Filmy

Są takie filmy które poruszają mnie bardziej od innych i które staram się sobie przypomnieć od czasu do czasu.
Blade Runner, bo uwielbiam latające taksówki, Philip K. Dick to jeden z moich ulubionych pisarzy (który pomimo napisania niesamowitej ilości słabych książek napisał też kilka naprawdę dobrych i to dzięki niemu staram się zawsze szukać drugiego dna, czyli przeniósł swoją paranoję na mnie), klimat w tym filmie jest tak gęsty jak dym z papierosów w tej scenie (tak tej), no i jest tam jednorożec a to zawsze plus dla filmu.
My sassy girl, bo obejrzałem w życiu więcej komedii romantycznych niż byłbym skłonny przyznać (z jakiegoś powodu 90% z nich była z Azji) i niektóre były naprawdę dziwne (ta w której facet pracował w prosektorium na zwłokach swojej narzeczonej i wykrawając każdy kawałek jej ciała przypominał sobie ich związek była dość dziwna), niektóre były szokujące (jak Sex is zero które z komedii stało się dramatem i to dość poważnym), ale My sassy girl jest najlepszą i najbardziej wzruszającą historią o miłości jaką widziałem. Wersji amerykańskiej nie widziałem więc się nie wypowiem.
Lord of the rings.
Star Wars.
(Tych dwóch nie muszę wyjaśniać bo to jak tłumaczyć dlaczego ‘lubi’ się oddychać)
Ghost in the shell. Jest tam taka scena w której Pan Śmieciarz dowiaduje się że tak naprawdę nie ma rodziny, jest samotny, mieszka w małym pokoiku a wszystkie jego wspomnienia zostały mu zaprogramowane  i to bardzo, ale to bardzo przypomina mi taka przypowieść taoistyczną ‘Zhuangzi śnił o tym, że jest motylem. Latał z kwiatka na kwiatek, był lekki, wolny i szczęśliwy. Obudził się. Czy to Zhuangzi śnił, że był motylem, czy to motyl śni, że jest Zhuangzi?’, a oprócz takich kwiatków można też pooglądać ładne widoczki. No i takie miałem małe marzenie żeby pojechać kiedyś do Hong Kongu i pooglądać te widoczki na żywo. Wywiad z Oshiim, na temat inspiracji (prawie pysznym reżyserem) można przeczytać tutaj – http://randomwire.com/recreating-ghost-in-hong-kong.
My neighbour Totoro – widziałem kilka filmów z których przede wszystkim bije spokój. Owszem coś się dzieje, jest jakaś akcja, ale przede wszystkim czuć spokój. Ze wszystkich filmów Miyazakiego to właśnie ten wywarł na mnie największe wrażenie.  Opisywanie Totoro przypomina mi próbę opisania ‘Seinfelda’ który z założenia ma być o ‘niczym’ i podobnie Totoro pozornie jest o niczym, niby uderza z niego hmm na zachodzie powiedzielibyśmy ‘bierność’ a na wschodzie ‘niedziałaniem’.  Kiedyś pewnie się nad tym rozpiszę, ale jeszcze nie teraz.

A piszę o tym wszystkim dlatego że gapiąc się wczoraj w ekran i próbując w kolejnym podejściu obejrzeć nowego Spidermana (jak ten film zarobił te 700+ milionów dolarów to ja nie wiem) i stwierdziłem że zamiast przysypiać oglądając to coś wolę po raz kolejny obejrzeć GITSa. I pojechać do Hong Kongu. Znaczy teraz obejrzeć GITSa a za parę miesięcy pojechać do Hong Kongu. Ale zdecydowanie pojechać do Hong Kongu. Kiedyś polecieć do Japonii, ale gdy będę następnym razem w Chinach i będę miał trochę czasu wolnego na pewno pojechać do Hong Kongu. Dlatego muszę aplikować o wizę dwuwjazdową. Co prawda wodnych taksówek i autobusów pewnie nie będzie, ale może siedząc w piętrowym autobusie zobaczę sobowtóra…Brr…aż mnie ciarki przeszły.

Udało mi się kupić słuchawki i chciałbym napisać że tyle już wydałem na te tanie że mógłbym sobie jakieś dobre drogie kupić, ale to nie byłaby prawda. Jak na razie działają i mam nadzieję że ten stan się utrzyma dość długo. Mam kilka tygodni by nie napisać miesięcy podcastów do nadrobienia. Całkowicie zapomniałem o China History (którego zacząłem słuchać zanim postanowiłem wyjechać do Chin), czy o innych o historii Azji wschodniej i trochę mi tego brakuje. Dlatego od teraz pora do szkoły chodzić, chyba że to piątek. Wtedy zdecydowanie trzeba jeździć.

Zakupy zrobione, kura rozdzielona i schowana do zamrażalki, tofu kupione, podobnie jak wszystko inne i chociaż muszę odwiedzać trzy sklepy, z czego w jednym kupuję tylko jedną rzecz, to wszystkie mam w zasięgu godzinnego spacerku. Tylko dlaczego w sklepi pod domem ktoś zapomniał dosypać bobu? To  jakaś zagrywka żebym już tam nie kupował, czy co? I tak jak kiedyś pisałem że chyba tylko ja ten bób kupuję tak widzę że potrzeba było czasu by inni mieszkańcy Jiawang dowiedzieli się o nim i też zaczęli kupować. Nie to żebym się złościł, wręcz przeciwnie cieszę się że nie jestem sam. Jeden z native’ów (ble) z jakimi mieliśmy zajęcia na studiach powiedział że lubi słodką kukurydzę  (no bo kto nie lubi) i kupuje ją w takim małym osiedlowym sklepie. Jednego tygodnia kupił puszkę, następnego kolejną i tak co tydzień, aż w pewnym momencie zrozumiał że nikt oprócz niego tej kukurydzy nie kupuje bo codziennie wchodził do tego sklepu a puszek ubywało tylko gdy On kupował. Pewnie dlatego że wszyscy inni kupowali kukurydzę w tańszym supermarkecie. On pewnie czuł się dziwnie myśląc że bardzo niewiele osób kupuje tę kukurydzę, a ja czułem się szczęśliwy że bób zawsze na mnie czekał.

Spotkałem też dzisiaj na ulicy jednego z nauczycieli, który jako tako radzi sobie z angielskim i zapytał się mnie:
– Gdzie idziesz?
– Na zakupy.
– Tutaj? A nie lepiej pojechać do miasta, tam jest taniej.
– No nie wiem, tutaj mam bliżej, poza tym lubię tę ciszę i spokój.
– No ale teraz to nie masz co robić.
– A Ty gdzie idziesz?
– Tak sobie pochodzić.
– No to miłego dnia.
– Cześć.
Nie rozumiem tej ‘obsesji’ z chodzeniem na zakupy do Xuzhou. Mam spędzać tygodniowo godzinę w autobusie i potem jeszcze iść przez ponad 30 minut by dostać się do Carrefoura który jest droższy (robiłem tam zakupy dwa razy, więc wiem) i nie ma bobu na wagę tylko dlatego że tam będzie tańszy (chociaż nie będzie) i będą świeże warzywa (tak jakby te tutaj nie były świeże)? Że o tym mrozie i tłoku w autobusie nie wspomnę.
No i ‘nie mam co robić’…w tym rzecz, ja zawsze mam co robić. Chociażby uczyć się chińskiego.
Albo nadrabiać zaległości z NBA.

A ten dzisiejszy spacer ( bo mieliśmy iść z uczniami na spacer po południu) został odwołany z powodu dużej ilości pracy domowej. Co się odwlecze to nie uciecze.

Słuchawki

Muszę, ale to naprawdę muszę je jutro kupić. Bo dzisiejszy spacer udowodnił mi że zima wszędzie jest taka sama. Gdy temperatura spada znacznie poniżej zera ludzie wolą nie wychodzić z domów  i nawet w Chinach robi się pusto na ulicach.  A wtedy ciężko o jakieś sensowne źródło inspiracji.
Dzisiaj wychodząc na spacer spotkałem Teodorka który szczekał mnie z daleka a potem przeczołgał się pod żółtym samochodem i przybiegł się bawić.
Bardzo sobie cenię taką naturalność tego bloga, to że nie szukam tematów na siłę i zawsze jakoś jest o czym pisać. Tylko w ciągu ostatnich kilku tygodni coraz trudniej jest mi zebrać myśli i ubrać w słowa to co chcę napisać. Także każda kolejna notka może nie tyle rodzi się w bólach co jest trudniejsza do napisania niż na początku. Jest to w pełni naturalne i zrozumiałe i wiem że nic z tym nie mogę zrobić. Muszę po prostu ten chwilowy dołek przeczekać.
Tak jak muszę przeczekać jeszcze czwartek i mogę w końcu założyć buty i pójść pobiegać. Trzy dni zmieniły się w tydzień, ale czasem tak po prostu bywa i nic na to nie poradzimy. Brakuje mi biegania, ale nie mogę się rozłożyć, nie teraz bo to ostatnia prosta. A takie dni to naprawdę świetny moment by naładować baterie i przygotować się do 8 dni w pracy bez przerwy.

2013

Nadszedł niespodziewanie, bez imprezy, wyjazdu, spotkania. Kartka w kalendarzu przesunęła się, zera i jedynki w komputerze pokazują teraz 2013-01-01. A ten rok przywitał mnie sms od Wendy:
– Wszystkiego Najlepszego w nowym roku!
– Dziękuję i Tobie też.
– A czemu jeszcze nie śpisz?
– Taka noworoczna tradycja.
– Jestem bardzo zmęczona.
– Dobranoc i jeszcze raz szczęśliwego nowego roku.
Przywitać nowy rok smsową rozmową z chińską uczennicą – tego nigdy nie planowałem. A potem jeszcze tych smsów naspływało. Lawrence z  życzeniami zadzwonił i cieszę się że zostanę tutaj by Go dopingować w czasie egzaminów końcowych.
No tak, bo zostaję tutaj, ale chyba już o tym pisałem więc nie będę się powtarzać. Jeden z moich potencjalnych pracodawców odpisał mi dzisiaj że najważniejsze żebym był szczęśliwy z tego co robię. Pewnie pracując w cieplejsze szkole z mniejszymi klasami także byłbym szczęśliwy, ale chcę ten rok szkolny tutaj dokończyć. I go dokończę.

Ten poprzedni rok był naprawdę nietypowy i cieszę się że wyjechałem bo zapamiętałbym go jako ‘rok w którym dupło mnie auto’, tak jak zapamiętałem 2010 jako ‘rok pierwszego maratonu’, na 10 dni przed obroną pracy magisterskiej i 2011 jako ‘rok 3:45’, tak teraz 2012 mogę wspominać jako ‘rok pierwszego wyjazdu do Chin’.

I po moim wyjeździe chyba mogę zacząć się tytułować ‘Królem Zimy’. W którejś z części ‘Autostopem przez galaktykę’ pojawia się kierowca który nienawidzi deszczu, nienawidzi go tak szczerze że stworzył listę wszystkich rodzajów deszczu których nie znosi. A wszędzie gdzie się pojawi pada. Dlaczego? Bo deszcz uważa go za swojego władcę i chce być cały czas do jego usług. Tak zima chyba uznała mnie za swojego władcę bo uciekła za mną z Polski aż na południe Chin, gdzie ludzie szufelkami zgarniają śnieg z ulic. No ale poważnie, szufelkami? Jedyne co mam ochotę zrobić gdy to widzę to Ich uściskać, wytarmosić policzki i powiedzieć sztucznie słodkim głosem ‘to urocze’.
O ile odśnieżanie ulic jest urocze tak odśnieżanie dachów to nie żarty i naprawdę ktoś się powinien tym zainteresować bo wszystkie dachy tutaj są płaskie, żadnych spadów, a jak tego śniegu się trochę nazbiera to może być nieciekawie.

W ogóle pogoda jest tutaj szalona, w nocy temperatura spada do -6 a w dzień skacze do +6. Straszna sinusoida. Dzisiaj w nocy ma być -12. To już powinno być w okolicach rekordowej zimy. To są temperatury przy których nawet w Polsce nie chce mi się wychodzić z Domu biegać, a co dopiero tutaj. Przynajmniej nie pada :)

Zespół dnia następnego

O zajęciach to dzisiaj nie ma nawet co pisać, bo przecież jaki dzieciak na świecie będzie skupiony na nauce gdy w perspektywie ma trzy dni wolnego a w pamięci imprezę z dnia poprzedniego. I to imprezę na której porządnie się zmęczył a na którą czekał od daaawna. Także film.

Wybrałem się pieszo do szkoły bo chciałem posłuchać podcastu o NBA. I słuchałem. Przez pierwsze 5 minut, potem urwał mi się kabel ze słuchawek. To trzecie słuchawki jakie mi się popsuły w Chinach i drugie jakie tutaj kupiłem. Wygląda na to że przed wyjazdem przyjdzie mi kupić trzecie. Znowu kupię jakieś tymczasowe a w Polsce zaopatrzę się w coś porządnego. Gdyby tylko moje Jiawang było lepiej wyposażone w sklepy to kupiłbym tutaj, a tak…w sumie to poprzednie słuchawki kupiłem w Xuzhou i też się popsuły.

Trafiłem na Lidię w przerwie między zajęciami i dowiedziałem się że ten semestr kończymy 19 stycznia, co nie ma sensu bo to sobota, a nowy zaczynamy 19 lutego, co także nie ma sensu bo to wtorek.

Bezużyteczny fakt z mojego życia zawodowego #1
Gdy swego czasu uczyłem w ściśle tajne jednym z moich uczniów był taki Pan (właściwie to byli tam sami Panowie i jedna Pani, ale taka specyfika ściśle tajne), który gdy czegoś nie rozumiał zamykał się w sobie, czyli zwieszał głowę i kładł rękę na rękę po czym wzruszając ramionami mówił ‘Bez sensu’.  Do tamtego momentu i od tamtego momentu miałem wielu uczniów, w naprawdę różnym wieku, miałem świetne dzieciaki z dobrych domów, świetne dzieciaki z trudnych domów, doktorów, dyrektorów, ściśle tajne, prawdopodobnie przyszłych liderów Chin, ale nigdy nie czułem się tak bezsilny jak wtedy. Nie czułem bezsilności gdy dzieciaki biegały po klasie a ja nie mogłem Ich uspokoić, bo rozumiałem że w którymś momencie zawaliłem, nie czułem bezsilności gdy Ktoś nie potrafił czegoś zrozumieć pomimo kilkunastu prób i przykładów, bo rozumiałem że oboje próbujemy i może to po prostu nie jest ten dzień lub ta pora na zrozumienie, nie czułem się bezsilny nawet wtedy gdy uczyłem niesamowicie zdolną dziewczynę która potwornie bała się mówić i praktycznie każde nasze spotkanie kończyło się jej płaczem bo musiała ze sobą walczyć by się w ogóle odezwać, ale gdy dorosły mężczyzna zamyka się w sobie wzrusza ramionami i mówi ‘Bez sensu’, to ja po prostu czuję bezsilność bo widzę że On czegoś po prostu nie chce zrozumieć.

Także wyjeżdżam z Jiawang 23-go a wylatuję 24-go. Lidia powiedziała że kupi mi bilet ale mam jej przypomnieć dopiero po 13 bo Ona nie wie jak wcześnie można zarezerwować bilet na pociąg. 10 dni wcześniej mogą uczniowie, a jak zwykli ludzie  to już nie wiadomo. Tylko…ja to wszystko liczyłem i to faktycznie nie ma sensu. Bo skoro semestr kończy się  19 to od 21 do 2 lutego uczniowie mają czas na naukę (tak powiedziała Lidia) a egzaminy przypadają na tydzień Nowego Roku (chociaż to Chiny, więc czemu nie) a potem zostaje tylko tydzień ferii zimowych, a przecież mają mieć trzy tygodnie…No i to mi się nie zgadza. Chyba że nie mają dodatkowego czasu na naukę tylko tydzień egzaminów to wtedy wszystko pasuje. Tylko gdzie jest wtedy ten czas na naukę do egzaminów? Dziwne.

Jeden z uczniów z klasy drugiej powiedział mi o jutrzejszym corocznym biegu noworocznym który ma miejsce nie tylko w Jiawang ale i w całych Chinach. ‘Nasz’ bieg rozpocznie się o 9 w szkole. Może pójdę się poprzyglądać i porobić zdjęcia, ale od biegania robię sobie przerwę do piątku co najmniej. No właśnie, kupiłem wczoraj leki i kosztowały mnie 9 RMB. Chciałem kupić dwie paczki ale była już tylko jedna, dzisiaj poszedłem więc do szkoły by kupić drugą, bo nie chciałem iść do centrum a dwie paczki to kuracja na 6 dni, czyli nawet dłużej niż potrzeba. I co? W szkole ten sam lek kosztuje 13 RMB. I ja rozumiem wolny rynek, ja rozumiem podbijanie marży na słodyczach, rozumiem nawet różne ceny w różnych stołówkach, ale zarabianie na lekach to już trochę za dużo jak dla mnie. Zwłaszcza że to sezon na choroby a zdrowie dzieciaków powinno być na pierwszym miejscu.

Od klasy czwartej dostałem kartkę z życzeniami, możecie je sobie przeczytać więc nie ma się co rozpisywać.

Polecam także zdjęcia tej pielgrzymki która ustawiła się przed szkołą. Rodzice się nazjeżdżali by poodbierać dzieciaki, a te już od pierwszych zajęć po południu były popakowane i gotowe do drogi. Skupienie = zero.

Nawet w stołówce było mniej jedzenia bo przecież nikt nie zostaje na kolacje.

Gdy dotarłem na swoje osiedle zostałem zaproszony do kanciapy Panów Strażników. Pozwolili mi ogrzać się przy kozie, chociaż wcale nie ma zimno. Nikt nie chciał ode mnie mandarynek. Oni wręcz walczą by nie wyjść na zachłannych i są gotowi Cię pobić byleby tylko nic nie wziąć. Jak taki naród mógł się na tym świecie uchować? Jaki to kontrast między tą zachłanną apteką w szkole a tymi ludźmi którzy dają Ci wszystko co mają czyli mały taborecik i trochę ciepła a nie chcą nawet mandarynki.

I owszem, dzisiaj jest ostatni dzień 2012 roku. W Chinach 2013 będzie za niecałe 7 godzin. W ogóle tego nie czuć. W ogóle. Nie ma pytań ‘co robisz w sylwestra?’ nie było przerwy świątecznej, nie ma znajomych jadących w góry, jest kolejny dzień w Chinach. Także do północy w Chinach czekać nie będę. Nastawię budzik na 6, a raczej nie przestawię budzika i przywitam 2013 z rodziną i przyjaciółmi w Polsce.

Także wszystkiego najlepszego w 2013!

Niedziela i przegapione #17

Nowa książka
Lidia powiedziała mi że uczniowie dostaną nową książkę do moich zajęć. Zapytałem więc:
– Kiedy będę mógł ją wybrać?
– W ogóle. My je dostajemy.
– Yhy, a czy mogę chociaż poprosić o coś prostszego?
– Nie mamy na to wpływy, poza tym teraz na pewno dostaną poziom wyżej.
I rozmawiałam z Lawrencem który powiedział że koszt książek do okokoło 1000 RMB na każdy semestr. Bo książki zmieniają się co semestr. Ech…przecież Oni już z tą sobie radzą tak średnio, bo dla większości jest za trudna, a teraz dostaną jeszcze trudniejszą a ta nie będzie przerobiona. Przecież to marnotrawstwo pieniędzy. Takie coś bardzo zniechęca do nauki.

Chcę jechać do…
Czyli kontynuacja lekcji podróżniczej, oto lista i wyjaśnienia:
Shangri-la – bo jest piękne, spokojne i pełne drzew. Mieli o tym czytankę ostatnio na zajęciach z angielskiego i chociaż Shangri-la to mityczna kraina to w książce do angielskiego znajduje się informacja że jest w Chinach w miejscowości…a co Wam będę mówić. Mit Shangri la polega też na tym że każdy znajduje je w innym miejscu.
Czechy – bo Praga jest piękna i byłaby cudownym miejscem do studiowania.
Korea – bo chcę zostać piosenkarzem a stamtąd pochodzi wielu świetnych piosenkarzy. Koreanki są bardzo ładne.
Japonia – chce zobaczyć górę Fuji. Są tam piękne kobiety.
Paryż  – bo jest niezwykle romantyczny .
Francja – bo rośnie w niej przepiękna lawenda.
Holandia – bo słynie z ulubionych kwiatów – tulipanów.
Hong Kong – bo jest Disneyland.
Polska – bo z Twoich opowieści to piękny kraj.
To ostatnie urzekło mnie najbardziej, a słyszałem to kilka razy. Jak szybko do kraju nie wrócę to zacznę Go idealizować i co wtedy?

Aż tak wiele w tym tygodniu nie przegapiłem jak widać. Może zacząłem wszystko opisywać bardzo skrupulatnie, a może najzwyczajniej w świecie niewiele się wydarzyło.

Niedziela
Chciałem iść biegać, ale coś znowu zaczęło mi doskwierać więc postanowiłem wykorzystać ten dzień by się wygrzać w łóżku. No i kupić leki i posprzątać.

A potem poszedłem do szkoły. Zanim jednak poszedłem zadzwoniła do mnie Sophie  i zapytała  jak się pisze moje imię, więc jej podyktowałem Po co było jej to potrzebne? Gdy poszedłem do gabinetu znalazłem w drzwiach zaproszenie na przyjęcie do klasy 9. Teraz sobie uświadomiłem że nie zrobiłem zdjęć budowy dzisiaj…Oprócz tego dostałem jeszcze życzenia od klasy 10 i 11. Lidia też dostała od 11.
Najpierw wskoczyłem na pierwsze piętro i przemknąłem niezauważony obok klas 14, 13, 12 i przy 11 zostałem zaczepiony, ale udało mi się wymknąć, przy 10 zauważyła mnie Brigitte która zaciągnęła mnie do klasy 9 i zamknęła drzwi. A potem je zasznurowała i powiedziała że mnie nie wypuszczą. I zaczęła się impreza, każdy miał od groma słonecznika, mandarynek, bananów, orzeszków (w Chinach nawet imprezowe jedzenie jest zdrowsze) i zrobiliśmy gąsienicę. Najpierw dziewczyny, a potem chłopaki.
A skoro zdjęć chłopaków nie ma to chyba się domyślacie gdzie byłem.
Szybki rzut oka na zegarek i poszedłem dalej. Spojrzałem co się dzieje w klasie ósmej i już schodziłem na dół gdy dogonił mnie przewodniczący klasy i zaprosił do środka. Nie ma jednak z nimi tak źle.
Zszedłem na dół i jechałem w dół od siódmej. W każdej dostawałem coś do jedzenia, a w szóstej trafiłem na scenkę humorystyczną którą tłumaczył mi jeden z uczniów. Królowało karaoke, niestety nie we wszystkich krajach wyświetlały się słowa na ekranie, gdzieniegdzie leciała po prostu muzyka, ale wszędzie gdzie się pojawiłem proszono mnie bym śpiewał i wszędzie oprócz klas 14 i 11 udało mi się wyjaśnić że boli mnie gardło. Od klasy trzeciej dostałem trzcinę cukrową którą czasem widywałem u Pana Obwoźnego. Może następnym razem kupię jej trochę bo była naprawdę smaczna.

Żałuję że nigdzie nie mogłem zostać dłużej, ale miałem raptem dwie godziny…

A wracając do domu jeden z uczniów zaproponował że mnie podwiezie na rowerze elektrycznym. No tak, dzisiaj wybrałem nogi jako środek transportu. I kto wie, może jutro też się na nie zdecyduję. Owszem trwa to dziesięć minut dłużej ale jest trochę przyjemniejsze.

Śnieg…2

Znowu to białe coś zasypało ulice. A mnie poniosło i postanowiłem ruszyć pieszo na zakupy. W sklepie numer jeden znalazłem dwa nowe rodzaje cementu, jeden z mlekiem sojowym (sam na to wpadłem parę tygodni temu) i jeden o smaku fistaszków. Ponownie nie mieli orzechów w czekoladzie (udawanej chińskiej czekoladzie) w sklepie numer jeden. I co ciekawe, pierwszy raz poprosili mnie tam żebym zostawił plecak…Już jestem traktowany jak Chińczyk :) Gdybym jeszcze tylko rozumiał ten język.
W sklepie numer dwa zaopatrzyłem się w…nic, bo nie mieli piersi z kury a jedynie jakieś wieprzowe kawałki z którymi nie chce mi się bawić. Pora więc na sklep numer trzy w którym nie byłem już dość długo bo jest droższy od innych, ale za to najlepiej zaopatrzony. Oczywiście mieli piersi z kuraka, wziąłem też czerwoną paprykę, marchewkę  i…w sumie to nic więcej bo nie mieli nic ciekawego. Czyli droga powrotna i…
Sklep numer trzy. Jogurto-mleko, kupione po raz ostatni. 24 kartoniki plus 4 jakie jeszcze miałem wystarczą do samego odlotu. Bób i jakiś nowy słonecznik, bo ten o smaku melona dziwnie na mnie działa…A do tego pomidory i przyprawę na ostro.

I tak sobie pochodziłem i porobiłem zdjęcia ludziom i temu białemu paskudztwu. To takie urocze gdy Oni tutaj walczą ze śniegiem. Szufelkami odgarniają śnieg z chodników, kierowcy odśnieżają tylko szyby, głównie przednie, ale dzieciaki za to mają ubaw po pachy. Tarzają się w śniegu, chodzą na kolanach udając stonogi (chyba) i nawet znalazłem jednego śniegowego bałwana.
A teraz coś praktycznego: w Jiawang nie było śniegu od dwóch lat, ale gdy dzisiaj chodziłem po centrum widziałem dwa samochody które normalnie polewają ulice wodą wyposażone w pług i jeżdżące tam i z powrotem oczyszczając ulice. Ludzie w pomarańczowych kamizelkach ruszyli dzisiaj do boju ze śniegiem wyposażeni w sprzęt zimowy. Także tutaj, w maleńkiej miejscowości, gdzie nie każdego roku jest śnieg odśnieżanie jest na wyższym poziomie niż w Polsce gdzie śnieg jest zawsze. Oni tutaj mogą powiedzieć że zima Ich zaskoczyła, a jednak tego nie robią tylko zabierają się do pracy.

Ach…w sklepie numer trzy dostałem herbatę jaśminową, ale dlaczego? Ani nie zapłaciłem jakoś bardzo dużo, ani nie kupowałem czegoś specjalnego…A może? Podziękować należy Pani kasjerce która powiedziała mi żebym poszedł i pokazał paragon. Nawet w taką pogodę ludzie są dla siebie mili.

Oczywiście z zakupów wróciłem z mokrymi nogawkami, bo jakżeby inaczej. W końcu wszędzie jest to białe paskudztwo. Owszem, wygląda to pięknie, ale to wcale nie czyni go przyjemnym. Na klatce schodowej przywitał mnie Teodor, który ostatnio był zamknięty w piwnicy, a dzisiaj skakał z radości gdy mnie zobaczył. Uroczy psiak.

Wczoraj miałem kolejną rozmowę, a dzisiaj zadzwoniła Jennifer i przeprosiła że nie przyjechała ale się pochorowała. No tak. Przypomniałem Jej o kontrakcie i parę godzin później już miałem go na mailu. Gotowy do podpisu. Teraz muszę usiąść i te wszystkie propozycje przemyśleć, dojść do tego jaką opcję wybrać, bo najzwyczajniej w świecie nie wiem co zrobić.

Wielka Chińska Ściana Ognia pokonała mój internet ostatecznie i pożegnałem się z fejsbukiem, jutube, polskim google i kilkoma innymi stronami. Mam nadzieję że dostawca mojego oszukanego internetu jakoś mi to wynagrodzi. Inaczej trzeba będzie go zmienić gdy wrócę.

I po śniegu…

Dalej leży ale teraz przypomina już tę paskudną polską ciapę która zawsze nas atakuje w marcu. Jedyna różnica jest taka że w przeciwieństwo do Polski tutaj nie trzeba uważać na prezenty w postaci psich kup.
Wczoraj jeden z rekruterów (ble) zapytał się mnie: ‘a jak wygląda nauka angielskiego w Polsce?’ i tak myślę od wczoraj jak mu to opisać.  Ubrałem moje doświadczanie z Polski tak delikatnie jak potrafiłem bo facet urodził się w Kanadzie ale jest polskiego pochodzenia i zastanawiał się czy nie uczyć w Polsce po tym jak Azja Mu się znudzi.

Znowu poranek nie był nudny. Ruszyłem do szkoły tym swoim ślamazarnym tempem, bo nie oszukujmy się to nie jest pora na szaleństwa i gdzieś w połowie drogi zauważyłem jak Panu z przodu wypadły nauszniki, w myśl zasady ‘dziś ja, jutro Ty’ chwyciłem te nauszniki, podjechałem do Niego i oddałem. Był tak zaskoczony że wydukał ‘siesie’ i pojechał dalej. Dokulałem się do szkoły i włożyłem rękę do kieszeni by wyłączyć Garmina. I co? Garmina w niej nie było. Szybko zawróciłem, zauważyłem jeszcze Pana bez nauszników który krzyknął ‘thank you’ . Dojechałem do skrzyżowania i znalazłem leżącego na ulicy Garminka. Rany…ile on w tym tygodniu przeżył. Ile on w ogóle przeżył, a przecież nie ma nawet dwóch lat. Zima i dwa upadki, sobowtór i upadek, podróż do Chin i mnóstwo upadków. A w dalszym ciągu służy mi dzielnie i oby służył jak najdłużej.

Ostatni bieg w 2012 roku był średni. Znowu chwyta mnie kolka i muszę się zatrzymywać co 20-30 minut. Muszę biegać nieźle pokrzywiony skoro tak mi dokucza. Nie biegam aż tak szybko przecież. A może…może to zmęczenie bo przecież parę tygodni temu wszystko było w porządku a teraz jestem już naprawdę mocno zmęczony i chociaż wstyd mi to pisać to trochę cieszę się że w niedzielę nie idę biegać. Tak się cieszę że nawet dzisiaj wyprałem ubrania do biegania. I iPod też swoje przeżył dzisiaj, wyleciał mi z tylnej kieszeni i z hukiem przypierdzielił w asfalt, ale nic mu się nie stało. To naprawdę niesamowite. Aparat pierdzielnął o posadzkę i jedynie trochę wariuje, Garmin zbiera coraz to większe cięgi, iPod nie chce być gorszy a wszystkie jakoś żyją. Dobra azjatycka robota nie ma co.

Wróciłem do szkoły I na momencik do gabinetu, zostawiłem słonecznik na jutro i kawę na nadchodzący tydzień i wychodząc spotkałem na schodach Lidię, która chyba w szkole kryje się przed mamą. W każdym razie powiedziałem jej że przegram jej te brakujące zdjęcia jutro. Na co Ona z wielkimi oczami zapytała:
– Jutro?
– No tak, jutro. Przecież w ten weekend pracujemy.
– W ten weekend?
– No tak…
– Jesteś pewien?
– Pytałem się uczniów, pisałem im daty, więc jestem pewien (przez grzeczność nie chciałem jej wspominać o tym że przecież sama mi to potwierdziła).
– Hmm…
– To może zapytaj się kogoś czy to prawda, bo może uczniowie mnie źle zrozumieli, albo ja Ich.
– Okej.

No i po pierwszych zajęciach popołudniowych dostałem smsa ‘w ten weekend mamy wolne, za to w następny pracujemy’
Drugi raz obuchem w łeb i to tym razem mocno niepozytywnie. Czyli jutro na zakupy i jednak w niedzielę mogę iść biegać. Mam tylko nadzieję że ubrania wyschną. Nie no, musza wyschnąć. Nie można zakończyć tego roku takim biegiem. Zasługuje na troche więcej.

Wychodząc z domu zobaczyłem że ktoś oddał mi Mikołaja I dopisał na kartce że przeprasza. Nawet zdjęcie zrobiłem. Wyjaśnił też że jestem uczniem/uczennicom szkoły w której byłem w odwiedziny i prosi o pomoc z zadaniem domowym. Zostawiłem Mu/Jej swój numer QQ i napisałem żeby uderzył/a gdy ma problemy to chętnie pomogę i wyjaśnię.

Zakupiłem kolejne pocztówki, teraz dostałem dwie w cenie trzech i jeszcze uczeń walczył ze mną żeby dać mi tego jednego juana reszty. Ach ta klasa jedenasta. Wszystkie klasy mnie zaprosiły na swoje przyjęcia noworoczne i na wszystkich chcę być, ale 14 klas obskoczyć…A potem jeszcze Lawrence zaprosił mnie do siebie mówiąc że to nie Jego pomysł, ale całej klasy i wszyscy chcą żebym przyszedł ale oczywiście zrozumieją jeżeli się nie pojawię bo przecież nie mam czasu. Nie powiem że bym nie chciał, ale naprawdę nie wiem jak to będzie z czasem…15 klas…180 minut to tylko 12 minut dla każdej klasy, więc będzie bardzo bardzo ciężko zwłaszcza że chcę dużo zdjęć porobić.

Te jutrzejsze zakupy są mi zupełnie nie w smak, ale cóż poradzić, trzeba je zrobić pomimo prognozowanego deszczu ze śniegiem. Masakra pogodowa jakaś.

Śnieg

Jest kilka takich sytuacji które sprawiają że na usta ciśnie mi się polski przecinek. Gdy autobus nie przyjeżdża, gdy w tym roku schodziło mi powietrze z roweru bez wyraźnej przyczyny, czyli w takich chwilach całkowitej bezsilności. Co ciekawe nie cisnęło mi się wczoraj gdy dowiedziałem się o roboczym weekendzie, ani gdy…o tym w niedzielę. Za to dzisiaj rano gdy poszedłem do kuchni włożyć owsiankę do mikrofalówki to już nie tylko przecinek cisnął mi się na słowa ale wręcz wyskoczył z nich tak że prawdopodobnie w Polsce był słyszalny. Pojawił się nagle, nie powiedziałbym że niespodziewanie bo prognozy go zapowiadały, ale jednak gdzieś tam w głowie tliła się myśl że to pomyłka i nic z tego nie będzie. Nie udało się. Spadł, zasypał całe Jiawang i dalej sypie. Nie tak jak w Polsce ale jednak jest biało. Na razie jeszcze jest fajnie bo wiadomo że pierwszych kilka dni jest przyjemnych. Wszystko opatulone białą puszystą kołderką. Tylko potem zaczynają się problemy. Przemoczone stopy, mokre ubrania i choroba murowana.
Dalej sypie…
Wyjeżdżając dzisiaj z domu trafiłem na jedną z nauczycielek i sobie porozmawialiśmy (stąd to wolne tempo), o tym że śniegu nie lubię, że uczniowie są nieśmiali gdy mówią po angielsku i takich innych nauczycielskich sprawach.
A w szkole…tak jak normalnie na dworze jest tylko garstka uczniów sprzątających tak dzisiaj było Ich co nie miara. Rzucali się śnieżkami i nawet sobie żartowali żebym uciekał. Phi…doświadczeniem biję ich na głowę. I ta malutka dziewczyna z klasy drugiej krzyczała żebym uciekał bo Jej koleżanka chce we mnie rzucić.  A chłopaki dalej grają w ping ponga na dworze…

Poszedłem na zajęcia do dziewiątki i…śnieżka na tablicy mnie nie zdziwiła, zdziwiło mnie za to to że Lucy zrobiła śniegowe serduszko, pomalowała je kredą na czerwono, ja je postawiłem na ławce i ono przez 45 minut się nie roztopiło. Zimno.
Dzieciakom to teraz nie przeszkadza. Walą w siebie śnieżkami korzystając z braku ćwiczeń na długiej przerwie.
Przestało. Oby było tego dość na dzisiaj.
Nie chciałem tego pisać, ale tak jak przypuszczałem, znowu zaczęło gdy poszedłem na lunch. Lawrence’owi udało się trafić na mnie więc chwilę sobie pogadaliśmy a potem ruszyliśmy w swoją stronę. Lidii dzisiaj cały dzień nie było bo najpierw ruszyła do szpitala, ale to podobno nic poważnego, a potem musiała odebrać mamę. Także zajęcia prowadziłem sam. Po przedostatnich zajęciach, w klasie drugiej, na których po raz pierwszy zwróciłem, a raczej zwrócono mi, uwagę na kamery w klasach wyjaśniłem uczniom że w Polsce czegoś takiego nie ma ale bardzo by się przydało. Kurczaczek, nie dość że muszą w tej szkole siedzieć praktycznie bez przerwy to jeszcze są pod ciągłą obserwacją. To już jest lekka przesada.

Nie wiem czy starczy mi czasu by odwiedzić wszystkie te klasy w niedzielę…pożegnałem się już z niedzielnym wybieganiem bo nie wcisnę go ani między pierwsze i czwarte zajęcia ani po czwartych. Także jutro czeka mnie ostatni bieg w tym tygodniu i zarazem ostatni bieg w roku. Rok temu w sylwestra zrobiłem połówkę a dwa lata temu nic, także tradycji żadnej nie ma i żadna nie ucierpi. Dwa lata temu ostatni biegł miałem w Wigilię bo potem się pochorowałem, także w tym roku już jestem do przodu. Tylko jutro chyba zamiast wyprawy w znane/nieznane rejony Jiawang czeka mnie podróż na bieżnię szkolną bo ulice już teraz są śliskie a wieczorem padał deszcz, w nocy chwyci to wszystko mróz i jutro będzie szklanka. To już wolę kręcić się w kółko. Może to i nudne, ale przynajmniej bezpieczne. Kolano już nie boli ale nie ma co ryzykować. Tutaj naprawdę bardzo się oszczędzam.

Po zajęciach w klasie drugiej podbiegł do mnie jeden z uczniów i wyjaśnił że sprzedaje pocztówki dla bardzo chorego chłopaka z Jiawang. No tak, pamiętam że ‘Joker’ kiedyś o tym wspominał ale nie miałem wtedy okazji przekazać kasy. Pocztówki już co prawda kupiłem bo są na nich zdjęcia szkoły, ale zawsze można kupić więcej co też uczyniłem, więc gdy tamte wysłane dwa tygodnie temu nie dojdą mogę wręczyć te. Znaczek w końcu jest na nich nadrukowany.

Wieli Chiński Mur Ognia sprawia że korzystanie z internetu to ostatnimi dniami prawdziwa katorga. Wyobrażacie sobie świat bez google czy Wikipedii? No właśnie…a tak tu mnie teraz wygląda. Niestety nie wszystko ma swoje chińskie odpowiedniki i czasem znalezienie jakiegoś filmu jest naprawdę trudne. Strasznie wygodny się zrobiłem nie przeczę, ale nic na to nie poradzę. Tu jest jeden z niewielu standardów życia z którymi ciężko mi się rozstać. Jeżeli muszę już korzystać komputer i internetu to chcę z nich korzystać tak jak jestem do tego przyzwyczajony. Przez pierwsze 3 tygodnie radziłem sobie bez tego ale gdy przyszło co do czego i chciałem zrobić lekcję w oparciu o film to nie było rady musiałem wyłożyć kasę. Nie żałowałem tego ani przez moment bo naprawdę warto zainwestować w ten luksus. Internet jak w Polsce jest dla mnie tym czym dla Migueala był stół, rzeczą niezbędną do życia. On też sobie radził bez stołu ale narzekał na to co niemiara.

Adam!
Nie, to zupełnie inny krawężnik. Ten jest w szkole, a tamten na ulicy. Co prawda koło szkoły, ale zupełnie innej ;)
I to księżyc. Księżyc lubi mnie bardziej niż słońce, w końcu to Yin . Tak jak ja.

Środy są trochę…

Szalone. Zwłaszcza gdy dowiadujesz się że lekcje popołudniowe zaczynasz o 1250 z powodu konkursu. Dowiadujesz się o tym o 930. Od uczennicy. Bo nikt ze szkoły nie powiedział ani Tobie ani Asystentce.
A potem dowiadujesz się, że środa i czwartek będą odrabiane nie w następny weekend ale już w ten. Czyli na spory plus, bo zostałem uderzony z zaskoczenia i nie muszę niczego planować. Poza tym w niedzielę wieczorem klasy organizują przyjęcie noworoczne więc zajebiście . Wtorek, środa, czwartek wolny.

W przerwie na lunch pojawiła się nauczycielka, wychowawczyni klasy 14 i dała mi małe zawiniątko mówiąc że jest chrześcijanką i to jest taki prezent który zrobili w swoim kościele. Kościele domowym, nie świątyni. Nie mogłem otworzyć od razu bo musiałem lecieć na te rozpoczynające się wcześniej zajęcia, ale gdy już wróciłem i otworzyłem to zaskoczyłem się bardzo pozytywnie. Jak widać na zdjęciu jest to cytat z Księgi Wyjścia ‘Przeto idź, a Ja będę przy ustach twoich i pouczę cię, co masz mówić’. Czyli coś niezwykle bliskiego dla Chrześcijan z Chin, w końcu Oni tutaj w dalszym ciągu głoszą samodzielnie Słowo Boże. Nie dość że msze odprawiane są w warunkach rodem z początków Chrześcijaństwa to szerzenie wiary jest znacznie utrudnione, że nie wspomnę o takich ’drobnostkach’ jak praca w niedziele. Jestem pod ogromnym wrażeniem bo tutaj religia, wiara to kwestia wyboru, nie tak jak u nas gdzie się ją narzuca.

W tym tygodniu dręczę uczniami pytaniami o podróże i oprócz takich ciekawych, acz standardowych odpowiedzi jak:
– do Japonii zabić Japończyków
– do Paryża bo to bardzo romantyczne
pojawiły się takie niestandardowe jak:
– Malediwy bo za 20 lat ich nie będzie
– Atlantyda, bo nikt jej nie odkrył (aż mi się przypomniało że mając 12 lat myślałem o tym samym)
Te dzieciaki mają gro pomysłów i są naprawdę zdolne, ale chyba w tym systemie brakuje trochę ujścia dla tej kreatywności.

Po wszystkich zajęciach poszedłem do tej hali posłuchać jak śpiewają, ale wytrzymałem tylko kilka klas bo było tam potwornie ale to potwornie zimno. Rozumiem że na ogrzewaniu można oszczędzać, ale są pewne granice. Trafiłem też na chiński…którego pierwsza zasada brzmi by nie mówić o…więc nie powiem ani słowa.

Poszedłem do stołówki gdzie spotkało mnie niemiłe zaskoczenie w postaci braku tofu nie pozostało mi więc nic innego niż zrobić powtórkę z obiadu i potem zaraz do domu. Dzisiaj, tak dla odmiany, Pan Obwoźny pojawił się już przed 18, a skoro jutro ma padać to postanowiłem nie ryzykować i od razu uzupełnić zapasy owoców. Chociaż ostatnio żywię się w szkole głównie prezentowymi jabłkami. Dostałem też coś, jakiś orzech czy coś…całkiem smaczne prawdę mówiąc.

Wracając do domu spotkało mnie pierwsze poważne niemiłe zaskoczenie. Nalepiłem wczoraj na drzwiach śnieżynkę i Mikołaja. Żeby było tak świątecznie. I teraz tego Mikołaja już nie ma. Ostała się tylko śnieżynka. Mam nadzieję że ten kto go sobie zawłaszczył zrobi z niego dobry użytek. Bo może w gruncie rzeczy tej osobie przyda się bardziej.

Aparat dobił dzisiaj do 10k zdjęć w ogóle, z czego jakieś 7k zrobiłem w Chinach. Mało, ale też nigdy nie aspirowałem do bycia fotografem czy też do robienia zdjęć w ogóle więc cieszę się zwłaszcza że niektóre z tych zdjęć są przyzwoitej jakości i pokazują całkiem ciekawe obrazy.

Ani ja, ani Lidia nie potrafimy zrozumieć dlaczego dostajemy środek tygodnia wolny a w piątek musimy iść do pracy. Nauczyciele tutaj też nie rozumieją a uczniowie to już w ogóle. Tylko teraz dotarło do mnie że następny tydzień to dwa dni w szkole a potem jeszcze…miałem o tym już nie pisać więc nie piszę.

Brakuje mi tej dłuższej przerwy na lunch bo nie dość że nie porobiłem słówek to czuję się bardzo zmęczony i nic mi się już dzisiaj nie chce a przecież powinienem zrobić jeszcze swoją lekcję chińskiego,  a prawdę mówiąc nie chce mi się nawet tej swojej frustracji związanej z nieplanowanymi zmianami planów dnia przelewać na zera i jedynki. Jakoś zaakceptowałem to bez myślenia i bez rozczulania się nad tym za bardzo. Tak musi być i zgrzyt zębami zamiast tak być musi i uśmiech. Na szczęście mam niesamowitych uczniów którzy rozczulają mnie niezwykle. Jak chociażby przewodniczący klasy siódmej który z nadzieją w głosie zapytał się czy przyjdę posłuchać jak śpiewają bo On będzie dyrygentem. I żałuję że nie miałem w sobie na tyle wytrzymałości by tam zostać na dłużej i posłuchać reszty klas. Lidia siedzi całymi dniami w gabinecie ucząc się i chyba udzielił mi się jej nastrój bo powiedziała że chciałaby zostać, ale w gruncie rzeczy to co roku jest to samo a Ona jest zmęczona. A dla mnie to przecież coś nowego, tylko jakoś tak…może szukam wymówki, ale naprawdę trudno mi się skupić gdy zimno i spać się chce.

Ach…okazało się że tydzień temu uczniowie biegali wokół boiska w ramach ogólnoszkolnego biegu długodystansowego. No tak, o tym też jakoś nikt mi nie powiedział. Czasem mam takie wrażenie że jestem tu takim ciałem obcym, złem koniecznym, ale może po prostu przemawia przeze mnie zmęczenie. Nikt mi nic nie mówi, Lidia dowiaduje się rzeczy od uczniów nie od nauczycieli czy też przełożonych i wszystko odbywa się na ostatni moment. Tak, zdecydowanie jestem zmęczony i zasługuję na długi porządny sen. Tylko najpierw pora na wieczorną lekcję.

Wywiesiłem jeszcze na drzwiach kartkę z napisem ‘Ukradłeś mojego Mikołaja. Proszę oddaj go.’ W dwóch językach, po chińsku i po angielsku. Nie, nie  zmieniam zdania o Chinach czy chińczykach, bo zgniło owoc znajdzie się wszędzie, normalnie pewnie uśmiechnąłbym się i napisał że się cieszę bo to znaczy że komuś się spodobał i chce go mieć przy sobie, albo chce żeby mu/jej przypominały Święta w roku 2012 gdy mieszkał w jego/jej bloku obcokrajowiec, ale dzisiaj naprawdę jestem zmęczony i chociaż w ten sposób chciałem wyrazić swoje niezadowolenie. Bo tu nie chodzi tak naprawdę o tego Mikołaja (tak jakbyście nie wiedzieli), ale o odrobinę szacunku.

Pierwszy dzień Świąt w Chinach

Nie różni się absolutnie niczym od innego dnia w Chinach. No dobrze, z tym wyjątkiem że uczniowie składają Ci życzenia, nauczyciele zresztą też. No i dostajesz prezenty od uczniów :)
W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem uczniów którzy oddają własne słodycze nauczycielowi bo to dla Niego święta. Lizaków mam teraz pod dostatkiem ;) I dzięki temu, tym drobnostkom jak ‘Wesołych Świąt’ na tablicy, króciutki liścik w pudełku z jabłkiem, czy zwykły lizak czuję się tutaj wyjątkowo, jestem naprawdę ale to naprawdę zadowolony i pod ogromnym wrażeniem tej niezwykłej ludzkiej dobroci. Dla Nich to dzień jak co dzień, ale rozumiejąc że dla mnie nie starają się zrobić wszystko bym poczuł się tutaj jak w Domu. I chociaż brakowało mi Wigilijnej kolacji (karpia ani trochę) to czułem się wczoraj i nie tylko wczoraj jakbym był wśród naprawdę dobrych znajomych.

Lekcje dzisiaj mijają spokojnie.
Za to jutro ponownie wypadną konsultacje bo w szkole odbywa się konkurs piosenkowy. Czyli można chodzić od klasy do klasy i słuchać jak tam sobie dzieciaki radzą ze śpiewanie, a niektóre będą sobie radzić bardzo dobrze bo słyszałem jak śpiewają.  W sumie…mając język oparty na tonach mają chyba trochę lepiej wprawione struny głosowe i uszy do wychwytywania nut.

Budzik nastawiłem na 545 tylko co z tego skoro wstałem o 530 i poszedłem biegać koło tej 545. Co ciekawe, w Jiawang na noc włączone są światła na ulicy. Wyłączają je dopiero około 600. I tak sobie biegłem spokojnym tempem nie szarżując, korzystając  z tych dodatkowych kilkunastu minut. W końcu skoro wstałem 15 minut wcześniej to mogę pobiegać trochę dłużej. No i biegałemi biegałem, a na ulicach puściutko, żywego ducha, jeszcze zanim wyszedłem z ‘blokowiska’ musiałem przedrzeć się przez zamkniętą bramę bo na noc jest zamykana. Tak, mieszkam na osiedlu strzeżonym ;) Klepałem powoli te kilometry i w końcu gdy zacząłem wracać do domu wyrżnąłem o chodnik. Poleciałem tym razem na lewą ręką i odrapałem Garmina. W samym tylko grudniu zaliczyłem więcej wywrotek niż całej zeszłej zimy na polskim lodzie. A rypłem się w prawe kolano tak porządnie że jeszcze teraz boli gdy chodzę. Co z tego że pokonałem zeszłotygodniowy krawężnik skoro chodnik mnie pokonał. Ja się jednak nie poddam. Tym razem nie poczułem ciepła od drogi więc zebrałem się od razu, trochę pochodziłem i ruszyłem przed siebie. Nie podam się i za tydzień znowu spróbuję, znowu w ciemności. (po rozmowie z Lidią) Chociaż nie, jednak nie w ciemności za tydzień bo mamy wtorek, środę i czwartek wolne, a potem pracujemy piątek, sobota, niedziela. Hmm…to chyba właśnie mi niedzielne wybieganie wypadło, na szczęście to dopiero za tydzień.

Wróciłem się po klucze i w gabinecie spotkałem Wendy która przyniosła po jabłuszku dla mnie i Lidii. Podpisane że niby od klasy ósmej, ale ja tam dobrze wiem od kogo one tak naprawdę są. W ogóle to jedyne jabłko jakie Lidia dostała od uczniów. Jak na razie.

No i ponownie zaprosiła nas Ruby do siebie. Także dzisiaj wieczorem kolejna kolacja poza domem :)
Innymi słowy pierwszy dzień świąt także spędzony wśród ludzi bliskich i z bardzo smacznym jedzonkiem. Teściowa Ruby świetnie gotuje, przygotowała wieprzowinę ale jakoś tak specyficznie że wątpię żeby udało mi się to odtworzyć. Dowiedziałem się za to jak przygotować te jajka ze szkolnej stołówki, także ha, wrócę także jako lepszy kucharz.

Powiedziałem Lidii że zostawienie tego wszystkiego czego wczoraj nie zjedliśmy na kolacji szkolnej to marnotrawstwo. Przyznała mi rację. Podobnie Ruby dzisiaj, która dodała że tak samo myślał dyrektor. I w tym momencie moja głowa eksplodowała. Ja rozumiem że lepiej zostawić niż żeby zabrakło, znam to aż za dobrze z domu, ale w domu nigdy się nic nie marnuje. Jeżeli nie zjedzą tego ludzie to zjedzą zwierzaki, a tutaj takie coś,

Jutro, albo w czwartek, ma przyjechać mama Lidii i Lidię już nosi. Bidulka już uprzedza że będzie smutna i/lub drażliwa bo z mamą ciągle się kłóci. W końcu gdy dorastała mamy praktycznie nie było tylko babcia i tata. Nic więc dziwnego że się nie rozumieją. Lidia obiecała że będzie robić wszystko by mamy nie denerwować i spróbuje się z nią dogadać.

Jutro też odbędzie się ten konkurs na piosenkę a Stefanie zapytała czy może przyjść do gabinetu pograć (w mafię rzecz jasna), więc powiedziałem jej że oczywiście bo ja się z gabinetu nie mam po co ruszać. Jak ktoś przyjdzie to sobie pogadamy, jak nikt nie przyjdzie to pójdę wcześniej na kolację i znowu zjem ją pod bacznym okiem Pań ze stołówki.