Archive for the ‘June’ Category

Tydzień trzeci

niedziela, Wrzesień 11th, 2016

img_20160828_072136

Czyli bing, nie mamy za bardzo w Polsce odpowiednika, ale od biedy można to porównać do tortilli, czy naan. Oczywiście zależy od rodzaju, bo niektóre bardziej przypominają ciastka.

Bing to po prostu ogólne słowo oznaczające produkt spożywczy na bazie mąki pszennej. W Polsce powiedzieliśmy chleb a potem zaczęlibyśmy rozróżniać czy chodzi o żytni, razowy, tostowy, z ziarnami, bezglutenowy i tak dalej.
Jedynym wymogiem dotyczącym wszystkich bing jest to że musi być okrągły. Oczywiście potem można go pociąć, ale swoje życie rozpoczyna na okrągło.

Oczywiście rodzajów jest kilka. To Chiny, więc nie da się inaczej. Bing może być zarówno bez nadzienia, tak jak na przykład jest to w Xinjiang gdzie co najwyżej posypie się go sezamem (pycha są te muzułmańskie chlebki, pycha), czy w Shaanxi gdzie smak smaży się go na głębokim oleju (u June w wiosce tak robili, rany jakie to było dobre), może też być płaski ze świeżą cebulą, albo pulchny z różnymi wkładkami. I tak, ten na zdjęciu poniżej ma wkładkę z kapusty.

p1230684

Oczywiście jest pyszny. Aczkolwiek to jest zdjęcie z zeszłego tygodnia, ten w tym tygodniu już taki dobry nie był.

Także niektóre się piecze, niektóre smaży, niektóre smaży na głębokim oleju, ale rzecz jest taka że na północy jest ich więcej. Dużo więcej niż na tym odległym południu.

Ogórek kiwano

Nazwa łacińska to cucumis matuliferus, zwany także rogatym melonem, afrykańskim rogatym ogórkiem/melonem, melonem galaretowym,  żywopłotową tykwą, melano, czy też owocem nadymką.
Jednoroczne pnącze z rodziny ogórkowatych. Owoc ma, co widać na zdjęciu, ciernie przypominające rogi. Dojrzały powinien mieć żółtą/pomarańczową skórkę, oraz zielony, przypominający galaretkę miąższ.

14225539_680011178818935_8699095802944799583_n

Wywodzi się z Afryki, a obecnie hoduje się go w USA, Chile, Australii i Nowej Zelandii.

Jest jednym z głównych źródeł wody w czasie pory suchej na pustyni Kalarahi. W północnych rejonach Zimbabwe nazywa się go gaka lub gakachika i jest przede wszystkim dodatkiem do sałatek i jako przekąska.

W smaku przypomina połączenie ogórka i cukinię, lub ogórka, cytrynę i banana. Dla poprawy smaku można dodać soli lub cukru.

Prawdę mówiąc to bez cukru się tego zjeść nie dało, znaczy dało, ale smaku w tym nie było za grosz. Kiepskie i nie polecam, chociaż może w Afryce będzie lepsze.

Szpital

week3ab
Jedna z kilku nowych ulicznych śniadaniowych restauracji.

Byliśmy z June w szpitalu w środę celem zrobienia najprostszego możliwego badania krwi z rozmazem. Na szczęście znalezienie nazwy badanie krwi z rozmazem po chińsku nie było aż tak trudne jak się początkowo spodziewałem (jeżeli kiedykolwiek będziecie musieli szukać rzeczy bardziej medycznych i translatory się wyłożą to szukajcie na różnych wersjach językowych Wikipedii, tam na 99% wtopy nie będzie).

Także tak…najpierw spróbowaliśmy się zarejestrować drogą komputerową. Bo w tym konkretnym szpitalu są ustawione komputery (podobno w całym Xiamen są) połączone z systemem kart, które dostaje każdy pracujący w mieście, i właśnie za pomocą tej karty można dokonać rejestracji.

Karta June nie działała, ale sądząc po tym ilu ludzi stało w kolejkach do ręcznej rejestracji, a ilu przy komputerach to nikomu nie działała.

week3ad

Popołudniowy powrót do domu nie może odbyć się bez wizyty na ekspozycji skuterów

Po zarejestrowaniu się udaliśmy się na drugie piętro, będące w moim odczuciu pierwszym, ale Chińczycy jak i Amerykanie nie uznają parterów więc niech będzie że drugie, tam odstaliśmy jakieś pół godziny w kolejce i zarejestrowano nas po raz drugi, tym razem już na konkretne badania, przy okazji podjęto próbę sprzedania nam dodatkowych badań, ale że nie były nam potrzebne to po trzech minutach drugi gabinet z rejestracją opuściliśmy.

Okazało się że na badanie krwi June ma za mało pieniędzy na karcie i musi dopłacić, na szczęście w szpitalach są piękne wpłatomaty, także wpłaciła pieniądze i mogliśmy ruszyć do trzeciej kolejki, tym razem kolejki właściwej do pobierania krwi. Kolejne 10 minut, a to tylko dlatego że June stanęła w kolejce dla nagłych wypadków, bo gdyby stała w normalnej to zajęłoby to minimum pół godziny.

week3b

Zawodowi żebracy. Co weekend przed tym samym sklepem.

Krew pobrali, wydali kwitek i pierwszy pozytyw: wyniki miały być już za 30 minut do godziny. Były za minut 40, a odbierało się je przesuwając kwitek z kodem kreskowym pod skanerem który był podłączony do komputera z drukarką. Gdy tylko wyniki były dostępne na ekranie pojawiała się odpowiednia informacja a wyniki samoczynnie się drukowały.  Także nie było aż tak strasznie.

Mleko

W Chinach jest generalnie rzecz biorąc trudno dostępne i drogie, przynajmniej mniejszych miejscowościach. W Jiawang miałem z tym problemy i były miesiące gdzie zamiast z mlekiem miałem owsiankę z jogurtem na śniadanie, głównie z powodu mojej nieuwagi, ale jednak.

week3d

Rozorana ulica, a co za nią? Dowiemy się jak ją naprawią.

Kupno normalnego mleka jakie my znamy jest bardzo trudne bo te Chińskie są jakieś takie inne i trzeba się ratować mlekiem z zagranicy, podobnie jest zresztą z wszystkimi innymi wyrobami mleko pochodnymi czyli serami, jogurtami, czy śmietaną. Ja z tym jakiegoś wielkiego problemu nie mam, mógłbym żyć na tych chińskich produktach i przez trzy lata żyłem. Aż pewnego dnia wpisałem na taobao 波兰牛奶 czyli polska mleko, bo robienie z tego polskie mleko nic by mi nie dało, a jedynie wyszukiwanie mogłoby zakłócić. No i znalazłem od strzału.

untitled

Najlepsze w tym wszystkim jest to że importowane mleko z Polski jest tańsze od tych Chińskich wymyślanych produktów mlecznych.

Pogoda

Pogoda jest fantastyczna. Chłodno z rana i biega się super. Potem co prawda robi się gorąco, duszno, wieczorami pojawiają się burze, ale gdy się wychodzi biegać to jest fantastycznie. Bez porównania lepiej niż rok temu. Chciałbym powiedzieć że w tym roku lepiej się zaaklimatyzowałem, ale byłoby to kłamstwo bo rok temu było przeraźliwie gorąco i parno, a w tym roku jest tak przyjemniej do życia.

Namioty z rodzicami

tents

Skoro ostatnio pierwszaki pojawiły się w szkolę to kilka słów o takim nowym zjawisku.
Nazywa się ono爱心帐篷, czyli ‘namioty miłości’. Nie no poważnie, ‘namioty miłości’, bardziej dwuznacznej nazwy nie mogli sobie wymyślić.

O co chodzi?

W Chinach rodzice są niezwykle mocno zaangażowani w życie swoich dzieci, o matkach tworzących godzinne plany zajęć dla pięciolatków nie ma co pisać bo to patologia, ale taki przykład z życia: June ma dostać nowego ucznia, ale zanim go dostanie matka owego ucznia oczekuje że June prześle Jej swój życiorys z wyszczególnionym doświadczeniem i wykształceniem, słowem wybadać.
Jak to się ma w końcu do tych namiotów miłości?
Rodzice przyjeżdżają ze studentami na uniwersytety i zostają tam przez jakiś czas by pomóc się dzieciom zaaklimatyzować, a że taki rodzic nie ma za bardzo gdzie spać bo hotele w okolicy mają tylko ograniczoną pojemność to często śpi na ławce, albo jakiś pudłach, albo z dzieckiem w łóżku. A teraz, w niektórych szkołach, już nie! Teraz szkoły otwierają pola namiotowe wewnątrz sal, najczęściej na terenie sali sportowej i pozwalają tam rodzicom spać.

Oczywiście podnoszą się głosy mówiące że to jest rozpieszczanie dzieciaków do niepojętej potęgi, co nie jest jakoś dalekie od prawdy, w końcu to są osoby dorosłe które muszą się swoim życiem w końcu zająć, ale jest też druga strona medalu.

Dla tych rodziców to ostatni moment by spędzić ze swoimi dziećmi trochę czasu, a także okazja by poznać uniwersytet i miasto w którym ich dziecko zamieszka. Jest to także okazja na wycieczkę by trochę lepiej poznać swój kraj.

 week3w

Czasem trzeba znaleźć swój cichy kącik

week3v

week3s

Jak widać nie tylko hipsterzy dbają o zarost.

week3p

Strażnik parku

week3n

Chwila spokoju przed burzą

week3f

W trzy osoby na skuterze to jeszcze nie problem.

2. Ultramaraton Magurski

wtorek, Sierpień 23rd, 2016

Word podkreśla mi słowo ultramaraton co już znakiem że to nie jest coś normalnego. Bo czy normalne jest bieganie przez kilka-kilkanaście godzin pokonując blisko 60 kilometrów? No średnio. Jest w tym odrobinę szaleństwa, nutka niepokorności, w końcu już sam bieg maratoński jest wyzwaniem i traktowany jest jako coś nie dla każdego, a żeby biegać jeszcze więcej i to po górach? No to już przesada.

Po przebiegnięciu trzeciego maratonu, pierwszego do którego się przygotowywałem, postanowiłem że przebiegnę ultramaraton. Spróbowałem, ale po 36 kilometrach musieli mnie zwieźć na metę bo jak zęby skaczą z zimna i koc termiczny nie pomaga to należy wybrać opcję przetrwanie.

Od tamtego dnia minęły cztery lata i taki bieg w trakcie którego pokonałbym ponad 42 kilometry chodził za mną cały czas. Do tego stopnia, że rok temu przebiegłem pół dodatkowego okrążenia w Rybniku, czyli wyszło 44 kilometry, a parę miesięcy później w Chinach trasa liczyła 42,4 kilometra, ale oficjalnie dystansu ultra nie pokonałem.

Na swoje drugie podejście, wybrałem bieg w Krempnej, głównie dlatego że te tereny były mi obce, a i sam bieg nie jest jeszcze taki znany, więc ludzi nie będzie za dużo, a jednak pokonywanie szlaków w tłumie nie jest przyjemne.

Do Krempnej przyjechaliśmy dzień wcześniej, dzięki uprzejmości organizatorów rozbiliśmy namiot za szkołą (która była całą noc otwarta więc nie trzeba było kombinować z ubikacją).
Wszyscy w biurze byli niesamowicie uprzejmi, gdy June wstała ze mną o trzeciej nad ranem by skorzystać z toalety zagrzali nam wodę na herbatę, a rodziców zaprosili na kawę. Widać że ten wilk promujący bieg bardziej przypomina tego pluszowego siedzącego w biurze zawodów.

P1230623

Start zaskoczył nie tylko mnie, ale i żonę i rodziców, na szczęście zawsze na starcie zawsze następuje pierwsze zderzenie ze ścianą. Opowiadam sobie ten żart od pierwszego maratonu, to straszny suchar ale zawsze poprawia mi humor.

Cała grupa zgubiła się już na przy pierwszej możliwej okazji bo zamiast biec w prawo pobiegliśmy prosto, o pomyłkę nie było trudno bo po obu stronach znajdowały się taśmy oznaczające bieg. W gruncie rzeczy ta pomyłka nie byłaby jakoś bardzo dotkliwa bo w ostateczności pokonalibyśmy trasę od tyłu, ale ktoś krzyknął i zawróciliśmy.

Długo, długo, bardzo długo biegliśmy gęsiego, bo szlak był wąski, w dodatku zarośnięty i już na trzecim kilometrze wylądowałem po raz pierwszy twarzą na ziemi. Na szczęście to dla mnie nie pierwszyzna, więc szybko wstałem i ruszyłem dalej.

Pierwsze podejście było ciężkie, przede wszystkim z powodu tej wąskiej ścieżki i tłumu. Potem zbieg i ponownie było ciężko. Takie ostre zbiegi to coś do czego nie byłem przygotowany bo niby jak mam się do tego przygotować biegając w mieście nad morzem? No nijak.

Za to widoki…ach…widoki były piękne i mnóstwo ludzi zatrzymywało się by robić zdjęcia jak słońce wschodzi nad polami, które jeszcze są spowite mgłą.
Kilka lat temu w Luoyang spotkałem chłopaka który, jako jedyna spotkana tego dnia osoba, nie robił zdjęć więc musiałem się Go zapytać jaki był powód tej decyzji. Chcę te obrazy zapisać w głowie. Lubię robić zdjęcia, ale czasem są takie widoki które sprawiają że przypominam sobie tego chłopaka i także staram się zdjęć nie robić by utrwalić je w pamięci. Przynajmniej niektóre.

Myślę że to właśnie z powodu widoków znowu wyrżnąłem, tym razem na śliskiej od rosy trawie. Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz biegałem po trawie, a co dopiero na takiej z rosą, no i wyszło jak wyszło, ale przynajmniej ten drugi raz wylądowałem na plecach, pewnie żeby było po równo.

Przed pierwszym punktem z wodą nastąpił kolejny problem z trasą, a może nie tyle z trasą co z przyglądaniem się taśmom. Kilkanaście osób źle pobiegło i po paru chwilach zbiegaliśmy po stromiźnie gęsiego. Ktoś nawet wpadł na pomysł by zacząć w tym momencie wyprzedzać. Zyskiwali po kilka metrów a zaraz potem i tak wracali do szeregu.

Ledwo zbiegliśmy z góry i czekała na nas woda. Czyli punkt z wodą. A chwilę potem kolejne podejście.  To w ogóle bardzo ładne słowo podejście, bo nie podbieg. A wbieganiu na coś takiego nie może być mowy. Naszła mnie wtedy myśl że chciałbym zobaczyć jak sobie z czymś takim radzą zwycięzcy, w końcu jak się uczyć to od najlepszych. Dociskając kolana nad tym właśnie się zastanawiałem.

W Chyrowej na 19 kilometrze i pierwszym pełnym punkcie odżywczym dolałem trochę wody, złapałem żelka i pobiegłem dalej. Ludzie zatrzymywali się dłużej i widać było że wolontariusze uwijają się przy nas jak obsługa w bardzo dobrym hotelu. Wybiegając usłyszałem że jestem…no właśnie nie pamiętam czy usłyszałem 56 czy 58. Przez chwilę się nad tym zastanawiałem, ale potem machnąłem ręką. To moje drugie podejście, tym razem musi się udać, to który jestem nie ma znaczenia, grunt to podchodzić pod każdą górę a na płaskim i z góry zbiegać.
14053986_1080962798655194_3265220832809359871_n

Takie zdjęcie zrobione tuż za punktem: wszyscy przebiegają uśmiechając się do aparatu, a ja idę zapatrzony w aparat próbując zadzwonić do June.

Potem nastąpiło kilka przyjemnych kilometrów, niezbyt strome podejścia, niezbyt strome zbiegi. Trochę po asfalcie, trochę po szlakach, ale zanim było przyjemnie czekała mnie jeszcze jedna wywrotka. Tym razem na płaskiej drodze. Czułem że plaster mi się odlepił z palca i trzy razy rozwiązywałem but by ostatecznie dojść do wniosku że wyjąłem go za pierwszym razem

Dalej nie było już tak przyjemnie. Czekało na mnie podejście na Baranie, które wbrew pozorom nie ciągnęło się tak bardzo jak myślałem, nawet nie było aż tak strasznie. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie było ani łatwo, ani lekko, ani przyjemnie, trzeba było się trochę naskakać, a potem sporo te kolana ponaciskać, ale nie mogło być inaczej, w końcu to góry.

Po kilku minutach na szczycie dotarło do mnie, że organizatorom oberwie się za brak punktu odżywczego bo prawie każdy o niego pytał. No tak, ale nikt nie mówił że będzie. Początkowo miał być tylko na 19 i na 47 kilometrze, a z powodu pogody dołożono jeden na 10 i drugi gdzieś na 30. Mam nadzieję że ultramaratończycy nie są tak wymagający jak niektórzy biegający maratony, którzy oczekują punktów żywnościowych co 5 kilometrów (a niektórzy to pewnie chcieliby cały czas biec przy bufecie) i jednak się tym orgom nie oberwie, bo absolutnie na to nie zasłużyli.

Od szczytu do Ożennej było już blisko. Może nie bardzo blisko, ale przyjemnie, bo niewiele uciążliwych podbiegów, kilka ładnych zbiegów, szlak był już szerszy i gdzieś tam nieświadomie dotarło do mnie że przekroczyłem barierę 42 kilometrów i biegłem dalej. Zacząłem odliczać kilometry do tego 56 kilometra na którym miała być meta.  Na jednym z tych bardziej płaskich momentów wyrżnąłem po raz piąty i ostatni, odruchowo przysunąłem palec do zegarka by go zatrzymać, ale druga myśl kazała nic nie naciskać, więc posłuchałem, szybko się pozbierałem i biegłem dalej.

Gdzieś tam dotarło do mnie że pot wylewa mi się z rękawów, usłyszałem że pewnie mnóstwo ludzi zrezygnuje z pokonywania trasy długiej bo jest za ciepło. Może i trochę w tym prawdy. Pamiętam że od Baraniej do Ożennej biegłem z kimś, ale nie pamiętam z kimś. Każdego mijanego biegacza pytał jak się czuje, czy ma co jeść, co pić, a potem ruszaliśmy dalej. Obaj bez okularów, co było lekkim szaleństwem na tych zbiegach. Gdzieś wtedy oddałem Mu moje pół litra wody, bo miałem jeszcze zapas. Ten odcinek był fenomenalny, to było kilka chwil w czasie których poczułem się częścią czegoś większego.

Ani się obejrzałem a już byłem w Ożennej, ale zbieg po kamieniach był paskudny. Po kilku chwilach czułem każdy możliwy kamień, ale nawet to mi nie przeszkadzało. Leciałem dalej, to było drugie najszybsze pięć kilometrów w całym biegu.

Na punkcie dolałem trochę wody, napełniłem butelki, zjadłem arbuza, żelka, wziąłem strasznie słone orzeszki, które po przeżuciu wyplułem i maszerowałem pod jedną z ostatnich gór. Od tego momentu byłem już sam. Wtedy zobaczyłem ten osławiony już napis BÓL TO ŚCIEMA i wiedziałem że dam radę. Ruszyłem do przodu coraz więcej biegnąc. Po chwili zobaczyłem chorągiewki i skręciłem w las. W głowie kłębiły się myśli a co jeżeli nie zobaczę kolejnej taśmy? A co jeżeli dla żartów podmienili strzałki i pobiegłem na długą trasą? A c o jeżeli źle przeczytałem i pobiegłem na długą trasę?

Z każdą odnajdywaną taśmą głosy cichły i pozostawało jedynie bieganie wymieszane z marszem pod ostatni szczyt na trasie.

Wejście na szczyt było cudowne. Wyłaniam się z lasu i widzę przed sobą całkiem nagie pole. Wspaniały widok, czułem się jak nowo narodzony. Z góry już zbiegałem i tak biegłem przed siebie aż mi zegarek pokazał 56 kilometrów kiedy to zacząłem zadawać sobie pytanie gdzie jest ta cholerna meta?! I wtedy zobaczyłem postać która cicho powiedziała moje imię, odkrzyknąłem Jej imię ze znakiem zapytania, a postać krzyknęła moje i zaczęła biec w moją stronę. Żona wymaszerowała taki hektar i musiałem się zapytać ile do mety? Jeszcze dwa kilometry. Chwilę pobiegliśmy razem, potem chwilę razem pomaszerowaliśmy, a potem już truchtałem do końca. Nie mogłem już biec, parę razy chciałem iść, ale dotruchtałem do mety.

Z 56 kilometrów o których myślałem cały czas zrobiło się 58, ale i te dwa dodatkowe nie okazały się być zbyt wielkim problemem.

Na mecie dostałem medal, zamiast piwa wybrałem wodę, okazało się że przy którymś z upadków rozwaliłem sobie kolano, ale nic nie czułem, w końcu ból to ściema i mogę się teraz tytułować ultramaratończyk.

Czy spróbuję jeszcze raz? Tak, nie raz i nie dwa. Chociaż początkowo ten wąski szlak mnie zraził i stwierdziłem nawet że mi się nie podoba, to gdy w końcu towarzystwo się rozbiegło a trasa rozszerzyła zobaczyłem że ultrabieganie jest świetne. Nie będzie to jednak lekki związek, bez bólu się nie obędzie. Ale niczego innego bym się spodziewał.

Jeszcze na koniec – olbrzymie, olbrzymie podziękowania dla wszystkich wolontariuszy i organizatorów bo wykonaliście kawał naprawdę dobrej roboty i możecie być z siebie dumni.

Nie mam pieniędzy

poniedziałek, Marzec 7th, 2016

Od zeszłego tygodnia Chiny oszalały na punkcie dnia kobiet. O ile o wielkim dniu zakupów 11.11 mówiłem nie raz, o tyle o drugim wielkim dniu zakupów 12.12 wspomniałem dopiero rok temu, a ten kolejny wielki szał zakupowy 3.8 zapanował dopiero w tym.

Gospodarkę trzeba jakoś napędzać, więc nie można sobie pozwolić na przerwę od nowego roku do kolejnego święta (czyli święta majowego, bo święto Qingming omijamy ze względu na duchowy aspekt), w końcu to blisko dwa miesiące. Jaki dzień jest mniej więcej po środku? Dzień kobiet! I tak oto korzystając z miłej dla oka daty 3.8 (zapisane w stylu chińskim) możemy zasugerować że tego dnia ceny osiągną pułap 38% ceny oryginalnej.

To w ogóle jest ciekawa sprawa, w Chinach gdy widzicie 9,5 w sklepie, oznacza to że obniżka wynosi 5%, a jeżeli widzicie 9 to znaczy że obniżka wynosi 10%, jeżeli widzicie 5 to obniżka wynosi…oczywiście 50%. Na początku może wydawać się to mylące i kłopotliwe w końcu my jesteśmy przyzwyczajeni do napisów głoszących o ile procent obniżono cenę, ale po jakimś czasie człowiek zaczyna rozumieć że w Chinach piszą do ilu procent cenę obniżoną.

Także od blisko tygodnia każda kobieta na taobao to albo bogini albo księżniczka, wszystko po to by wydobyć jeszcze więcej pieniędzy. Oczywiście obniżki serwują nam nie tylko sklepy z ubraniami czy kosmetykami, ale także restauracje i tak nawet McDonald’s oferuje 3.8 RMB zniżki za każde wydane 10. No żyć i nie umierać w tym raju promocji.

A teraz do tytułu. Pojechaliśmy z June do kwiaciarni kupić kwiatek do domu. Wybór padł na różową lilię i June skierowała się do kasy zapłacić gotówką.
Pani w kasie posprawdzała w pudełko z pieniędzmi (kasy to są w Chinach w supermarketach), potem w portfelu, po czym powiedziała nie mam gotówki, ale dodaj mnie do znajomych na wechacie (chiński whatsapp, czyli komunikator) a Ci wyślę pieniądze.
Witamy w dwudziestym pierwszym wieku, gdzie brak gotówki nie jest już żadną wymówką chroniącą sprzedawców przed wydaniem reszty.

[KK] Historia kuzynki June

wtorek, Marzec 1st, 2016

Kuzynka June, z wykształcenia pielęgniarka, poznała chłopaka mając 22 lata. Uznała wtedy że to jeszcze za wcześnie na ślub, bo ledwo co skończyła studia i otworzyła własną malutką przychodnię lekarską.
Prowadziła ją, gdy w wieku 24 lat Jej rodzice zaczęli umawiać ją na randki w ciemno. W końcu pochodzi z małej wioski w której w wieku 24 kobieta powinna być już po ślubie i przynajmniej w ciąży.
W wieku 26 lat uznała że pora wyjść za mąż, bo jeżeli nie teraz to kiedy? Nie była zadowolona ze swojego ówczesnego chłopaka, żołnierza (co okaże się ważne), ale uznała że się nada.
Małżeństwo to od samego początku zapowiadało się na intrygujące. Już w dniu ślubu mąż miał na twarzy ślad od paznokci. Skąd się wzięły? Poszło o pieniądze. Żona chciała wszystkie pieniądze jakie dostał mąż od swoich znajomych z okazji ślubu, a mąż powiedział że oddał wszystko, czemu żona nie chciała dać wiary i w końcu męża zaatakowała. On jednak kobiecie nie oddał.

Kolejną dużą kością niezgody był zakup mieszkania. Ona chciała w Luoyang, czyli tam gdzie miała swoją małą przychodnią. On nie chciał bo pochodził z innej prowincji i Jego rodzice nie chcieli się na to zgodzić, w końcu w Chinach to na synu spoczywa obowiązek opieki nad rodzicami.
W tym czasie na świecie już pojawił się ich syn. Ojciec do domu nie wracał coraz częściej, aż w końcu przestał przychodzić w ogóle, de facto zamieszkał w koszarach. To kuzynka June musiała opiekować się synem i kliniką, oczywiście sama nie dawała rady więc to Jej rodzice przyszli Jej z pomocą.

Kuzynka uznała że skoro mąż nie przychodzi i nie opiekuje się synem to Ona chce rozwodu. On się na to zgodzić nie chciał, z początku. Z czasem postawił kuzynce warunek dostaniesz rozwód, ale ja dostanę syna.
A Ona, pod presją rodziny, zgodziła się.

Teraz syna nie widuje. Ojciec zabrał Go do swojej rodzinnej miejscowości, a tam rodzice Mu opowiadają że matka jest zła i Go zostawiła.

Wesele

piątek, Luty 26th, 2016

Było o ślubie, to dzisiaj będzie o weselu.

2e6ca6830803a21650f3b9c830dab52a

Wszystko zaczęło się o piątej rano kiedy to June musiała iść do fryzjerki by przygotowała Jej fryzurę i makijaż (czyli taka fryzjerka i wizażystka, dwa w jednym, kombo jak kawa z mlekiem). Ja się, rzecz jasna, z łóżka ruszać nie musiałem. Nie miałem nawet zamiaru. Wychodzenie o 8 rano spod nagrzanej kołdry do zimnego mieszkania, a z niego na zimną ulicę by zjeść śniadanie jest bolesne. Sytuacji nie poprawia hulający wiatr, a jedyna myśl która daje motywację to to będzie dobra zupa.
Wstawanie o 5 rano by zrobić dokładnie to samo ale bez perspektywy zjedzenia dobrej zupy jest czymś czego absolutnie nie chciałbym się podjąć i dlatego cieszyłem się niezwykle że to ktoś inny szedł z June.

35ac2cfe19c69db2795f50bfa111fd4a

Zupa z wołowiną jest przysmakiem z tego regionu Chin. Nie jest jakimś znanym rarytasem który można dostać wszędzie, w każdej prowincji, nawet w nie każdej części prowincji Henan znajdziemy restaurację serwującą tę zupę, ale w Luoyang i okolicach znajdziemy ją bez problemu. Z reguły restauracje które ją sprzedają, nie robią niczego innego. Te większe sprzedają jeszcze wołowinę, lub wołowe podroby, ale w tych mniejszych zamówić można tylko zupę.
Samo przyrządzenie jest proste, wrzuca się do miski przyprawy, dosypuje warzyw, krwi i mięsa, a potem zalewa gotującym się wywarem, który po chwili się odlewa, zalewa się jeszcze raz, znowu odlewa, a po chwili zalewa po raz trzeci i podaje. Do tego zawsze dostaje się chleb, albo w całości w postaci placka, albo pocięty jak makaron.

Wybaczcie tę przerwę w narracji, ale mając żonę Chinkę nie mogę teraz nie wspomnieć o jedzeniu.

P1220687

Góra: nuggetsy, wołowina, orzeszki ziemne, warzywa na słodko
Środek: galaretka z mięsem wieprzowym, świńskie uszy, coś słodkiego
Dół: udka, makaron, jajka

June wróciła i zaczęła z koleżankami ćwiczyć taniec. Dla mnie oznaczało to pobudkę bo minutowa piosenka zapętlona w niemalże nieskończoność była równie irytująca co twinkle twinkle little star grane na taniej zabawce przez 12 godzin w pociągu do Kunming rok temu. W nocy.

P1220692

Doszły: kiełki czosnku i ryba

Do mniej więcej 1030 siedzieliśmy ze znajomymi June w Jej pokoju, a potem…no cóż, potem to wszyscy wyszli, łącznie z June i zostałem w pokoju sam.

P1220693

Wieprzowina. Boczek po chińsku, czyli więcej tłuszczu niż mięsa.

Dlaczego? Tradycja.
Zgodnie z tradycją powinienem przyjść do domu rodziców June i dopiero wtedy zobaczyłbym Ją po raz pierwszy. Z racji tego że tej tradycji nie dało się zrobić, to po prostu zabroniono mi wychodzić z pokoju. W międzyczasie posadzono June w salonie i robiono sobie z Nią zdjęcia.
A ja czekałem w pokoju i czytałem książkę. Cóż innego miałem robić?

P1220694

Ryż na słodko.

Po jakichś 40 minutach June weszła do pokoju i okazało się że możemy iść. Więc wyszliśmy, ruszyliśmy do samochodu, a przed nami szedł Pan odpalający petardy. Chińczycy uwielbiają jak jest głośno, to zdumiewające że problemy ze słuchem nie są w tym kraju częstsze. Samochód zawiózł nas do sali gdzie odbył się obiad.

P1220695

Golonka

Zaczęli się z June i znajomymi rozsiadać, ale po chwili zostaliśmy przeniesieni w inne miejsce, gdzie byliśmy już tylko my (czyli June, ja i znajomi) i tam też zjedliśmy obiad. W oddali od reszty rodziny, innych znajomych. Na salę wyszliśmy (June i ja) tylko raz by wnieść toast.
Po mniej więcej godzinie nie było już nikogo na dużej sali i dostaliśmy informację że wracamy.

P1220696

Wieprzowina. Prawie sam tłuszcz.

Wróciliśmy, June się przebrała i ot, koniec wesela.

P1220697

Tofu, pierwszy raz jadłem w restauracji na ciepło.

P1220699

Bakłażan w sosie słodko kwaśnym.

P1220698

Mapo tofu.

[VLOG] 31-01-2016

niedziela, Styczeń 31st, 2016

Dzisiaj notki nie będzie, będzie za to film

środa, Grudzień 23rd, 2015

Mamy połowę listopada

poniedziałek, Listopad 16th, 2015

Prognoza pogody na najbliższy tydzień, średnia temperatura w ciągu dnia to kolejno: 28, 28, 27, 29, 28, 27, 28. Do tego wilgotność w okolicach 90%. Dziękuję. To fajny klimat, ale jednak co za dużo to niezdrowo i powoli ta ciągła hica wychodzi mi bokiem. Dwa tygodnie temu gdy było chłodniej (czyli w okolicach 18-22 stopni) to byłem cały w skowronkach.

Wyszedłem rano pobiegać, już i tak skróciłem dystans do 12 kilometrów z 14, wracam do domu i okazuje się że ważę 1,5 kilograma mniej. A wypiłem pół litra wody i czułem się dobrze. Nie bardzo dobrze, bo jednak ta wilgotność doskwiera, ale jednak dobrze. Dobrze to znaczy że w butach mi skarpetki nie chlupotały.

W każdym razie dzisiaj rozpoczęły się egzaminy śródsemestralne u moich pierwszoroczniaków, potrwa to jeszcze z 2 tygodnie, potem jeszcze dwa zajęcia i egzaminy. U drugoroczniaków jeszcze tylko dwa zajęcia i egzaminy. Dlatego też pół soboty spędziłem przygotowując egzaminy dla tych drugich. Dwie wersje z których jedna zostanie wybrana losowo. Jest to mega banalny egzamin, ale też nie chcę tym studentom dopiekać.

Wychodzi na to że semestr skończy się w drugim tygodniu stycznia, ale może uda mi się te ostatnie piątkowe zajęcia przesunąć na inny termin, no bo kurczę, mieć taką dwudniową przerwę w ciągu tygodnia to trochę niefajnie. Zwłaszcza że to będzie czas w którym można wyjechać do któregoś miasta z Polskim konsulatem i dostać ten papierek o możliwości zawarcia małżeństwa. Dokumenty już wszystkie mamy (jeszcze trzeba to sprawdzić, ale raczej tak).

Odesłałem dzisiaj kartkę z informacją o dodatkowych zajęciach jakie będę prowadzić w przyszłym semestrze, podobno nawet górze przypadł ten pomysł z filmami, ale teraz to ja mam problem bo moje kompetencje w tej dziedzinie są znikome. Czeka mnie kilka tygodni solidnego dokształcania się by móc o filmach opowiadać. Na szczęście żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku więc znalezienie jakiejś strony internetowej, czy kanału na youtube poświęconych filmom nie będzie jakimś wielkim wyzwaniem. Ot, zalety nowoczesnego świata.

40007

piątek, Listopad 13th, 2015

Taki numer został mi dzisiaj przydzielony. Wiadomości o tym że zostałem zakwalifikowany nie dostałem, ale przecież z jakiegoś powodu założyłem to konto na stronie maratonu. Pierwsze logowanie z rana i JEST! Trzeba tylko zapłacić, no i tutaj pojawia się problem, bo logując się przez wersję angielską zapłacić mogę tylko kartą na V lub MC, a takie to mam z Polski i nie chciałem tych pieniędzy wydawać na bieganie, więc szybkie przelogowanie się na wersję chińską i…kolejny problem bo nie ma możliwości zapłaty przez alipay, a jedynie przelewem bankowym. Problem bo moje główne konto bankowe nie ma aktywowanej bankowości internetowej, a to które ma nie ma środków. Na szczęście chwilę potem June wstała i poratowała.

Oczywiście parę razy serce mi się zatrzymało gdy wyskakiwały kolejne błędy, ale koniec końców płatność przeszła, numer przydzielony i pozostaje czekać do ostatniego tygodnia grudnia by odebrać zestaw startowy.

Teraz mogę spokojnie realizować ten swój misternie rozpisany plan, zobaczymy co z tego wyjdzie. Obecnie forma jest, ale muszę czuwać bo ostatnio gdy biegałem tak szybko skończyło się to paskudnym przetrenowaniem i zarówno zniechęceniem do biegania jak i paskudnymi kilkoma tygodniami pełnymi zmęczonych nóg.

Generalnie to zapowiadają się ciekawe dwa miesiące (niecałe nawet). Dzisiaj dobiłem do 2500 kilometrów w ciągu roku, czyli najlepiej od roku 2012 kiedy do Chin przyjechałem. Do 3000 nie dobiję, ale powinienem być gdzieś w okolicach, zresztą już i tak przekroczyłem moje planowane 2400, więc spokojnie mógłbym spuścić z tonu.

Na jutro zapowiadają deszcz, zobaczymy co z tego wyniknie, raczej nie zanosi się na to bym w końcu miał okazję sprawdzić kurtkę przeciwdeszczową (gdybym zapłacił za nią tyle ile oryginalnie kosztowała a nie trzy razy mniej w przecenie to byłbym bardzo niezadowolony), ale przynajmniej powinno być chłodniej, a to zawsze jest plus w tym klimacie. Byleby tylko duszno nie było, bo to bije na głowę upał.

Ciekawostka o egzaminach

środa, Październik 14th, 2015

June przygotowuje się do egzaminów wstępnych na studia magisterskie. Wybrała sobie uniwersytet który mamy pod nosem, w dodatku taki w którym pracuję, więc nie dość że blisko to jeszcze przyjemna kadra pedagogiczna. Nawet sobie kierunek wybrała, zamiast angielskiego wzięła nauczanie języka chińskiego jako języka obcego, czyli kierunek słuszny, przyszłościowy wręcz bym powiedział. Wybrała i tak od paru dni walczy zarówno z książkami, bo jednak kierunek studiów zgoła odmienny od tych z których ma tytuł licencjata więc i przedmioty na egzaminie inne. Oprócz angielskiego i filozofii komunistycznej Marksa, które to dwa przedmioty musi zdawać każdy kandydat na studia magisterskie, June musi przejść jeszcze dwa egzaminy z kultury i języka Chińskiego, oraz nauczania.

Generalnie to dużo nauki, ale do przejścia bo pierwsze egzaminy dopiero za dwa miesiące. Piszę pierwsze bo te pierwsze są wspólne dla wszystkich chętnych chcących udać się na studia magisterskie. Od odgórne egzaminy przeprowadzane w całym kraju. Potem, jakoś w kwietniu, przyjdzie pora na egzaminy przeprowadzane w konkretnej szkole. Czyli tak jak to u nas kiedyś było z maturą. Najpierw ogólnokrajowe, a potem jeszcze uczelniane, co tylko udowodniało że ta matura to aż taka ważna nie była.

Problem June polega na tym że mieszka hen hen daleko od swojego miejsca zameldowania, jakoś tak wyszło że się nie zameldowała, w sumie to nasza wina, ale uznaliśmy że taki meldunek do niczego nie będzie nam potrzebny. W jakim my byliśmy błędzie.

Okazuje się że osoba zameldowana w jednej prowincji nie może wziąć udziału w tym pierwszym egzaminie poza granicami swojej prowincji. Nawet jeżeli w niej nie mieszka. Może to zrobić jedynie pod warunkiem gdy poza nią pracuje. No i tu leży pies pogrzebany bo przecież June teraz nie pracuje.

Rozumiem ten obowiązek meldunkowy, mogę się z nim nie zgadzać, ale go rozumiem. Za to takiego nieżyciowego podejścia nie rozumiem. Tak najzwyczajniej w świecie nie rozumiem dlaczego osoba mieszkająca poza swoją prowincją nie może podejść do tego egzaminu w innym miejscu. A gdyby tak nagle się stało że musi się przenieść to co wtedy? Żadnych wyjątków? Kurczę, nawet głosować poza miejscem meldunku można, w Polsce, ale żeby egzaminu nie móc wziąć bo się nie pracuje w prowincji w której chce się wziąć egzamin?

Nie rozumiem tego.