Jak prawie pobiłem Miguela

Ci którzy mnie znają lepiej wiedzą, że jestem z natury spokojny. Wielu ludziom wręcz to że biegam strasznie kłóci się z tym jak sobie mnie wyobrażają. Zawsze byłem opanowany, egzaminy mnie nie ruszały, stres zabijam śmiechem, więc nawet gdy się stresuję to tego nie daję po sobie odczuć, ani sam nie odczuwam tak mocno. No i na domiar wszystkiego mam hipotensję, więc nawet gdy ktoś mi ciśnienie podniesie to dociera ono do standardowych widełek. Słowem, ciężko mnie wyprowadzić z równowagi. No chyba że jestem zmęczony po treningu, lub w trakcie treningu, wtedy gryzę. A gdy jestem głodny to szczekam i jem :)

Zaczynam trochę od końca, ale hmm…potok myśli tak właśnie działa, prawda?
Dość tych rozważań. Idziemy z Lidią do Miguela (to się wszystko wyjaśni za kilka chwil) i po wyjaśnieniu mu obsługi kuchenki indukcyjnej, pooglądaniu syfu jaki ma w mieszkaniu (no poważnie…ma kilkanaście kubków a cukier kupiony tydzień temu trzyma w połowie w worku w połowie rozsypany na szafce, że o narzekaniu na cieknący wąż pod prysznicem nie wspomnę) zapytałem grzecznie czy mogę zrobić zdjęcie ściany bo chcę pokazać znajomym. Pozwolił, więc zrobiłem. Lidia pyta się dlaczego robię zdjęcie, przecież w moim mieszkaniu też są brudne ściany. No tak, ale moje brudne ściany już znacie, więc pora na tę osławioną ścianę w dawnym mieszkaniu Vicki. I tak sobie gadamy o tym, że jest brudno, a Miguel nagle wyskakuje ‘no ty jesteś przyzwyczajony do mieszkania w syfie, bo tak miałeś w domu’. I w tym momencie ciśnienie podniosło mi się momentalnie. Wiele rzeczy znieść mogę, jestem wręcz pierwszą osobą, która przyzna że mieszkam w chaosie, którego nikt nie rozumie. Oprócz mnie. Jestem pierwszym, który powie ‘ale po co mam ścielić łóżko skoro wieczorem i tak się w nim położę?’, ale stwierdzenie, że w Polsce żyłem w syfie nie jest uderzeniem we mnie. Jest uderzeniem w całą moją rodzinę. A to trochę za dużo osób bym nadstawił drugi policzek. I od razu powiedziałem że nie życzę sobie by mówił takie rzeczy. Miguel stwierdził że nic takiego nie mówił, że nie rozmawiał ze mną, że go nie zrozumiałem. A Lidia próbowała nas obu przegadać trzymając mnie za rękę, bo widziała co chcę zrobić. Po tej intensywnej i jakże jałowej wymianie zdań stwierdziłem, że nie ma sensu się siłować bo facet ewidentnie ma jakiś problem i to zdecydowanie nie ze mną. Czasem po prostu trzeba odpuścić, ale od razu napisałem do Vicki, która stwierdziła że ona by mnie nie powstrzymała i pozwoliła mu przywalić. Potem przyznała, że mówiła Lidii że jej zdaniem to rasista a na dodatek pospolity dupek. Poparcia nie szukałem, ale to że ktoś podziela moje zdanie trochę mnie lepiej nastraja. Lidia stwierdziła, że mam się nie przejmować, a z nim musi porozmawiać by nie zachowywał się jakby wszystko mu się należało.

A teraz na początek.

Poszedłem rano pobiegać. Zimno, niby 17 stopni, ale czułem jakby było 12-14. Dlatego na próbę ubrałem jeden z trzech zakupów przedwyjazdowych. Koszula z długim rękawem z domieszką wełny merino. Wykosztowałem się na to okropnie, ale nie żałuję ani złotówki, bo koszula sprawdziła się dzisiaj świetnie. Idealna na taką pogodę. Nie za ciepła, nie za zimna.

Wróciłem z biegu i pytanie od Lidii: gdzie jestem, bo jedzie do szkoły porozmawiać z dyrektorem. To mówię, że też pojadę. Pokulaliśmy się do dyrektora, z którym rozmawialiśmy o Miguelu i o tym, że mogę wziąć jego zajęcia. Dyrektor pytał się mnie czy wytrzymam te 28 godzin tygodniowo i chyb spodobał mu się mój entuzjazm bo nie stwierdził ‘wynocha’ (a w sumie to mógłby bo szkoła płaci za dwóch nauczycieli, jak mi się coś stanie to zostaną bez żadnego i mogę być trochę wypruty po kilku tygodniach) tylko zaproponował 2 tygodnie pełnego planu na próbę a potem mam powiedzieć jak się czuję. Co jest sensowne bo jakbym, nie daj Boże, nie dał rady to firma ma czas by kogoś znaleźć.

A dlaczego mam być tylko ja? Bo Miguel zostanie z tej szkoły oddelegowany. Każde jego żądanie jest przekazywane do siedziby firmy, wraz z informacjami o jego zachowaniu. To co on chce jest w moim odczuciu tak absurdalne, że zasłużyło na osobną stronę na blogu, bo ogarnąć po prostu tego nie potrafię. Może to kwestia wieku i gdy dobiję do tej szóstki z przodu (no poważnie, ja nie wierzę żeby on miał mniej) też będę chciał stołu i krzesła by oprzeć plecy. Na razie wystarcza mi biurko i łóżko/sofa, ale może za młody jestem.

Skłamałbym mówiąc że ja nie mam wielu wymagań, zwłaszcza że nie miałem ich w Polsce, ale to kwestia podejścia…w Polsce bieganie i praca była dla mnie niezwykle ważna. Potrafiłem wybrzydzać bo nie było mojego ulubionego twarogu. W końcu twaróg musi mieć odpowiednią zawartość białka by podtrzymać te resztki mięśni jakie mi się ostały. Tylko, że tutaj to nie ma znaczenia. Nie jest ważne to żeby przejechać z jednego końca miasta na drugi, ani to żeby zrobić rano trening. Dlatego mogę odpuścić wybrzydzanie na jedzenie (dzisiaj znowu nie spotkałem Pana z mięsem na patyku), ani na cokolwiek innego. Bo nie jestem u siebie. Tutaj nic nie jest takie jak w Domu, a jednak tu jest jak w domu. Chociaż mam brudne ściany, to są to przecież ich nie będę przemalowywał skoro zostanę tu, w najlepszym wypadu, do czerwca, a większość dnia i tak jestem poza domem. Nie będę narzekać, że nie mam telewizji a chcę sobie pooglądać wiadomości, bo przecież mam internet i mogę obejrzeć je w internecie, nie będę się skarżyć na to, że sprzęt w klasie nie działa i nie mogę przeprowadzić zajęć tak jakbym chciał, bo jestem przygotowany na to że coś może nie działać i mam w zapasie kilka planów awaryjnych. Wszystko jest kwestią podejścia i nie można oczekiwać, że świat nagnie się do naszych żądań. Rzadko się nagina. Powiedziałbym wręcz, że się nie nagina.

Za to herbata ryżowa smakuje wyśmienicie. Ciekawe jak smakuje z miodem.

Popołudniu poszedłem pojeździć na rowerze i odkryłem kościół. Akurat był otwarty bo coś w nim przykręcali. Tylko hmm…taki jakiś inny niż te do których jestem przyzwyczajony…

Muszę dokręcić tylne hamulce bo niestety są prawie całkowicie odkręcone, na szczęście znalazłem w jednej z szuflad śrubokręt, więc powinno być dobrze.

Całkiem niezła. Herbata z miodem w sensie.

I może pokulałbym się jeszcze gdzieś wieczorem, ale coś czuję się niewyraźnie, więc wolę zwalczyć to w zarodku niż się rozłożyć na dobre.

Ten napój, to coś z żelkami i w smaku nie przypominało niczego co kiedyś piłem, za to miało przyjemny truskawkowy posmak.

Groszek z białą posypką jest całkiem w porządku.

Nawet cieszę się, że do tego doszło bo mogę Wam siebie przybliżyć nie tylko w sytuacjach pozytywnych, ale także w tych gorszych.

Dzisiejsza trasa biegowa:

http://www.endomondo.com/workouts/r5RmjvDI-9A

Dzisiejsza trasa rowerowa:

http://www.endomondo.com/workouts/ijHxWfG7xrE

W Xuzhou po raz czwarty

Dzień rozpoczął się spokojnie, rozwijał się wręcz jak te gumy do żucia, które czasem lepiej ugryźć niż rozwijać. W każdym razie postanowiłem potowarzyszyć obsadzie The Office i zrobiłem pranie, a po drugim śniadaniu ruszyłem do Pana Rowermistrza. Nie doszedłem daleko bo zaraz przy bramie zostałem zatrzymany, rower został mi odebrany a mnie samego oddelegowano na spacer. Tak. Dosłownie. Strażnicy zabrali mi rower, powiedzieli i pokazali że mam sobie pójść a oni zajmą się wszystkim. No to poszedłem sobie pochodzić, odwiedziłem inny plac zabaw, porobiłem trochę zdjęć Panią ćwiczącym Tai-Chi, kupiłem papier by zapakować prezent dla Wendy, poszedłem na główną ulicę by spotkać Pana z mięsem na patyku, ale znowu go nie było…poszedłem więc na targ, przy rybach wytrzymałem ledwo ledwo i zdałem sobie sprawę, że kupno rano czegoś co nie jest słodkie a co jest gorące jest dość problematyczne. Z owocami nie ma problemu, ale z ciepłym mięsem już tak. Coś jednak znalazłem, ale jednak takie dwa cosie to dla mnie za mało.

Gdy wróciłem na swoje osiedle pod bramą stał mój rower, łańcuch naprawiony, nasmarowany, stópka założona. Słowem fachowa robota. Oczywiście pieniędzy nie chcieli. Bo jakżeby inaczej…Postanowiłem więc zrobić to co zrobiłbym w kraju, czyli poszedłem do najbliższego sklepu (do Pana ze sklepu) i kupiłem zgrzewkę, czyli 9 browarów. Milczeniem pominę absurdalnie niską cenę. Strażnicy oczywiście nie chcieli przyjąć, ale po chwili siłowania się, przyjęli, postawili mam nadzieję, że będzie im smakować.

Następnie, zgodnie z obietnicą, poszedłem do dziewczyn i razem udaliśmy się na lunch. Vicki w końcu znalazła danie, które smakuje tak samo jak w Kanadzie, ale tak jak wczoraj wsunęła cały talerz, tak dzisiaj nie dała rady. A Lidia dostaje minusa za to, że usunęła zdjęcie siebie…Po lunchu powyciągaliśmy 3 walizki Vicki i szukaliśmy taksówki. 3 walizki, dwie torby a jedna waliza została tutaj. W końcu dziewczyna tacha ze sobą cały swój dobytek bo w Kanadzie wynajmuje swoje mieszkanie . Do Xuzhou dokulaliśmy się bez problemu, nawet na peron weszliśmy bez problemu. No i zapakowaliśmy Vicki, ale nie było nawet czasu żeby dobrze się pożegnać…

Gdy to piszę siedzi teraz w pociągu od 3 godzin, a przed nią jeszcze 21, potem godzina na dworcu, przesiadka i znowu kilka godzin w pociągu. Prawdziwa podróż, mam nadzieję, że sobie poradzi.

Lidia pojechała spotkać się z kuzynką, a ja stwierdziłem że nie będę jak piąte koło u wozu i wróciłem do Jiawang. Coś mnie dzisiaj gardło boli (należy mi się pochwała za rozważne picie herbaty prosto z lodówki po powrocie z biegu) i wolę nie szarżować. Jutro czeka mnie kolejny bieg, tym razem pobiegnę rano i mam nadzieję, że pogoda będzie sympatyczna. Prognoza mówi 14 stopni, ale odczuwalne pewnie będzie mniej, może to już pora na długi rękaw? Może być…

Wspomniałbym coś o Miguelu, ale znam go od niedzieli i już mi szkoda słów na tego osobnika, więc produkować się nie będę :) Zrobiliśmy sobie tylko mały zakład…Vicki powiedziała, że wytrzyma do stycznia, Lidia że cztery tygodnie, a ja dałem mu widełki cztery-sześć.

To teraz pora trochę potłumaczyć co jest na zdjęciach. Ta Pani na małym krzesełku z tą kartką przed sobą zajmuje się czymś w rodzaju wróżenia, czyta z dłoni i z twarzy, oraz najprawdopodobniej z I Ching. Od jakiegoś czasu chciałem zrobić zdjęcia tych przenośnych akumulatorów do rowerów elektrycznych (Bartek, spokojnie, spokojnie…).

Jak widać jesień w końcu zawitała do Jiawang, nie jest to Złota Polska Jesień, ale na swój sposób jest urocza.

Trasa dzisiejszego spaceru:

http://www.endomondo.com/workouts/ooFWj8OtxOA

Jak poszedłem biegać dwa razy

Są na świecie ludzie którzy odczuwają mocniej. Dla których rzeczywistość jest bardziej wyraźna niż dla innych. Którzy dostrzegają i czują więcej od innych. Których inteligencja emocjonalna jest niezwykle wysoka i z powodu tej swojej wrażliwości są niejednokrotnie skazani na cierpienie. Przypomina mi się taki cytat ‘moje marzenia, moje spojrzenia, kłócą się ze sobą i z chęcią istnienia’. I czasem tak jest, że ten wewnętrzny ból, taki romantyczny ‘weltschmerz’ znajduje swoje ujście w bólu fizycznym. Bo rzeczywistość potrafi przygnieść takie osoby. A czasem zgnieść.  A najgorsze gdy taka wrażliwość trafi się człowiekowi inteligentnemu, który lubi myśleć. Wtedy, cytując Hemingwaya: ‘szczęście wśród ludzi inteligentnych jest najrzadszą rzeczą jaką spotkałem’. Za dużo myślimy i za mało żyjemy?

Podobno pod tą moją oschłą skorupą jest warstwa wrażliwa. Podobno ;)

No ale dość tych enigmatycznych wynaturzeń. Zmierzam do tego, że jedna z bohaterek naszej opowieści (naszej, bo przecież przeżywamy to wszyscy razem, chociaż może ja w pierwszej osobie, a Wy bardziej pośrednio, ale jednak przeżywacie) niezwykle cierpi. Z powodu stresu, z powodu samotności, z wielu innych powodów. I czasem tak jest, że wszystko wydaje się dobrze, prawda? Że wszystko idzie w dobrym kierunku, a potem się wali. Tak właśnie wyglądały ostatnie dni. W poniedziałek wszystko było w porządku, we wtorek Lidia przykulała się z potwornym bólem uszu/głowy i chociaż nie była na wszystkich zajęciach to jednak robiła wszystko by być. Ale dzisiaj przykulała się dopiero na trzecią godzinę, akurat kiedy Miguel miał zajęcia a my mogliśmy się pobyczyć, i powiedziała że rano nic nie słyszała. Była u lekarza, który powiedział jej, że to z powodu bólu wewnętrznego, stresu, zmartwień. I ona bidna chce iść do psychologa. No tak, do psychologa. Tylko ona nie potrzebuje psychologa, a kogoś tutaj. Bo przecież ona tutaj nikogo nie ma. Znaczy jest Vicki i jestem ja, ale Vicki jutro wyjeżdża, a ze mną sobie nie urządzi babskich pogaduch bo primo płeć się nie zgadza, secundo nie znamy się na tyle, terce język nie odda wszystkiego.  Lidia to taka osoba, która potrzebuje innych ludzi i to widać od razu. Jest niesamowicie otwarta, ciepła i wręcz do rany przyłóż. Naprawdę fantastyczna dziewczyna. I ona powie, że nie chce niepokoić swoich przyjaciół i im się nie uskarża. Ona powinna wyjeżdżać co tydzień do domu, a nie siedzieć tutaj i tęsknić za wszystkimi.

W takich chwilach nie możesz za wiele zobić oprócz przytulenia kogoś i powiedzenia kilku ciepłych słów. Oczywiście pamiętając o zamknięciu drzwi by nikt nie widział, bo rozwaga jest niezwykle istotna, prawda? No dobrze, nie zamknąłem tych drzwi od razu, aż taki rozważny nie jestem.

No i się wykulaliśmy ze szkoły razem. I zaszło małe nieporozumienie. Bo Lidia powiedziała, że Jeniffer będzie o 12, a ja zrozumiałem że za 2 godziny i poszedłem biegać. Zrobiłem dwa i pół kilometra po czym słyszę dzwonek telefonu, odbieram i słyszę Lidię mówiącą, żebym zszedł na dół…No to jej powiedziałem co i jak i wróciłem, umyłem się, przebrałem i poszedłem na lunch.

Objadłem się jak rzadko, zwłaszcza że wszystko było HEN LA! Tak Pani w restauracji mówiłem, a ona mówiła BO LA bo tak ostatnio sobie Miguel zażyczył, ale ja cały czas swoje, a ona się śmiała. Lidia wszystko wyjaśniła i zamówiła kurczaka bez papryki. I jaki był kurczak? HEN LA! Wszystko, z wyjątkiem jednego dania na zimno i ryby były HEN LA! No moi drodzy, w Jiangsu musi być bardzo ostre. Musi być. I było :) Może nie bardzo ostre, ale ostre, dokładnie tak jak być powinno. Czyli ostro, ale ani się nie pocisz, ani z nosa nie cieknie. Idealnie. I to co Ona robi z tofu to jest mistrzostwo świata.

A potem poszedłem biegać. I było chłodno. Chociaż tętno było wysokie to biega mi się tu coraz lepiej, chyba w końcu się zaadoptowałem. Coraz mniej mnie boli, coraz dłużej potrafię biec i w końcu sprawia mi to przyjemność, także jest dobrze, a może być tylko i wyłącznie lepiej :)

Na kolację wróciłem do szkoły. Zjadłem kilka rodzajów tofu, jajko i warzywka. Wyszło to bardzo tanio, bo te dwa talerze 3,75 RMB. Tofu jest tu strasznie tanie. A skoro wyszło tak tanio postanowiłem dorzucić ciasteczka. Wziąłem trzy ciasteczka, jedno które znałem i dwa nowe. A potem tak spojrzałem na nie i zdałem sobie sprawę, że ich nie zjem. Spakowałem je do plecaka z myślą, że zjem jutro, ale gdy wsiadłem na rower pomyślałem, że fajnie byłoby posiedzieć trochę z dziewczynami. Po drodze podjechałem też po winogrona, bo Lidia lubi. W drodze do domu spadł mi łańcuch i zablokował się na przełożeniu z tyłu. Naprawdę mam nadzieję, że jutro będzie Pan Rowermistrz, bo bez niego nie dam rady. Znaczy…dać dałbym, ale potrzebuję młotek i smar. O nowym łańcuchu nie marzę. W każdym razie z winogronami i ciastkami zapukałem do Lidii, którą trochę zaskoczyłem, ale oczywiście mnie zaprosiła. Bardzo ucieszyła się z winogron, a Vicki z ciastek. Obie uznały, że te brązowe (któremu wczoraj nie zrobiłem zdjęcia bo było ciemno) było najsmaczniejsze. Może kiedyś sam będę mieć okazję by je porównać…

No i posiedzieliśmy trochę, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, Lidia się popłakała przy filmie. Vicki to twarda zawodniczka, jej komedie romantyczne nie ruszają. Dobrały się na zasadzie przeciwieństw, też dobrze :)

Ach…po wyjściu ze stołówki nauczycielki angielskiego zaprosiły mnie do stołówki dla nauczycieli, więc będę musiał tam podejść kiedyś. Zwłaszcza, że w poniedziałek mamy spotkanie nauczycieli angielskiego i mam przygotować listę pytań, które chcę zadać i może jakieś tematy do dyskusji. O rany…

A teraz niespodzianka, gorąco zachęcam do kliknięcia w ten link: http://www.cnjww.com/2012/1016/85141.shtml i przeskoczenia do około 11 minuty. Mówię tam mniej więcej tyle, że to drzewko jest niesamowite, bo to duże drzewo, a jest takie małe. A podpisany jestem jako nauczyciel angielskiego. W relacji Pani prezenterka powiedziała, że wystawa w Jiawang przyciągnęła nawet nauczycieli z zagranicy. No tak. Mieszkają po drugiej stronie ulicy, więc musiała ich przyciągnąć. W tym tygodniu też mnie coś przyciągnie bo dzisiaj stawiają jakąś scenę.

Dzisiejsza trasa biegowa:

http://www.endomondo.com/workouts/oZyBWXjUSJQ

Chciałem coś jeszcze dzisiaj napisać, ale zostawię na niedzielę bo i tak wyszła mi ściana tekstu. Za to gdybyście mieli jakieś pytania do nauczycieli w Chinach to walcie :)

Obie!

Odpowiedziały dzieciaki z klasy 11 gdy zapytałem się czy chcą grę czy piosenkę. Gra im się nie spodobała bo grali w nią z Vicki w piątek. Poszła więc piosenka, a potem chciałem zagrać w coś innego, ale nie chcieli…z założenia uważam, że z grupą nie zawsze trzeba się siłować i jeżeli czegoś nie chcą robić to może faktycznie lepiej odpuścić, zwłaszcza jeżeli mają przed sobą stresujące egzaminy. No to puściłem im piosenkę, ale powiedziałem, że nie mogą nikomu o tym powiedzieć…Pewnie już cała szkoła wie, że można mnie nagiąć…Jak linijkę…

Pierwszy raz od bardzo dawna spadł deszcz. Ciężko uchwycić spadające krople, więc chwyciłem krople spływające. A potem dojechałem do pracy i…

Zaczyna się drama. Lidia zapytała się mnie co myślę o Miguelu i tak prawdę mówiąc to nie chcę tego wszystkiego z siebie wylewać. Bo to takie mocno niepozytywne. Tylko by zrozumieć całą sytuację trzeba opisać kilka faktów. Także…Lidia nie polubiła nowego nauczyciela. Nie polubiła bo stawia mnóstwo żądań, wczoraj przy pierwszym spotkaniu ją dotykał (taaak, wszystkie stereotypy o mężczyznach z południa ucieleśniły się w moim nowym compadre), a potem zaproponował Lidii by była jego nauczycielką chińskiego. W jego mieszkaniu. Taaaak…No i co ja miałem jej powiedzieć? Powiedziałem jej o stereotypach i żeby nie pozwalała sobie na to, jeżeli tego nie chce. No i doszło do tego, że dzisiaj Damon (nasz pół nauczyciel pół student anglistyki) udaje chłopaka Lidii. Czyli chodzi z nią na niektóre zajęcia, a dzisiaj biedaczysko poszedł z nami na lunch, po czym uciekł do domu zjeść lunch który miał zaplanowany. Poszliśmy do stołówki, Miguel trzymał się mnie, a wyjątkowo poszliśmy do dwójki bo tam mają dobre nudle (chyba jednak to była jedynka, nie dwójka, ale teraz Lidii się nie przyznam, że się rypłem) i chciałem więcej jedzenia, ale nie chcieli mi nałożyć, więc wziąłem jeszcze dwie ‘tortille’. Ogółem jedzenie nie było złe, ale lepsze byłoby w jedynce. Miguel nie lubi ostrego, więc to nie jest prowincja dla niego. To jest Jiangsu, prowincja sławna w całych Chinach z ostrego jedzenia z jedzenia ‘hen la’. To jest coś co mi pasuje i coś za co jeszcze bardziej cenię moje małe Jiawang. Bo jedzenie jest dobre, bo papryka kopie, ale nie mocno. Tu jedzenie było ostre, jest ostre i pewnie po wsze czasy będzie ostre. Więc mówienie w stołówce ‘bo la’ (nie ostre) nic nikomu nie da. Zwłaszcza w szkolnej stołówce, która musi nakarmić ~2000 uczniów. Nikt się nie będzie Tobą przejmował jeżeli Ci nie smakuje. Weź sobie coś innego i tyle. Mnie dzisiaj tylko zabolało, że nie chcieli mi dać tyle jedzenia ile chciałem, ale za to cały obiad z ‘tortillami’ wyszedł mnie 4,5 RMB. No to taniutko. Lidia wysłała mi smsa w czasie lunchu gdzie idę potem, bo nie chciała wracać z nowym, a Damon musiał iść na prawdziwy lunch. Także trochę ją poratowałem i posiedziałem z nią w gabinecie. W taki dzień mało kto chce być sam.

Aaa zapomniałbym o tej kartce od uczniów z 11. Oni zapisali gdzieś moje imię i nazwisko! Nawet ł odwzorowali. Byłem pod ogromnym wrażeniem.

A jeszcze przed lunchem poszliśmy do wicedyrektorki/nauczycielki angielskiego by zapytać się czy mógłbym kiedyś wpaść na jej zajęcia i im się poprzyglądać. Oczywiście Ruby (no naprawdę piękne imię) się zgodziła. I dostałem herbatę o smaku ryżu. Pachnie pięknie, naprawdę pięknie. A dostałem ją bo inna nauczycielka ją dostała, ale jej nie smakuje. Szczerość i szczodrość tej nacji nie przestaje mnie zadziwiać.  Potem powiedziałem Damonowi, że to herbata o smaku ryżu, pokazałem napis ‘mio’ i powiedziałem ‘mio’. Po czym zacząłem się śmiać, bo zrozumiałem że tłumaczę rodowitemu Chińczykowi co znaczy i jak wygląda ‘mio’. Damon też zaczął się śmiać.  Także nie ma tak źle z moim poczuciem humoru.

Potem do domu, powrót, kolejne dwa zajęcia.

Kolacja, tym razem w jedynce. Za 4 RMB dostałem tofu, tofu, kiełki, sałatkę i bułkę. Usiadłem ze ‘zdrajczynią’ czyli Stefanią. Czemu zdrajczynią? Poczekajcie do niedzieli ;) I sobie przyjemnie porozmawialiśmy przy kolacji. Stefania chce studiować anglistykę i podchodzi do tego bardzo ambitnie bo chciałaby wyjechać do Oxfordu i tam studiować. No lekko nie będzie, ale pewnie jak się zaprze to da radę bo to zdolna dziewczyna.

Jutro na lunch idziemy z Jennifer, która przyjedzie i będzie się zapoznawać z listą żądań. Heh…W każdym razie, skoro idziemy z nią na lunch to pozwoliłem sobie dokupić coś. Tylko zdjęć nie zrobiłem bo wychodziłem i było ciemno. Ale spokojnie wezmę jeszcze raz to samo. Może w czwartek, albo w piątek. Mam tylko nadzieję, że będzie lepsza pogoda.

I tak na sam koniec proszę spojrzeć na to jak tu jest ciemno. To była godzina 18…

Dzisiejszej trasy nie ma nawet co wrzucać bo prowadziła tylko do i z szkoły.

Czemu Pan tego nie umyje?

Ogoli moja droga, ogoli. Ale za inwencję muszę pochwalić. Staram sobie wyobrazić takie zajęcie z nauczycielem angielskiego z innego kraju w polskim ogólniaku. W polskim publicznym ogólniaku. Nie powinienem porównywać, ale brak mi informacji o tym jak to wygląda w Chinach, więc mimowolnie porównuję do tego co widziałem w kraju. Ciężko mi wyobrazić sobie by po pierwsze takie zajęcia miały miejsce. I to mnie trochę smuci, bo przecież co to za problem w gruncie rzeczy. A efekty, nawet jeżeli nie stricte językowe, to takie życiowe jak poznanie innej kultury są nie do ocenienia. Poza tym dzieciaki są zmuszone do mówienia w języku którego się uczą. Czyli skupiamy się na jednym języku i staramy się go nauczyć dobrze, a nie uczymy dwóch po łebkach przez dwie-trzy godziny tygodniowo. Inna sprawa jest taka, że chińska edukacja jest oparta na ciągłym powtarzaniu słówek. Także uczniowie nie mają większych problemów ze słownictwem czy gramatyką, ale mówienie stanowi dla nich prawdziwe wyzwanie. Muszę w końcu się wybrać na jakieś chińskie zajęcia z angielskiego. Może nawet jutro, w końcu 7 godzinę mam wolną.

A teraz zacznijmy od Pana w pidżamie…Naprawdę ładnej pidżamie.

Szkoła wywiesza gazetę co rano, także każdy może sobie poczytać co dzieje się na świecie. Jak widać jest jakiś żart z USA, coś o tych spornych wyspach i oczywiście o nobliście, z którego są strasznie dumni.

Te przepiękne napisy po chińsku były nie do odszyfrowania dla uczniów, ponieważ: to kaligrafia, to starochiński.

Zdjęcie z drugiego piętra, damska, więc nie wchodziłem.

Szperając po szufladach w biurkach byłych nauczycieli znalazłem kilka magazynów. W tym magazyn o grach (w którym jakieś 90% to gry online a pozostałe 10% to gry na komórki), jakiś magazyn dla młodzieży z Totoro na okładce, oraz jakiś magazyn o koszykówce,

Po zajęciach z klasą trzecią dostałem tę kartkę i naprawdę, ale to naprawdę się wzruszyłem. Dostałem ją bo powiedziałem im, że już ich uczyć nie będę. W końcu klasy na dole przejmuje Miguel. Im się też zrobiło smutno jak widać.

Pamiętacie gdy pisałem o kolejności stawiania znaków i moim zaskoczeniu, że tutaj się tym nie przejmują? To dzisiaj zrobiłem zdjęcie w jakiej kolejności powinny być stawiane kreski w ‘naszych’ literach. I teraz się zastanówcie proszę, stawiacie je tak jak na zdjęciu?;)

Na obiad kiełki, kiełki, tofu, tofu, sałata i dwie bułki, które dzisiaj wcale nie ciążyły. A siedziałem sobie spokojnie i jadłem gdy nagle słyszę ‘Buu’ i co? Wendy próbowała mnie przestraszyć, ale zauważyłem że trzyma w siatce taką kulkę podobną do tej którą wczoraj zjadłem. No to po obiedzie podszedłem pooglądać co mają na deser i wziąłem kulkę (pycha) i ciacho (jeszcze większa pycha). Razem wyszło mnie 6,6 RMB.

Poszedłem pobiegać, bo okazało się że nie muszę brać popołudniowych godzin za Miguela. Wskoczyłem na bieżnię, czasy wyszły gorsze niż tydzień temu, ale zamiast kręcić minutówki zrobiłem piramidkę do 4 minut. W sam raz na początek.

Gdy wróciłem zdałem sobie sprawę, że jestem tu już ponad miesiąc a jeszcze własnego osiedla nie obszedłem. Znam chyba wszystkie drogi do centrum, ale nie znam własnego podwórka. Zrobiło mi się trochę wstyd i poszedłem pocykać zdjęcia. Przy okazji postanowiłem porobić zdjęcia samochodów. Normalnie auta mnie nie ruszają ani trochę. Tutaj jednak zwrócono mi na coś uwagę. Wszystkie auta są nowe. Praktycznie nie ma tutaj starych aut. Tak jakby wymieniali auta gdy te mają ~5 lat.

Na kolację ponownie do stołówki, tofu, ziemniak, sałata, sałata, ziemniak i zupa. A Pani bardzo zależało żebym wziął ryż i kalafior (bo z reguły biorę kalafior). Na szczęście poradziliśmy sobie bez tego. No i wyszło 5 RMB.

Następnie ruszyłem do sklepu. Sklepów. Bo w jednym się nie udało kupić wszystkiego. Kupiłem grzebień (a myślałem, że zgubiłem i było mi naprawdę smutno), mandarynki, banany i gruszki, a do tego chleb, fasolę i napój herbaciany bo ileż można tę samą herbatę pić.

I znalazłem sklep z żelkami na wagę! Jeszcze tylko ta fasola…A właściwie to bób. Chociaż bób to też fasola.

Trasa biegowa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/hkS_5itHyy8

Niedziela i przegapione #6

Zacznę od końca. Czyli od smsa który wysłałem Lidii. Napisałem w nim ‘Jesteś moim OGROMNYM dłużnikiem’. I teraz wypadałoby się wytłumaczyć, chociaż jej wytłumaczę się jutro.

Czasem w życiu jest tak, że pewne osobowości po prostu nie klikają. Poznajesz kogoś i po prostu wiesz, że tutaj nic dobrego nie będzie, chociaż nie poddasz się bez prób. Bo przecież to mogą być ‘złe miłego początki’. Może tak będzie, może tak będzie.

Tylko na razie…tak nie jest i Miguel sprawia wrażenie okropnej zrzędy. 15 minut piechotą do szkoły? Za daleko. 15 minut piechotą do sklepu? Za daleko. Pomalowane ściany w mieszkaniu? Trzeba zamalować (a przecież zostaje tylko do stycznia). Nie ma światła w pokoju? Trzeba kupić lampę. I poszliśmy kupić lampę. Nie kupiliśmy. Za to w drodze powrotnej rzuciłem takie głupie pytanie, bo jestem z wychowania człowiekiem zadającym tego rodzaju pytania, ‘czy spróbowałeś wymienić żarówkę?’. ‘A wiesz, że nie? To dobry pomysł.’  Są dwa biurka i niski stół? Trzeba kupić stół przy którym można usiąść i coś zjeść. Telewizor nie działa? Trzeba coś z tym zrobić i jak Ty możesz żyć bez telewizji? Dodajmy do tego stereotypowo latynoskie przechwałki o ilości podbitych kobiecych serc w innym miejscu i oto mamy mojego nowego compadre. Starszego od taty.

Czuję jak bije ode mnie teraz gorycz, może to jakaś nagromadzona gorycz, która teraz znalazła ujście. Mam nadzieję, że tak i Miguel okaże się naprawdę fajnym gościem. W końcu ma ogromne doświadczenie jako nauczyciel, od roku pracuje w Chinach, zna podstawy języka. Także na pewno czegoś się będziemy mogli nauczyć.

Cały dzień minął nam razem, na jedzeniu, na robieniu zakupów. Opisałbym jak wyglądały zakupy z Miguelem, ale nie było to na tyle fascynujące by Was zanudzać. Dość powiedzieć, że mieliśmy problemy z kupnem tego co potrzebował.

O lunchu wspomnę tylko tyle, że nie lubi ostrego i bardzo dziwnie to wyglądało gdy zamówione jedzenie podsunął sobie pod nos. Nic więcej!

Jak widać dzisiaj jedzenie robiłem też sobie sam i ponownie wyszło super, zwłaszcza dzięki fasoli. Muszę tylko pamiętać, że płyta indukcyjna nagrzewa się błyskawicznie bo patelnia już stała w płomieniach…

Wrzucam też zdjęcia z jaskini graczy około 18.

Pora na przeoczone. W tym tygodniu krótko bo starałem się pisać wyczerpująco by uniknąć takiej ściany jak tydzień temu.

Przystojny tata

A co tam, połaskoczę ego taty. Padre, Chińscy uczniowie i uczennice mówią, że byłeś i jesteś bardzo przystojny. O mamie też mówią, że jest ładna.

Taka sama coca-cola

Dla wszystkich ciekawskich: cola i pepsi smakuje dokładnie tak samo jak w Polsce.

Numer od Wan Cie

To jak na razie jedna z najdziwniejszych rzeczy jakie mi się przydarzyły. Przed świętem narodowym jedna z uczennic podała mi swój numer telefonu i powiedział, że zadzwoni. Zadzwoniłem by sprawdzić czy numer działa. Działał. Uczennica nie zadzwoniła. Może nie miała czasu, może nie było okazji. Czasem tak jest i tyle.
W zeszłym tygodniu byłem w świątyni, jak powszechnie wiadomo, i naszedł mnie tam pewien Pan. Zawołał mnie. Przedstawił się jako Micheal Lee, biznesmen z Xuzhou. Handlarz stalą, który ma klientów nawet w Polsce (pięknie). I podał mi numer telefonu. Gdy chciałem numer zapisać…wyświetliło się ‘Numer przypisany do Wan Cie’, czyli Sophie, czyli tej uczennicy.

Atmosfera się zagęszcza ;)

W Xuzhou po raz kolejny

Tym razem w planach było dojście do jeziora (co ja mam z tymi jeziorami), ale na miejscu dałem sobie spokój bo a) poszedłem kupić pamiątki i się spłukałem, b) cały dzień jestem zmęczony. Zrobiłem więc mały spacer i wróciłem.

Za to wykosztowałem się na najdroższy lunch do tej pory…28 RMB w fast foodzie chińskim. Strasznie drogo, chociaż smacznie.

Pochodziłem trochę wokół dworca, pokupowałem różnych specjałów i znowu spotkałem faceta, który chciał sprzedać iPhone’a. Nie wiem czy to ten sam facet i ten sam iPhone, ale stał w tym samym miejscu, więc podejrzewam, że tak.

Następnie, jak na białego przystało, odwiedziłem carrefoura i zakupiłem importowane masło orzechowe, żelki (ja nie mogę kupować żelków), fasolę (na wagę), słonecznik, kubek dla Wendy i sfermentowane mango (nigdy więcej).

O nowym nauczycielu wiem tyle, że nazywa się Miguel, pochodzi z francuskiej części Kanady i przykulał się tu z Kantonu. Teraz następuje pytanie, co oni mu powiedzieli, że przeniósł się do Jiawang. Zapytał się mnie ilu ludzi z zachodu jest w Jiawang :) Odpowiedź go nie zadowoliła.

Ach, zapomniałbym, ruszyłem wysyłać pocztówki. Pierwsza odwiedzona poczta nie miała, ale druga taka naprawdę duża miała i to nawet kilka. Zakupiłem dwie, dowiedziałem się,  że muszę dokupić znaczek i poszedłem do drugiego okienka. Tam sobie czekałem, czekałem, aż w końcu Pan kasjer powiedział że idzie do domu i mam sobie usiąść. Przyszedł drugi Pan kasjer i rozpoczęła się kłótnia bo chciał, żebym zapłacił, a ja przecież już zapłaciłem. Co się okazało po 10 minutach dyskusji i małego przestawienia? Wysyłka pocztą lotniczą jest droższa niż się spodziewała Pani od pocztówki. Droższa niż ja się spodziewałem Za wysłanie dwóch pocztówek miałbym 3 obiady w szkole…I teraz nie wiem, czy to jedzenie jest takie tanie czy poczta taka droga…

Dorwałem też kubek dla Wendy, ale na zdjęcia będziecie musieli poczekać.

Jutro zabawię się w przewodnika. Lidia wraca wieczorem i pewnie spotka Miguela dopiero w pracy.

Aaa…kolacja! Prawie, że Polska. Olej, kiełbasa i trochę fasoli. Wyszło bardzo swojsko, tylko brakowało cebuli :)

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jgfLpEMFHVk

PS. Specjalnie dla Adama, toaleta publiczna po Chińsku. Ciekawostka: dziury mają zamykane drzwi, toaleta siedząca nie ma drzwi w ogóle.

Piątek, piątek, weekendu początek

Dzisiejsza owsianka zasłużyła na zdjęcie bo została wzbogacona o miód! Smaku nie zmieniło, ale co tam, jest miód to trzeba korzystać.

Takie dziwne stworzenie przywitało mnie w szkole, a jako gratis dorzucam zdjęcia stołów do ping-ponga. Zajęcia poszły szybko i sprawnie :)

To pora ruszać biegać, jeszcze przed wyjściem zobaczyłem, że dziwactwa budowlane i ‘w dupie mam bhp’ to nie tylko Polskie podejście.

Dwa kilometry dalej poczułem się jak w domu. Węgiel :) Nie mój, Śląski, ale czarne złoto wszędzie świeci tak samo. A parę metrów dalej poczułem się znowu jak w domu i zrobiło mi się miękko. Bo oto owczarek niemiecki. Aki na niego nawet by nie zwróciła uwagi bo taki jakiś wychudzony, ale też skory do zabawy.

Kukurydziany sezon jest w pełni bo rozsypują kukurydzę wszędzie, na drodze, na placach zabaw, na chodnikach, ciężko jest się przemieszczać. Czuć, po prostu czuć, że to od zawsze był teren rolniczy i dopiero od kilkunastu/dziesięciu lat to wszystko się zmienia. .

Po lewej stronie skrzyżowania – pustostany. Po prawej stronie – w większości pustostany.

Teraz patrząc na zdjęcia z satelity widzę, że są one bardzo stare i jak wiele się tutaj zmieniło przez te kilka lat. Tyle pól zniszczonych, tyle budynków postawionych. Wszystko w imię rozwoju Jiawang. Ciekawe jak tu będzie za lat kilkanaście. Bo pieniądze jakie tu są pompowane małe nie są. I dobrze, bo jak widać, tereny są przepiękne, a ludzie bardzo sympatyczni.

Co było widać chociażby w porze lunchu, gdy pojawiłem się jako jeden z pierwszych i Pani w stołówce po nałożeniu mi dwóch rzeczy chciała mi już podać tackę a ja twardo walczyłem o jeszcze i jeszcze! I wywalczyłem sobie paski czegoś co smakuje ziemniakowato, tofu, sałatę, paprykę, kiełki i coś co nie było mięsem. No i bułeczka. Standardowa cena w jedynce – 4 RMB. Wszyscy się patrzyli jak jadłem, nawet kucharz przyszedł, więc go pochwaliłem. Bo było za co. Niby stołówkowe żarcie, niby uczniowie narzekają, że drogo i niesmacznie, ale mi smakuje.

A jeszcze przed lunchem podszedł do mnie jeden z nauczycieli i zapytał się dlaczego na jednym z budynków jest napis ‘Let’s get ready to rumble’ i co on oznacza. To mu wyjaśniłem, że to hasło które jest wygłaszane przede wszystkim przed walkami różnej maści i w gruncie rzeczy oznacza, że należy się do tej jatki przygotować. To się zapytał dlaczego to jest w szkole, odrzekłem, że nie wiem, zaczął się śmiać, że kto ma wiedzieć skoro nie ja. A potem powiedział, że skoro to mówią przed walkami to tego być nie powinno.  Na tym dyskusja się zakończyła i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Vicki powiedziała mi, że o to samo pytał się ją wczoraj.

Po lunchu, dorzuciłem sobie jeszcze dwie bułki z tą zieleniną, podjechałem pod budynek pod blokiem, przed którym ludzie tańczą co rano, bo widziałem że coś tam się dzisiaj dzieje. Nie myliłem się, trafiłem na jakąś wystawę/konkurs bonsai/kamieni/korzeni, no każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie, zwłaszcza że niektóre przedmioty/drzewa były świetne. Niektóre drzewka były mocno średnie, ale to pewnie tylko lokalny konkurs, więc poziom nie mógł być bardzo wysoki. Jedna z sędzin zaczęła ze mną rozmawiać po angielsku, pytała skąd jestem, a nawet skąd konkretnie w Polsce…oczywiście Katowice nic nikomu nie powiedziały, w każdym razie wyjaśniłem, że jestem nauczycielem angielskiego i jako jedyny biały w okolicy zostałem poproszony do udzielenia wywiadu. Telewizji. Tak, mamy w Jiawang własną telewizję. Wywiadu w sieci jeszcze nie ma, ale Xu (reporterka) obiecała że mi powie jak będzie. Jakby ktoś był niecierpliwy może sobie klikać F5 na stronie – http://www.cnjww.com/ i może w końcu trafi na wywiad ze mną.

Standardowo zostałem poproszony o pozowanie do zdjęć. Strasznie dużo chińczyków ma iPhone’y. Naprawdę strasznie dużo.

A potem zrobiłem zdjęcia rybkom pływającym pod budynkiem. I ponownie trafiłem na rudzielca pod blokiem. Koty w Chinach też reagują na kici kici i także są niemile widziane w stołówkach.

Jak pokazuje trzystapiątka do domu mam niecałe 7700 kilometrów, więc dobiec nie dobiegnę, ale może na rowerze…;)

W akademikach na balkonach wiszą ubrania.

A w stołówce na kolację: ziemniak, tofu, coś co smakuje jak ziemniak, mięso z czymś co przypomina wodorosty, oraz…owsianka z fasolą! Pyycha! Ponownie jedynka i tym razem 5 RMB, bo wziąłem owsiankę.

Na koniec zasłużone piwo. Piwo…2,5% więc w Polsce – bezalkoholowe.

Dzisiejsza trasa biegowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/rVkdgJcSG9A

I chociaż biegłem rano to tętno było paskudne. Średnie tempo niby nie jest wysokie, ale trzystapiątka rzadko kiedy pokazywała mniej niż 150. Za to prędkość przyzwoita i co najważniejsze – czułem się bardzo dobrze.

Wierszyk

tóu shàng hóng guān bú yòng cái
头上红冠不用裁,
mǎn shēn xuĕ bái zŏu jiāng lái
满身雪白走将来。
píng shēng bù gǎn qīng yán yǔ
平生不敢轻言语,
yí jiào qiān mén wàn hù kāi
一叫千门万户开。

A Picture of the Rooster

A crimson comb untrimmed on the head,
All in white, a rooster walks nearby.
In his life seldom a single sound he’s made,
But thousands of doors soon open to his cry.

http://www.china.org.cn/learning_chinese/ancient_poems/2011-07/21/content_23037471.htm – mi nie działa, ale może komuś.

A dlaczego kogut? Bo Chiny wyglądają na mapie jak kogut. Chociaż Lidia mówi, żeby tym się nie przejmować bo kiedyś mówili, że wyglądają jak świnia. Kogut to dobry znak.

Adam, tę szkołę założono pod koniec Drugiej Wojny Światowej, pewnie budynki zmieniano, ale  widać gołym okiem, że budynki uczniowskie są starsze od budynku nauczycielskiego. Ja jestem ogromnym zwolennikiem kucania. Brak zaparć, hemoroidów, że o raku jelit nie wspomnę. Sedes jest o wiele wygodniejszy to prawda, ale jednak ta wygoda słono kosztuje.

Czwartki są niesamowicie leniwe jak dla mnie. Dwa zajęcia, oddzielone ogromną dwugodzinną przerwą i to wszystko przed lunchem. No żyć nie umierać. Także dzisiaj wsiadam na rower i jadę przed siebie.

Na śniadanie do owsianki suszone daktyle. Lidia mówi, że muszę się z nią wybrać na poranne nudle do restauracji pod domem bo są tanie, dobre i sycące. No to trzeba będzie kiedyś spróbować, może w niedzielę?

Kilka zdjęć z książki i zeszytu do angielskiego z zaznaczonymi błędami.

A na lunch poszedłem do 1, gdzie tofu, tofu, kiełki, kiełki i tofu, oraz bułka wyszły mnie 4 RMB. No to chyba polubię 1 :) Postanowiłem to dobić bułeczką z czymś co wyglądało jak szpinak za 0,5 RMB.

Dokulałem się dzisiaj do fabryki. Jeszcze daleka droga przede mną. W końcu chcę się dokulać do rzeki. A potem do tego ogromnego jeziora.

Na kolację wróciłem do szkoły. Gdzie przypadkiem trafiłem na Wendy (na którą przypadkiem trafiłem po lunchu i dostałem cukierki), która ma urodziny w przyszłą sobotę i zastanawiam się czy by jej czegoś nie sprezentować, a raczej co by jej tu sprezentować. A zjadłem ryż z tofu i kulkami mięsnymi, oraz warzywka. Ryż na kolację to niby kiepski pomysł przy braku ryżu na obiad, więc postanowiłem jeszcze pokręcić się trochę po mieście i porobić zdjęcia,

Na zdjęciach nie widać tego najlepiej, ale znalazłem grupę tańczących kobiet w Jiawang. Czyli tańczą nie tylko w Xuzhou. Taki wieczorny darmowy fitness to super sprawa.

Znalazłem również kolejny sklep, pierwszy w którym widziałem żelazka i postanowiłem pokazać te kilkulitrowe plastikowe baniaki z alkoholem. Oraz te ładniejsze butelki z alkoholem. Jak widać taki baniaczek kosztuje ~25 RMB, czyli jakieś 13-14 złotych…Przy takich cenach alkoholu w Polsce…no to chyba każdy sobie może sam wyobrazić.

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/oGv-as3gKhk

Vicki jutro ma moje popołudniowe zajęcia, więc przed lunchem idę biegać, a potem się byczę.

W sobotę pewnie pojedziemy do Xuzhou, znaczy ja i Vicki. Lidia rusza tam już jutro, bo chce to miasto odkryć na nowo. A raczej jedzie do znajomego i razem będą odkrywać  ;)

Poniedziałek

Gdy w kwietniu pierdzielnął mnie samochód i straciłem przytomność leżałem sobie i czułem się jak na chmurce, zacząłem otwierać oczy i pierwsze co ujrzałem to światło, a zaraz potem zobaczyłem uśmiechniętego starszego pana z białą brodą i długimi białymi włosami. W dodatku mówił ‘Nic się nie martw, wszystko jest w porządku.’ Tak…i ten widok moi drodzy nie był tak przerażający jak to co dzisiaj zmroziło mi krew w żyłach. Zdjęcia pokazują to najlepiej. I tak gwoli wyjaśnień: nie ma mojego roweru. Na szczęście ktoś go tylko przestawił. Na szczęście.

Specjalnie dla ASC…nie mam pojęcia :) Za wcześnie chyba żebym poznał ich tak dokładnie. Jeszcze odnośnie tych ubikacji, znajomy z Szanghaju mówi, że i tam i w Pekinie i w innych większych miastach jest dużo lepiej. Mają diametralnie inne podejście do higieny to nie ulega wątpliwości. Zawsze po meczu w kosza ja się przebieram, a oni w tych samych przepoconych ubraniach wracają do szkoły, a przecież mogą spokojnie się przebrać. To mnie bardzo uderzyło. Chociaż kurczę, jak miałem 14 lat też było mi wszystko jedno ;)
Poza tym, to nie jest tak, że dzieciaki nie wiedzą że jest brudno. One wiedzą bo mnie się pytają co myślę o tym i same mówią, że jest brudno. Poza tym ubikacje nauczycieli wyglądają zupełnie inaczej. Są czyściutkie.

Inna sprawa to coś na co zwróciła mi uwagę Vicki wczoraj. Strasznie dużo kobiet nosi ubrania ewidentnie nie pasujące do sytuacji. Typu eleganckie sukienki gdy idą do sklepu. I to takie naprawdę eleganckie.

Odnośnie zajęć ze sztuki – jak najbardziej mają coś takiego, wiersze oczywiście też czytają i teraz mnie naszło żeby zapytać czy też muszą mówić ‘co autor miał na myśli?’.

Także jeszcze się do tego odniosę, tylko musisz być cierpliwy :)

A teraz tak…na lunch poszedłem do stołówki i myślałem, że miska ryżu to znowu za mało, ale dwie to zdecydowanie za dużo, więc pora wrócić do jedzenia na tacy. W końcu jedzenie nie powinno się marnować. A było bardzo dobre.

Po lunchu okazało się, że jestem 20 minut spóźniony. Bo od dzisiaj zajęcia po lunchu zaczynają się 20 minut wcześniej. Jakoś nikt nie pomyślał by mnie o tym uprzedzić. Bywa…

Po zajęciach poszedłem pobiegać. Postanowiłem wziąć się za trening. Na razie taki delikatny. Jeden akcent w tygodniu i dwa spokojne. Czyli w poniedziałek na speedzie a reszta tygodnia spokojnie. Chociaż to jeszcze wyjdzie w praniu. Brakowało mi trochę tych interwałów. Znaczy biegło się okropnie ciężko przez te półtorej miski ryżu (no tak, nie biegam już tyle, więc ciało nie potrzebuje) i w dupę dałem sobie strasznie, ale brakowało mi tego. Mam ogromny problem wytrzymać tutaj dłużej niż godzinę. Udało mi się za to wbiec dzisiaj na bieżnię szkolną. Co prawda w czasie zajęć z WF-u, ale nauczyciel nie miał nic przeciwko, więc sobie nakręciłem kilka kółek. Jeden z uczniów, kurczę pamiętam go bo kiedyś już rozmawialiśmy, zaczął biec ze mną gdy robiłem szybszą część i spokojnie ze mną rozmawiał i powiedział coś o czym w sumie każdy z nas wie, ale o czym czasem zapominamy (przynajmniej ja), że bieganie to sport który zmienia coś w naszych sercach. I więcej mówić nie trzeba :) Przy drugim kółku powiedziałem mu jeszcze, że maraton, bieganie w ogóle, jest w głowie, sercu, a nie w mięśniach, że to właśnie głowa jest najważniejsza. Podziękował za rozmowę i poszedł odpoczywać. A zaraz reszta uczniów chciała trochę porozmawiać, popytać się skąd jestem, ale nikt nie chciał się ścigać. A bieganie po bieżni jest takie przyjemne. Zupełnie inaczej niż po tym nieszczęsnym asfalcie, betonie i kostce. Takich czasów to nawet w domu nie kręciłem gdy byłem w formie, więc miejsce do treningów szybkościowych mam wymarzone. ~2 kilometry od domu, w sam raz na rozgrzewkę i schłodzenie. Lepiej się po prostu nie da.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/oncDwY22P-g