzymać na bardzo długo a to nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.
Dzisiaj takie zimno poczułem po lunchu. Nie wiem czy to oznaka za małej ilości kalorii (może być) czy czegoś innego. W każdym razie zacząłem szczerkać zębami i całe szczęście że w gabinecie mamy ogrzewanie i podgrzewacz do wody bo już miałem przed oczami powtórkę z Chudego, tylko tym razem nikt by mnie żelkami nie poratował więc mogłoby być krucho.

A właśnie lunch. Gdy stoję tak sobie w kolejce i robię zdjęcia ludzie się na mnie dziwnie patrzą, ale z drugiej strony zazwyczaj się na mnie dziwnie patrzą. Dzisiaj, tak jak i wczoraj i w poniedziałek dostałem od Pani w kuchni dokładkę do pełnej tacki. Tak sama od siebie zapełniła mi wszystkie okienka na tacce. Fantastycznie :)

Miałem tez okazję porozmawiać z Shawnem którego nie widziałem od czasów naszej wspólnej wycieczki na wzgórza. Porozmawialiśmy trochę o filmach, grach i o teście z zajęć komputerowych do którego się w ogóle nie przygotowywał i teraz się martwi.

To teraz zacznijmy od początku. Czyli gdy wstałem w końcu z łózka by pójść do pracy (jem śniadanie w łóżku nie dlatego że jestem leniwy ale dlatego że strasznie ciągnie od okna i wolę leżeć pod kołdrą) poszedłem odłożyć Garmina na okno w kuchni, bo tam bardzo szybko łapie sygnał (szybciej niż gdy jestem na dworze) i zobaczyłem te wspaniałe zamrożone szyby. W Domu też czasem takie widuję, ale głównie w czasie strasznych mrozów. Mimo tej paskudnej pogody uczniowie dalej grają w kosza i ciągle odbijają piłeczkę ping pongową. Mi palce odmarzają a Oni grają…

Strasznie dużo tych apeli ostatnio mają. Zajmują Im tę długą przerwę, nie dość że muszą biegać to jeszcze potem muszą stać na mrozie i wysłuchiwać tych przemówień. Jakie jest prawdopodobieństwo że słuchasz uważnie co się do Ciebie mówi gdy stoisz na dworze na początku zimy i odmrażasz sobie uszy? No właśnie! Ta niechęć do czapek jest zatrważająca. Nauszniki ma praktycznie każdy, jeżeli nie takie typowe to takie nietypowe zakładane jak opaska.

A po zajęciach kolejny apel. Może nie tyle apel co prezentacja biegowa. Wyglądało to tak jakby wszystkie klasy w szkole ubrały się w tej mundurkowe dresy i biegały wokół placu krzycząc raz-dwa-raz-dwa-raz-dwa. No naprawdę, nawet ja potrafię policzyć do 99 (pamiętam jak jest tysiąc, ale setka już nie).

Ach właśnie…w klasie czternastej miałem gościa. Nauczycielkę i chyba wychowawczynię tejże klasy. Porozmawialiśmy więc z dzieciakami o szkole. A starały się dzisiaj niesamowicie. Wszyscy grzecznie pisali i mówili. Nie wiem co Ich tak zmotywowało. Ja czy bardziej Ona. Chociaż powiedziała że u Niej na zajęciach często się nie odzywają i są dość ospali. Ja mam na to standardową odpowiedź:
– Bo Ty jesteś dla nich zwykłym nauczycielem i obojętnie jak ciekawe będziesz mieć zajęcia Ich to nie zainteresuje bo jesteś jedną z Nich, a nawet jeżeli będziesz chciała zrobić coś nietypowego i bardziej interesującego to zawsze będzie Ci w głowie kołatać myśl że musisz trzymać się planu, masz za mało zajęć na improwizację i w gruncie rzeczy to musisz zrealizować materiał i przygotować ich do egzaminów. A ja nie muszę. Ja przede wszystkim jestem inny, nie mam nad sobą planu który muszę wykonać, nie mam dyrektora który będzie na mnie krzywo patrzeć, nie mam materiału który muszę zrealizować. Mam jedynie książkę z której muszę coś zrobić okazjonalnie. Ja mam po prostu łatwiej. No i nie dają zadań domowych, więc mnie lubią.
To jest standardowa odpowiedź ale za to prawdziwa do bólu. Nauczyciele na całym świecie mają te same zobowiązania i te same problemy. Nie każdy z nas uczy historii i może rzucać żartami na lewo i prawo.
Historia to nie jest przykład wzięty z kapelusza, gdy byłem dużo młodszy chciałem studiować historię, to była moja największa pasja, nawet koszykówka nie była dla mnie tak ważna. Miałem wspaniałą nauczycielkę w podstawówce, która potrafiła wybaczyć mi moje paskudne pismo i chociaż męczyła się niemiłosiernie próbując odczytać moje bazgroły z zadań dodatkowych to zawsze miała dla mnie czas. Wtedy też uwielbiałem lekcje z języka polskiego bo chociaż nauczycielka trochę mnie przerażała to jednak z jakiegoś powodu uznawała moje wypracowania za bardzo dobre a interpretacje wierszy za sensowne. Pewnie dlatego że wtedy historia i język polski były powiązane. Materiał był podobny, tu druga wojna światowa, tu pokolenie Kolumbów, wszystko się zazębiało i tworzyło logiczną całość.
A potem poszedłem do ogólniaka. To w ogóle fajna historia bo zdawałem do jednego z ‘najlepszych’ ogólniaków w mieście. Przyjmowali po 35 osób do klasy (prawie jak w Chinach), ale do klasy ‘angielskiej’ przyjęli 34 i kto był pierwszy pod ‘kreską’. Właśnie. I wylądowałem gdzieś indziej. I tutaj przestałem lubić historię. To zdumiewające jak jedna osoba jest w stanie zniechęcić do czegoś co było takie fajne. I w pewnym punkcie przestało mi już nawet zależeć. Tego właśnie boję się najbardziej że mogę kogoś zniechęcić. Te dzieciaki tutaj mają już tyle stresów że zajęcia ze mną powinny być dla nich jak najlżejsze i przede wszystkim zachęcające do dalszej nauki. To nie jest coś na co mogłem pozwolić sobie w Polsce. A szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.