Bank, czyli jak nic nie załatwiłem

IMG_3975

Miałem dzisiaj zamysł żeby udać się do Bank of China i wymienić swoje ciężko zarobione RMB na walutę bardziej europejską. Niestety dzisiaj nie prowadzono wymiany walut, także odszedłem z kwitkiem. A raczej kilkoma z którymi mam przyjść w poniedziałek.

IMG_3976

Od kilku dni miałem ochotę na nudle, więc w końcu poszedłem do restauracji muzułmańskiej, gdzie taka oto micha wyszła mnie 5 RMB.

IMG_3985

A to film z przygotowywania tychże nudli. Jak dodałem ostrej przyprawy to zaczęło ze mnie się lać. Dobre, bardzo dobre.

To dzisiaj będzie o mniejszości Hui (czytamy hłej) – to głównie muzułmanie, ale niekoniecznie. Nie każdy Hui jest muzułmaninem, a nie każdy muzułmanin z Chin należy do mniejszości Hui. Znaleźć ich można w całym kraju, ale pochodzą przede wszystkim z prowincji północno zachodnich i równin środkowych. Jest Ich około 10 milionów. Ich kultura została w znacznym stopniu ukształtowana przez bliskość szlaku jedwabnego.

IMG_3978
Jak na muzułmanów przystało przestrzegają odpowiedniej diety, nie jedzą wieprzowiny, oraz ubierają się trochę inaczej od przeciętnego Hana.

IMG_3977

Pochodzenie mniejszości Hui nie jest jednolite. Wielu z Nich jest bezpośrednimi potomkami podróżników przybywających szlakiem jedwabnym. Niektórzy, mieszkający na południowo wschodnim wybrzeżu (Guangdong, Fujian) i w głównych centrach handlowych pochodzi z rodzin mieszanych. Element zagranicznym, chociaż obecnie mocno już zanikły pochodzi głównie od Arabów i Persów. To oni osiedlali się w Chinach i z czasem stawali się częścią społeczności nawracając ludzi na Islam. Z kolei mniejszość mieszkająca w prowincji Yunnan ma korzenie mongolskie, tureckie, irańskie, oraz z innych ludów Azji środkowej.

IMG_3980

To co rzuciło mi się w uszy to język jakim się porozumiewali między sobą. Do rozmów z klientami wysyłano dziewczynę, która standardowym mandaryńskim mówiła co i jak, ale gdy byli sami to rozmawiali hmm…mandaryński to nie był na pewno. Brzmiał inaczej. Nie znam arabskiego w ogóle, więc hej, czemu nie…
Podobno Ci z Yunnanu porozumiewają się płynnie w arabskim. I to nawet staro arabskim, który jest podobno dość odmienny od współczesnego.

IMG_3990

Poszedłem do Pana Obwoźnego, bo wczoraj Go nie było i musiałem kupić jabłka w sklepie. Gdy ważył jabłka podeszła kobieta i zapytała się skąd jestem, na co znajomy PO powiedział: ‘Ta shi Hanguo ren’ (on jest Koreańczykiem) co wywołało ogromne oburzenie na twarzy kobiety, oraz równie wielki uśmiech na mojej twarzy. Znajomy PO staje się powoli moim znajomym, uczy mnie nazw owoców, a ostatnio mieliśmy taką rozmowę:
– I lii…love you! (Luu…kocham cię!)
– Ni xihuan wo ma? (Lubisz mnie?)
– Wo ai ni! (Kocham cię!)
– Ni ai wo ma? (Kochasz mnie?)
– Wo ai ni! (Kocham cię!)
I tak sobie tutaj ludzie ze mnie żarty stroją.

Swoją drogą, to już notka numer 250. Poprzednio byłem w Chinach 139 dni, teraz to mój 94 dzień , a jak dobrze liczę dobiję do…147…a w dalszym ciągu nie zawsze zrozumiem o co się mnie w sklepie pytają.

Świąteczne ozdoby

Nawet w kraju w którym święta Bożego Narodzenia nie są obchodzone pojawiają się świąteczne ozdoby. Nie są one tak absurdalne jak dajmy na to na Florydzie (tak, oglądam siódmy sezon Dextera i stąd to porównanie), ale są trochę nie na miejscu. W takim sensie że są, ale jest ich za dużo by ich nie zauważyć i za mało by naprawdę rzucały się w oczy. Zdjęcia możecie obejrzeć w galerii i jak widać króluje Święty Mikołaj, a raczej jego skomercjalizowana wersja. Kolęd po chińsku w sklepach nie ma, nie ma też kolęd w innych językach, więc można zrobić zakupy nie będąc z każdej strony atakowanym ‘świątecznymi’ promocjami. Brakuje trochę stoisk z grzanym winem (hmm…z częścią przypraw nie powinno być problemów, podobnie z winem…tylko z kim ja bym to wypił…), no dobrze, nie tyle stoisk z grzanym winem co zapachów, brakuje zapachu imbiru i świeżo ściętych choinek. Oprócz tego wielkiej różnicy nie ma – mnóstwo ludzi w sklepach robi ogromne zakupy. Tylko tutaj jest zawsze mnóstwo ludzi w sklepach i z reguły robią ogromne zakupy. No dobrze, to już ustaliliśmy – komercyjnej świątecznej atmosfery nie ma…aczkolwiek na Taobao (ogromnym chińskim serwisie sprzedażowym, takim Ebayu i amazonie wziętych razem i zwielokrotnionych do potrzeb rynku) mają być promocje świąteczne. Jednak tutaj jakoś nie czuć by święta były okazją na zwiększenie sprzedaży pod koniec roku.

Obijając się dzisiaj i nadrabiając serialowe zaległości (już się nie mogę doczekać przyszłego tygodnia, ale bardziej dlatego że pójdę biegać i w czwartek iw piątek, niż dlatego że będę oglądać filmy) zupełnie wyłączyłem umysł i przestawiłem się na całkowity odbiór także nie spodziewajcie się w tym akapicie jakichś głębszych przemyśleń.

Po śniadaniu, owocach i obiedzie w końcu ruszyłem się z wyrka i poszedłem do nowego centrum porobić zdjęcia ozdób (wczoraj obiecałem znajomemu, więc wypadało słowa dotrzymać) i jak widać wiele ich nie ma. W jednym ze sklepów, w którym normalnie kupuję orzechy bo mają najtańsze i największy wybór, zapiszczały bramki przy mnie. Wczoraj piszczały cały dzień, ale nikt się tym nie przejmował, machali ręką i mówili żebym szedł. Pół sklepu mógłbym wynieść i nikt by słowa nie powiedział. W końcu nie mówię po chińsku. Dzisiaj za to zapiszczały i kogoś to w końcu ruszyło. Mnie też bo normalnie nie piszczę. Dobrowolnie rozebrałem się z kurtki i znalazł się mały winowajca, który od kilku miesięcy był rozmagnesowany, a wczoraj w jakiś sposób ponownie zaczął działać. Na szczęście przesympatyczna Pani w sklepie wyjęła nożyczki i uratowała mnie od tych wszystkich kłopotów w innych sklepach i jeszcze mnie przeprosiła…chociaż to ja spowodowałem ogromne zamieszanie. Moi drodzy, biały piszczący na bramkach w małej chińskiej wiosce to prawdziwa atrakcja turystyczna. Mam nadzieję że w poniedziałek nie będę o to pytany w szkole. Bo wiedzieć musicie że moi uczniowie mają dojścia i często mówią mi że mnie widzieli w sklepie, albo ich rodzice widzieli mnie w sklepie, albo ich rodzice widzą mnie gdy biegam…głównie dlatego nie kupiłem jeszcze tych destylatów do domu…bo chociaż nauczyciel to też człowiek, to jednak maszerowanie z kilkoma butelkami przykuwa uwagę. I to nie tylko tą pozytywną.
Na szczęście inne rzeczy które mogłem już kupić by zabrać ze sobą już kupiłem. Zostało mi jeszcze parę rzeczy, ale to same drobnostki więc nie ma problemu. Słonecznik kokosowy jest już przygotowany, także strachu nie ma :) A w każdą możliwą kieszeń i wolną przestrzeń w plecaku wpakuję bób.

A wracając do domu Pan ze sklepu zaprosił mnie żebym sobie usiadł, ale musiałem Mu odmówić, ale za chwilę wróciłem po wodę. Pośmialiśmy się trochę i wróciłem do mieszkania. W końcu kupiłem pastę do butów i mogłem je sobie porządnie wypastować. Teraz błyszczą się jak…coś bardzo błyszczącego i wyglądają lepiej niż wtedy gdy je kupiłem. Same plusy.

Takie plusy jak na dworze. Ta pogoda mnie tutaj rozpieszcza, rany jakbym miał więcej czasu to nie mógłbym sobie wymarzyć lepszych warunków do przyszłorocznych startów, ale przynajmniej mogę sobie spokojnie pobiegać i nie martwić się za bardzo o zdrowie. Aczkolwiek jutro i tak więcej niż 90 minut biegać nie będę, bo nie jest mi to ani do niczego potrzebne, ani nie chcę wychładzać organizmu przez tak długi okres czasu.

Rano dostałem smsa od Lidii z pytaniem czy chcę coś z Xuzhou, bo przełożyli jej egzamin i ma go dzisiaj, a jutro zostaje na zajęciach. Może powinienem tam pojechać…tylko ile razy nad tym się zastanawiam tyle razy dochodzę do wniosku że nie ma potrzeby. Wszystko czego mi potrzeba mam tutaj pod ręką. Owszem wybór prezentów jakie mogę sprawić Liberty (chłopakowi z klasy szóstej którego wylosowałem w loterii prezentowej) jest dość ograniczony i pewnie skończy się na czymś słodkim, chyba że Lidia poratuje mnie pomysłem dla nastolatka z Chin.

Katalog z dzisiejszymi zdjęciami nosi nazwę ‘DAY100’, aczkolwiek mój setny dzień w Chinach będzie dopiero jutro. I przeglądając zdjęcia z dzisiaj przypomniało mi się dlaczego zrobiłem zdjęcia tych rowerów, otóż to rowery stojące przed kafejką internetową w której chłopaki grali. Ten samochód na rogu z Panią wyglądającą z okna to policja zwracająca uwagę sprzedawcom. A Pani zwracająca uwagę specjalnie uchyliła okno by mi odmachać gdy im pomachałem na pożegnanie i uśmiech miała od ucha do ducha. To niesamowite ale tutaj ludzie uśmiechają się do Ciebie gdy Ty uśmiechasz się do nich i odpowiadają na ‘ni hao’. Wiem że o tym pisałem już wielokrotnie, ale to jest coś o czym pisanie mi się nie znudzi bo w Polsce jest to niespotykane. Taka uprzejmość i życzliwość nie panuje u nas nawet w czasie świąt. Tylko ten spalony kosz mnie zaciekawił. Nawet tutaj są wandale którym niszczenie sprawia przyjemność. Jakby nie mogli sobie po prostu pójść pobiegać.

Niedziela i przegapione #11

Melodyjka dwa razy dziennie
Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, słychać słodką do bólu melodyjkę. Przez ostatnie trzy miesiące myślałem że to jakiś obwoźny sklep, ale nigdy nie umiałem go złapać. W tym tygodniu wyjaśniło się dlaczego. Tę słodką melodyjkę gra ciężarówka czyszcząca ulice. Dwa razy dziennie przez całe Jiawang przejeżdżają ciężarówki myjące ulice z kurzu.

Mówcie mi Mario
Poważnie…w Chinach odkryłem swoje powołanie – hydraulika. W zeszłym tygodniu myłem naczynia i nagle poczułem że mam mokre stopy, otworzyłem szafkę pod zlewem w kuchni i zobaczyłem tam niezwykle prowizoryczny system rur oraz miskę z której już się przelewało.  Nie miałem innej opcji niż odkręcenie wszystkich możliwych rur, wyczyszczenie i zamontowanie. Oczywiście potem wypadało posprzątać, ale teraz woda spływa bez problemu.
Tylko że to nie koniec…od kilku dni woda w łazience bardzo wolno spływała, więc postanowiłem sprawdzić co się dzieje. Wyciągnąłem jedną rurę i zobaczyłem masę włosów. No cóż…przez pierwszy miesiąc po tym jak się Lidia wyprowadziła okazjonalnie spotykałem jeszcze Jej włosy, ale to co było w umywalce było zdumiewające. Nie pozostało nic innego jak wyciągnięcie jeszcze jednej rury i wycięcie nożyczkami włosów, przynajmniej tylu ilu byłem w stanie. Woda zaczęła spływać tak szybko jak jeszcze nigdy.
Wszystkie rury wyczyszczone, mogę zostać hydraulikiem.

Tak na 35 lat…
No to polazłem z uczniami w środę do stołówki i nie mogliśmy znaleźć miejsca o czym już wspominałem. Dokulaliśmy się w końcu do tej nieszczęsnej trójki zamówiliśmy jedzenie i zaczęliśmy szamać. Po chwili przyszły Panie ze stołówki i zaczęły rozmawiać z uczniami. Oczywiście o mnie. Nagle uczniowie zaczynają się śmiać, podnoszę głowę znad tacy, patrzę na Stefani i pytam się:
– Mówicie o mnie?
– Tak…
– Co się stało?
– Pytały o wiek…
– Tak…?
– Bo myślały że masz tak koło 35…
– To wszystko przez brodę.
– To normalne bo my mamy problemy z ocenianiem wieku obcokrajowców i wiemy że jesteś młodszy.
– Spokojnie. Wcale mnie to nie martwi.
I to prawda. Z dłuższymi włosami i brodą wyglądam na dużo starszego. Gdyby mnie to martwiło poszedłbym do fryzjera i w końcu skorzystał z maszynki do golenia.

Lawrence
Przy okazji rozmowy o tych odwiedzinach wywiązał z Lawrencem taki dialog:
– A co robią Twoi rodzice?
– Tata pracuje w fabryce, a mama chyba też. W gruncie rzeczy to nie wiem.
– Tęsknisz za nimi?
– Nie. Za rzadko ich widzę, prawie z nimi nie rozmawiam, praktycznie ich nie znam. Mam znajomych tutaj w szkole. Przyjaciół, nauczycieli, nie jestem w ogóle samotny.
I tak się nad tym zamyśliłem bo rodzina w Chinach jest niezwykle ważna, tak jak w Polsce. Ale On powiedział coś co chyba dotyka, lub może dotknąć, wielu uczniów. Rodzice pracują bardzo ciężko za marne grosze między innymi po to by On mógł się uczyć. On zostaje w szkole na wolne weekendy by się uczyć i dostać się na dobry uniwersytet i przez to praktycznie nie widzi rodziny. Nie widzi, nie rozmawia z nimi, już nawet przestał tęsknić, widuje ich tak rzadko że już zapomniał za kim ma tęsknić i dlaczego. Tak bardzo jak jest to logiczne jest to bolesne.  Może się mylę, może jest coś w Jego przeszłości co sprawia że nie tęskni, a reszta ludzi tęskni za rodzicami niezależnie od tego jak długo ich nie widzi.

USA…
Oj USA też nie lubią, bardzo ale to bardzo. A dlaczego? ‘Bo USA pożycza od nas pieniądze i nie oddaje, pomaga Japonii, wywołuje wojny na świecie…’
No to mi racjonalnie wyjaśnili dlaczego nie lubią USA..

Zimno
Dlatego uczniowie noszą w klasach kurtki i rękawiczki. Bo jest zimno. Bardzo ciekawi mnie co będzie w zimie, a Lidia nie chce mi powiedzieć. Może nie potrafi tego wyjaśnić? Już się nie mogę doczekać gdy powiem ‘Caught a damn cold, I hate Alaska’. No może chociaż to po przecinku, bo jednak przeziębić się nie chce. Tak, jestem spaczony do bólu i granic niemożliwości ale jest mi z tym niezwykle dobrze.

Niedziela
W niedzielne poranki nawet kogut nie chce piać, za to słońce zerwało się wcześnie rano i postanowiło przebić się przez chińskie blokowisko i moje zasłony. Przebiło się na tyle skutecznie że wstałem umyłem się (od kilku dni myję zęby chińską pastą do zębów o smaku zielonej herbaty…ja ją chyba do kraju ze sobą przywiozę, razem ze słonecznikiem i zapasem bobu),  odpaliłem komputer, zrobiłem poranne ćwiczenia, sprawdziłem pocztę, poczytałem co się dzieje na świecie (mój jedyny kontakt z językiem polskim to ostatnio rozmowy z rodziną, przyjaciółmi i ten blog i jest jeszcze gorzej niż było bo coraz częściej zapominam polskich słów, co to za tłumacz co nie zna odpowiedników w swoim języku ojczystym…) i polazłem biegać.
Chciałbym w tym miejscu powiedzieć firmie Ronhill (naprawdę mnie nie sponsorują, ale uważam że powinni bo wspominam o nich już po raz któryś) – dziękuję. Tym razem gratulacje należą im się za leciutką kurtkę przeciwdeszczową którą można spakować do własnej kieszeni i zabrać sobie na ramie/plecy. Prognoza mówiła że będzie padać (i gdy piszę to pada), więc oprócz standardowego zestawu wziąłem ze sobą kurtkę. Zarzuciłem ją sobie na ramię i ruszyłem. W ogóle jej nie czułem, ani trochę mi nie przeszkadzała a biegło mi się naprawdę dobrze. Zdecydowanie za szybko jak na wycieczkę biegową, ale jeżeli jestem już w stanie biec przez 80 minut w takim tempie to jest przyzwoicie. Super pogoda do biegania. Zimno, ale nie bardzo zimno i bezwietrznie.
I tak biegnąc po starym centrum uświadomiłem sobie że to ‘moje’ Jiawang jest naprawdę, ale to naprawdę małe. Początkowo wszystko tutaj było dla mnie taaaakie duże, albo i jeszcze większe, ale teraz gdy przebiegnięcie z jednego końca na drugi koniec zajmuje mi mniej niż godzinę i gdy przywykłem do tego ruchu na ulicach to jakoś tak to wszystko wydało się małe. Uderzyło mnie to dzisiaj strasznie. Tylko ani trochę mi ta ‘małość’ nie przeszkadza. To idealne miejsce dla mnie. Ciche, spokojne, wzgórza niedaleko, stadion bliziutko, praktycznie bez ruchu samochodowego (to duuuuża przesada), a jednak ciągle się rozwija. Przed moim blokiem powstaje wieżowiec, za moim blokiem stoi już kolejne blokowisko, jeszcze jedno się buduje, a zaraz obok powstanie następne z ogromnym centrum handlowym…Tylko nawet wtedy będzie tu przez kilka lat cicho i spokojnie…To sobie właśnie uświadomiłem. Gdy tak sobie biegłem zapomniałem w końcu o kurtce, a po 20 minutach poczułem głód i już myślałem że będzie ciężko biec jeszcze godzinę, ale dałem radę bez większych problemów. Dawno już nie czułem głodu w czasie biegu. Potem chwyciła mnie lekka kolka, ale do tego już powoli się przyzwyczajam. Chyba za szybko biegam…chyba, ale głowy sobie uciąć nie dam. Na szczęście nie jest to w żaden sposób dokuczliwe więc się nie przejmuję i robię swoje.
Gdy zbiegałem spod pętli autobusów linii 25 (czyli spod innej szkoły) usłyszałem rytmiczne uderzenia w beton za sobą. Obejrzałem się, a to dwóch nastolatków próbowało dotrzymać mi kroku. W niedzielę. W czasie spokojnego wolnego biegu…No to odsunąłem chustę i krzyknąłem ‘dzia jo, dzia jo’ (mniej więcej ‘szybko, szybko’), ale  chłopaki nie dali rady. W niedzielę, w czasie mojego spokojnego biegu…Trochę wstyd, bo przecież powinni mnie złapać bez problemu. Demonem szybkości nigdy nie byłem i nie będę.
Dzieciaki dalej wołają za mną ‘łejgłoren’ (obcokrajowiec), a ludzie patrzą się na mnie jak na zjawisko z innej planety, ale w ogóle mnie to nie rusza. Kurczę jestem przecież na pierwszy rzut oka zupełnie inny od Nich, więc się nie dziwię. Czasem ktoś krzyknie ‘heloł’, to wtedy staram się przynajmniej podnieść rękę albo odkrzyknąć ‘ni hao’. Oni się uśmiechają, ja też chociaż mój uśmiech skrywa chusta. Momentami biegnę po ulicy bo to o wiele bezpieczniejsze od chodnika. Chodniki są nierówne, pełne dziur, czasem trzeba zeskoczyć kilkanaście centymetrów a to wszystko wybija z rytmu. Na drodze auta poruszają się z prędkością 40-50 km/h, ostrzegają Cię klaksonem gdy mają do Ciebie jeszcze grubo ponad sto metrów, a nawet potem starają się  ominąć Cię jak największym łukiem. Można więc spokojnie biec przed siebie…I tylko te klaksony przypominają że oprócz Ciebie i drogi jest tutaj jeszcze ktoś.
Dzisiaj wyszło ponad 15k. Rekord z zeszłego tygodnia został pobity. Do końca roku chcę dobić do biegów 90 minutowych, ale więcej mi nie potrzeba. Tutaj pogoda jest niezwykle łaskawa i należy z tego korzystać robiąc jak najwięcej szybkości.

Dzisiaj wielu zdjęć nie ma bo cały dzień przesiedziałem w domu. Czasem trzeba nadgonić filmowe zaległości i się jednak pobyczyć, naładować baterie na cały tydzień. Jutro notka pojawi się później niż zwykle, albo dopiero we wtorek bo idę na kolację z dyrektorem. Znaczy najpierw idziemy do innej szkoły a potem ruszamy na kolację, na której przyjdzie nam ‘spożywać alkohol’.

Dzisiejsza trasa:
http://www.endomondo.com/workouts/109657050

Adam!
Można by rzec ‘nareszcie’. A wiesz że moją mamę też zafascynowała ta kulka na słupie? Stoi sobie takie to to w malutkim parku na obrzeżu Jiawang.
Tak, te drzewka są sztuczne i pięknie świecą rano i wieczorem. Mam nadzieję że uda mi się zrobić im porządne zdjęcie gdy tak sobie świecą radośnie. Bo ostatnio zaskoczyły mnie we wtorek z samego rana.
Gdyby nie to że te pisuary są dość wysokie to miałbym problem bo faktycznie są zawieszone niziutko.
A co mnie podkusiło? To samo co gdy kupowałem kałamarnicę  z obwoźnego grilla – ‘najwyżej spędzę dzień na kiblu’. Jak już przejechałem taki kawał drogi to chcę trochę tutejszych specjałów spróbować.

Przy okazji…dzisiaj mija dzień 80, czyli połowa ważności mojej wizy…
Wybaczcie proszę dzisiejszy brak zdjęć, ale w nagrodę dostajecie ścianę tekstu ;)
Aaa…jeszcze jedno: tak, wszystkie potrawy w domu jem pałeczkami. No dobrze, oprócz jajecznicy.