W końcu w Laosie

P1160502 (Copy)

W końcu, bo ta wyprawa tak naprawdę rozpoczęła się rok temu, to wtedy powstały założenia by do Laosu pojechać i spędzić tam kilkanaście dni. To wtedy też okazało się że przyjazd do Laosu wiąże się z pewnymi problemami dla obywateli Chin. A raczej wiązał się wtedy, o czym za chwilę.

P1160503 (Copy)

Po śniadaniu ruszyliśmy do granicy, gdzie June od razu zapytała o dostępność wiz po stronie Laotańskiej i…nie ma żadnego problemu. O ile rok temu ktoś po stronie chińskiej stwierdził że wiz na miejscu w Laosie Chińczycy nie dostają, o tyle teraz nikt już tak nie mówił i nagle rzeczywistość zaczyna pokrywać się z tym co znajduje się w internecie.

P1160509 (Copy)

Sama odprawa po stronie chińskiej poszła bezproblemowo, paszport, karteczka wyjazdowa, pieczątka i już można przechodzić.

Przeszliśmy oboje z June i…stoimy, czekamy…w końcu June pyta się strażnika granicznego czy mamy czekać na jakiś autobus czy iść, a strażnik odpowiada że czekać. No to czekamy, czekamy…aż w końcu znudziło mi się czekanie, wziąłem June za rękę i poszliśmy.

P1160511 (Copy)

Na horyzoncie ukazała się piękna, złota budowla, mająca przypominać świątynię w stylu znanym z Azji południowo wschodniej, cała pozłacana. Tak oto wygląda budynek po stronie Laotańskiej.

P1160513 (Copy)

Tutaj już June mogła przechodzić bezproblemowo bo wizę miała wyrobioną zawczasu, ja natomiast musiałem zapłacić 250 RMB, dodać zdjęcie i dostałem wizę po 10 minutach.

Laotański strażnik graniczny spojrzał w paszport, wrzucił go do czytnika i puścił w dal.

W teorii miało być przed nami raptem kilka minut spaceru, rzeczywistości nie sprawdziliśmy bowiem stojąc w kolejce, przyglądając się ubezpieczeniom samochodów zagadał do nas pewien Chińczyk i stwierdził że nas podrzuci kawałek bo jedzie akurat w tym samym kierunku co my.

I pojechaliśmy do Luang Namtha.

P1160550 (Copy)

Luang Namtha

Po drodze okazało się że razem ze znajomym prowadzą plantację arbuzów w Laosie. Tam je hodują a sprzedają w Chinach. I zaczął opowiadać o Chińczykach w Laosie.
Nie powiedział nic pozytywnego. Przynajmniej nic pozytywnego mi June nie przytoczyła. Opowiadał za to o tych drzewach z brązowymi drzewami które okazały się być drzewami kauczukowymi zasadzonymi przez Chińczyków. Wytłumaczył też że żeby je zasadzić najpierw wycięto las i zmieniono kształt góry by moc ich więcej zasadzić.
Krzyczał i narzekał na chciwych Chińczyków. Opowiadał że mnóstwo Chińczyków robi tak jak on, ale niszczą pola z innych upraw, niszczą tutejsze tereny by hodować jak najwięcej arbuzów, bananów i drzew kauczukowych.
Opowiadał też o mieszkańcach Laosu, że Im to w gruncie rzeczy do szczęścia potrzeba jedynie ryżu i ostrych przypraw, nie mają ambicji by piąć się w górę, mieć jak najwięcej pieniędzy, a on, jako Chińczyk, musi to cholera, robić (tak to przedstawiła June).

P1160552 (Copy)

Lubię myśleć że zawsze ma się wybór, ale czasem presja otoczenia, rodziny, przyjaciół, jest tak wielka że ten wybór znika i człowiek jest zmuszony do robienia czegoś czego nie chce. Z jednej strony żal mi tego Chińczyka, a z drugiej, no cóż bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie jak to powiedział Gandhi.

P1160594 (Copy)

Wysiedliśmy przy stacji autobusowej Luang Namtha i usłyszeliśmy że oddalona jest od centrum o dziesięć kilometrów.
Phi, dziesięć kilometrów, przejdziemy!
I zaczęliśmy maszerować w samo południe.

I maszerowaliśmy…po raz pierwszy zatrzymaliśmy się na obiad, który był obiadem dla mnie. Wtedy też nauczyliśmy się mówić sa bai dee, czyli dzień dobry i do widzenia. Nudle ryżowe na kwaśno z talerzem zieleniny z miętą na czele będą potrawą która najczęściej będziemy wybierać w Laosie, ale ta pierwsza była szczególna.

P1160586 (Copy)

June oczywiście nie mogło umknąć piękne ubranie starszej Pani siedzącej obok i musiała je przymierzyć. Prośba o to była przekomiczna bowiem ani my po Laotańsku, ani te Panie po Angielsku czy Chińsku.

P1160588 (Copy)

Ruszyliśmy dalej, zatrzymując się ponownie w innej restauracji gdzie poczęstowano nas wodą, oraz w jeszcze innej gdzie zjadłem inny makaron.

P1160601 (Copy)

P1160609 (Copy)

P1160610 (Copy)

W końcu jednak, po ponad dwu i pół godzinnym spacerze, dotarliśmy do centrum Luang Namtha.

A co to?

Luang Namtha to miejscowość w północnym Laosie, która znana jest znana przede wszystkim z bardzo dobrych połączeń autobusowych z resztą kraju, oraz pobliskiego parku narodowego.
W gruncie rzeczy jest to skupisko wiosek ciągnące się przez ponad dziesięć kilometrów. Doszło do tego z powodu amerykańskich bombardowań w czasie drugiej wojny Indochińskiej w czasie to których starsza część wioski została zmieciona z powierzchni ziemi, więc ludzie przenieśli się trochę dalej. Stare nawyki często jednak wykorzenić, więc po pewnym czasie część ludzi wróciła na stare tereny i efekt jest taki że lotnisko i dworzec autobusowy znajdują się dziesięć kilometrów od głównych targów (dwóch) i serca miejscowości.
Miejscowości? Wioseczki, bo mieszka tam niewiele ponad 3000 osób.

P1160620 (Copy)

Jedną rzecz trzeba sobie uświadomić: w Laosie mieszka bardzo mało ludzi. Stolica i największe miasto to Vientine zamieszkiwane przez trochę ponad 700k, co jest wynikiem ze wszechmiar przyzwoitym, ale gdy weźmiemy pod uwagę że cały kraj zamieszkuje niecałe siedem milionów ludzi, a rozmawiamy tu o kraju wielkości Rumunii czy Wielkiej Brytanii to okazuje się że ten kraj jest najzwyczajniej w świecie pusty.

P1160627 (Copy)

Hotel znaleźliśmy bez problemu. Laos to nie Chiny, tutaj obcokrajowcy często nawet nie muszą pokazywać paszportu przy rejestracji, wystarczy kasa z góry i podpis.

P1160646 (Copy)

Po zrzuceni plecaków poszliśmy szukać biura które zabierze nas na wycieczkę do puszczy. Pochodziliśmy, poszukaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy.

P1160643 (Copy)

P1160642 (Copy)

A potem przyszła kolej na kolację i pierwsza bagietkę od niepamiętnych czasów.