Nabór na nowy rok

IMG_4217

Dzisiaj pojawiły się informacje o rekrutacji na kolejny rok szkolny do siódmego ogólniaka w Xuzhou. I…800 RMB wynosi czesne płatne raz na semestr. I teraz coś czego nie za bardzo rozumiem: 17% miejsc jest pozostawionych uczniom którzy zapłacą 20kRMB i będą wtedy zwolnieni z opłat przez wszystkie lata nauki. Być może 83% ma zostać przyjętych w oparciu o wyniki egzaminów po zakończeniu ‘gimnazjum’, a te 17% pozostaje do dyspozycji szkoły.
W każdym razie planowane jest przyjęcie 650 uczniów by utworzyć 14 klas, w tym 25 uczniów uzdolnionych artystycznie.
Tak oto reklamuje się szkoła:
– zajęcia z mówionego języka angielskiego prowadzone przez obcokrajowców.
– małe klasy
– eksperymentalna klasa matematyczna
– najlepsi uczniowie dostają stypendia, których wysokość mnie zaskoczyła: 1-3 w wysokości 20000, 4-5 w wysokości 10000, a 6-20 po 4800
– dodatkowe stypendia w zależności od wyników całej szkoły
– uczniowie którzy dostaną się na uniwersytety Pekiński lub Tsinghua otrzymują 20000, a ci którzy dostaną się na uniwersytety Nanda, Fudan, USTC, Zhejang, oraz Renmin po 5000
– stypendia socjalne
Przyznacie sami, brzmi to bardzo zachęcająco. Zwłaszcza wizja zakończenia edukacji z sumą 40kRMB na koncie (bo zakładam, że jak się dostaniesz na Uniwersytet Pekiński lub Tsinghua to jesteś w czołowej trójce).

IMG_4220 IMG_4223

Wczoraj dojechałem znowu do prowincji Shandong (która jest bliżej niż się wydaje), co trochę mnie zaskoczyło bo wygląda to tak jakby ten fragment Jiangsu niejako wbijał się w Shandong. Co nie jest zaskoczeniem gdy patrzy się na mapę. Jechałem bardzo ładną drogą i nagle zobaczyłem zakręt z którego parę tygodni temu wyjechałem gdy zgubiłem trasę. Postanowiłem w niego skręcić i wydłużyć sobie trasę.
Nigdy więcej.
20 minut później zapadła ciemność, droga oczywiście była nieoświetlona, a lampa rowerowa jednak nie daje zbyt wiele światła zwłaszcza gdy wszyscy jadący z naprzeciwka cię oślepiają. Dlatego nie lubię kończyć tuż przed 18, bo po powrocie do mieszkania zostaje mi tylko około godziny zanim świat stanie się całkowicie ciemny a to bardzo utrudnia odkrywanie nowych miejsc.
Nigdy więcej.
Zapomniałem że ta droga była całkowicie zmasakrowana przez ciężarówki. Zmasakrowana tak bardzo, że ucieszyłem się że meridka jest góralką, bo w innym wypadku chyba bym musiał ją przenosić .
Nigdy więcej.
Zamiast skupiać się na jeździe skupiałem się na tym by się nie przewrócić i znaleźć drogę powrotną. Zero przyjemności.

Patrzę na prognozę pogody na nadchodzący weekend i jestem w szoku. Na niedzielę zapowiadane są opady deszczu. To nawet nie jest zaskakujące. Zaskakująca jest ich wielkość. Jeżeli prognozy się sprawdzą to spadnie około 80 milimetrów deszczu w ciągu dnia. Dla porównania: suma miesięcznych opadów w Katowicach w maju to średnio 85 milimetrów. Nie wiem czy to w ogóle możliwe…Średnie opady w maju w Xuzhou to 66 milimetrów…Także chyba przyjdzie mi interwały zrobić w sobotę. O ile wtedy ta ulewa już się nie zacznie. Mam tylko nadzieję, że uda mi się wyjść do szkoły i pooglądać co tam dzieciaki przygotowały.

IMG_4232

Udało mi się trafić na chwilową ‘pustkę’ w jedynce, także skorzystałem i wziąłem talerz z wieprzowiną na ostro. Tłuste to okropnie, w dodatku zatopione w litrze oleju, ale bardzo smaczne. Pan Kucharz proponował mi kalafiora bo wziąłem go ostatnio na kolację, ale przecież takim kalafiorem to ja się nie najem nawet.

Już nawet nie mam siły pisać o tej pogodzie, bo to jest jakaś próba dla mojej wytrzymałości. Tylko jedno zdanie – na jutro przewidują ochłodzenie, ma być 33 stopnie.

Dzisiaj przyszły też paczki:

Z ośmiu kieliszków ostało się pięć, ale to moja wina bo źle je zapakowałem do plecaka.

 IMG_4239

Takie coś na okno z Totoro czego nie mogłem sobie odmówić

 IMG_4238

Metal Gear Solid 4, japońska edycja premierowa.

IMG_4240

Lydia stwierdziła że kurierzy z tej firmy nie będą dostarczać przesyłek do szkoły bo może je odebrać ktoś inny, a oni nie chcą być za to odpowiedzialni i płacić ubezpieczenia. W żaden sposób mnie to nie boli, dla mnie podjechać do nich w czasie lunchu to nie jest problem.

Środa

IMG_3875

To był typowy paczkowy dzień, takie jakie zdarzają się bardzo często po wypłacie, lub sowitej premii. W te dni jestem zawsze pełen podziwu dla mojego listonosza, który odwiedza mnie obładowany paczkami, a raz zdarzyło Mu się przyjść i sprawdzić czy jestem bo nie wiedział czy ma brać ze sobą te wszystkie paczki. Pojawił się 10 minut później obładowany niczym wóz na targ. Czasami mieliśmy niezły ubaw z przepisywaniem tych wszystkich numerów. Bycie listonoszem to nie jest lekka praca.

IMG_3876

Po pierwszą paczkę pojechałem z Lydią i były tam dwie gry:

IMG_3885

Jedną już znacie bo widzieliście już wcześniej, ta jest w lepszym stanie, w sensie pudełko nie jest zniszczone.
Druga nie jest kompletna (dlatego też była dość tania), bo jest tam tylko jedna płyta zamiast dwóch, nie jest to jednak problem który będzie mi spędzał sen z powiek. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony, bo grafika na opakowaniu jest świetna i więcej mi nie potrzeba.

IMG_3887

Poprosiłem Lydię żeby powiedziała ludziom z punktu odbioru że od teraz sam będę się pojawiał po odbiór co okazało się być bardzo przydatne już dwie godziny później gdy pojechałem odebrać buty:

IMG_3913

Dla mamy

IMG_3910

Dla babci

IMG_3915

Dla taty (zgodnie z przewidywaniami za małe)

Trzecia paczka to buty dla mnie.

Nie jestem jakimś wielkim fanem zakupów. Moja kolekcja gier to głównie kilkadziesiąt gier na PS3, kilkanaście na X360. Znaczną część przedmiotów związanych z serią Metal Gear Solid sprzedałem uznając że mogą dać więcej radości komuś innemu i mam nadzieję że dały.
Odczuwam za to ogromną radość gdy uda mi się znaleźć coś naprawdę rzadkiego i kupić tanio. Zresztą chyba każdy tak ma, dlatego tak bardzo lubimy wyprzedaże.  Ciągle tylko brakuje mi czasu żeby ograć to wszystko…to w końcu tyle historii, tyle przeżyć…
Podobnie jest z książkami, ale o nich chcę przygotować osobny wpis, mam nawet na wordpressie rozpoczęty szkic.

Untitled

Chiński Kącik Kulturowy

Taoist_Triad
Troje Czystych , triada najwyższych bogów w Taoizmie.
Yuanshi Tianzun (元始天尊), zwany też Yuqing (玉清).
Lingbao Tianzun (靈寶天尊), zwany też Shangqing (上清).
Taishang Laojun (太上老君), zwany też Taiqing (太清).
Według religijnego Taoizmu to Tao stworzyło Jeden, Dwa i Trzy. Tao stworzyło Jeden – Wuji stworzyło Taiji,  czyli najwyższe Tao, ucieleśnione przez Yuanshi Tianzan  ‘Niebiańskiego króla pustki i chaotycznego pierwotnego początku’ zanim jeszcze powstał wszechświat. To Yuanshi Tianzun nadzorował pierwsze fasy tworzenia wszechświata i dlatego nazywa się go także Dàobăo (道寶) „Skarb Tao „.
Jeden stworzyło Dwa – Taiji stworzyło Yin Yang. Lingbao Tianzun oddzielił Yang od Yin, jasne od czystego i rozdzielił żywioły. Dlatego nazywany jest również Jīngbăo (經寶) „Skab prawa/pisma „.
W ostatniej fazie tworzenia Daode Tianzun odpowiadał za tworzenie ludzi i nauczanie Prawa. Dlatego zwany jest Shībăo (師寶) „Skarb Mistrza „.
Zarówno Lingbao Tianzun jak i Taishang Laojun wywodzą się od Yuanshi Tianzun.

Każdy z Trzech Czystości reprezentuje zarówno bóstwo jak i niebo. Pierwsze neibo to Yu-Qing znajdujące się w Nefrytowej Górze. Wejście do niego nazywane jest Złotymi Drzwiami i ‘jest ono źródłem całej prawdy, tak jak słońce jest źródłem światła’.
Lao-Jun włada niebem Tai-Qing, a Ling-Bao kieruje Shang-Qing.

Yuanshi Tianzun – był kiedyś władcą Nieba, ale przekazał tę role Yuhung, Nefrytowemu Cesarzowi. Na początku każdego okresu Yuanshi Tianzun dostarcza swoim uczniom, będącymi pomniejszymi bóstwami, pisma, a oni nauczają ludzi Tao. Uważa się że nie ma początku, jest wszechwieczny, bezkresny, bez formy i dał początek wszystkiemu.

Lingbao Tianzun  – to on odpowiada za rozwój Taoizmu, dodał zupełnie nową warstwę między stwórczą siłę Tao i stworzył świat jaki znamy. Ta warstwa niebiańska składała się z różnych regionów znajdujących się zarówno na kresach świata jak i w gwiazdach. Została zasiedlona przez różne boskie istoty: czystych bogów Tao, oraz nieśmiertelnych którzy osiągnęli status ‘boski’ dzięki swoim wysiłkom. To on odpowiada za yin i yang.

Taishang Laojun – uważa się, że to on przyjął postać Laozi (twórcę Taoizmu), jest najstarszym, najbardziej szanowanym władcą. Zawsze przedstawia się go ze śnieżnobiałą brodą.

Zakupy

Można by napisać ‘ostatnie zakupy’, ale wtedy byłoby to takie definitywne, ostateczne i w ogóle takie ‘łeee, łeee koniec’, także nie napiszę. Wyjątkowo odwiedziłem tylko dwa sklepy, mam nadzieję że ten trzeci będący normalnie tym pierwszym nie czuł się pokrzywdzony, ale najzwyczajniej w świecie nic z niego nie chciałem, w końcu zapas orzechów mam na naprawdę długo. Za to w drugim będącym normalnie także drugim zrobiłem przedwyjazdowe zakupy, czyli jak na obywatela Polski przystało zakupiłem napoje wysokoprocentowe i bynajmniej nie mówię tu o śmietanie. No i mnóstwo piklowanych warzyw. Oprócz tego niewiele, bo jakoś tak się złożyło że mam tyle jedzenia że wystarczy do środy.

 

W drodze powrotnej wstąpiłem do księgarni i szukałem, szukałem, aż w końcu znalazłem książeczkę z bajkami dla dzieci. Trochę jeszcze powyżej mojego poziomu, ale skoro mam rozpisane i znaczki i pinyin to powinienem dać sobie radę. Na razie przebiłem się  przez pierwszą stronę, głównie z pomocą translatora od google, ale sam zrozumiałem ‘złota rybka powiedziała’. To w sumie też niezła okazja żeby poznać chińskie bajki dla dzieci.

 

A w domu już się spakowałem. W sumie to wiele do pakowania nie było, ale też nie ma sensu zabierać ze sobą tylu ubrań skoro zostaję tu na kolejnych kilka miesięcy. Wszystko co się nie zmieściło powinno wejść do plecaka…Swoją drogą plecak się już chyba wysłużył, jest poobdzierany, ma kompletnie popsuty zamek, dziury z pałeczek (bo chociaż bardzo lubię jeść w stołówce to jednak wolę używać własnych pałeczek) i sprawia wrażenie już takiego zmęczonego. Gdy patrzę na niego to widzę że chciałby odpocząć. Nie odejść na emeryturę, ale odpocząć.

Powinienem mieć jakiś plan na kilka najbliższych dni, ale oprócz biegu jutro i we wtorek, no i ostatecznego pakowania, nic nie przychodzi mi do głowy. Znaczy chcę coś napisać, ale nic na siłę.

Adam!
Dobrze że trzcina cukrowa pojawiła się dopiero parę tygodni temu bo z dostaniem jej miałbyś prawdziwy problem. Tak myślałem o jabłkach i dotarło do mnie że w Polsce mamy większy wybór niż…w Jiawang…To w sumie nie powinno dziwić, ale można się tym trochę podbudować. Tylko potem człowiek przypomina sobie o gruszkach, które tutaj są okrągłe i bardziej przypominają jabłka, w dodatku  są tak niesamowicie soczyste że gdy się je to sok wręcz z nich spływa, no i w smaku są zupełnie inne od Polskich. W Polsce jakoś za gruszkami nie przepadałem. Znaczy lubiłem, ale nie jakoś bardzo, ale te tutaj są wyborne. No i te mandarynki…ale naprawdę, mandarynki tutaj są…chciałem napisać lepsze, ale są ludzie którym ten unoszący się mandarynkowy zapach odpowiada i może nie przypadłyby im te tutaj do gustu, więc napiszę – inne.

Środowy brak pomysłu na tytuł

Trochę wstyd to pisać, ale nie mogę pisać tylko o moich niesamowitych życiowych sukcesach. Także oto piszę. Wymieniałem wczoraj karty sim w telefonie a po każdej wymianie muszę ustawić godzinę, także ustawiłem i poszedłem spać. Budzik zadzwonił o 6:05, więc wstałem. Trochę jeszcze zmęczony ale  uznałem że widać się nie wyspałem. Zrobiłem śniadanie, umyłem się i przystąpiłem do porannej lektury. A że zostało mi trochę czasu po śniadaniu wpadłem na chwilę na gg i…cóż okazało się, że w Polsce jest dopiero 17, czyli u mnie północ. Źle ustawiłem zegar w komórce i wstałem 6 godzin za wcześnie. Wyłączyłem komputer, przewróciłem się na bok i spróbowałem zasnąć. Obudził mnie dopiero budzik, tym razem o prawidłowej godzinie.
Już tak tęsknię za krajem że przestawiam się na czas w Polsce? Jeszcze tylko tydzień.

Swoją drogą mam wrażenie że uczniowie uważają że do zrobienia zakupów niezbędna jest znajomość chińskiego. Bo co chwilę słyszę pytania o to jak ja robię zakupy nie znając języka. Tłumaczenie że pokazuję i mówię ‘czyga’ (to) a potem kiwam głową i mówię ‘dui’ (tak) jakoś Ich nie przekonuje. Podobnie z fryzjerem, no bo co Mu powiedziałeś…nic, pokazałem mu że chcę obciąć włosy i tyle, jakbym chciał konkretną fryzurę to pokazałbym Mu zdjęcie. Ludzie naprawdę nie są aż tacy głupi. Jeżeli na pudełku z jedzeniem jest kolor czerwony to jedzenie będzie ostre niezależnie od szerokości geograficznej. A jeżeli nie wiesz co jeść to lepiej brać ostre.

Lidia się dzisiaj zebrała i pojechała sobie hen hen, wrócić już nie wróci, więc się pożegnaliśmy i życzyłem jej powodzenia w walce z szefem o podwyżkę. Pożegnałem też dzieciaki w Jej imieniu, ale były trochę zawiedzione że nie przyszła.  Heh…

Po szkole zakupiłem po raz ostatni owoce i ostatnią butlę wody. Ta druga będzie na mnie czekać gdy wrócę w lutym. Rany…będę w Polsce tylko dwa i pół tygodnia, to będzie naprawdę napięty grafik.

Jeszcze przed wyjazdem poprosiła Pana Układająca Plan by ułożył go dla Nas bez okienek. PUP powiedział że zrobi co w Jego mocy. Oby ten PUP był lepszy od PUPów w Polsce.

Zauważyliście, że im bliżej dnia wylotu tym notki są krótsze?

Gwiazdy na niebie

Adam!
Deszcz odrodzony…gdy zacząłem pisać tego bloga chciałem od razu wyjaśnić o co chodzi, potem uznałem że wyjaśnię gdy nie będę miał o czym pisać, a teraz myślę że może wyjaśnię gdy wydrukuję bloga i wyjaśnię to we wstępie…a może nie wyjaśnię? Bo to przecież jest trochę intrygujące, dlaczego deszcz i dlaczego odrodzony…Podoba mi się Twoja wersja, bardzo prawdę mówiąc. Pisałem że Lawrence to teraz ‘śnieg odrodzony’? Chyba pisałem…

Teraz przypomniała mi się taka historią z, chyba, czerwca. Biegłem sobie w swoim parku, a żeby nie zwariować zmieniłem trochę trasę i biegnę…a tu nagle z naprzeciwka biegnę ja. Tylko starszy. Czapka ta sama, spodnie te same, buty to moje wysłużone lunarglide’y w których przebiegłem pierwszy maraton, nawet koszula z drugiego biegu rodzinnego z obciętymi rękawami (po tym poznałem że to ja, bo tylko ja mam koszulę z obciętymi rękawami) i tak biegliśmy po przeciwnych stronach, ja w jedną stronę, drugi ja w drugą. Młodszy ja z niedowierzaniem patrzył na starszego zamiast pod nogi i zaliczyłem korzeń, pozbierałem się, spojrzałem za siebie, ale starszego mnie już tam nie było.

Nieplanowana przerwa, przepraszam, już wracam do tematu.
W tym co mówisz może być wiele prawdy, zwłaszcza że mnóstwo, ale to mnóstwo uczniów mówi że szkoła/klasa to ich rodzina, bo to przecież z nimi jedzą, śpią i spędzają cały czas. Rodzinę spotykają tylko raz w miesiącu (a teraz raz na tydzień, ale wyjeżdżają w soboty popołudniu i wracają w niedziele popołudniu) i tak przez 9 miesięcy w roku (miesiąc wakacji zimowych i 2 miesiące letnich), więc szkoły stają się takim małymi koszarami przygotowującymi ich do pracy.
Zasadniczo to Oni tutaj pewnie znają jedno słowo –  ‘friend’, ale chyba im więcej nie potrzeba bo tutaj naprawdę każdy dla każdego stara się być przyjacielem. Chociażby ten szalik, albo te wieczorne spacerowanie po szkole i rozmowy o życiu. To po prostu jest jedna wielka rodzina w której każdy o każdego dba. Za to nadużywają ‘love’, ale to jest wina języka chińskiego w którym ‘kochać’ i ‘lubić’ są niezwykle blisko siebie znaczeniowo. Bardzo mnie to ciekawiło więc zapytałem się i Lidii i uczniów i ładnie mi to wyjaśnili, a teraz ja wyjaśniłem i wszyscy  już to rozumiemy.
I tak między nami mówiąc, cieszę się że nic Ci się nie stało, pamiętam z początków naszej znajomości że też byłeś po solidnym wypadku, więc chłopie uważaj na siebie.

A w klasie 9 zagadała mnie Brigitte:
– Będzie nas Pan długo uczył?
– Taką mam nadzieję.
– Ale Pan nie wie…
– Bardzo chcę…
– My też chcemy.
– Ale…
– To skomplikowane?
– Tak, to skomplikowane. Bo w dalszym ciągu nie mam kontraktu na kolejny semestr, ale naprawdę bardzo chcę tu zostać.

A potem poszedłem biegać i zapomniałem o tym wszystkim…o tym że nie mam kontraktu, że chciałbym już wrócić i pobiegać po parku, że wkurzył mnie ten tydzień i o innych rzeczach. Przez tę godzinę z małym hakiem byłem znowu wolny. I owszem łapała mnie kolka, ale to chińska kolka do której przywykłem i w ogóle nie czułem zmęczenia mięśniowego. Ciało też już się nie mogło doczekać.

Lunch w domu i najadłem się porządnie. Lubię te swoje domowe obiady. Nikt mnie tak nie nakarmi jak ja się sam karmię.

Powrót do szkoły i 13/11/12/14. W 13 nie udało się odtworzyć filmu więc sobie porozmawialiśmy, w 11 nawet nie próbowałem tylko od razu rozmawiałem, za to 12 dostała ten film i ponownie Śnieżka skończyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Czternastka też dostała film, w końcu obiecałem bo dzieciaki spisały się ostatnio na medal.

Po zajęciach oczywiście na kolację do jedynki i trafiłem uczniów z klasy numer dwa (a może to jedynkowcy? Chyba dwójka jednak, bo jedynka to Nobby), zapytałem czy mogę się przysiąść:
– Oczywiście.
– Nie lubi Pan warzyw?
– Jadłem to wczoraj…
– Pyszne nie jest…
– Ano nie jest.
– Słyszałem że prezydent Polski zginął w samolocie dwa lata temu.
– Tak.
– A razem z nim ponad 90 osób.
– Tak jest chłopaki. To był bardzo smutny dzień.
– A ten nowy prezydent to taki gruby jest…
– Hahaha…no nie da się temu zaprzeczyć.

Gdy tak sobie jadłem czekał na mnie Lawrence i ponownie poszliśmy sobie pochodzić po szkole.
– Będzie mi smutno w czasie wakacji zimowych.
– Czemu?
– Bo tu wszyscy jesteśmy jak wielka rodzina, poza tym ciebie też nie będzie.
– Ale wrócę, a jak nie wrócę to mam twoje qq i będziemy w kontakcie nawet gdy będę w Polsce, muszę ci podrzucić linka do strony z moimi zdjęciami to będziesz mógł oglądać co robię.

Pożegnaliśmy się i popatrzyłem w niebo…a tam gwiazdy. Pierwszy raz w Chinach zobaczyłem gwiazdy. To dobry znak więc ruszyłem na zakupy. Najpierw sklep pod domem. Bób, mleko i inne pierdoły. Do domu, zapakować wszystko i kolejny sklep: orzechy, warzywa i sklep trzeci: mięso, reszta warzyw, picie, inne mięso, tofu, przyprawa (w końcu zdecydowałem się na jakąś przyprawę) i można wracać do domu. A raczej do Pana Obwoźnego, który nie miał ani jabłek ani mandarynek, więc musiałem zadowolić się bananami, gruszkami, limonkami, słonecznikiem (został mu już tylko jeden worek…) i niczym więcej. Po jabłka i mandarynki poszedłem do sklepu pod domem. Także piątkowe wieczory są niezwykle pracowite. Trzeba obskoczyć tyle sklepów żeby kupić tylko kilka rzeczy. A w gruncie rzeczy mógłbym na to machnąć ręką i wszystko kupować pod domem, ale nie można się aż tak ograniczać.

Z niepokojem patrzę na jutrzejszą prognozę pogody bo zapowiada się naprawdę chłodny dzień a aż chciałoby się wyjść pobiegać. A w sumie to czemu nie…Zobaczymy jak to będzie jutro. A teraz już kończę bo chciałem napisać tylko kilka zdań a skończyło się na półtorej strony i ciągle siedzę w ubraniu w którym przyszedłem z zakupów. To już nałóg. Dobrze chociaż że ktoś tego bloga czyta bo inaczej byłby bo nałóg pisany do szuflady.

Prezent

Z samego rana ruszyłem do sklepu. No dobrze, nie z samego rana bo było po dziewiątej, ale było potwornie zimno. Zapomniałem już jak zimny może być grudzień. W końcu to już dwanaście miesięcy. Na szczęście tutaj nie ma aż tak zimno jak w Polsce. Jeszcze, aczkolwiek poranki są już coraz chłodniejsze i zobaczymy jak to będzie z tymi porannymi wtorkowymi biegami. Piątkowe i niedzielne to nie problem, ale te wtorkowe są podchwytliwe troszkę.

No dobrze, poszedłem do sklepu ale p co? Po prezent dla siebie. Powiedziałem że bez zestawu do herbaty nie wracam i nie wrócę. Kupiłem dzbanek, kubki wszystko w fajnej walizce która chyba tu zostanie bo zajmuje strasznie dużo miejsca, oraz drewnianą podstawkę. Może nie niezbędną ale z pewnością bardzo fajną. A skoro zrobiłem takie ogromne zakupy mogłem pójść do kasy i odebrać prezent. A prezent to: elektryczny ogrzewacz. Z teletubisiami. Nagrzewa się szybko, trzyma ciepło długo więc w nosie mam teletubisie i ich torebki.

Po zakupach prezentowych poszedłem do apteki bo musiałem zaopatrzyć się w plastry. Udało mi się je znaleźć bez problemu, po czym stanąłem w kolejce. A kolejka strasznie długa. Tak na 10-15 minut stania. I tak sobie stoję parę sekund po czym jedna z aptekarek podchodzi sprawdza ile plastry kosztują pokazuje mi 4 RMB, daję jej 10, wydaje mi resztę i się żegnamy.
Biali, przystojni, wysocy w Chińskich aptekach nie czekają w kolejkach. Przynajmniej nie zawsze. Niesamowity kraj, naprawdę naprawdę niesamowity.

Wyobraźcie sobie że idziecie w taki mroźny poranek do sklepu. I dopada Was takie delikatne ssanie w żołądku, co teraz? Danio? Ta…w Chinach bierzecie sobie słodkiego ziemniaka, albo świeżo ugotowaną kukurydzę. KUKURYDZĘ! Na ulicy, ja z podziwu wyjść nie mogę ale to dlatego że uwielbiam gotowaną kukurydzę i uważam że to świetny pomysł.

Wróciłem w samą porę na obiad. Chociaż właściwie gdy się gotuje tylko dla siebie to zawsze jest pora na obiad :)

Ten uroczy szczeniak ze zdjęć jest uroczym szczekającym i warczącym szczeniakiem. Gdy schodziłem do niego to dał się pogłaskać, ale gdy wróciłem to zaczął na mnie warczeć i nawet szczeknął. Uroczy. Tylko dlaczego trzymają go pod drzwiami? Boję się myśleć że wyszli i zostawili go pod drzwiami by nie załatwił się w domu. Taki uroczy psiur.

I tak powoli mija ta sobota, dodajmy do tego jeszcze powtarzanie chińskich znaczków i gdyby nie jedna rozmowa w samo południe i druga po 20 to byłby to zupełnie standardowy weekend. Rozmowy w sprawie pracy w weekend. O 20. Jedno słowo – Chiny. Tutaj nie ma dni wolnych, zawsze się pracuje.
Taka scenka z pierwszej:
– A jak długo chciałbyś zostać w Chinach?
– Jak najdłużej. Powoli zakochuję się w tym kraju. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie chociaż widziałem zaledwie jego cząstkę. Jednak największe wrażenie zrobili na mnie Chińczycy. Wasza gościnność i uprzejmość jest niesamowita.
– Dziękuję.
– Nie, nie. To ja dziękuję.
I scenka z wczoraj ze sklepu. Poszedłem kupić bób, jak co tydzień. Obskoczyłem wszystkie większe sklepy i tylko w dwóch sprzedają bób na wagę. W tym pod domem i innym w którym bób już jest popakowany. Także podchodzę do łychy by nasypać sobie bobu a Pani ze sklepu kręci głową po zabiera mi łychę, znika i po chwili pojawia się z nową paczką bobu. Z której nasypuje mi mojego upatrzonego warzywka. Mam wrażenie że nikt oprócz mnie tego bobu nie kupuje bo ten ostry leży od kilku tygodni a tego normalnego było tyle co tydzień temu.

Na kolację tofu, oraz jajka na twardo. Tym razem dodałem do tofu przyprawy, ale chyba powinienem to inaczej przygotować bo w ogóle smaku nie chwyciło. Aczkolwiek wyszło całkiem całkiem niezłe.

Także dzisiaj zanudzać nie będę, za to jutro czeka Was ściana tekstu. Bądźcie gotowi.

Ostatni dzień listopada

Przywitałem zmianą planu i gdy byłem w stanie biec 5’ bez problemu wydłużyłem bieg do 7’, drugi do 10’, a trzeci do 13’. I wyszło fajnie. Kilometr mniej niż tydzień temu, ale szybciej.
Nie powinno się zmieniać planu treningu w jego trakcie. Podobno rzecz jasna. Bo rzeczywistość pokazuje coś innego. Szukałem dobrego tempa na bieganie WB2 i chyba je znalazłem. Oscyluje w okolicach 4:50. Czyli szału nie ma, ale tragedii też nie. Teraz tylko klepać kilometry w takim tempie i będzie dobrze. Z drugiej strony czuję że fajnie byłoby porobić te interwały szybsze. Może więc będę tak na zmianę robił? Jeden tydzień szybkie interwały a drugi WB2?

Chciałbym oficjalnie zakomunikować że klasa jedenasta robi wszystko by stać się moją ulubioną. Posiadają Dziewczynę Bigos, Irene, tę małą okularnicę która razu pewnego gdy Lidia coś powiedziała po chińsku zwróciła się do mnie po angielsku i powiedziała coś co powinna powiedzieć Lidii bo przecież ‘ło bo hłej szła potonghła’…a jednak wolała rozmawiać ze mną. Urocze. No i tę drugą okularnicę której angielski może nie jest idealny, ale…nie chciałem robić zdjęć ale zrobię i powiem tylko żebyście wyszukiwali cudeniek z papieru. I jak ja mam te dzieciaki zostawić…

I tak mijały kolejne zajęcia, aż doszliśmy do klasy dwunastej która dzisiaj przegięła pałę i dostałem trafiony rykoszetem papierową kulką. Normalnie wziąłbym tę kulkę i odrzucił, ale dzisiaj coś we mnie pękło. Powiedziałem że przesadzili i wyszedłem gdy zadzwonił dzwonek.
Po chwili wybiegła Stefanie i chłopak rzucający kulką i:
– Przepraszam…
– Przepraszamy, nie chcieliśmy Cię urazić.
– Wiecie co, ja rozumiem że macie czasem dość, chcecie obejrzeć film, posłuchać muzyki, zrelaksować się. Rozumiem to bo macie mnóstwo innych przedmiotów, nie zwracam Wam uwagi gdy robicie zadania z innych przedmiotów, ani gdy przysypiacie, ale tu chodzi o minimum szacunku.
– Traktujemy Cię jak przyjaciela, nie chcemy żebyś był zły.
– Nie jestem zły jestem zawiedziony.
– Naprawdę przepraszamy.
– Okej, przeprosiny przyjęte.
– Tylko nie bądź zły.
– Nie jestem.
– Przepraszam…

Tak, mam zasadniczą wadę, jak na nauczyciela jestem zbyt wyrozumiały. Aczkolwiek skoro Lidia powiedziała że to są zajęcia które mają też relaksować i w gruncie rzeczy nic się nie dzieje jeżeli część uczniów trochę przysypia to kim ja jestem żeby się kłócić. Jednak nawet ja mam swoje granice wytrzymałości.  W każdym razie klasa 14 spisała się dzisiaj na medal i jak ich pochwaliłem to się bardzo ucieszyli, także moja fiksacja na punkcie klasy czternastej powoli się kończy.

Na kolację ruszyłem do jedynki i tak stałem w kolejce po tofu gdy odchylając się w lewo zauważyłem że wcale nie potrzeba Lawrence’a by wybrać ten półmisek obfitości. Wybrałem więc i wszamałem. Kosztował mnie 7 RMB, ale miałem tyle pieniędzy na karcie że jeszcze przez tydzień nie muszę jej doładowywać. A najadłem się że ulala…ostro z mięsem, tofu, kiełkami, no super sprawa.

No i po pracy pojechałem na zakupy. Mięso, warzywa i pierdoły typu picie w proszku. Za tydzień będzie gorzej bo przyjdzie mi kupić miód (a może jutro kupię) i mleko. Także za tydzień będzie gruuuubo.

A potem u Obwoźnego sprzedawcy kupiłem owoce, a u innego Pana orzechy. Napakowali mi orzechów za 40 RMB, więc połowę wyjąłem, bo przecież co ja zrobię z tyloma orzechami i czym ja je otworzę, przecież nie tak jak On – zębami. Aż mnie zmroziło. Otworzył orzecha zębami. Brrrr…

Ach tak, Lidia wybyła do Pizhou znowu. Nie wiadomo kiedy będzie miała kolejny egzamin na prawo jazdy. A to zdjęcie ze sklepu z dedykacją dla wszystkich którzy chcieliby żeby przywieźć Im z Chin czarnej herbaty. ZAPOMNIJCIE! Zielona, zielona i jakieś inksze kwiatowe, ale z czarnych to mają tylko zieloną.

Piątkowa piramidka

Czyli po pierwszych zajęciach szybko do domu, przebrać się i ruszamy na trening. Hooola! Do listy pragnień uczniów należy dopisać kafejki internetowe, ogrody (ponownie), sale komputerowe, salę muzyczną, która będzie lepiej wyposażone, młodszych nauczyciel. Lub zabicie wszystkich nauczycieli.
– Nawet mnie?
– Nie no, wszystkich chińskich nauczycieli.
A Brigide dorzuca ‘poza tym nie jesteś nauczycielem’
Hmm…no w sumie…ale skoro dyscyplina w klasie jest to nie ma co narzekać.
W każdym razie nie wiem co zrobiłbym bez Sophie bo miałem dzisiaj nie lada problem wyjaśnić blessing in disguise, czyli najprościej mówiąc dobrego złe początki. Coś co początkowo wygląda fatalnie ale okazuje się być bardzo dobre. Dobrze jest mieć w klasie uczniów którzy potrafią wyjaśnić po chińsku o co chodzi, chociaż i tak miała problemy, czyli widać trudne przysłowie.

No to teraz do piramidki. Przebrany, przygotowany, gotowy do boju ruszyłem. Standardowa droga do szkoły wydłużona o jedną ulicę by wyszło ponad 2km, wbiegam na stadion, chwilę się rozciągam i ruszam. Pierwsza minutka była strasznie wolna, ale potem dwuminutówka poszła szybciej i zdałem sobie sprawę że robienie przerw na 4 i 5 minut mija się z celem, trzyminutówka poszła jeszcze szybciej, ale przy czterominutówce chwyciła mnie kolka…musiałem trochę zwolnić ale tempo poprzedniego biegu utrzymałem, potem pięciominutówka, czyli w końcu jestem w stanie biec kilometr w miarę szybko. I potem z powrotem 4-3-2-1. Z czego minutówka poszła bardzo szybko, ale nie w ‘trupa’. Kolka przeszła przy drugiej trzyminutówce i myślę że jeszcze za tydzień zrobię 5×5’ z przerwami 3’ a potem mogę już spróbować WB2 w jednym ciągu. Nie mogę w końcu wydłużać tego treningu w nieskończoność bo dzisiaj trwał prawie 75 minut czyli tyle co wolne wybieganie dwa tygodnie temu, a to jest nie do przyjęcia. Żeby trening szybkościowy trwał tyle co wycieczka? To jest nie do przyjęcia.

A teraz siedzę w domu, jem obiad i kończę ten sześciodniowy szkolny maraton tak jak go zacząłem: piątkowym popołudniem. I tak sobie wymyśliłem że na zakupy pójdę dziś wieczorem. Bo  w sumie czemu nie…najpierw jednak kupię owoce.

Po tej przerwie na lunch wróciłem do szkoły i zakończyliśmy tydzień pod znakiem ‘szkoły marzeń’. Do listy dopisujemy:  przystojnych przewodniczących klasowych (ciekawostka), młodych nauczycieli, naukę nie dla egzaminów ale dla samych siebie tak by uczyć się czegoś przydatnego, komputerów. Naprawdę często powtarzały się akademiki, toalety i stołówka w której jedzenie mogłoby być lepsze. Znaczy mogłoby być, zawsze jedzenie mogłoby być lepsze, ale ono przecież jest całkiem dobre i naprawdę nie jest drogie…chociaż z drugiej strony jeżeli bierze m się porcję za 2.8 RMB (czyli dwie bułki i dwie potrawy) a ja tylko bułki i trochę podzióbie potrawy to nie można narzekać że jedzenie jest drogie bo się przecież nic nie zjadło. Tylko z drugiej strony ja na to patrzę inaczej, ja mam możliwość pójść do restauracji lub samemu sobie przygotować, stołówkę wybieram z przyczyn ideologicznych. Do listy! Pałeczki w stołówce są brudne, każdy powinien mieć własne (to jest w gruncie rzeczy podstawa). Ciągle nie potrafię przeboleć tych ośmiu osób w akademiku, w drodze do stołówki można zajrzeć przez okno i widać że tam nie ma ani grama prywatności…Do listy! Najlepszy przyjaciel w tej samej klasie. Tutaj aż mi się zrobiło ciepło na sercu, bo to przecież taka drobnostka a jednak może Im bardzo pomóc.

Jeżeli Lidia znowu mi powie że w klasie 14 coś jest nie tak to będę bardzo zdziwiony. Naprawdę bardzo. Bo te zajęcia przypasowały im niesamowicie, mnóstwo z Nich pisało i pisało i chciało opowiadać o tym co by zmienili. Oni mają naprawdę głowy pełne pomysłów, tylko kiedy mają się spełniać jak od 6 do 21 siedzą w szkole? Jeżeli chcą się wieczorem umyć to nie zdążą na kolację. Wyobrażacie sobie taki codzienny dylemat? Mam iść spać głodny czy mam iść spać brudny…Co byście wybrali: skręcające kiszki i ból budzący w środku nocy, czy świadomość tego że zarastacie brudem i coś tu jest bardzo, ale to bardzo nie w porządku?

Były też jednak opinie pozytywne, kilku uczniów napisało że wszystko jest w porządku że szkoła jest dla nich jak dom i sprawia że czują ciepło w sercu. ‘Dom tam gdzie serce Twoje’. Przepiękne, naprawdę cudowne i takie poważne.

Czuję że te lekcje bardzo mnie zbliżyły do moich uczniów.

A po zajęciach…HOLA! Przed zajęciami z czternastką liże sobie lizaka i się wyłączyłem po chwili dociera do mnie że ktoś coś mówi patrzę a to wychowawczyni czternastki pyta czy jestem zmęczony mówię że nie, że się zamyśliłem. A ona się uśmiecha i mówi że to zaskakujące że po tylu godzinach ciągle mam mocny głos. Jajka moja Pani, jajka i miód. Poza tym to Twoi uczniowie mają mówić, a nie Ty ;)

No to po zajęciach pojechałem na zakupy (dlatego ta notka jest publikowana tak późno), miałem w portfelu taką oto listę: warzywa, kiełbasa, słonecznik (nie mamo, w Chinach nie zabraknie słonecznika, ale gdyby zabrakło to mam jeszcze tak z 700 gramów), fasola, jajka, sypane picie i miód. No i owoce. A co kupiłem widać na zdjęciach. Kupiłem dużo sypanego picia, miód, chyba przepłaciłem za kiełbasę, ale już mi się nie chciało do trzeciego sklepu jechać i szukać. Kiedyś dojrzeję do tego by spróbować przypraw i zrobić coś z mięsem, do tego tofu i jakaś galerata leżąca obok tofu (może też tofu?) i to chyba tyle z tych nietypowych. Aaa i kupiłem coś z Totoro, nie wiem co to, może jakaś łyżeczka, ale to nieważne, ważne jest to że jest Totoro.

No i owoce. Owoce kupiłem u Pana Obwoźnego, który dzisiaj przyjechał z żoną. 6 gruszek, 6 jabłek, ponad 2kg mandarynek, słonecznik, 4 banany i ZaCholeręNieWiemCoTo. I za wszystko zapłaciłem 34 RMB. Z czego ZCNWCT kosztowało 7 RMB a leciutkie to bardzo.

Ach…kupiłem też tańszy napój sezamowy i mleko sojowe. Chciałem sprawdzić czy jest różnica jakościowa…no i jest, ten tańszy jest gorszy…Na szczęście tamtego mam jeszcze kilka torebek. Także jutro pewnie się lenię.

Zakupy

Na dzisiaj zaplanowałem kupić buty na zimę. Ruszyłem więc w przerwie na lunch do bankomatu. Po raz pierwszy! Nie dlatego, że nie miałem już pieniędzy co to to nie. Z 2600 RMB z którymi przyjechałem do Jiawang zostało mi jeszcze ponad 500. Ot owoce jedzenia w szkole. Stwierdziłem jednak, że na zakupy warto wyciągnąć gotówkę (wypadałoby też w końcu sprawdzić jak tu wyglądają bankomaty, oraz ich obsługa). No i po lunchu pokulałem się do najbliższej siedziby ICBC. Podszedłem do bankomatu, kliknąłem English, wpisałem kod (miałem pewne obawy bo klawiatura jest pod takim plastikiem i nie widać własnych palców – swoją drogą fajny patent) i wyciągnąłem pieniądze, oraz poprosiłem o wydruk, a po chwili dostałem smsa, z informacją że tego i tego dnia z takiego i takiego bankomatu pobrano kwotę w wysokości takiej i takiej. No tak, w końcu mam VIPowskie konto w banku.

I ruszyłem na łowy. Najpierw kulnąłem się do sklepu z ubraniami wojskowymi. I od razu znalazłem takie buty jakie chciałem. Czyli wysokie i ciepłe. Nie ma w moim rozmiarze. No to może wysokie i ciepłe, ale inne? Jasne! Super buty w środku wyściełane futerkiem, miękka wkładka, tylko…nie w moim rozmiarze. No to może niskie i ciepłe? Nie ma problemu! No super, jeszcze więcej futra i naprawdę cieplutkie…za małe. No dobrze, a ma Pan coś w moim rozmiarze? Wysokie i nieciepłe? Przymierzmy. No okej, jest plan awaryjny bo są nawet trochę za duże więc można wejść w grubych skarpetach. Drugi sklep. Cokolwiek w moim rozmiarze? Eee…co? To dziękuję…no i pokulałem się do jeszcze jednego, takiego ze sprzętem typowo turystycznym i co? Same niskie. Nie no, przecież nie kupię niskich na zimę. Wróciłem i kupiłem te wysokie nieciepłe. W Polsce mógłbym bardziej powybrzydzać i poszlajać się po sklepach, tutaj musiałbym jechać do Xuzhou, a prawdę mówiąc nie chcę tracić pół dnia tylko po to by kupić buty. Jeżeli mogę sobie poradzić mając te to po co tracić cenny czas?
A potem ruszyłem kupić kaszkiet. No właśnie. Kaszkiet. Od paru lat w okresie jesieni i wiosny noszę kaszkiet. Moje zatoki są mi za to bardzo wdzięczne. Na szczęście zakup kaszkietu to nie jest zakup butów, więc podjechałem do pierwszej Pani na Ulicy Handlowej, przymierzyłem dwa, z których jeden był cienki, a drugi grubszy z dodatkowym wyciąganym materiałem zakrywającym uszy. Wziąłem ten drugi i po pewnych problemach zapłaciłem. Problemach bo cena na kaszkiecie była inna od ceny jaką podała Pani. Inna znaczy wyższa na kaszkiecie. No i dobrze. Wyposażony w kaszkiet i buty mogłem ruszać do szkoły. Tylko że…wypadałoby też mieć w końcu jakieś dłuższe spodnie do chodzenia po domu. Jak pierdzielnie minusem to szorty na nic się nie zdadzą, a getry do biegania służą do biegania, nie do chodzenia po domu. No to co? Pora uderzyć do chińskiego odpowiednika Nike, czyli Li Ning. No i uderzyłem. Zobaczyłem cenę, spojrzałem do portfela i odbiłem się jak od ściany. Dziękuję, za tyle kupię oryginalne Nike jak będę miał ochotę. A nie mam, bo na cholerę mi oryginalne…

No ale pora wracać do szkoły. Zadzwoniła Jeniffer. Po raz kolejny. Bo pierwszych kilka razy byłem w trakcie zajęć i nie mogliśmy rozmawiać. Tak jak już się wszyscy domyślali, bo przecież rozmawiałem z Lidią z dyrektorem na ten temat, nie będzie drugiego nauczyciela. Za to ja dostanę podwyżkę. No fajnie. W sumie to w umowie mam zapisane 25 godzin zajęć, nie 14 i na to byłem przygotowany. Wakacje się skończyły, pora pracować  :) I ta myśl przyświeca mi gdy nastawiam budzik na 605 by z samego rana pójść pobiegać jeszcze przed zajęciami. Wtorek-piątek-niedziela. Inaczej się tego ułożyć nie da. Nie ma lekko.

Siódma lekcja została skrócona o dziesięć minut. Dlaczego? Dyrektor miał pogadankę. Na jaki temat? Gdy Lidia mi to powiedziała, ścięło mnie to z nóg. Jeden z uczniów, którego Lidia zna bo pomagała w jego klasie rok temu, przyszedł do klasy pijany. Nie skończyło się jednak na tym, że przyszedł pijany i sobie usiadł w kąciku i nikomu nie przeszkadzał. O nie, zaczął pyskować nauczycielowi, ten go wyczuł i…na tym skończyła się historia tego ucznia w szkole. Całkowicie. A Lidia mówi, że to dobry chłopak. Hmm…miałem takiego znajomego w ogólniaku, który dla jaj poszedł na zajęcia do innej klasy podszył się pod nieobecnego ucznia, pożartował sobie i gdyby nie ksiądz, który się za nim wstawił, to wyleciałby ze szkoły. A ksiądz za nim wstawiać się nie musiał, po prostu chciał chłopakowi pomóc, powiedział że bierze go na siebie i dyrekcja się ugięła. Chłopak dzięki temu skończył ogólniak, siedzi teraz gdzieś w siedemnastym województwie i życie mu się ułożyło. Mam nadzieję, że i jemu się ułoży. Lidia powiedziała, że będzie jego rodzinę to sporo kosztować, ale powinni go przyjąć do innej szkoły.
Tak oto idealny obraz chińskich uczniów przestał być idealny. Pierwsza skaza, fala na tafli idealnie spokojnego jeziora i tak dalej. Tylko ciekawe co się stało, bo przecież nie przyszedł pijany bo tak mu się podobało. Rzadko kiedy takie sprawy są czarno białe. Zostawmy jednak ten temat bo nic z nim nie poradzimy.

Po samotnej kolacji ruszyłem do innego sklepu. W starej części Jiawang. Tańszy od tych w nowej części (takie mam wrażenie) i posiadający w asortymencie  takie spodnie jakich mi potrzeba. Nawet mają łyżwę i napis Nike…I dostałem na nie zniżkę. Grunt że są wygodne. W rozmiarze XXXL.

Nowe klasy, lub maratonu dzień pierwszy

Na pierwszy ogień poszła naprawdę fajna klasa, w której wszyscy wstawali by czytać odpowiedzi (chociaż nie musieli) i w której wszyscy uczniowie wstali na koniec zajęć by mnie pożegnać.

Następnie Lydia mnie opuściła i 3 zajęcia prowadziłem sam. Och moja radości gdy pierwsze dwie ciągle zasypywały mnie pytaniami, a od uczennic dostałem żurawia z papierka po cukierku, wielbłąda na szczęście i kawałek placka, żebym z głodu nie umarł. Bardzo sympatyczne klasy. Aż się człowiekowi głupio robi, że nie może się jakoś odwdzięczyć. Wierzę jednak, że na wszystko przyjdzie pora i się odwdzięczę. Lydia rano powiedziała, że kupiła mi ciastka księżycowe w ramach prezentu na nadchodzące święto. Prezentu od firmy ;) W piątek podskoczę na targ i może nie kupię jakiś  ładnych, fikuśnych ciasteczek, ale kupię te które mi bardzo smakowały.

Na czwartek mam obiecane od innej uczennicy ciasteczka ;) No naprawdę, uczniowie tutaj rozpieszczają nauczycieli na każdym kroku. Już praktycznie nie muszę mówić skąd jestem bo wszyscy wiedzą.

Wyjątkowo porę ćwiczeń poświęcono na jakieś oficjalne wystąpienie, chyba z okazji zbliżającego się święta narodowego. Każda klasa wbiegała na boisko po kolei, co robiło niesamowite wrażenie. A potem jeszcze podniosłe wciąganie flagi i śpiewanie hymnu.

Gdy zrobili sobie przerwę, ja skorzystałem z okazji i wyskoczyłem zrobić kilka zdjęć w toalecie dla uczniów, która nie wygląda zachęcająco mówiąc delikatnie. Ogólnie rzecz biorąc klasy także są brudne, nie do tego stopnia, ale brak sprzątaczek jest dość widoczny. No właśnie, tu nie ma sprzątaczek, sprzątają sami uczniowie. Z klasy korzystają tylko rok więc chyba za bardzo się nie przywiązują. A te kibelki śmierdzą, oj śmierdzą.

A w porze lunchu najpierw jedna z uczennic mnie zaatakowała ciosem w ramię, a potem zawołała, żebym się do niej dosiadł. No i ponownie sobie pogadaliśmy. Oczywiście pojawił się Money i też się przyłączył do rozmowy. Pierwsze zdjęcie z dzisiaj pokazuje moją kartę z pieniędzmi na jedzenie/zakupy w sklepiku szkolnym. Fajna sprawa, bo nie trzeba nosić przy sobie gotówki. A karty są podpisane, więc teoretycznie jak komuś się zgubi/ukradną to nie będzie problemów.

A na lunch dzisiaj dwie bułki, chybadynia, dynia z mięsem, papryka z boczkiem i pomidory z jajkiem. Wyszło 7, w końcu dwie bułki i dwa razy mięso. Chociaż prawdę mówiąc tego mięsa jest tyle co kot napłakał. Lepiej brać tofu.

Te balony, które wczoraj pokazałem, faktycznie zwiastują wesele, które ma odbyć się  dopiero dzisiaj. Dlatego dorzuciłem zdjęcie bramy z pawiem i ze smokiem.

Ten chiński nacjonalizm i niechęć do Japonii jest widoczny nie tylko w szkole, nie tylko na ulicy, ale także w reklamach. Od polityki się odcinam, ale marketingowe podejście muszę pochwalić.

Bardzo fajne mają te materiały swoje. Takie niby prawdziwe gazety, a jednak chińskie.

Ten jeden uczeń, którego chwyciłem na zdjęciu robił mi zdjęcie. Nie chciałem, żeby poczuł się gorszy :)

Kulnąłem się też po zakupy i wrzucam zdjęcia z poprzednich. Także oto i miód, chociaż miałem w rękach już droższy, bardziej ekskluzywny, a w sklepie pod domem znalazłem jeszcze tańszy…Ten kosztował 28 za ~1kg. Masakra cenowa. Potem kiełbasa, oj dużo kiełbas kupiłem bo nie było masła orzechowego, a uznałem że nie będę codziennie chodzić do sklepu. Kupiłem też długą która powinna być jak sucha…I tak będzie na słodko. Zaszalałem i kupiłem sobie pałeczki, nie mam nic przeciwko tym stołówkowym, ale zawsze to lepiej jak się ma własne. I herbata w ładnej puszcze. Nie mam pojęcia co z kotem na pudełku, ale było na słodkim, więc będzie słodkie. To z pandą na pudełku nazywa się ‘fasolki o dziwnym smaku’, więc nie mogłem nie kupić. Potem fasola na ostro. Skittlesy, ale są tu strasznie drogie. Słonecznik, tym razem zielony, mamnadziejężetożelki, zupki (ponownie inne firma), smoked ham, czyli niby szynka wędzona, ale kogo oni chcą oszukać…, inna szynka która wygląda jak sucha, kiełbaski z wieprza, chleb (mały razy dwa), bułki prawie jak ze stołówki (następnym razem kupuję na stołówce bo są tańsze).

A dzisiaj w sklepie podeszła do mnie Pani i zapytała się czy mówię po chińsku bo chodziłem i szukałem tego masła orzechowego. Po angielsku zapytała. Będę musiał tam podejść ze słoikiem :) I dostałem od kogoś granat, miałem go zjeść na kolację, ale Pan Sprzedawca Mięsa na Patyku gdy mnie zobaczył od razu podniósł mięso i nie mogłem mu już odmówić.

Dzisiejsza trasa rowerowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jI2Fs6s3wGA

Dzień pierwszy maratonu nie był najgorszy.

ASC, bardzo fajny komentarz mi nakryklałeś :) Już się do niego odnoszę. Nie wiem czy w Polsce w małej wiosce ktoś całkowicie odmienny spotkałby się z taką życzliwością. Przypuszczam wręcz, że nie, ale bardzo chciałbym się mylić.  Zasadniczo w Chinach znaczna większość wyznaje Buddyzm, potem Taoizm, ale u mnie na wiosce nie widziałem żadnego rodzaju świątyni. Miałem się o to zapytać Lydii i zapytam, a potem zdam relację.
Na procesji nie płakali, ale prawdę mówiąc trafiłem na samą jej końcówkę. Nie wiem jak to wyglądało z przodu, gdzie pewnie szła najbliższa rodzina. Ludzie sprawiali wrażenie smutnych, ale zupełnie tego wszystkiego nie pokojarzyłem.
Hahaha, Lydia mi ciągle mówi, że ludzie są dla mnie mili bo ja jestem dla nich miły, ale przecież oni czasem są pierwsi mili :)  Nadziwić się nie potrafię, ale bardzo mi się to podoba. Aż chciałoby się to jakoś przenieść na Polską ziemię.

Cytat z dzisiaj: ‘Widziałam wczoraj Pana w sklepie. Byłam z mamą. Powiedziała, że jest Pan bardzo przystojny.’