Archive for the ‘kacik podrozniczy’ Category

W drodze na szczyt

sobota, Marzec 14th, 2015

P1170504 (Copy)

Dzień drugi w Luang Prabang był dniem który June odchorowywała. Nie wiadomo czy było to coś co zjadła, czy może raczej fakt że tak naprawdę nie jadła niczego konkretnego od kilku dni. Laotański makaron nie jest czymś co June lubi najbardziej.

P1170506 (Copy)

Jak widzicie na zdjęciach poranki w Laosi są dość zamglone. Podobno dość spory wpływ na tę mgłę mają wypalane pola. Nie mam pojęcia ile w tym prawdy bo aż tyle wypalanych pól nie widziałem, ale skoro ludzie tak to tłumaczą to pewnie coś w tym jest.

P1170508 (Copy)

Na wczesny obiad udało znaleźć się June coś zjadliwego czyli sajgonki, odgrzewane ale przynajmniej zjadliwe, do tego naleśniki, a ja dorwałem zupę tom yum.

P1170530 (Copy)

P1170533 (Copy)

P1170534 (Copy)

A co to?
Tom yum, znane także jako tom yam to tradycyjna ostro kwaśna zupa z Laosu i Tajlandii.
Tom jest Laotańskim słowem oznaczającym process gotowania, a yam jest rodzajem ostro kwaśnej sałatki, stąd też nazwa tom yum.
Podstawowe składniki wywaru to palczatka, liście papedy, galangal, sok limonkowy, sos rybny, oraz papryczki chili.

P1170535 (Copy)

Tom yum – bardzo smaczny, chociaż połączenie smaków kwaśnego i ostrego nie należą do moich ulubionych. Będąc w lesie przewodnik dał nam do skosztowania jeden ze składników tej zupy, ale za skarby świata nie pamiętam który, zapewne galangal, ale głowy sobie uciąć nie dam.

P1170555 (Copy)

Następnie ruszyliśmy na szczyt górujący nad starym miastem, czyli Phou Si.

A co to?
Najważniejsze wzgórze w mieście z którego rozciąga się widok na ścisłe centrum. By dostać się na szczyt trzeba pokonać około 320 schodów. Na szczycie znajduje się świątynia.

P1170581 (Copy)

Wieczorem przyszła kolej na następny wieczór spędzony na targu i znowu odczułem to o czym pisałem wczoraj: spokój. Owszem, gdzieś w tle grała muzyka, ale na wieczornym targu był spokój, praktycznie sami turyści, ale ani przez moment nie czułem że patrzą na mnie jak na chodzący portfel.

P1170637 (Copy)

Na kolację udałem się do bufetu na otwartym powietrzu. Coś takiego powinno być w Chinach, zdecydowanie powinno. Mnóstwo różnych potraw do wyboru, wszystkie smaczne, zero mięsa, więc tanio i jak się człowiek pośpieszy to ciepłe.

P1170618 (Copy)

P1170615 (Copy)

P1170616 (Copy)

P1170633 (Copy)

P1170636 (Copy)

P1170603 (Copy)

P1170585 (Copy)

P1170568 (Copy)

P1170543 (Copy)

P1170540 (Copy)

W końcu w Laosie

niedziela, Marzec 8th, 2015

P1160502 (Copy)

W końcu, bo ta wyprawa tak naprawdę rozpoczęła się rok temu, to wtedy powstały założenia by do Laosu pojechać i spędzić tam kilkanaście dni. To wtedy też okazało się że przyjazd do Laosu wiąże się z pewnymi problemami dla obywateli Chin. A raczej wiązał się wtedy, o czym za chwilę.

P1160503 (Copy)

Po śniadaniu ruszyliśmy do granicy, gdzie June od razu zapytała o dostępność wiz po stronie Laotańskiej i…nie ma żadnego problemu. O ile rok temu ktoś po stronie chińskiej stwierdził że wiz na miejscu w Laosie Chińczycy nie dostają, o tyle teraz nikt już tak nie mówił i nagle rzeczywistość zaczyna pokrywać się z tym co znajduje się w internecie.

P1160509 (Copy)

Sama odprawa po stronie chińskiej poszła bezproblemowo, paszport, karteczka wyjazdowa, pieczątka i już można przechodzić.

Przeszliśmy oboje z June i…stoimy, czekamy…w końcu June pyta się strażnika granicznego czy mamy czekać na jakiś autobus czy iść, a strażnik odpowiada że czekać. No to czekamy, czekamy…aż w końcu znudziło mi się czekanie, wziąłem June za rękę i poszliśmy.

P1160511 (Copy)

Na horyzoncie ukazała się piękna, złota budowla, mająca przypominać świątynię w stylu znanym z Azji południowo wschodniej, cała pozłacana. Tak oto wygląda budynek po stronie Laotańskiej.

P1160513 (Copy)

Tutaj już June mogła przechodzić bezproblemowo bo wizę miała wyrobioną zawczasu, ja natomiast musiałem zapłacić 250 RMB, dodać zdjęcie i dostałem wizę po 10 minutach.

Laotański strażnik graniczny spojrzał w paszport, wrzucił go do czytnika i puścił w dal.

W teorii miało być przed nami raptem kilka minut spaceru, rzeczywistości nie sprawdziliśmy bowiem stojąc w kolejce, przyglądając się ubezpieczeniom samochodów zagadał do nas pewien Chińczyk i stwierdził że nas podrzuci kawałek bo jedzie akurat w tym samym kierunku co my.

I pojechaliśmy do Luang Namtha.

P1160550 (Copy)

Luang Namtha

Po drodze okazało się że razem ze znajomym prowadzą plantację arbuzów w Laosie. Tam je hodują a sprzedają w Chinach. I zaczął opowiadać o Chińczykach w Laosie.
Nie powiedział nic pozytywnego. Przynajmniej nic pozytywnego mi June nie przytoczyła. Opowiadał za to o tych drzewach z brązowymi drzewami które okazały się być drzewami kauczukowymi zasadzonymi przez Chińczyków. Wytłumaczył też że żeby je zasadzić najpierw wycięto las i zmieniono kształt góry by moc ich więcej zasadzić.
Krzyczał i narzekał na chciwych Chińczyków. Opowiadał że mnóstwo Chińczyków robi tak jak on, ale niszczą pola z innych upraw, niszczą tutejsze tereny by hodować jak najwięcej arbuzów, bananów i drzew kauczukowych.
Opowiadał też o mieszkańcach Laosu, że Im to w gruncie rzeczy do szczęścia potrzeba jedynie ryżu i ostrych przypraw, nie mają ambicji by piąć się w górę, mieć jak najwięcej pieniędzy, a on, jako Chińczyk, musi to cholera, robić (tak to przedstawiła June).

P1160552 (Copy)

Lubię myśleć że zawsze ma się wybór, ale czasem presja otoczenia, rodziny, przyjaciół, jest tak wielka że ten wybór znika i człowiek jest zmuszony do robienia czegoś czego nie chce. Z jednej strony żal mi tego Chińczyka, a z drugiej, no cóż bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie jak to powiedział Gandhi.

P1160594 (Copy)

Wysiedliśmy przy stacji autobusowej Luang Namtha i usłyszeliśmy że oddalona jest od centrum o dziesięć kilometrów.
Phi, dziesięć kilometrów, przejdziemy!
I zaczęliśmy maszerować w samo południe.

I maszerowaliśmy…po raz pierwszy zatrzymaliśmy się na obiad, który był obiadem dla mnie. Wtedy też nauczyliśmy się mówić sa bai dee, czyli dzień dobry i do widzenia. Nudle ryżowe na kwaśno z talerzem zieleniny z miętą na czele będą potrawą która najczęściej będziemy wybierać w Laosie, ale ta pierwsza była szczególna.

P1160586 (Copy)

June oczywiście nie mogło umknąć piękne ubranie starszej Pani siedzącej obok i musiała je przymierzyć. Prośba o to była przekomiczna bowiem ani my po Laotańsku, ani te Panie po Angielsku czy Chińsku.

P1160588 (Copy)

Ruszyliśmy dalej, zatrzymując się ponownie w innej restauracji gdzie poczęstowano nas wodą, oraz w jeszcze innej gdzie zjadłem inny makaron.

P1160601 (Copy)

P1160609 (Copy)

P1160610 (Copy)

W końcu jednak, po ponad dwu i pół godzinnym spacerze, dotarliśmy do centrum Luang Namtha.

A co to?

Luang Namtha to miejscowość w północnym Laosie, która znana jest znana przede wszystkim z bardzo dobrych połączeń autobusowych z resztą kraju, oraz pobliskiego parku narodowego.
W gruncie rzeczy jest to skupisko wiosek ciągnące się przez ponad dziesięć kilometrów. Doszło do tego z powodu amerykańskich bombardowań w czasie drugiej wojny Indochińskiej w czasie to których starsza część wioski została zmieciona z powierzchni ziemi, więc ludzie przenieśli się trochę dalej. Stare nawyki często jednak wykorzenić, więc po pewnym czasie część ludzi wróciła na stare tereny i efekt jest taki że lotnisko i dworzec autobusowy znajdują się dziesięć kilometrów od głównych targów (dwóch) i serca miejscowości.
Miejscowości? Wioseczki, bo mieszka tam niewiele ponad 3000 osób.

P1160620 (Copy)

Jedną rzecz trzeba sobie uświadomić: w Laosie mieszka bardzo mało ludzi. Stolica i największe miasto to Vientine zamieszkiwane przez trochę ponad 700k, co jest wynikiem ze wszechmiar przyzwoitym, ale gdy weźmiemy pod uwagę że cały kraj zamieszkuje niecałe siedem milionów ludzi, a rozmawiamy tu o kraju wielkości Rumunii czy Wielkiej Brytanii to okazuje się że ten kraj jest najzwyczajniej w świecie pusty.

P1160627 (Copy)

Hotel znaleźliśmy bez problemu. Laos to nie Chiny, tutaj obcokrajowcy często nawet nie muszą pokazywać paszportu przy rejestracji, wystarczy kasa z góry i podpis.

P1160646 (Copy)

Po zrzuceni plecaków poszliśmy szukać biura które zabierze nas na wycieczkę do puszczy. Pochodziliśmy, poszukaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy.

P1160643 (Copy)

P1160642 (Copy)

A potem przyszła kolej na kolację i pierwsza bagietkę od niepamiętnych czasów.

Na południe

wtorek, Marzec 3rd, 2015

P1150961 (Copy)

Lijiang zawiodło nas mocno, o wiele lepiej prezentowało się Shuhe, ale i tak postanowiliśmy się zwinąć po dwóch nocach i ruszyć do kolejnego celu naszej podróży czyli Dali.

P1150967 (Copy)

A co to?

Dali, to kolejna ze znanych mniejszych miejscowości słynąca ze starego miasta. W dodatku położona między malowniczymi górami a ogromnym jeziorem.
Historia Dali sięga daleko, w 738 roku wybrano je na stolicę królestwa Nanzhao rozciągającego się od południowo wschodnich Chin aż do północnej Birmy. Królestwo to przetrwało blisko dwa stulecia, by w końcu ustąpić miejsca królestwo Dali w 937. Ono z kolei zostało podbite przez Mongołów w dwunastym wieku.
Obecne stare miasto zostało przebudowane na początku piętnastego wieku i jego wygląd został, mniej więcej, zachowany.

P1150972 (Copy)

Do Dali dotarliśmy wieczorem i pierwsze co rzuca się w oczy to mnóstwo autobusów odjeżdżających z dworca kolejowego w stronę starego miasta. A przyznać trzeba że znajduje się ono o dobrą godzinę drogi od miasta nowego.

P1150987 (Copy)

 

P1150986 (Copy)

P1150978 (Copy)

Lijiang

poniedziałek, Marzec 2nd, 2015

P1150610 (Copy)

Na początek ruszyliśmy tam gdzie mieliśmy najbliżej czyli do starego miasta w Shuhe. Bardziej starego ponieważ w znacznej mierze jest odnowione, przebudowane i pełne nowych budynków, które jedynie imitują te oryginalne.
To jednak absolutnie nie zmienia faktu że wyglądało cudownie, zwłaszcza wczesnym porankiem gdy nie było tam praktycznie nikogo i można było robić zdjęcia bez tysięcy turystów w tle, lub na pierwszym planie.

P1150620 (Copy)

Żeby lepiej zrozumieć to miasto weszliśmy na pobliską górkę by spojrzeć na nie z wysokości i wyglądało to niesamowicie, zwłaszcza te dachy w połączeniu z gęstą zabudową. Sprawia to wrażenie jakby całe miasto było jednym wielkim domem w którym jedynie pokoje różnią się poziomem.

P1150628 (Copy)
Makaron na ostro

Przez Shuhe płynie rzeka, lub dwie, a wszystkie, ale to absolutnie wszystkie otwarte budynki to albo hotele, hostele, restauracje, lub sklepy dla turystów. Tylko co ciekawe, dla mnie, nie znalazłem tam ani jednego sklepu z telefonami komórkowymi, co jest niespotykane jak na Chiny.

P1150689 (Copy)

Następnie ruszyliśmy do starego miasta Lijiang. Bardziej rozbudowanego, odnowionego i wypełnionego po brzegi sklepami. Wszystko dla turystów.

P1150713 (Copy)

Za to dachy w Lijiang wyglądają jeszcze lepiej.

P1150770 (Copy)

Ulice są wąskie, tak że cztery osoby mogą przejść, ale piąta musi się przeciskać, w dodatku zakrętów, zawijasów jest tyle że można chodzić, chodzić i nie powtórzyć trasy przez dobrych kilkadziesiąt minut.

P1150758 (Copy) P1150757 (Copy)(lewa)Coś słodkiego (prawa) Makaron z wołowiną

Tyle, że Lijiang jest bardziej znane więc wypełnione turystami o każdej porze, więc ciężko o zdjęcia bez ludzi.

P1150791 (Copy)

Zmęczeni tym tłokiem postanowiliśmy wrócić do Shuhe, ale zanim wróciliśmy nie mogłem sobie odmówić lokalnego specjału czyli baba. Ot chlebowy placek, który w miejscu pełnym turystów urósł do miana specjału. Podobnie jak sfermentowane mleko jaka, które podaje się tu na modłę chińską, czyli dosłodzone do stopnia w którym w ogóle nie smakuje jakby kiedyś było w nim coś naturalnego.

P1150798 (Copy)

Wieczorem Shuhe wygląda zupełnie inaczej. Wszędzie ludzie, gwar, mnóstwo zapachów, ale przede wszystkim gwar i…ciężko wrócić do hostelu. Za dnia można się jeszcze kierować na znaną górę, ale wieczorem nie widać już niczego.

P1150806 (Copy)

Tylko po co się spieszyć skoro na głównym rynku rozpalone zostaje ognisko wokół którego ludzie zaczynają tańczyć i można się do nich dołączyć?

P1150948 (Copy)

 

P1150934 (Copy)

 

P1150871 (Copy)

P1150815 (Copy)

Powrót do Changchun

wtorek, Czerwiec 3rd, 2014

Pierwsza wiadomość z rana: Tom wyleciał do USA. I wyjaśniło się jaki to samolot…Bo ja naiwnie myślałem że Tom poleciał na krótki urlop gdzieś, a On wsiadł w pociąg do Szanghaju i odleciał. Nikomu nic nie powiedział, wziął tyłek w troki i uciekł. Nie wiem czy polecieli razem z Jesicą, czy nie, ale raczej tak. Bardzo to nieprofesjonalne i dziwne, zwłaszcza że gdy ostatnio rozmawialiśmy mówił że wylatuje w lipcu. Nie wiem czy Johnson nie przegiął z czymś pały…a może powinienem był się domyślić co zamierza widząc jak sprząta puszki po piwie.

P1120594 (Copy)

Droga powrotna minęła nam spokojnie na oglądaniu widoków za oknami pociągu. I tutaj, na tych wioskach, życie toczy się wyraźnie własnym rytmem. Spokojnie, bez pośpiechu i gdy jest ciepło to wydaje się być to życiem całkiem przyjemnym, ale w zimie to musi być prawdziwa tragedia. Te chałupki wyglądają na zupełnie pozbawione izolacji termicznej, wystaje z nich komin, więc piec jest, ale ile taki piec może dać ciepła…Nie, życie na wsi na północy jest diametralnie różne od życia na wsi na południu.

P1120595 (Copy)

Przejście podziemne na dworcu przywitało nas, jak zawsze, zimnym wiatrem który jest znakiem rozpoznawczym Changchun. Oczywiście o 2030 autobusów nie ma, podobnie jak i nie ma uczciwych taksówek, ale z tym drugim sobie poradziliśmy przechodząc 200 metrów od dworca. A taksówkarze to powinni się zacząć uczyć chińskiego bo gdy ja do Nich mówię to nie rozumieli i błagalnie patrzyli na Czerwiec, a ja Ją podstępnie odsuwałem na bok i mówiłem ta bo hui shua han yu (ona nie mówi po chińsku). Trochę w tym złośliwości, ale podobnie jest trochę złośliwości w taksówkarzu chcącym Cię ogolić do zera.

P1120599 (Copy)

Jeszcze krótkie zakupy, bo oczywiście lodówka pusta, a na dodatek sklep też pusty bo chyba wszystko zostało już wykupione i na prawdziwe zakupy trzeba będzie poczekać do jutra.

P1120600 (Copy)

Tom nie posprzątał. Więcej, wygląda jakby wręcz uciekał bo zostawił mnóstwo rzeczy porozwalanych, na drzwiach do mojego pokoju przylepił kartki z informacjami żebym oddał książki i że przeprasza za bałagan. Oraz ze wszystko co zostawił mogę sobie wziąć. Ketchup, cebula i słoik oleju. I to by było na tyle jeżeli chodzi o Toma w Changchun.

Yanji

poniedziałek, Czerwiec 2nd, 2014

P1120472 (Copy)

P1120473 (Copy)

To był dzień na zwiedzanie miasta i zakupy. Bo w sumie to nic innego nie mieliśmy zaplanowanego. Znaczy ja miałem zaplanowaną wizytę w grobowcach z czasów królestwa Balhae. Myk jednak okazał się taki że te grobowce nie znajdowały się 10 kilometrów od Yanji, jak to sugeruje angielski internet, a bliżej 100 jak to sugeruje, lepiej rozeznany, chiński internet.

P1120478 (Copy)

I tu jest właśnie problem ze zwiedzaniem takich mniej znanych miejsc, które są trochę oddalone od tej ubitej ścieżki, że mało kto orientuje się gdzie one się znajdują i z pomocą nie przyjdzie wiele osób. Także z planu tego zrezygnowałem bo widać te grobowce i tak nie były jakieś niesamowite skoro nikt się nimi za bardzo nie interesuje. Trochę szkoda, bo zostało mi 5 tygodni w dongbei i to była w sumie moja ostatnia wyprawa turystyczna, ale co tam, są w życiu rzeczy ważniejsze.

P1120481 (Copy)

Śniadanie było dość proste, baozi i czarna owsianka, którą uwielbiam. A potem ruszyliśmy przed siebie. Yanji nie jest jakimś niesamowicie przyjaznym turystom miejscem, czyli nie ma tutaj wiele do roboty, jest za to dużo sklepów z koreańskimi rzeczami i na tym się skupiliśmy.

P1120488 (Copy)

Znudzeni zakupami ruszyliśmy do wioski koreańskiej. Fałszywej, zbudowanej koło nowopowstającego osiedla, ale takiej która na zdjęciach wydawała się całkiem przyjemna, no i o osiedlu nie wiedzieliśmy dopóki się tam nie pojawiliśmy.

P1120489 (Copy)

Także podchodząc do bramy widzimy mnóstwo obcokrajowców (powiedział nie obcokrajowiec), ale gdy my próbowaliśmy przez bramę przejść okazało się że jest zamknięta. Czerwiec bardzo chciała zobaczyć co tam się dzieje w środku, więc odczekaliśmy chwilę po czym przeszliśmy przez płot. W środku i tak nikt nie zwracał na nas uwagi, w sumie to prawie nikogo tam nie było, wszystkie budynki były pozamykane a wielkość pajęczyn świadczyła o tym że miejsce to było zamknięte od paru dobrych miesięcy.

P1120502 (Copy)

Z takich ciekawszych miejsc to zobaczyliśmy w wiosce budynek w którym przygotowywano alkohol, oraz June przetłumaczyła mi legendę o czarnym sosie, którego w Korei nikt nie lubił oprócz pewnego chłopaka który żeniąc się z brzydką kobietą robiącą ten sos zaczął nabierać siły, a ich dzieci rosły silne i zdrowe. Sosu nikt nie lubił bo śmierdział paskudnie.

P1120505 (Copy)

Na lunch udaliśmy się do japońskiej restauracji gdzie Czerwiec zamówiła smażone koreańskie nudle w tym właśnie sosie, a ja japońską zupę. Skończyło się na tym, że to ja zjadłem nudle, a Ona zupę. Nie mogła znieść ani smaku ani zapachu tego jedzenia. Zresztą jedzenie z tego okręgu podchodzi Jej bardzo średnio by nie powiedzieć w ogóle. Widać że nie jest to Jej ulubiona kuchnia w Chinach.

P1120535 (Copy)

Gdzieś w międzyczasie zadzwonił Chris żeby zapytać kiedy wylatuję do kraju, bo pewnie ustalał grafik na lipiec i poprosił żebym zagadał do Toma żeby się odezwał. Także napisałem Tomowi wiadomość żeby zadzwonił do Chrisa bo przecież mogę jutro zapomnieć. Tom odpisał że musi zadzwonić wcześnie bo o ósmej ma samolot.

P1120536 (Copy)

Potem znowu shopping z którego wkrótce wrzucę film, oraz kolacja w pobliskiej restauracji. Olbrzymia, do tego stopnia że się jej nie spodziewaliśmy i w końcu było to coś co Czerwiec mogła zjeść. Tylko co z tego skoro odchorowywała to dnia następnego.

P1120540 (Copy)

P1120593 (Copy)

P1120587 (Copy)

P1120586 (Copy)

P1120584 (Copy)

P1120576 (Copy)

P1120573 (Copy)

P1120570 (Copy)

P1120568 (Copy)

P1120566 (Copy)

Na i wzdłuż granicy

niedziela, Czerwiec 1st, 2014

P1120347 (Copy)

Z samego rana ruszyliśmy do Tumen, czyli miejscowości na granicy z Koreą północną. Ruszyliśmy pociągiem i Czerwiec nie mogła wyjść z podziwu że tutaj wszyscy mówią po koreańsku. Gdy pytała po chińsku to oczywiście wszyscy Jej odpowiadali i nawet nie musiała się zbyt wiele domyślać.

P1120338 (Copy)

P1120340 (Copy)

P1120339 (Copy)

Podróż pociągiem zajęła nam niecałą godzinę i po chwili już jechaliśmy rykszą do granicy. Granice w Chinach to olbrzymi biznes, ale o tym będzie za chwilę.

P1120343 (Copy)

Będąc już w pobliżu rzeki postanowiliśmy zrobić sobie małą sesję fotograficzną w tradycyjnych koreańskich ubraniach i o ile na Czerwiec coś się znalazło, tak na mnie te ubrania były za małe, no ale co poradzić. Za to zdjęcia wyszły fajnie, nawet to przy którym Pan Chińczyk mówił kiss kiss.

P1120346 (Copy)

Udaliśmy się do osławionego mostu na rzece Tumen. Osławionego bo ma około 400 metrów i na jednym końcu są Chiny, a na drugim Korea Północna. Sławniejszy jest tylko ten zniszczony przez Amerykanów w Dandong. Chcemy na niego wejść, nawet gotowi zapłacić po 20 RMB, ale okazuje się że obcokrajowcy nie mogą.

P1120354 (Copy)

W sensie ja nie mogę. Nie dość że cały czas pozostaję w obrębie kraju, płacę za przejście 200 metrów, to tak naprawdę nie mogę tego zrobić bo paszport mam nieładny. Także poszliśmy sobie i pojechaliśmy do Hunchun.

P1120349 (Copy)

Hunchun to miejscowość na granicy z Rosją i Koreą. Jest tam znaczna mniejszość rosyjska która zaczęła się przeprowadzać po przejściu na emeryturębo życie w Chinach jest tańsze. Tak się przeprowadzają kilka lat i doszło do tego że wszystkie napisy są w trzech językach: po chińsku, koreańsku i rosyjsku. A jeszcze na budynku straży pożarnej był napis po angielsku.

P1120357 (Copy)

Z miejsca zostaliśmy zagadnięci przez naganiacza taksówkowego, ale olaliśmy Go zupełnie, a On dalej naciskał i w końcu nawet Czerwiec na Niego podniosła głos, a to się zdarzyło pierwszy raz odkąd się znamy. Także niezwłocznie udaliśmy się na lunch i chodząc od sklepu do sklepu udało nam się uzyskać informacje o tym jak na granicę dojechać.

P1120361 (Copy)

I tu pojawia się problem bo ja chciałem jechać na granicę oddaloną od miasta o 5 kilometrów, ale z Czerwiec się nie dogadaliśmy i pojechaliśmy do miejscowości, a raczej parku trójgranicznego. Tylko że zanim do niego dojechaliśmy wylądowaliśmy w wiosce żołnierskiej z której do parku było z pięć kilometrów.

P1120385 (Copy)

Żadnej drogi powrotnej do Hunchun, żadnego auta do parku by złapać autobus powrotny. Stopa nie ma jak złapać bo aut praktycznie nie ma, a jak są to są pełne ludzi, ale w pobliżu był sklep z pamiątkami i akurat była godzina zmian więc podrzucili nas do parku.

P1120386 (Copy)

Nastawieni na to że do parku już i tak nie wejdziemy, bo wszyscy mówili że są tam jakieś zaporowe ceny (no i prawda, są zaporowe jeżeli chce się zobaczyć wszystko i to mnie zdenerwowało strasznie, że muszę płacić żeby zobaczyć granicę, co jest bzdurą kompletną, wyłudzaniem pieniędzy i w mojej opinii nadużyciem), ale jeżeli chce się zobaczyć tylko granicę z Rosją to nie jest tak źle (chociaż i tak jest drogo, a oglądanie granicy polega na tym że wchodzi się na szczyt olbrzymiej wieży i można sobie popatrzeć na łąki, podczas gdy ta granica o której ja myślałem to prawdziwe przejście graniczne, tak przynajmniej wygląda na zdjęciach z satelity), wsiedliśmy do autobusu i wróciliśmy do Hunchun.

P1120402 (Copy)

Co straciliśmy nerwów i czasu to nasze i podtrzymało to moją opinię o ludziach z Dongbei – większość z nich jest naprawdę, naprawdę niesympatyczna. W Hunchun prawie nikt nie chciał nam powiedzieć jak dostać się do granicy, w sklepach powiedzieli że mogą zadzwonić po kogoś kto przyjedzie, kierowca autobusu wiozącego nas do granicy także mówił że nie wie jak wrócić sugerując jedynie dostanie się na trójstronną granicę.

P1120403 (Copy)

Chociaż i tak nie ma tak źle bo przynajmniej wróciliśmy cali i zdrowi do Yanji.

P1120411 (Copy)

Około 20 i zjedliśmy kolację w restauracji. Na szczęście do hotelu nie było daleko bo chwilę potem cała kolacja ze mnie wyleciała. Tak, kolejny raz się potwierdza żeby nie jeść w restauracjach przy stacjach kolejowych.

P1120416 (Copy)

P1120471 (Copy)

P1120452 (Copy)

P1120446 (Copy)

P1120443 (Copy)

P1120442 (Copy)

P1120441 (Copy)

P1120440 (Copy)

P1120439 (Copy)

P1120437 (Copy)

P1120430 (Copy)

Podróż na północ

sobota, Maj 31st, 2014

P1120271 (Copy)

Zaczęła się w piątek gdy po zajęciach ruszyliśmy na nowy przeniesiony przystanek autobusowy i pojechaliśmy na dworzec.
Zajęcia to częściowy sukces a częściowa tragedia bo zostałem olany zupełnie, no ale kto by tam przynosił książki mając w perspektywie wyjazd do domu po zajęciach.

P1120287 (Copy)

Także było i minęło, nie ma co nad tym rozmyślać, do końca zostało 5 tygodni i zaczyna się wielkie odliczanie bo do zrobienia zostały jeszcze dwa zajęcia. Reszta to testy i prezentacje. Czyli jest bardzo, bardzo dobrze.

P1120288 (Copy)

Pociąg przyjechał punktualnie i zabrał nas do Yanji. Yanji jest stolicą koreańskiego okręgu autonomicznego Yanbian o czym już wspominałem.

P1120291 (Copy)

Obudził mnie wschód słońca o czwartej, czyli dużo, ale to dużo za wcześnie. Tutaj też godziny są poprzewracane, dzień wstaje za wcześnie a kończy się również za wcześnie. Mogliby nad tym popracować, ale dawno temu uznano że w całych Chinach należy stosować czas pekiński, zgodnie z duchem jednego kraju. Ich prawo.

P1120292 (Copy)

Gdy dojechaliśmy już do Yanji zaczęły się poszukiwania naszego hotelu. Trochę to trwało, ale na szczęście udało się i to w dodatku o tyle fajnie że mieliśmy autobus bezpośredni. To też taki pierwszy znaczący przypadek w którym chiński internet nam nie pomógł, ale google nie zawiodło.

P1120293 (Copy)

Chiński internet bowiem nie potrafił odnaleźć naszego hotelu, a raczej przystanku przy nim, za to google poradziło sobie bez problemu. Co prawda trochę się pogubiło mówiąc że dojeżdża tam tylko jeden autobus, ale nas o akurat nie dotyczyło bowiem i tak ze stacji kolejowej mieliśmy jeden autobus.

P1120296 (Copy)

Do hotelu dotarliśmy za wcześnie, ale na szczęście pozwolili nam zostawić plecaki i poszliśmy na śniadanie do pobliskiej restauracji, jednej z nielicznych otwartych zresztą, i zamówiliśmy owsiankę która była taka sobie ze wskazaniem na słabą, shao mai czyli takie pierogi które oryginalnie pochodzą z Kantonu i powinny być z wieprzowiną, ale nasze były z wołowiną i Czerwiec nie smakowały, za to ja uważam że były przepyszne.

P1120305 (Copy)

Następnie przyszła pora na lekki shopping, który trochę skróciliśmy, ale wróciliśmy z niego wzbogaceni o kapelusze, a ja o przyjemność skosztowania sławnych nudli na zimno. Nudle na zimno w zupie jadłem już raz w Pekinie rok temu, koło którejś ze świątyń i pamiętam że były w smaku mocno średnie.

P1120307 (Copy)

Te dzisiaj były natomiast przepyszne. Dziwne bo słodko ostre, ale przepyszne. Czerwiec w ogóle nie smakowały, ale Ona jest niepozytywnie nastawiona do dań słodko ostrych.

P1120308 (Copy)

Przed powrotem do hotelu udaliśmy się jeszcze w odwiedziny do pobliskiej piekarni która przyciągnęła nas zapachem świeżo wypieczonego chleba i co prawda prawdziwego chleba tam nie było, ale ten słodki był bardzo, ale to bardzo dobry i miał krótką datę przydatności do spożycia czyli nie był to typowy chiński pompowany chemikaliami chleb.

P1120310 (Copy)

Jutro ruszamy jeszcze dalej na północ.

P1120314 (Copy)

P1120336 (Copy)

P1120334 (Copy)

P1120332 (Copy)

P1120329 (Copy)

P1120327 (Copy)

P1120324 (Copy)

P1120321 (Copy)

P1120318 (Copy)

P1120316 (Copy)

Tianjin #3

niedziela, Kwiecień 13th, 2014

Huntun
Po polsku wonton. Czyli takie pierogi w zupie…Huntun zaczyna się od kwadratowego ciasta, do którego wkłada się wkładkę, zazwyczaj mięsną. Czasem zdarza się że huntun jest smażony na głębokim oleju, ale częściej je się je w zupie. Dla mnie wyglądają jak zwykłe pierogi zwinięte w kulkę zamiast standardowego kształtu pierożka.

P1110070 (Copy)

Hamburger
Chiński hamburger. Z wieprzowiną i ogórkiem w środku. Przepyszne ciasto. Przepyszne. Taki chleb mógłbym jeść.

P1110072 (Copy)

Kościół
Najsmutniejszy kościół w jaki byłem w życiu. Dla mnie był zupełnie wyprany z Boga. Ludzie robiący sobie zdjęcia przy ołtarzu gdy się ‘modlą’, ludzie pozujący to zdjęć ze złożonymi dłońmi w czasie ‘modlitwy’ to nie mój klimat.

P1110079 (Copy)

Rozumiem dlaczego tak jest, bo to Chiny i dla nich kościół katolicki to bardziej budynek, a nie świątynia, ale wydało mi się to zupełnie pozbawione szacunku. Przypuszczam że to nie byli chrześcijanie a po prostu turyści, których było w Tianjin od groma, ale niesmak i tak mi pozostaje. Więcej nie napiszę bo musiałbym się irytować.

P1110078 (Copy)

Most
Ruszyliśmy zobaczyć Tianjin Eye, czyli olbrzymie koło widokowe na Tianjin i przechodząc przez ulicę trafiliśmy do bloków z których nie było wyjścia. Ktoś postawił przejście nad ulicą prowadzące tylko do tych bloków, ale jakoś nie wspomniał o tym nigdzie. Czasem ten kraj mnie zaskakuje.

P1110088 (Copy)

Tianjin Eye
Samo Tianjin Eye robi fantastyczne wrażenie. Tyle tylko że w poniedziałki rano jest zamknięte…

P1110092 (Copy)

Świątynia
Buddyjska. Taka nowa zbudowana jak stara, mnóstwo ludzi, ale w pewnym punkcie to te wszystkie świątynie są takie same, chyba że czymś się wyróżniają. Ta się niczym nie wyróżniała. Dla odmiany tutaj ludzie nie pozują do zdjęć w czasie modlitwy, a zwyczajnie się modlą.

P1110097 (Copy)

Obiad
W pobliżu świątyni znajdowała się restauracja prowadzone przez męża z żoną i była to jedna z najczystszych restauracji jakie widziałem w Chinach. Zamówiliśmy podwójne nudle smażone z kapustą i dostaliśmy naprawdę potężną porcję nudli, które nie były smażone jak na mój gust z kapustą. Nudle owe charakteryzowały się tym że nie miały żadnego smaku. Żadnego. Jak to June powiedziała teraz to jesz paprykę, a nie nudle. A pochłonąłem paprykę z trzech stolików

P1110101 (Copy)

Puch
I tak wracając już do hotelu trafiliśmy na ulicę pełną latającego puchu. Zdjęcia tego nie oddają, więc uwierzcie na słowo. Ten puch był wszędzie, naprawdę wszędzie. Wyglądało to jak śnieg w lato.

P1110104 (Copy)

Nudle na zimno
Na kolację, po raz trzeci. Tym razem od Pani na ulicy. I były najlepsze…

P1110110 (Copy)

Hotel
Teoretycznie to ja w tym hotelu nie powinienem mieszkać, ale na szczęście przemykałem się szybko przed rejestracją i nikt nam złego słowa nie powiedział. Także udało nam się znaleźć tani i porządny hotel.

Tianjin #2

sobota, Kwiecień 12th, 2014

P1100987 (Copy)

Pięć ulic
W Tianjin było kilka koncesji: włoska, japońska, brytyjska, belgijska, niemiecka (pruska), austro-węgierska i amerykańska. Każda z nich miała trochę inna architekturę, ale były dość blisko siebie.

P1100995 (Copy)

Wiele z nich nie zostało bo w czasie okupacji japońskiej dużo zniszczono, ale to co zostało przypomina Europę, o czym już wspominałem, z June udaliśmy się na długi spacer po wu da dao czyli pięciu drogach. Są to obecnie najbardziej znane i najlepiej zachowane ulice z architekturą kolonialną.

P1100997 (Copy)

Nic tylko chodzić i podziwiać.

Banki
My udaliśmy się na ulicę bankową. A raczej obecną ulicę bankową bo w przeszłości były tam inne budynki. Jest to fantastycznie zachowana ulica wypełniona budynkami z czasów kolonialnych.

P1110001 (Copy)

I wygląda to jakby było w Europie chociażby dlatego że nigdzie nie ma żadnych restauracji, ani nikt nie sprzedaje jedzenia na ulicy.

P1110019 (Copy)

Coś jak na Chiny niespotykanego (o czym pisałem wcześniej), a jednak są takie miejsca, gdzie nie ma jedzenia. Co idzie za brakiem jedzenia  w Chinach? Brak ludzi. To oczywiste.

P1110014 (Copy)

Praktycznie wszyscy turyści skupili się na głównych ulicach, ale na przepięknej ulicy finansowej nie było praktycznie nikogo.

P1110021 (Copy)

A budynki przecież absolutnie niczym się nie różnią, ba są jeszcze lepsze bo można sobie wejść do środka.

P1110017 (Copy)

Czasem nawet pstryknąć zdjęcie gdy nikt nie patrzy. Fajnie, naprawdę fajnie.

P1110004 (Copy)

Muzeum pocztowe

P1110002 (Copy)

I na wejściu Pan prosi żeby nie robić zdjęć. W muzeum pocztowym. No nie mogę. To mnie zdewastowało zupełnie. W Xi’an przy niesamowitych zabytkach historycznych mogę robić zdjęcia, ale w Tianjin w muzeum pocztowym nie mogę.

P1110012 (Copy)

Koniec końców zdjęć nie robiłem bo ciągle ktoś za nami chodził. W żadnej sali nie byliśmy sami bo zawsze ktoś patrzył, ale to zrozumiałe, w końcu jestem szpiegiem i chcę zrobić zdjęcia. Chociaż może chodzi o to by nie robić zdjęć bo pojawią się podróbki znaczków? Może i tak.

P1110024 (Copy)

Muzeum pocztowe głównie kręciło się wokół opisów jak działała poczta i jakie to były posterunki pocztowe zanim stworzono system pocztowy, oraz jak to dzielni listonosze pracowali w najtrudniejszych warunkach. Za pięć juanów warto było zobaczyć, ale więcej to lekka przesada.

P1110025 (Copy)

Budynek obok
Wyszliśmy z muzeum pocztowego i…

P1110031 (Copy)

Boję się iść sama, chodźcie ze mną.
Dobiegło z klatki schodowej opuszczonego budynku i poszliśmy. Weszliśmy po drewnianych schodach na ostatnie piętro i zeszliśmy bo nie było tam nic ciekawego.

P1110053 (Copy)

Oprócz drewnianych schodów Ja już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz chodziłem po drewnianych schodach. Znaczy mam takie w Polsce, w domu, ale w Chinach…nie, chyba nigdy.

Jedzenie

P1110065 (Copy)

Na lunch zjedliśmy nudle na zimno, ale tym razem w innej restauracji i osobiście bardziej przypadły mi do gustu. Po czym poznać w Chinach dobrą restaurację? Po kolejce. Chociaż to złudne bo może być tam po prostu tanio. W każdym razie nudle smaczniejsze i ostrzejsze.

P1110067 (Copy)

Na kolację ja zjadłem niu rou mian, czyli nudle z krowim mięchem, a June nudle pomidorowe, ale bez zupy. Moje jednak było smaczniejsze, ale że Czerwiec nie może sobie odmówić pomidorów to Jej smakowało bardziej to co sobie zamówiła.

P1110059 (Copy)

P1110055 (Copy)

P1110040 (Copy)