Prezent

Z samego rana ruszyłem do sklepu. No dobrze, nie z samego rana bo było po dziewiątej, ale było potwornie zimno. Zapomniałem już jak zimny może być grudzień. W końcu to już dwanaście miesięcy. Na szczęście tutaj nie ma aż tak zimno jak w Polsce. Jeszcze, aczkolwiek poranki są już coraz chłodniejsze i zobaczymy jak to będzie z tymi porannymi wtorkowymi biegami. Piątkowe i niedzielne to nie problem, ale te wtorkowe są podchwytliwe troszkę.

No dobrze, poszedłem do sklepu ale p co? Po prezent dla siebie. Powiedziałem że bez zestawu do herbaty nie wracam i nie wrócę. Kupiłem dzbanek, kubki wszystko w fajnej walizce która chyba tu zostanie bo zajmuje strasznie dużo miejsca, oraz drewnianą podstawkę. Może nie niezbędną ale z pewnością bardzo fajną. A skoro zrobiłem takie ogromne zakupy mogłem pójść do kasy i odebrać prezent. A prezent to: elektryczny ogrzewacz. Z teletubisiami. Nagrzewa się szybko, trzyma ciepło długo więc w nosie mam teletubisie i ich torebki.

Po zakupach prezentowych poszedłem do apteki bo musiałem zaopatrzyć się w plastry. Udało mi się je znaleźć bez problemu, po czym stanąłem w kolejce. A kolejka strasznie długa. Tak na 10-15 minut stania. I tak sobie stoję parę sekund po czym jedna z aptekarek podchodzi sprawdza ile plastry kosztują pokazuje mi 4 RMB, daję jej 10, wydaje mi resztę i się żegnamy.
Biali, przystojni, wysocy w Chińskich aptekach nie czekają w kolejkach. Przynajmniej nie zawsze. Niesamowity kraj, naprawdę naprawdę niesamowity.

Wyobraźcie sobie że idziecie w taki mroźny poranek do sklepu. I dopada Was takie delikatne ssanie w żołądku, co teraz? Danio? Ta…w Chinach bierzecie sobie słodkiego ziemniaka, albo świeżo ugotowaną kukurydzę. KUKURYDZĘ! Na ulicy, ja z podziwu wyjść nie mogę ale to dlatego że uwielbiam gotowaną kukurydzę i uważam że to świetny pomysł.

Wróciłem w samą porę na obiad. Chociaż właściwie gdy się gotuje tylko dla siebie to zawsze jest pora na obiad :)

Ten uroczy szczeniak ze zdjęć jest uroczym szczekającym i warczącym szczeniakiem. Gdy schodziłem do niego to dał się pogłaskać, ale gdy wróciłem to zaczął na mnie warczeć i nawet szczeknął. Uroczy. Tylko dlaczego trzymają go pod drzwiami? Boję się myśleć że wyszli i zostawili go pod drzwiami by nie załatwił się w domu. Taki uroczy psiur.

I tak powoli mija ta sobota, dodajmy do tego jeszcze powtarzanie chińskich znaczków i gdyby nie jedna rozmowa w samo południe i druga po 20 to byłby to zupełnie standardowy weekend. Rozmowy w sprawie pracy w weekend. O 20. Jedno słowo – Chiny. Tutaj nie ma dni wolnych, zawsze się pracuje.
Taka scenka z pierwszej:
– A jak długo chciałbyś zostać w Chinach?
– Jak najdłużej. Powoli zakochuję się w tym kraju. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie chociaż widziałem zaledwie jego cząstkę. Jednak największe wrażenie zrobili na mnie Chińczycy. Wasza gościnność i uprzejmość jest niesamowita.
– Dziękuję.
– Nie, nie. To ja dziękuję.
I scenka z wczoraj ze sklepu. Poszedłem kupić bób, jak co tydzień. Obskoczyłem wszystkie większe sklepy i tylko w dwóch sprzedają bób na wagę. W tym pod domem i innym w którym bób już jest popakowany. Także podchodzę do łychy by nasypać sobie bobu a Pani ze sklepu kręci głową po zabiera mi łychę, znika i po chwili pojawia się z nową paczką bobu. Z której nasypuje mi mojego upatrzonego warzywka. Mam wrażenie że nikt oprócz mnie tego bobu nie kupuje bo ten ostry leży od kilku tygodni a tego normalnego było tyle co tydzień temu.

Na kolację tofu, oraz jajka na twardo. Tym razem dodałem do tofu przyprawy, ale chyba powinienem to inaczej przygotować bo w ogóle smaku nie chwyciło. Aczkolwiek wyszło całkiem całkiem niezłe.

Także dzisiaj zanudzać nie będę, za to jutro czeka Was ściana tekstu. Bądźcie gotowi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.