Archive for Grudzień, 2012

Zespół dnia następnego

poniedziałek, Grudzień 31st, 2012

O zajęciach to dzisiaj nie ma nawet co pisać, bo przecież jaki dzieciak na świecie będzie skupiony na nauce gdy w perspektywie ma trzy dni wolnego a w pamięci imprezę z dnia poprzedniego. I to imprezę na której porządnie się zmęczył a na którą czekał od daaawna. Także film.

Wybrałem się pieszo do szkoły bo chciałem posłuchać podcastu o NBA. I słuchałem. Przez pierwsze 5 minut, potem urwał mi się kabel ze słuchawek. To trzecie słuchawki jakie mi się popsuły w Chinach i drugie jakie tutaj kupiłem. Wygląda na to że przed wyjazdem przyjdzie mi kupić trzecie. Znowu kupię jakieś tymczasowe a w Polsce zaopatrzę się w coś porządnego. Gdyby tylko moje Jiawang było lepiej wyposażone w sklepy to kupiłbym tutaj, a tak…w sumie to poprzednie słuchawki kupiłem w Xuzhou i też się popsuły.

Trafiłem na Lidię w przerwie między zajęciami i dowiedziałem się że ten semestr kończymy 19 stycznia, co nie ma sensu bo to sobota, a nowy zaczynamy 19 lutego, co także nie ma sensu bo to wtorek.

Bezużyteczny fakt z mojego życia zawodowego #1
Gdy swego czasu uczyłem w ściśle tajne jednym z moich uczniów był taki Pan (właściwie to byli tam sami Panowie i jedna Pani, ale taka specyfika ściśle tajne), który gdy czegoś nie rozumiał zamykał się w sobie, czyli zwieszał głowę i kładł rękę na rękę po czym wzruszając ramionami mówił ‘Bez sensu’.  Do tamtego momentu i od tamtego momentu miałem wielu uczniów, w naprawdę różnym wieku, miałem świetne dzieciaki z dobrych domów, świetne dzieciaki z trudnych domów, doktorów, dyrektorów, ściśle tajne, prawdopodobnie przyszłych liderów Chin, ale nigdy nie czułem się tak bezsilny jak wtedy. Nie czułem bezsilności gdy dzieciaki biegały po klasie a ja nie mogłem Ich uspokoić, bo rozumiałem że w którymś momencie zawaliłem, nie czułem bezsilności gdy Ktoś nie potrafił czegoś zrozumieć pomimo kilkunastu prób i przykładów, bo rozumiałem że oboje próbujemy i może to po prostu nie jest ten dzień lub ta pora na zrozumienie, nie czułem się bezsilny nawet wtedy gdy uczyłem niesamowicie zdolną dziewczynę która potwornie bała się mówić i praktycznie każde nasze spotkanie kończyło się jej płaczem bo musiała ze sobą walczyć by się w ogóle odezwać, ale gdy dorosły mężczyzna zamyka się w sobie wzrusza ramionami i mówi ‘Bez sensu’, to ja po prostu czuję bezsilność bo widzę że On czegoś po prostu nie chce zrozumieć.

Także wyjeżdżam z Jiawang 23-go a wylatuję 24-go. Lidia powiedziała że kupi mi bilet ale mam jej przypomnieć dopiero po 13 bo Ona nie wie jak wcześnie można zarezerwować bilet na pociąg. 10 dni wcześniej mogą uczniowie, a jak zwykli ludzie  to już nie wiadomo. Tylko…ja to wszystko liczyłem i to faktycznie nie ma sensu. Bo skoro semestr kończy się  19 to od 21 do 2 lutego uczniowie mają czas na naukę (tak powiedziała Lidia) a egzaminy przypadają na tydzień Nowego Roku (chociaż to Chiny, więc czemu nie) a potem zostaje tylko tydzień ferii zimowych, a przecież mają mieć trzy tygodnie…No i to mi się nie zgadza. Chyba że nie mają dodatkowego czasu na naukę tylko tydzień egzaminów to wtedy wszystko pasuje. Tylko gdzie jest wtedy ten czas na naukę do egzaminów? Dziwne.

Jeden z uczniów z klasy drugiej powiedział mi o jutrzejszym corocznym biegu noworocznym który ma miejsce nie tylko w Jiawang ale i w całych Chinach. ‘Nasz’ bieg rozpocznie się o 9 w szkole. Może pójdę się poprzyglądać i porobić zdjęcia, ale od biegania robię sobie przerwę do piątku co najmniej. No właśnie, kupiłem wczoraj leki i kosztowały mnie 9 RMB. Chciałem kupić dwie paczki ale była już tylko jedna, dzisiaj poszedłem więc do szkoły by kupić drugą, bo nie chciałem iść do centrum a dwie paczki to kuracja na 6 dni, czyli nawet dłużej niż potrzeba. I co? W szkole ten sam lek kosztuje 13 RMB. I ja rozumiem wolny rynek, ja rozumiem podbijanie marży na słodyczach, rozumiem nawet różne ceny w różnych stołówkach, ale zarabianie na lekach to już trochę za dużo jak dla mnie. Zwłaszcza że to sezon na choroby a zdrowie dzieciaków powinno być na pierwszym miejscu.

Od klasy czwartej dostałem kartkę z życzeniami, możecie je sobie przeczytać więc nie ma się co rozpisywać.

Polecam także zdjęcia tej pielgrzymki która ustawiła się przed szkołą. Rodzice się nazjeżdżali by poodbierać dzieciaki, a te już od pierwszych zajęć po południu były popakowane i gotowe do drogi. Skupienie = zero.

Nawet w stołówce było mniej jedzenia bo przecież nikt nie zostaje na kolacje.

Gdy dotarłem na swoje osiedle zostałem zaproszony do kanciapy Panów Strażników. Pozwolili mi ogrzać się przy kozie, chociaż wcale nie ma zimno. Nikt nie chciał ode mnie mandarynek. Oni wręcz walczą by nie wyjść na zachłannych i są gotowi Cię pobić byleby tylko nic nie wziąć. Jak taki naród mógł się na tym świecie uchować? Jaki to kontrast między tą zachłanną apteką w szkole a tymi ludźmi którzy dają Ci wszystko co mają czyli mały taborecik i trochę ciepła a nie chcą nawet mandarynki.

I owszem, dzisiaj jest ostatni dzień 2012 roku. W Chinach 2013 będzie za niecałe 7 godzin. W ogóle tego nie czuć. W ogóle. Nie ma pytań ‘co robisz w sylwestra?’ nie było przerwy świątecznej, nie ma znajomych jadących w góry, jest kolejny dzień w Chinach. Także do północy w Chinach czekać nie będę. Nastawię budzik na 6, a raczej nie przestawię budzika i przywitam 2013 z rodziną i przyjaciółmi w Polsce.

Także wszystkiego najlepszego w 2013!

Niedziela i przegapione #17

niedziela, Grudzień 30th, 2012

Nowa książka
Lidia powiedziała mi że uczniowie dostaną nową książkę do moich zajęć. Zapytałem więc:
– Kiedy będę mógł ją wybrać?
– W ogóle. My je dostajemy.
– Yhy, a czy mogę chociaż poprosić o coś prostszego?
– Nie mamy na to wpływy, poza tym teraz na pewno dostaną poziom wyżej.
I rozmawiałam z Lawrencem który powiedział że koszt książek do okokoło 1000 RMB na każdy semestr. Bo książki zmieniają się co semestr. Ech…przecież Oni już z tą sobie radzą tak średnio, bo dla większości jest za trudna, a teraz dostaną jeszcze trudniejszą a ta nie będzie przerobiona. Przecież to marnotrawstwo pieniędzy. Takie coś bardzo zniechęca do nauki.

Chcę jechać do…
Czyli kontynuacja lekcji podróżniczej, oto lista i wyjaśnienia:
Shangri-la – bo jest piękne, spokojne i pełne drzew. Mieli o tym czytankę ostatnio na zajęciach z angielskiego i chociaż Shangri-la to mityczna kraina to w książce do angielskiego znajduje się informacja że jest w Chinach w miejscowości…a co Wam będę mówić. Mit Shangri la polega też na tym że każdy znajduje je w innym miejscu.
Czechy – bo Praga jest piękna i byłaby cudownym miejscem do studiowania.
Korea – bo chcę zostać piosenkarzem a stamtąd pochodzi wielu świetnych piosenkarzy. Koreanki są bardzo ładne.
Japonia – chce zobaczyć górę Fuji. Są tam piękne kobiety.
Paryż  – bo jest niezwykle romantyczny .
Francja – bo rośnie w niej przepiękna lawenda.
Holandia – bo słynie z ulubionych kwiatów – tulipanów.
Hong Kong – bo jest Disneyland.
Polska – bo z Twoich opowieści to piękny kraj.
To ostatnie urzekło mnie najbardziej, a słyszałem to kilka razy. Jak szybko do kraju nie wrócę to zacznę Go idealizować i co wtedy?

Aż tak wiele w tym tygodniu nie przegapiłem jak widać. Może zacząłem wszystko opisywać bardzo skrupulatnie, a może najzwyczajniej w świecie niewiele się wydarzyło.

Niedziela
Chciałem iść biegać, ale coś znowu zaczęło mi doskwierać więc postanowiłem wykorzystać ten dzień by się wygrzać w łóżku. No i kupić leki i posprzątać.

A potem poszedłem do szkoły. Zanim jednak poszedłem zadzwoniła do mnie Sophie  i zapytała  jak się pisze moje imię, więc jej podyktowałem Po co było jej to potrzebne? Gdy poszedłem do gabinetu znalazłem w drzwiach zaproszenie na przyjęcie do klasy 9. Teraz sobie uświadomiłem że nie zrobiłem zdjęć budowy dzisiaj…Oprócz tego dostałem jeszcze życzenia od klasy 10 i 11. Lidia też dostała od 11.
Najpierw wskoczyłem na pierwsze piętro i przemknąłem niezauważony obok klas 14, 13, 12 i przy 11 zostałem zaczepiony, ale udało mi się wymknąć, przy 10 zauważyła mnie Brigitte która zaciągnęła mnie do klasy 9 i zamknęła drzwi. A potem je zasznurowała i powiedziała że mnie nie wypuszczą. I zaczęła się impreza, każdy miał od groma słonecznika, mandarynek, bananów, orzeszków (w Chinach nawet imprezowe jedzenie jest zdrowsze) i zrobiliśmy gąsienicę. Najpierw dziewczyny, a potem chłopaki.
A skoro zdjęć chłopaków nie ma to chyba się domyślacie gdzie byłem.
Szybki rzut oka na zegarek i poszedłem dalej. Spojrzałem co się dzieje w klasie ósmej i już schodziłem na dół gdy dogonił mnie przewodniczący klasy i zaprosił do środka. Nie ma jednak z nimi tak źle.
Zszedłem na dół i jechałem w dół od siódmej. W każdej dostawałem coś do jedzenia, a w szóstej trafiłem na scenkę humorystyczną którą tłumaczył mi jeden z uczniów. Królowało karaoke, niestety nie we wszystkich krajach wyświetlały się słowa na ekranie, gdzieniegdzie leciała po prostu muzyka, ale wszędzie gdzie się pojawiłem proszono mnie bym śpiewał i wszędzie oprócz klas 14 i 11 udało mi się wyjaśnić że boli mnie gardło. Od klasy trzeciej dostałem trzcinę cukrową którą czasem widywałem u Pana Obwoźnego. Może następnym razem kupię jej trochę bo była naprawdę smaczna.

Żałuję że nigdzie nie mogłem zostać dłużej, ale miałem raptem dwie godziny…

A wracając do domu jeden z uczniów zaproponował że mnie podwiezie na rowerze elektrycznym. No tak, dzisiaj wybrałem nogi jako środek transportu. I kto wie, może jutro też się na nie zdecyduję. Owszem trwa to dziesięć minut dłużej ale jest trochę przyjemniejsze.

Śnieg…2

sobota, Grudzień 29th, 2012

Znowu to białe coś zasypało ulice. A mnie poniosło i postanowiłem ruszyć pieszo na zakupy. W sklepie numer jeden znalazłem dwa nowe rodzaje cementu, jeden z mlekiem sojowym (sam na to wpadłem parę tygodni temu) i jeden o smaku fistaszków. Ponownie nie mieli orzechów w czekoladzie (udawanej chińskiej czekoladzie) w sklepie numer jeden. I co ciekawe, pierwszy raz poprosili mnie tam żebym zostawił plecak…Już jestem traktowany jak Chińczyk :) Gdybym jeszcze tylko rozumiał ten język.
W sklepie numer dwa zaopatrzyłem się w…nic, bo nie mieli piersi z kury a jedynie jakieś wieprzowe kawałki z którymi nie chce mi się bawić. Pora więc na sklep numer trzy w którym nie byłem już dość długo bo jest droższy od innych, ale za to najlepiej zaopatrzony. Oczywiście mieli piersi z kuraka, wziąłem też czerwoną paprykę, marchewkę  i…w sumie to nic więcej bo nie mieli nic ciekawego. Czyli droga powrotna i…
Sklep numer trzy. Jogurto-mleko, kupione po raz ostatni. 24 kartoniki plus 4 jakie jeszcze miałem wystarczą do samego odlotu. Bób i jakiś nowy słonecznik, bo ten o smaku melona dziwnie na mnie działa…A do tego pomidory i przyprawę na ostro.

I tak sobie pochodziłem i porobiłem zdjęcia ludziom i temu białemu paskudztwu. To takie urocze gdy Oni tutaj walczą ze śniegiem. Szufelkami odgarniają śnieg z chodników, kierowcy odśnieżają tylko szyby, głównie przednie, ale dzieciaki za to mają ubaw po pachy. Tarzają się w śniegu, chodzą na kolanach udając stonogi (chyba) i nawet znalazłem jednego śniegowego bałwana.
A teraz coś praktycznego: w Jiawang nie było śniegu od dwóch lat, ale gdy dzisiaj chodziłem po centrum widziałem dwa samochody które normalnie polewają ulice wodą wyposażone w pług i jeżdżące tam i z powrotem oczyszczając ulice. Ludzie w pomarańczowych kamizelkach ruszyli dzisiaj do boju ze śniegiem wyposażeni w sprzęt zimowy. Także tutaj, w maleńkiej miejscowości, gdzie nie każdego roku jest śnieg odśnieżanie jest na wyższym poziomie niż w Polsce gdzie śnieg jest zawsze. Oni tutaj mogą powiedzieć że zima Ich zaskoczyła, a jednak tego nie robią tylko zabierają się do pracy.

Ach…w sklepie numer trzy dostałem herbatę jaśminową, ale dlaczego? Ani nie zapłaciłem jakoś bardzo dużo, ani nie kupowałem czegoś specjalnego…A może? Podziękować należy Pani kasjerce która powiedziała mi żebym poszedł i pokazał paragon. Nawet w taką pogodę ludzie są dla siebie mili.

Oczywiście z zakupów wróciłem z mokrymi nogawkami, bo jakżeby inaczej. W końcu wszędzie jest to białe paskudztwo. Owszem, wygląda to pięknie, ale to wcale nie czyni go przyjemnym. Na klatce schodowej przywitał mnie Teodor, który ostatnio był zamknięty w piwnicy, a dzisiaj skakał z radości gdy mnie zobaczył. Uroczy psiak.

Wczoraj miałem kolejną rozmowę, a dzisiaj zadzwoniła Jennifer i przeprosiła że nie przyjechała ale się pochorowała. No tak. Przypomniałem Jej o kontrakcie i parę godzin później już miałem go na mailu. Gotowy do podpisu. Teraz muszę usiąść i te wszystkie propozycje przemyśleć, dojść do tego jaką opcję wybrać, bo najzwyczajniej w świecie nie wiem co zrobić.

Wielka Chińska Ściana Ognia pokonała mój internet ostatecznie i pożegnałem się z fejsbukiem, jutube, polskim google i kilkoma innymi stronami. Mam nadzieję że dostawca mojego oszukanego internetu jakoś mi to wynagrodzi. Inaczej trzeba będzie go zmienić gdy wrócę.

I po śniegu…

piątek, Grudzień 28th, 2012

Dalej leży ale teraz przypomina już tę paskudną polską ciapę która zawsze nas atakuje w marcu. Jedyna różnica jest taka że w przeciwieństwo do Polski tutaj nie trzeba uważać na prezenty w postaci psich kup.
Wczoraj jeden z rekruterów (ble) zapytał się mnie: ‘a jak wygląda nauka angielskiego w Polsce?’ i tak myślę od wczoraj jak mu to opisać.  Ubrałem moje doświadczanie z Polski tak delikatnie jak potrafiłem bo facet urodził się w Kanadzie ale jest polskiego pochodzenia i zastanawiał się czy nie uczyć w Polsce po tym jak Azja Mu się znudzi.

Znowu poranek nie był nudny. Ruszyłem do szkoły tym swoim ślamazarnym tempem, bo nie oszukujmy się to nie jest pora na szaleństwa i gdzieś w połowie drogi zauważyłem jak Panu z przodu wypadły nauszniki, w myśl zasady ‘dziś ja, jutro Ty’ chwyciłem te nauszniki, podjechałem do Niego i oddałem. Był tak zaskoczony że wydukał ‘siesie’ i pojechał dalej. Dokulałem się do szkoły i włożyłem rękę do kieszeni by wyłączyć Garmina. I co? Garmina w niej nie było. Szybko zawróciłem, zauważyłem jeszcze Pana bez nauszników który krzyknął ‘thank you’ . Dojechałem do skrzyżowania i znalazłem leżącego na ulicy Garminka. Rany…ile on w tym tygodniu przeżył. Ile on w ogóle przeżył, a przecież nie ma nawet dwóch lat. Zima i dwa upadki, sobowtór i upadek, podróż do Chin i mnóstwo upadków. A w dalszym ciągu służy mi dzielnie i oby służył jak najdłużej.

Ostatni bieg w 2012 roku był średni. Znowu chwyta mnie kolka i muszę się zatrzymywać co 20-30 minut. Muszę biegać nieźle pokrzywiony skoro tak mi dokucza. Nie biegam aż tak szybko przecież. A może…może to zmęczenie bo przecież parę tygodni temu wszystko było w porządku a teraz jestem już naprawdę mocno zmęczony i chociaż wstyd mi to pisać to trochę cieszę się że w niedzielę nie idę biegać. Tak się cieszę że nawet dzisiaj wyprałem ubrania do biegania. I iPod też swoje przeżył dzisiaj, wyleciał mi z tylnej kieszeni i z hukiem przypierdzielił w asfalt, ale nic mu się nie stało. To naprawdę niesamowite. Aparat pierdzielnął o posadzkę i jedynie trochę wariuje, Garmin zbiera coraz to większe cięgi, iPod nie chce być gorszy a wszystkie jakoś żyją. Dobra azjatycka robota nie ma co.

Wróciłem do szkoły I na momencik do gabinetu, zostawiłem słonecznik na jutro i kawę na nadchodzący tydzień i wychodząc spotkałem na schodach Lidię, która chyba w szkole kryje się przed mamą. W każdym razie powiedziałem jej że przegram jej te brakujące zdjęcia jutro. Na co Ona z wielkimi oczami zapytała:
– Jutro?
– No tak, jutro. Przecież w ten weekend pracujemy.
– W ten weekend?
– No tak…
– Jesteś pewien?
– Pytałem się uczniów, pisałem im daty, więc jestem pewien (przez grzeczność nie chciałem jej wspominać o tym że przecież sama mi to potwierdziła).
– Hmm…
– To może zapytaj się kogoś czy to prawda, bo może uczniowie mnie źle zrozumieli, albo ja Ich.
– Okej.

No i po pierwszych zajęciach popołudniowych dostałem smsa ‘w ten weekend mamy wolne, za to w następny pracujemy’
Drugi raz obuchem w łeb i to tym razem mocno niepozytywnie. Czyli jutro na zakupy i jednak w niedzielę mogę iść biegać. Mam tylko nadzieję że ubrania wyschną. Nie no, musza wyschnąć. Nie można zakończyć tego roku takim biegiem. Zasługuje na troche więcej.

Wychodząc z domu zobaczyłem że ktoś oddał mi Mikołaja I dopisał na kartce że przeprasza. Nawet zdjęcie zrobiłem. Wyjaśnił też że jestem uczniem/uczennicom szkoły w której byłem w odwiedziny i prosi o pomoc z zadaniem domowym. Zostawiłem Mu/Jej swój numer QQ i napisałem żeby uderzył/a gdy ma problemy to chętnie pomogę i wyjaśnię.

Zakupiłem kolejne pocztówki, teraz dostałem dwie w cenie trzech i jeszcze uczeń walczył ze mną żeby dać mi tego jednego juana reszty. Ach ta klasa jedenasta. Wszystkie klasy mnie zaprosiły na swoje przyjęcia noworoczne i na wszystkich chcę być, ale 14 klas obskoczyć…A potem jeszcze Lawrence zaprosił mnie do siebie mówiąc że to nie Jego pomysł, ale całej klasy i wszyscy chcą żebym przyszedł ale oczywiście zrozumieją jeżeli się nie pojawię bo przecież nie mam czasu. Nie powiem że bym nie chciał, ale naprawdę nie wiem jak to będzie z czasem…15 klas…180 minut to tylko 12 minut dla każdej klasy, więc będzie bardzo bardzo ciężko zwłaszcza że chcę dużo zdjęć porobić.

Te jutrzejsze zakupy są mi zupełnie nie w smak, ale cóż poradzić, trzeba je zrobić pomimo prognozowanego deszczu ze śniegiem. Masakra pogodowa jakaś.

Śnieg

czwartek, Grudzień 27th, 2012

Jest kilka takich sytuacji które sprawiają że na usta ciśnie mi się polski przecinek. Gdy autobus nie przyjeżdża, gdy w tym roku schodziło mi powietrze z roweru bez wyraźnej przyczyny, czyli w takich chwilach całkowitej bezsilności. Co ciekawe nie cisnęło mi się wczoraj gdy dowiedziałem się o roboczym weekendzie, ani gdy…o tym w niedzielę. Za to dzisiaj rano gdy poszedłem do kuchni włożyć owsiankę do mikrofalówki to już nie tylko przecinek cisnął mi się na słowa ale wręcz wyskoczył z nich tak że prawdopodobnie w Polsce był słyszalny. Pojawił się nagle, nie powiedziałbym że niespodziewanie bo prognozy go zapowiadały, ale jednak gdzieś tam w głowie tliła się myśl że to pomyłka i nic z tego nie będzie. Nie udało się. Spadł, zasypał całe Jiawang i dalej sypie. Nie tak jak w Polsce ale jednak jest biało. Na razie jeszcze jest fajnie bo wiadomo że pierwszych kilka dni jest przyjemnych. Wszystko opatulone białą puszystą kołderką. Tylko potem zaczynają się problemy. Przemoczone stopy, mokre ubrania i choroba murowana.
Dalej sypie…
Wyjeżdżając dzisiaj z domu trafiłem na jedną z nauczycielek i sobie porozmawialiśmy (stąd to wolne tempo), o tym że śniegu nie lubię, że uczniowie są nieśmiali gdy mówią po angielsku i takich innych nauczycielskich sprawach.
A w szkole…tak jak normalnie na dworze jest tylko garstka uczniów sprzątających tak dzisiaj było Ich co nie miara. Rzucali się śnieżkami i nawet sobie żartowali żebym uciekał. Phi…doświadczeniem biję ich na głowę. I ta malutka dziewczyna z klasy drugiej krzyczała żebym uciekał bo Jej koleżanka chce we mnie rzucić.  A chłopaki dalej grają w ping ponga na dworze…

Poszedłem na zajęcia do dziewiątki i…śnieżka na tablicy mnie nie zdziwiła, zdziwiło mnie za to to że Lucy zrobiła śniegowe serduszko, pomalowała je kredą na czerwono, ja je postawiłem na ławce i ono przez 45 minut się nie roztopiło. Zimno.
Dzieciakom to teraz nie przeszkadza. Walą w siebie śnieżkami korzystając z braku ćwiczeń na długiej przerwie.
Przestało. Oby było tego dość na dzisiaj.
Nie chciałem tego pisać, ale tak jak przypuszczałem, znowu zaczęło gdy poszedłem na lunch. Lawrence’owi udało się trafić na mnie więc chwilę sobie pogadaliśmy a potem ruszyliśmy w swoją stronę. Lidii dzisiaj cały dzień nie było bo najpierw ruszyła do szpitala, ale to podobno nic poważnego, a potem musiała odebrać mamę. Także zajęcia prowadziłem sam. Po przedostatnich zajęciach, w klasie drugiej, na których po raz pierwszy zwróciłem, a raczej zwrócono mi, uwagę na kamery w klasach wyjaśniłem uczniom że w Polsce czegoś takiego nie ma ale bardzo by się przydało. Kurczaczek, nie dość że muszą w tej szkole siedzieć praktycznie bez przerwy to jeszcze są pod ciągłą obserwacją. To już jest lekka przesada.

Nie wiem czy starczy mi czasu by odwiedzić wszystkie te klasy w niedzielę…pożegnałem się już z niedzielnym wybieganiem bo nie wcisnę go ani między pierwsze i czwarte zajęcia ani po czwartych. Także jutro czeka mnie ostatni bieg w tym tygodniu i zarazem ostatni bieg w roku. Rok temu w sylwestra zrobiłem połówkę a dwa lata temu nic, także tradycji żadnej nie ma i żadna nie ucierpi. Dwa lata temu ostatni biegł miałem w Wigilię bo potem się pochorowałem, także w tym roku już jestem do przodu. Tylko jutro chyba zamiast wyprawy w znane/nieznane rejony Jiawang czeka mnie podróż na bieżnię szkolną bo ulice już teraz są śliskie a wieczorem padał deszcz, w nocy chwyci to wszystko mróz i jutro będzie szklanka. To już wolę kręcić się w kółko. Może to i nudne, ale przynajmniej bezpieczne. Kolano już nie boli ale nie ma co ryzykować. Tutaj naprawdę bardzo się oszczędzam.

Po zajęciach w klasie drugiej podbiegł do mnie jeden z uczniów i wyjaśnił że sprzedaje pocztówki dla bardzo chorego chłopaka z Jiawang. No tak, pamiętam że ‘Joker’ kiedyś o tym wspominał ale nie miałem wtedy okazji przekazać kasy. Pocztówki już co prawda kupiłem bo są na nich zdjęcia szkoły, ale zawsze można kupić więcej co też uczyniłem, więc gdy tamte wysłane dwa tygodnie temu nie dojdą mogę wręczyć te. Znaczek w końcu jest na nich nadrukowany.

Wieli Chiński Mur Ognia sprawia że korzystanie z internetu to ostatnimi dniami prawdziwa katorga. Wyobrażacie sobie świat bez google czy Wikipedii? No właśnie…a tak tu mnie teraz wygląda. Niestety nie wszystko ma swoje chińskie odpowiedniki i czasem znalezienie jakiegoś filmu jest naprawdę trudne. Strasznie wygodny się zrobiłem nie przeczę, ale nic na to nie poradzę. Tu jest jeden z niewielu standardów życia z którymi ciężko mi się rozstać. Jeżeli muszę już korzystać komputer i internetu to chcę z nich korzystać tak jak jestem do tego przyzwyczajony. Przez pierwsze 3 tygodnie radziłem sobie bez tego ale gdy przyszło co do czego i chciałem zrobić lekcję w oparciu o film to nie było rady musiałem wyłożyć kasę. Nie żałowałem tego ani przez moment bo naprawdę warto zainwestować w ten luksus. Internet jak w Polsce jest dla mnie tym czym dla Migueala był stół, rzeczą niezbędną do życia. On też sobie radził bez stołu ale narzekał na to co niemiara.

Adam!
Nie, to zupełnie inny krawężnik. Ten jest w szkole, a tamten na ulicy. Co prawda koło szkoły, ale zupełnie innej ;)
I to księżyc. Księżyc lubi mnie bardziej niż słońce, w końcu to Yin . Tak jak ja.

Środy są trochę…

środa, Grudzień 26th, 2012

Szalone. Zwłaszcza gdy dowiadujesz się że lekcje popołudniowe zaczynasz o 1250 z powodu konkursu. Dowiadujesz się o tym o 930. Od uczennicy. Bo nikt ze szkoły nie powiedział ani Tobie ani Asystentce.
A potem dowiadujesz się, że środa i czwartek będą odrabiane nie w następny weekend ale już w ten. Czyli na spory plus, bo zostałem uderzony z zaskoczenia i nie muszę niczego planować. Poza tym w niedzielę wieczorem klasy organizują przyjęcie noworoczne więc zajebiście . Wtorek, środa, czwartek wolny.

W przerwie na lunch pojawiła się nauczycielka, wychowawczyni klasy 14 i dała mi małe zawiniątko mówiąc że jest chrześcijanką i to jest taki prezent który zrobili w swoim kościele. Kościele domowym, nie świątyni. Nie mogłem otworzyć od razu bo musiałem lecieć na te rozpoczynające się wcześniej zajęcia, ale gdy już wróciłem i otworzyłem to zaskoczyłem się bardzo pozytywnie. Jak widać na zdjęciu jest to cytat z Księgi Wyjścia ‘Przeto idź, a Ja będę przy ustach twoich i pouczę cię, co masz mówić’. Czyli coś niezwykle bliskiego dla Chrześcijan z Chin, w końcu Oni tutaj w dalszym ciągu głoszą samodzielnie Słowo Boże. Nie dość że msze odprawiane są w warunkach rodem z początków Chrześcijaństwa to szerzenie wiary jest znacznie utrudnione, że nie wspomnę o takich ’drobnostkach’ jak praca w niedziele. Jestem pod ogromnym wrażeniem bo tutaj religia, wiara to kwestia wyboru, nie tak jak u nas gdzie się ją narzuca.

W tym tygodniu dręczę uczniami pytaniami o podróże i oprócz takich ciekawych, acz standardowych odpowiedzi jak:
– do Japonii zabić Japończyków
– do Paryża bo to bardzo romantyczne
pojawiły się takie niestandardowe jak:
– Malediwy bo za 20 lat ich nie będzie
– Atlantyda, bo nikt jej nie odkrył (aż mi się przypomniało że mając 12 lat myślałem o tym samym)
Te dzieciaki mają gro pomysłów i są naprawdę zdolne, ale chyba w tym systemie brakuje trochę ujścia dla tej kreatywności.

Po wszystkich zajęciach poszedłem do tej hali posłuchać jak śpiewają, ale wytrzymałem tylko kilka klas bo było tam potwornie ale to potwornie zimno. Rozumiem że na ogrzewaniu można oszczędzać, ale są pewne granice. Trafiłem też na chiński…którego pierwsza zasada brzmi by nie mówić o…więc nie powiem ani słowa.

Poszedłem do stołówki gdzie spotkało mnie niemiłe zaskoczenie w postaci braku tofu nie pozostało mi więc nic innego niż zrobić powtórkę z obiadu i potem zaraz do domu. Dzisiaj, tak dla odmiany, Pan Obwoźny pojawił się już przed 18, a skoro jutro ma padać to postanowiłem nie ryzykować i od razu uzupełnić zapasy owoców. Chociaż ostatnio żywię się w szkole głównie prezentowymi jabłkami. Dostałem też coś, jakiś orzech czy coś…całkiem smaczne prawdę mówiąc.

Wracając do domu spotkało mnie pierwsze poważne niemiłe zaskoczenie. Nalepiłem wczoraj na drzwiach śnieżynkę i Mikołaja. Żeby było tak świątecznie. I teraz tego Mikołaja już nie ma. Ostała się tylko śnieżynka. Mam nadzieję że ten kto go sobie zawłaszczył zrobi z niego dobry użytek. Bo może w gruncie rzeczy tej osobie przyda się bardziej.

Aparat dobił dzisiaj do 10k zdjęć w ogóle, z czego jakieś 7k zrobiłem w Chinach. Mało, ale też nigdy nie aspirowałem do bycia fotografem czy też do robienia zdjęć w ogóle więc cieszę się zwłaszcza że niektóre z tych zdjęć są przyzwoitej jakości i pokazują całkiem ciekawe obrazy.

Ani ja, ani Lidia nie potrafimy zrozumieć dlaczego dostajemy środek tygodnia wolny a w piątek musimy iść do pracy. Nauczyciele tutaj też nie rozumieją a uczniowie to już w ogóle. Tylko teraz dotarło do mnie że następny tydzień to dwa dni w szkole a potem jeszcze…miałem o tym już nie pisać więc nie piszę.

Brakuje mi tej dłuższej przerwy na lunch bo nie dość że nie porobiłem słówek to czuję się bardzo zmęczony i nic mi się już dzisiaj nie chce a przecież powinienem zrobić jeszcze swoją lekcję chińskiego,  a prawdę mówiąc nie chce mi się nawet tej swojej frustracji związanej z nieplanowanymi zmianami planów dnia przelewać na zera i jedynki. Jakoś zaakceptowałem to bez myślenia i bez rozczulania się nad tym za bardzo. Tak musi być i zgrzyt zębami zamiast tak być musi i uśmiech. Na szczęście mam niesamowitych uczniów którzy rozczulają mnie niezwykle. Jak chociażby przewodniczący klasy siódmej który z nadzieją w głosie zapytał się czy przyjdę posłuchać jak śpiewają bo On będzie dyrygentem. I żałuję że nie miałem w sobie na tyle wytrzymałości by tam zostać na dłużej i posłuchać reszty klas. Lidia siedzi całymi dniami w gabinecie ucząc się i chyba udzielił mi się jej nastrój bo powiedziała że chciałaby zostać, ale w gruncie rzeczy to co roku jest to samo a Ona jest zmęczona. A dla mnie to przecież coś nowego, tylko jakoś tak…może szukam wymówki, ale naprawdę trudno mi się skupić gdy zimno i spać się chce.

Ach…okazało się że tydzień temu uczniowie biegali wokół boiska w ramach ogólnoszkolnego biegu długodystansowego. No tak, o tym też jakoś nikt mi nie powiedział. Czasem mam takie wrażenie że jestem tu takim ciałem obcym, złem koniecznym, ale może po prostu przemawia przeze mnie zmęczenie. Nikt mi nic nie mówi, Lidia dowiaduje się rzeczy od uczniów nie od nauczycieli czy też przełożonych i wszystko odbywa się na ostatni moment. Tak, zdecydowanie jestem zmęczony i zasługuję na długi porządny sen. Tylko najpierw pora na wieczorną lekcję.

Wywiesiłem jeszcze na drzwiach kartkę z napisem ‘Ukradłeś mojego Mikołaja. Proszę oddaj go.’ W dwóch językach, po chińsku i po angielsku. Nie, nie  zmieniam zdania o Chinach czy chińczykach, bo zgniło owoc znajdzie się wszędzie, normalnie pewnie uśmiechnąłbym się i napisał że się cieszę bo to znaczy że komuś się spodobał i chce go mieć przy sobie, albo chce żeby mu/jej przypominały Święta w roku 2012 gdy mieszkał w jego/jej bloku obcokrajowiec, ale dzisiaj naprawdę jestem zmęczony i chociaż w ten sposób chciałem wyrazić swoje niezadowolenie. Bo tu nie chodzi tak naprawdę o tego Mikołaja (tak jakbyście nie wiedzieli), ale o odrobinę szacunku.

Pierwszy dzień Świąt w Chinach

wtorek, Grudzień 25th, 2012

Nie różni się absolutnie niczym od innego dnia w Chinach. No dobrze, z tym wyjątkiem że uczniowie składają Ci życzenia, nauczyciele zresztą też. No i dostajesz prezenty od uczniów :)
W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem uczniów którzy oddają własne słodycze nauczycielowi bo to dla Niego święta. Lizaków mam teraz pod dostatkiem ;) I dzięki temu, tym drobnostkom jak ‘Wesołych Świąt’ na tablicy, króciutki liścik w pudełku z jabłkiem, czy zwykły lizak czuję się tutaj wyjątkowo, jestem naprawdę ale to naprawdę zadowolony i pod ogromnym wrażeniem tej niezwykłej ludzkiej dobroci. Dla Nich to dzień jak co dzień, ale rozumiejąc że dla mnie nie starają się zrobić wszystko bym poczuł się tutaj jak w Domu. I chociaż brakowało mi Wigilijnej kolacji (karpia ani trochę) to czułem się wczoraj i nie tylko wczoraj jakbym był wśród naprawdę dobrych znajomych.

Lekcje dzisiaj mijają spokojnie.
Za to jutro ponownie wypadną konsultacje bo w szkole odbywa się konkurs piosenkowy. Czyli można chodzić od klasy do klasy i słuchać jak tam sobie dzieciaki radzą ze śpiewanie, a niektóre będą sobie radzić bardzo dobrze bo słyszałem jak śpiewają.  W sumie…mając język oparty na tonach mają chyba trochę lepiej wprawione struny głosowe i uszy do wychwytywania nut.

Budzik nastawiłem na 545 tylko co z tego skoro wstałem o 530 i poszedłem biegać koło tej 545. Co ciekawe, w Jiawang na noc włączone są światła na ulicy. Wyłączają je dopiero około 600. I tak sobie biegłem spokojnym tempem nie szarżując, korzystając  z tych dodatkowych kilkunastu minut. W końcu skoro wstałem 15 minut wcześniej to mogę pobiegać trochę dłużej. No i biegałemi biegałem, a na ulicach puściutko, żywego ducha, jeszcze zanim wyszedłem z ‘blokowiska’ musiałem przedrzeć się przez zamkniętą bramę bo na noc jest zamykana. Tak, mieszkam na osiedlu strzeżonym ;) Klepałem powoli te kilometry i w końcu gdy zacząłem wracać do domu wyrżnąłem o chodnik. Poleciałem tym razem na lewą ręką i odrapałem Garmina. W samym tylko grudniu zaliczyłem więcej wywrotek niż całej zeszłej zimy na polskim lodzie. A rypłem się w prawe kolano tak porządnie że jeszcze teraz boli gdy chodzę. Co z tego że pokonałem zeszłotygodniowy krawężnik skoro chodnik mnie pokonał. Ja się jednak nie poddam. Tym razem nie poczułem ciepła od drogi więc zebrałem się od razu, trochę pochodziłem i ruszyłem przed siebie. Nie podam się i za tydzień znowu spróbuję, znowu w ciemności. (po rozmowie z Lidią) Chociaż nie, jednak nie w ciemności za tydzień bo mamy wtorek, środę i czwartek wolne, a potem pracujemy piątek, sobota, niedziela. Hmm…to chyba właśnie mi niedzielne wybieganie wypadło, na szczęście to dopiero za tydzień.

Wróciłem się po klucze i w gabinecie spotkałem Wendy która przyniosła po jabłuszku dla mnie i Lidii. Podpisane że niby od klasy ósmej, ale ja tam dobrze wiem od kogo one tak naprawdę są. W ogóle to jedyne jabłko jakie Lidia dostała od uczniów. Jak na razie.

No i ponownie zaprosiła nas Ruby do siebie. Także dzisiaj wieczorem kolejna kolacja poza domem :)
Innymi słowy pierwszy dzień świąt także spędzony wśród ludzi bliskich i z bardzo smacznym jedzonkiem. Teściowa Ruby świetnie gotuje, przygotowała wieprzowinę ale jakoś tak specyficznie że wątpię żeby udało mi się to odtworzyć. Dowiedziałem się za to jak przygotować te jajka ze szkolnej stołówki, także ha, wrócę także jako lepszy kucharz.

Powiedziałem Lidii że zostawienie tego wszystkiego czego wczoraj nie zjedliśmy na kolacji szkolnej to marnotrawstwo. Przyznała mi rację. Podobnie Ruby dzisiaj, która dodała że tak samo myślał dyrektor. I w tym momencie moja głowa eksplodowała. Ja rozumiem że lepiej zostawić niż żeby zabrakło, znam to aż za dobrze z domu, ale w domu nigdy się nic nie marnuje. Jeżeli nie zjedzą tego ludzie to zjedzą zwierzaki, a tutaj takie coś,

Jutro, albo w czwartek, ma przyjechać mama Lidii i Lidię już nosi. Bidulka już uprzedza że będzie smutna i/lub drażliwa bo z mamą ciągle się kłóci. W końcu gdy dorastała mamy praktycznie nie było tylko babcia i tata. Nic więc dziwnego że się nie rozumieją. Lidia obiecała że będzie robić wszystko by mamy nie denerwować i spróbuje się z nią dogadać.

Jutro też odbędzie się ten konkurs na piosenkę a Stefanie zapytała czy może przyjść do gabinetu pograć (w mafię rzecz jasna), więc powiedziałem jej że oczywiście bo ja się z gabinetu nie mam po co ruszać. Jak ktoś przyjdzie to sobie pogadamy, jak nikt nie przyjdzie to pójdę wcześniej na kolację i znowu zjem ją pod bacznym okiem Pań ze stołówki.

Wigilia w Chinach

poniedziałek, Grudzień 24th, 2012

Moi drodzy. Gdy piszę te słowa siedzę jeszcze w szkole bo okazało się, że nie wiadomo w gruncie rzeczy kiedy przyjdą uczniowie, więc czekamy teraz z Lidią. Lekcja siódma to czas sprzątania w klasach, a lekcja ósma to odpowiednik naszej godziny wychowawczej. Co prawda poprosiliśmy Ich by przyszli w czasie lekcji siódmej, ale jak to będzie to się dopiero okaże. W dodatku po lekcji ósmej, i to pewnie grubo po, mamy udać się na jakąś wspólna kolację z innymi nauczycielami angielskiego i dyrekcją. Także teraz pozostaje mi jedynie czekać.

A dostałem dzisiaj prezentów bez liku. I od razu ciekawostka, w Chinach z okazji Świąt Bożego Narodzenia daje się jabłka. Dlaczego? Otóż jabłko jest w wymowie podobne do Wigilii Bożego Narodzenia i na dodatek jest symbolem spokoju, szczęścia i dobrych życzeń. Także jabłka – super.

Słodkości też, bo w końcu słodkie to zawsze dobry prezent. Wręcz doskonały dla mnie :)
Dziewczyny z klasy drugiej sprezentowały mi wielkiego Mikołaja, z którym jeszcze nie wiem co zrobię, ale jest świetny. A od dziewczyny z klasy trzeciej czapkę mikołajkę , a chciałem sobie taką kupić w sobotę. Dobrze więc że nie kupiłem. Możecie wierzyć lub nie, ale nauczyciel w czapce Mikołaja jest jeszcze bardziej interesujący dla swoich uczniów.

Na lunch zrezygnowałem z pierogów i wziąłem to co zwykle. W czasie lunchu przyszedł też Lawrence i sprezentował mi czapko-szaliko-rękawiczki, które możecie zobaczyć w galerii, oraz herbatę i czekoladki. Oraz list. Listu nie przytoczę bo był bardzo osobisty, ale przytoczę rozmowę:
– Wiesz, zrozumiałem coś.
– Tak?
– Mam jeszcze ojca. Jestem zdrowy. Gdy jest mi zimno mam co ubrać. Gdy jestem głodny mam co zjeść.
– No właśnie, tak powinieneś patrzeć na świat, szukać w nim pozytywów.
– Właśnie tak chcę robić. Chcę myśleć tak jak Ty. A teraz lecę bo muszę się uczyć.
Także o Lawrence’a możemy być spokojny, chłopak sobie w życiu poradzi.

I wiecie co? To nie jest tak że cała klasa się zrzucała na prezent, po prostu niektórzy uczniowie chcieli coś dać od siebie. Tak po ludzku. Wyobrażacie to sobie w Polsce? Żeby uczeń dał coś od siebie nauczycielowi i to zupełnie bezinteresownie…Mnie to wręcz onieśmiela, bo głupio mi przyjmować te wszystkie prezenty nie mając się czym odwzajemnić, ale tak widać musi być.

Przykulał się na chwilę Damon, który wręczył po jabłku mi i Lidii i zniknął bo jest bardzo zajęty. No cóż, ‘Jego’ Real ma już 16 punktów straty więc pewnie mu trochę smutno dzisiaj.

A potem poopowiadałem o co tak naprawdę chodzi w świętach.
Dzieciaki trochę potańczyły i nawet przekonały mnie do zaśpiewania piosenki. A potem wszyscy sobie trochę pośpiewaliśmy.

Mam w klasie siódmej dwie takie super wygadane uczennice. Urocze są niezwykle, takie typowe papużki nierozłączki i straszne gaduły, tylko zamiast gadać po angielsku gadają po chińsku. Tylko wystarczy zwrócić Im uwagę a One spuszczają głowy (jak Aki uszy po sobie) przepraszają i od razu starają się wrócić do lekcji.

W końcu dołączyła się Stefanie, ale na mój prezent musicie poczekać do jutra bo dzisiaj Wam go nie opiszę.

A potem ruszyliśmy na kolację szkolną. Nauczycielki angielskiego plus grupa rządząca i ja. Oczywiście swoje musiałem wypić i nie wiem czy dzisiejsze lekarstwo na żołądek było tańśze/gorsze, czy też coś innego, ale przypomniało mi się coś takiego: ‘wódka ma ci ryj wykrzywiać, bo jeżeli zaczyna ci smakować to masz poważny problem’, także dzisiaj jestem od tego problemu bardzo daleko. Cwaniaki proponowali mi wino. Z góry nikt nie mieszał a mi proponują, więc odmówiłem wyjaśniając co i jak, a Oni pokiwali głowami ze zrozumieniem. Porozmawialiśmy, przez Lidię, o kryzysie, o tym kto za niego odpowiada (U ES A! U ES A! U ES A! to jedyna poprawna odpowiedź tutaj). I tak między Bogiem a prawdą to wolałem tę naszą małą szkolną Wigilię, ale i tak nie była najgorsza. Mam nadzieję że Wasze będą lepsze :)

Gorąco polecam dzisiejszą galerię bo chociaż nie ma psa to jest sporo zdjęć z obu spotkań i mnóstwo radości.

Jeszcze tylko jedna rzecz, Lidia wyjaśniła mi że wszyscy w Chinach jak zjedzą za dużo na kolację to nie mogą zasnąć, a ja już myślałem że tylko mnie to spotyka. Mam tylko nadzieję że dzisiaj uda się tego uniknąć bo nastawiłem budzik na 5:45 i planuję wyjść biegać przed 6. Takie tam nikomu nie potrzebne informacje ;)

Niedziela i przegapione #16

niedziela, Grudzień 23rd, 2012

Sobowtór
Moi uczniowie z klasy jedenastej znaleźli mojego sobowtóra. No dobrze, kogoś kto ma okulary, trzydniowy zarost, kaszkiet i z pewnego kąta przypomina mnie. Muszę im się przypomnieć i poprosić o jakiś adres, żeby Wam pokazać.

Taśma klejąca
No właśnie, do czego służy taśma klejąca. Zazwyczaj do przyklejania czegoś. W Chinach zastępuje także niezwykle popularny korektor. Jest szybsza, owszem niszczy papier ale przy odrobinie wprawy o wiele skuteczniejsza, no i tańsza.

Wigilia
W klasie bodajże czwartej podeszła do mnie Czu Ju Cie (pewnie to źle zapamiętałem) i robiąc smutną minę mówi: ‘A dlaczego ma Pan Wigilię z klasą dwunastą? Niech Pan przyjdzie do nas…’ Przyjdę, na pewno przyjdę. Tylko co ta Stefani nagadała…mieli zapraszać ludzi, a tutaj takie kwiatki nam wyrastają.

Koniec świata
Jedna z uczennic zapytała się mnie:
– A co by Pan zrobił mając te dwie godziny więcej do końca świata?
– Poszedł biegać.
– Ja bym chciała ten czas spędzić z przyjaciółmi i rodziną.
I tak oto wyszedłem na nieczułego samotnika. A przecież też chciałbym spędzić ten czas z rodziną i przyjaciółmi.

Spowiedź
Tak jakoś człowieka nachodzi żeby się wyspowiadać na święta. Czasem nachodzi żeby się wyspowiadać bez świąt. Mnie naszło akurat teraz, tylko problem jest zasadniczy: nie mam gdzie, nie mam jak. Kościoły są podobno w Xuzhou, ten w Jiawang jakiś taki podejrzany, no i mnóstwo ‘nielegalnych’ (zależnie z której strony się patrzy zawsze jakiś będzie nielegalny) księży. Z racji tego że taka sytuacja to dla mnie zupełna nowość postanowiłem napisać do kilku księży. Dostałem trzy odpowiedzi, które pozwolę sobie wkleić:

‘Szczęść Boże.
Sytuacja jest rzeczywiście trudna jak na te warunki. Podczas stanu wojennego była udzielana tzw. absolucja ogólna, ale to przez kapłana. Myślę, że rozwiązanie tymczasowym jest zrobienie rachunku sumienia i żalu za grzech z postanowieniem przystąpienia do sakramentu pokuty przy najbliższej okazji. Takie tymczasowe rozwiązanie mi się aktualnie nasuwa.
Serdeczne pozdrawiam w Panu.’

‘Szczęść Boże,
A co ja mogę Panu poradzić. Nie ma spowiedzi przez Internet. Trzeba podjąć trud sakramentu pokuty po angielsku, a w ostateczności przesunąć termin na Święta Wielkanocne. Pozdrawiam.’

‘Panie Bartku,
To oczywiste, że na Boże Narodzenie życie swoje warto powierzyć Chrystusowi i grzechy też. Jak nie ma księdza to nie ma, a Miłosierdzie Pańskie sięga przecież do Chin a nawet dalej.
Udzielam Panu błogosławieństwa w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Proszę pamiętać o modlitwie i Piśmie Świętym.
Wszystkiego najlepszego na Boże Narodzenie
może tak księży potrzebują
chętnie pojadę bo tu jest nas za dużo’

Nie muszę chyba mówić która odpowiedź przypadła mi najbardziej do gustu :)

SMS

W piątek wieczorem dostałem smsa o następującej treści:
Dla Pana bahtów. Jesteś dobry! Wartość czasu z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nowego roku, I stanowią ogólnie 1 300 000 000 Chińczyków i radcy z Hongkongu, Tajwanu i Makao polak, zamorskich rodaków z poważaniem rozszerzenie najgłębsze wyrazy współczucia dla wszystkich pozdrawiają Polski ludzie i większość najlepszych życzeń. Polska życzy wszystkim ludziom contently w nowym roku, życzy cała rodzina szczęśliwa, kraj spokojny spokój i dobrego zdrowia. Chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

To na pewno jakiś żart.
Prawda?

Nudle
Dla tych którzy nie wierzyli mi że można je zrobić w rękach – http://www.youtube.com/watch?v=TYZM_ZDZHlQ

Zima stulecia
Ba, tysiąclecia, bo największe mrozy i opady śniegu od 30 lat. Wystarczyło żebym ruszył się z Polski i już w Chinach temperatury osiągają wartości rekordowo niskie. Nie jest to co prawda osiągniecie bo najniższa odnotowana w ciągu ostatnich lat temperatura w Pekinie to -15.2, czyli cztery pary rękawiczek i 90 minut można biegać.

Niedziela
I tak dzisiaj poszedłem pobiegać. Było zimno, ale jeszcze nie ma tragedii. Owszem chusta przymarzła, ale nie przymarzła do brody więc nie ma źle. A propos brody, zaniosłem dzisiaj z Lidią choinkę do szkoły (udało mi się!) i powiedziała mi:
– Chcesz maskę na twarz?
– Nie, po to mam brodę.
– Uczniowie mi mówią że wyglądałbyś przystojniej bez niej.
– Nie zgadzam się , ale rozumiem że tutaj to coś bardzo dziwnego.
Także biegałem swoim ślamazarnym grudniowym tempem. Tak już mam że w grudniu biegam strasznie wolno, szybciej niż w listopadzie ale dalej wolno. I skończyłem biegać kilka sekund przed 90 minutą, ale nie było sensu tego biegu wydłużać z powodu pogody. W mieszkaniu aż tak ciepło nie ma żeby biegać tak długo, poza tym nie ma takiej potrzeby. Bieganie więcej niż te 16-17 kilosków zostawiam sobie nie kiedy indziej. Wbiegałem dziś  pod górę, był to mój najwolniejszy kilometr od bardzo dawna, ale przyznam uczciwie że góra jest bardzo stroma i daje popalić. Można na niej spokojnie robić krosy, tylko że zbieg z drugiej strony to ziemia i kamienie, także lekko nie ma.

Jeżeli przyjrzycie się dokładnie zdjęciom wzgórz to zauważycie na nich mróz, na widok którego Lidia bardzo się ucieszyła bo myślała że to śnieg.

A jutro chińska Wigilia, także Moi Drodzy: przede wszystkim zdrowych i spokojnych Świąt, nie objadajcie się za bardzo (Dominik, nienawidzę Cię trochę za to że wspomniałeś o krokietach…) i wyściskajcie wszystkich najbliższych.

Niedziela i przegapione #14

niedziela, Grudzień 23rd, 2012

Psie oczy
Jedną z pierwszych rzeczy jakie należy zrobić po przeprowadzce do innego kraju jest zapoznanie się z przekleństwami. Oczywiście nie po to by obrażać, ale by wiedzieć kiedy jest się obrażanym. Z racji niezwykle bogatego słownictwa jest to zadanie dość karkołomne dla osób chcących mieszkać w Polsce, ale dla osób chcących mieszkać w Chinach już nie. Głównie dlatego że najczęstszym obraźliwym słowem na obcokrajowca jest ‘guizi’. ‘Yang guizi’ to nic więcej jak ‘zagraniczny diabeł’. Oczywiście białego można nazwać też ‘laowai’ czyli obcokrajowcem, ale jest to słowo używane już przez dzieci i zatraca ono swoje pejoratywne znaczenie. Często na ulicach słychać ‘wai guo ren’ czyli ‘obcokrajowiec’, a wtedy grzecznie mówię że jestem z Polski.
A jak Chińczycy nazywają białych? ‘Psie oczy’. Bo w końcu mamy oczy okrągłe, tak jak psy.

Chemia
Parę dni temu wrzuciłem zdjęcie kartki na której rozpisanych było kilka reakcji chemicznych. Rozpisanych w takim sensie że były bodajże cztery reakcje przepisane kilkunastokrotnie. Zdziwiło mnie to niezwykle więc zapytałem się dziewczyny u której ową kartkę znalazłem o przyczynę. Wyjaśniła mi bardzo sprawnie, że z chemią nie radzi sobie najlepiej i nauczycielka kazała jej to zrobić by w końcu zapamiętać. Wyobrażacie to sobie? Z jednej strony jest to już praktycznie bezmyślne wkuwanie reakcji na pamięć, bo dziewczyna dalej ich nie rozumie, ale z drugiej strony…no właśnie, w tym kraju drugą stroną jest to że w końcu to wkuje na pamięć, dzięki temu zaliczy sprawdzian, semestr i będzie mogła uczyć się dalej. Zrozumieć nie zrozumie, ale może nie będzie już miała nic wspólnego z Chemią. Tylko czy można winić nauczycieli za coś takiego? Mają sporo uczniów, sporo zajęć i nie mogą z każdym uczniem spędzać tyle czasu ile powinni. W Polsce przy 25-30 uczniach w klasie jest to niemożliwe, a przy 50 to wręcz nie do pomyślenia. Ma się tego nauczyć i już.

Koszykówka
Sport to dla tych dzieciaków jeden ze sposobów na ucieczkę od tej męczącej szkolnej rzeczywistości. W klasie drugiej jest taki jeden uczeń, którego angielski może nie powala, na tle klasy wypada średnio (bo klasa druga jest bardzo dobra), ale zawsze ale to zawsze przychodzi albo przed lekcją albo po by porozmawiać chwilę o tym jak grali ‘moi’ Lakers i ‘jego’ Knicks’. Z racji tego, że Lakersi w tym sezonie są że tak powiem w ciemnej dupie, pojawił się ostatnio temat czy zmiana trenera była sensowna i co ja o tym myślę. Także wyjaśniłem że przede wszystkim musimy poczekać aż Steve Nash wróci bo przecież kto jak kto ale on powinien przenieść tę drużynę na inny poziom, Gasol musi znowu poczuć się pewnie i wszystko będzie dobrze. Nawet jeżeli nie będą mieli najlepszego bilansu w sezonie zasadniczym to w play-offach sobie poradzą. I nagle mnie uderzyło, że oto jestem w Chinach, i rozmawiam po angielsku z chłopakiem który koszykówkę kocha bardziej ode mnie i rozmawiamy o swoich ulubionych drużynach na poziomie który dla polskich nastolatków jest trudny do osiągnięcia w języku ojczystym. I naprawdę rozmawialiśmy…To było niesamowite.

Problemy kulturowe
Czasem nawet najlepszy słownik nie pomoże jeżeli trzeba wyjaśnić pewne różnice kulturowe. Przerabialiśmy przysłowia (pomysł Lidii) ze słowami ‘dusza’ i ‘diabeł’ i w Polsce nie miałbym najmniejszego problemu, ale tutaj było mi ciężko. Chiny nie były dla mnie ‘Tym’ krajem azjatyckim. Owszem co nieco przeczytałem o historii, przesłuchałem większość odcinków ‘China History Podcast’, ale umówmy się – nie ma opcji by poznać pięć tysięcy lat historii naprawdę dokładnie. A dodajmy do tego jeszcze mitologię i już w ogóle możemy się znad książek nie wychylać. O ile z ‘diabłem’ można sobie jeszcze w miarę poradzić opisując go chociażby jako złego ducha, tak z ‘duszą’ jest problem. Teraz już wiem że w Chinach istnieje podobne pojęcie, tylko istnieje też podział na duszę unoszącą się do nieba i tę która zostaję w ziemskiej powłoce. Tylko wtedy tego nie wiedziałem, Lidia nie za bardzo mi pomagała, a ja głowiłem się jak w prostych słowach wyjaśnić czym jest dusza…

Przedmioty…
Na czele ulubionych przedmiotów króluje historia z powodu nauczyciela, WF z powodu badmintona, zajęcia ze sztuki bo można oglądać obrazy, oraz z muzyki bo można jej posłuchać i się zrelaksować. Matematyka nie ma wielu wielbicieli, ale ci którzy ją lubią, lubią ją z powodu trudności i poczucia spełnienia po rozwiązaniu trudnego zadania.

Kocham Cię
W piątek wieczorem zajęcia mają już inny zapach. Może nie dla uczniów, ale dla mnie na pewno. Mogę mówić że nie myślę jeszcze o weekendzie, ale byłoby to ogromne oszustwo. A dzieciaki na całym świecie to cwane bestie i gdy wyczują krew to nie odpuszczą. Także w klasie dwunastej poopowiadałem trochę o niemieckim, nauczyłem Ich nawet kilku niemieckich słówek…do czego to doszło…a jeden z uczniów mnie zaskoczył bo powiedział ‘kocham cię’. W sensie po polsku. Zapamiętał gdy kiedyś Im powiedział. Taka drobnostka, kawałek Polski przy zachodzącym późno jesiennym słońcu na drugim końcu świata.

Niedziela
Obudziłem się strasznie późno. Czyli po ósmej. A spało mi się niesamowicie dobrze, przywykłem już do tego materaca. Przed snem obejrzałem ostatni film ze studia Ghibli – ‘From up on Poppy Hill’ i uderzyło mnie to jak bardzo szkoły w Japonii (w latach 60-ych przynajmniej) i Chinach są do siebie podobne. Dotarło też do mnie dlaczego tak bardzo podoba mi się w Jiawang. Dobrych kilka lat temu odebrałem znajomego z dworca, przyjechał z Mirocina (takiej malutkiej wioski pod Nową Solą) i od razu powiedział że tylu ludzi co w Katowicach na dworcu to jednocześnie nie widział i wcale mu się to nie podoba. Teraz mieszka w Chicago, więc pewnie się przyzwyczaił. Ja natomiast mam chyba dość takiego wielkiego miasta (bo chociaż Katowice wielkie nie są to te wszystkie okoliczne miasta tworzą jedno wielkie miasto) i dlatego tak często zakładając buty idę biegać do parku. Dlatego tak bardzo podoba mi się Jiawang, bo chociaż nie ma tutaj takiego parku to jednak jest cisza i względny spokój. Owszem, jest dużo ludzi, owszem nie ma miejsca by się przed nimi schować, ale pomimo tego olbrzymiego placu budowy jest tutaj naprawdę przyjemnie.
Jeszcze tak o tej zwykłej ludzkiej uprzejmości, która wydaje mi się niezwykła. Biegając w Polsce spotykałem się z różnymi ludźmi, niektórzy gratulowali mi wytrwałości, inni mówili żebym tak trzymał, ale czasem ludzie się ze mnie śmiali, raz na ulicy ktoś zapytał po co mi to. W końcu to nie jest normalne by się tak dobrowolnie męczyć. A tutaj ludzie mnie mijają, ja mijam ludzi i owszem patrzą się na mnie, ale bardziej dlatego że mam psie oczy niż dlatego że biegam. A gdy mijają mnie na rowerach/skuterach/trójkołowcach/samochodach i patrzą w moją stronę to staram się podnieść rękę i uśmiechnąć. Oni też się uśmiechają i odmachują. Dzisiaj mijał mnie Pan i podniósł kciuk w górę mówiąc ‘OK’. Albo taka sytuacja. Jest jedno takie skrzyżowanie dość niepraktyczne bo nie ma na nim pasów, ale przejść przez nie trzeba. W Polsce wracając z treningu trzeba uważać bo nawet gdy samochód ma zwolnić do 30 km/h i nawet gdy kierowca widzi że jesteś przy przejściu i nawet gdy widzi jeszcze kogoś na przejściu to i tak się nie zatrzyma by Cię puścić. W Chinach natomiast w miastach jest ograniczenie do 30 km/h (jeżeli jest jeden pas) lub 40 km/h (gdy są dwa pasy lub więcej) i owszem, większość chińskich kierowców nie przestrzega żadnych przepisów które znamy, ale jeżeli chodzi o ostrzeganie pieszych to możemy się od nich wiele nauczyć. Tutaj nikt nie zakłada że pieszy Cię widzi. Jeżeli kierowca widzi kogoś na ulicy, lub na chodniku próbującego wejść na jezdnię od razu naciska na klakson, najczęściej zwalnia i próbuje oddalić się od pieszego. Zupełnie inna kultura jazdy.