W głowie gra cygańska orkiestra

Tak zawsze dziadek mówił gdy już robiło mu się miło i przyjemnie. Także teraz i ja tak napiszę. Bo, zaczynając znowu od końca (co sprawia, że mój blog wkracza w fazę postmodernizmu), byłem na kolacji u Ruby (nauczycielki klas drugich). A że poszliśmy tam z Lidią po raz pierwszy trzeba było przynieść jakiś prezent. Lidia zakupiła klocki dla córeczki, a ja kupiłem mleko, dla córeczki. Mleko. Jak usłyszałem od Lidii, że dobrym prezentem będzie mleko to nie mogłem się powstrzymać i go nie kupić. Wyobrażacie sobie w Polsce iść do kogoś w odwiedziny i kupić mu mleko? Właściwie to pamiętam taką historię z przed dobrych paru lat gdy poprosiłem znajomego odwiedzającego mnie po raz pierwszy by przyniósł mleko. Oczywiście żartowałem, bo mleko? No poważnie, mleko? A on przyniósł. I teraz to się powtórzyło. Mleko. Do teraz nie mogę wyjść z podziwu.

Zdjęć w mieszkaniu Ruby nie robiłem, ale powiem uczciwie – Chińczycy mają zupełnie inne podejście do tematu porządku i czystości niż my. Babcia moja by się tutaj nie odnalazła. Mogę zrozumieć, że mają trzyletnie dziecko, ale wszystkie jej rzeczy były wszędzie :) Wyglądało to z jednej strony uroczo jak w młodym (no kurczę pieczone przecież Ruby jest raptem dwa lata starsza ode mnie) małżeństwie, a z drugiej trochę przerażająco że zaprosili kogoś na kolację i mają taki nieład. Zupełnie inna kultura, ale dzięki temu czułem się bardzo swojsko. Nie ma takiego uczucia sztuczności i wrażenia, że to muzeum.

No i sobie pojadłem zdrowo, nawet dwa pierogi zjadłem. Rany, a miałem się nie objadać na kolację. Nawet tofu kupiłem. Do tytułu! Mąż Ruby jest nauczycielem geografii i Ruby się zapytała czy bym się nie napił wina. No to czemu nie. ‘Wina’. Oni na ten swój destylat mówią ‘wino’. Destylat smakowy o mocy 45%. No i Pan Mąż nalał do kielonków. Tak spojrzałem na to i pomyślałem ‘w końcu jakieś Polskie kielonki’ bo to akurat były setki. No to jak nalał, wykonaliśmy ten Chiński gest oznaczający szacunek przy piciu i siup. No to siupłem. Lidia, Ruby i Pan Mąż zrobili Wielkie Oczy. Naprawdę Wielkie Oczy. Ja za bardzo nie rozumiem o co chodzi, ale Lidia już przychodzi z ratunkiem i mówi ‘tego się nie pije na raz, a Pan Mąż jest pod wielkim wrażeniem’. Spojrzałem na jego kielonek i faktycznie był w połowie pełny. Zrobiło mi się głupio. Lidia wyjaśniała, że to część mojej kultury, a ja spuściłem głowę i przyznałem, że z tej części mojej kultury nie jestem dumny. Oj nie jestem. Wychyliliśmy jeszcze kilka kielonków, ale już na spokojnie. Nawet bruderszafta wypiliśmy.

Lekcja kulturowa#1 W Chinach naszego bruderszafta pija się na ślubach i robią to tylko małżonkowie. Co więcej, naszego bruderszafta pijają w ogóle tylko kochankowie.

Ruby się śmiała i powiedziała, że nie jest zazdrosna. Pan Mąż Geograf, jak na geografa przystało powiedział, że bardzo lubi poznawać inne kultury, a ja się prawie ze wstydu schowałem pod stół.

A teraz na początek (no postmodernizm jak się patrzy). Dzień zacząłem od sprawdzenia wiadomości, bo chciałem kupić świeczkę, albo chociaż kadzidełko by tak symbolicznie zapalić w ten dzień, a pytałem się Lidii czy wie gdzie mogę coś takiego kupić. Nie wiedziała, pytała ludzi i nikt też nie wiedział. Kulnąłem się do sklepu i nic. Nie ma. Ani świeczek ani kadzidełek. No nic. Trudno. Tak jest, nic na to nie poradzę i muszę się z tym pogodzić, nie będę przecież do Xuzhou do Carrefoura jechał szukać świeczek.

Dzisiaj zdjęcie stołówkowego lunchu, który wyszedł mnie 7 RMB. 4 za to co zawsze i 3 za dwa plastry żeberkowanego tofu.  Szukając świeczek kupiłem mydło. Jak na białego w Chinach postanowiłem kupić mydło wybielające. W końcu wszyscy boją się, że wrócę żółty, także nie bójcie się moi drodzy, mydło z dodatkiem papai sprawi, że będę bielszy niż przed wylotem.

Ten sympatyczny Pan przy stoisku China Mobile palił. Tak, palił w miejscu publicznym w dodatku w sklepie i nie dość, że nikt mu nie zabronił to nawet nikt mu nie zwrócił uwagi. To mi uświadomiło, że w Polsce posunęliśmy się naprawdę daleko jeżeli chodzi o palenie w miejscach publicznych, a ciągle nam mało.

A te dzieciaki chodzą do szkoły, którą mijam w drodze do sklepu i pytały się jak mam na imię. Niestety same przedstawić się nie potrafiły, za to zdjęcia chętnie pozwały.

Tak jak pisałem wczoraj kupiłem sobie tofu. 16 RMB za kilo, ale jest już przyprawione, więc wystarczy tylko ugotować. Chociaż na zimno też jest dobre. Przecież musiałem skosztować :) Tak mi brakuje kawy, że kupiłem tę Moche. Ale ech, koło kawy to ona nawet s klepie nie stała. U Ruby natomiast powiedziałem, że wolałbym herbatę (chociaż powinienem zgodzić się na to co proponują gospodarze, czyli kawę z cukrem i mlekiem) i zaczęło się poszukiwanie herbaty (chciałem im kupić herbatę, ale Lidia powiedziała że skoro Ruby dała mi herbatę to lepiej żebym jej nie kupował i miała rację). No i znaleźli. Bardzo dobra herbata.

I trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/id9srGIMXss

Rozmawialiśmy trochę o tym jak wygląda edukacja w Polsce i w Chinach. No i oczywiście nie obyło się bez tej nauczycielki z przedszkola trzymającej dziecko za uszy (parę tygodni temu był taki przypadek, że przedszkolanka robiła zdjęcia gdy trzymała dziecko za uszy za karę, i to trzymała w sensie podniosła na wysokość kilku centymetrów, zostawiała butelki po piwie w Sali, zaklejała dzieciom usta taśmą i kazała im klęczeć za karę), a ja to zripostowałem uczniami wkładającymi nauczycielowi kosz na śmieci na głowę i powiedziałem, że do tego prowadzi wolność w kraju. Tak po prawdzie to ja nie wiem czy ja wolę taką wolność. Tutaj na ADHD cierpi podobno 5% uczniów, ale u mnie w klasach nie ma nikogo nadpobudliwego, a przecież w Polsce to była plaga. Tutaj uczniowie są do rany przyłóż. I lubią mnie. Nawet chłopacy pisali w ankietach że jestem przystojny.

A na dobranoc, lub śróddzienne pobudzenie historyjka. Wchodzimy z Lidią do sklepu z plecakami i ona jak zawsze chce odłożyć plecak do schowka i mówi, żebym ja też odłożył. A ja jej na to, że jesteśmy w naszym osiedlowym sklepie. Sklepie w którym wszyscy mnie znają i wszystkie kasjerki się do mnie uśmiechają, oraz nikt nigdy nie mówił mi żebym zostawił plecak. W żadnym sklepie (oprócz tego szkolnego) nikt mi czegoś takiego nie powiedział. A Lidia stwierdziła, że to niesprawiedliwe i że mnie nienawidzi. No cóż. Nie takie niesprawiedliwe bo Miguelowi kazali plecak schować :) Oj a jego dzisiaj też uszły piekły bo oberwało mu się i od Lidii i ode mnie gdy Ruby o niego spytała. Teraz się z tego śmiejemy, ale parę tygodni temu do śmiechu to nam nie było.

Mamo, wiem jak dziadek mówił, ale chciałem to ugrzecznić :)

Poranny trening

Budzik zadzwonił o 605. A od piątej tylko się wierciłem i czekałem, czekałem, bo adrenalina nie pozwalała mi już spać. Umyłem się, przebrałem, zjadłem banana i poszedłem. Garmin pokazuje, że ruszyłem o 621. No to się nie obijałem. Co ciekawe, tak jak normalnie w czasie porannych biegów ‘na głodniaka’ umierałem, tak dzisiaj nie miałem żadnych problemów, żadnych kryzysów, słowem – super. Tylko zimno. Nawet bardzo zimno gdy wiał wiatr. Niby 10 stopni, ale to takie jesienne 10, czyli mniej, dużo mniej. Minąłem kilku Chińskich biegaczy i z wszystkimi witałem się podnosząc  rękę. Większość też podnosiła. Jeżeli biegasz jesteś biegaczem, niezależnie od tego gdzie jesteś. Od razu jakoś tak przyjemniej się na sercu robi. Tak wcześnie rano Jiawang jeszcze śpi, sklepy pozamykane, szkoły pozamykane , ludzi na ulicach jak na lekarstwo, mobilnych sklepów z jedzeniem mało, ale już były, za to stacjonarne sklepy przygotowywały się na pierwszą falę klientów. Piece nagrzane, pierożki przygotowane i odstawione do podgrzewania. Aż chciałoby się zatrzymać przy takim piecu i wsunąć parę pierożków, ale nie ma tak dobrze. Pokrążyłem trochę, zmieniłem trasę i zakończyłem Danielsowym 10 trudnych kroków, 10 łatwych kroków, trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/kkgCH6TGktw

Z dzisiejszych gazetowych ciekawostek – seria alkoholi promowana przez Jacki’ego Chana.

Ze szkolnych ciekawostek, jak widać na zdjęciach, dziewczyna z kocimi uszami na opasce. Jak się wkrótce nie wybiorę do fryzjera to sam będę musiał sobie taką kupić. Tylko może jednak nie z kocimi uszami.

Lunch to zestaw tofu z jajkiem. Za 3.3 RMB w jedynce. Wygląda to okropnie, ale jest bardzo dobre. Chociaż prawdę mówiąc, nie ma znaczenia które tofu się wybierze, wszystkie są wygotowane w tym samym ostrym sosie.

Widok z okna gabinetu nie kłamie. Robota wre. Wkrótce postawią obok szkoły kolejne apartamentowce. Ciekawe co postawią na tym małym polu przed szkołą. Na osiedle jest tam za mało miejsca, ale tutaj żadna przestrzeń się nie może zmarnować, także na pewno jakoś ją wykorzystają.

Budynek szkolny w porze lunchu wygląda jakby był całkowicie opuszczony. Po korytarzach przemykają się jedynie nauczyciele i niedobitki uczniów.

Słońce zza krat. Chociaż dla uczniów tak źle to nie wygląda. W klasach krat nie ma.

Na kolację podobny zestaw jak na lunch, tym razem 3.8 RMB bo wziąłem jeszcze coś. Smakowało jak na lunch. I tak mnie wzięło na tofu, że zakupiłem dziś przyprawy, bób (nie to żeby mi się kończył, ale bobu nigdy za wiele) i w weekend ruszę kupić tofu, które następnie spróbuję sam przyrządzić.

Kulnąłem się jeszcze raz do sklepu i zakupiłem sobie napój o smaku czarnego sezamu. Nie na darmo dorzucili łyżeczkę bo trzeba się było zdrowo namachać, ale w smaku był całkiem niezły.

A teraz tak bardziej życiowo. Z samego rana dostałem smsa od Lidii, że jej siostra musi iść do szpitala, a nie ma się kto nią zająć. No to od razu zadzwoniłem i zapytałem czy może do niej jechać. A ona, że nie bo przecież musi w szkole zlecić wydrukowanie ćwiczeń na jutro dla mnie. Tak, ćwiczenia to kwestia priorytetowa. Powiedziałem jej żeby sobie nie zaprzątała głowy pierdołami i pojechała do siostry. Po południu obie czuły się już lepiej i Lidia wróci wieczorem.

Jutro czeka mnie maraton. Od 750 do 1725. Trzymajcie kciuki.

Zakupy

Na dzisiaj zaplanowałem kupić buty na zimę. Ruszyłem więc w przerwie na lunch do bankomatu. Po raz pierwszy! Nie dlatego, że nie miałem już pieniędzy co to to nie. Z 2600 RMB z którymi przyjechałem do Jiawang zostało mi jeszcze ponad 500. Ot owoce jedzenia w szkole. Stwierdziłem jednak, że na zakupy warto wyciągnąć gotówkę (wypadałoby też w końcu sprawdzić jak tu wyglądają bankomaty, oraz ich obsługa). No i po lunchu pokulałem się do najbliższej siedziby ICBC. Podszedłem do bankomatu, kliknąłem English, wpisałem kod (miałem pewne obawy bo klawiatura jest pod takim plastikiem i nie widać własnych palców – swoją drogą fajny patent) i wyciągnąłem pieniądze, oraz poprosiłem o wydruk, a po chwili dostałem smsa, z informacją że tego i tego dnia z takiego i takiego bankomatu pobrano kwotę w wysokości takiej i takiej. No tak, w końcu mam VIPowskie konto w banku.

I ruszyłem na łowy. Najpierw kulnąłem się do sklepu z ubraniami wojskowymi. I od razu znalazłem takie buty jakie chciałem. Czyli wysokie i ciepłe. Nie ma w moim rozmiarze. No to może wysokie i ciepłe, ale inne? Jasne! Super buty w środku wyściełane futerkiem, miękka wkładka, tylko…nie w moim rozmiarze. No to może niskie i ciepłe? Nie ma problemu! No super, jeszcze więcej futra i naprawdę cieplutkie…za małe. No dobrze, a ma Pan coś w moim rozmiarze? Wysokie i nieciepłe? Przymierzmy. No okej, jest plan awaryjny bo są nawet trochę za duże więc można wejść w grubych skarpetach. Drugi sklep. Cokolwiek w moim rozmiarze? Eee…co? To dziękuję…no i pokulałem się do jeszcze jednego, takiego ze sprzętem typowo turystycznym i co? Same niskie. Nie no, przecież nie kupię niskich na zimę. Wróciłem i kupiłem te wysokie nieciepłe. W Polsce mógłbym bardziej powybrzydzać i poszlajać się po sklepach, tutaj musiałbym jechać do Xuzhou, a prawdę mówiąc nie chcę tracić pół dnia tylko po to by kupić buty. Jeżeli mogę sobie poradzić mając te to po co tracić cenny czas?
A potem ruszyłem kupić kaszkiet. No właśnie. Kaszkiet. Od paru lat w okresie jesieni i wiosny noszę kaszkiet. Moje zatoki są mi za to bardzo wdzięczne. Na szczęście zakup kaszkietu to nie jest zakup butów, więc podjechałem do pierwszej Pani na Ulicy Handlowej, przymierzyłem dwa, z których jeden był cienki, a drugi grubszy z dodatkowym wyciąganym materiałem zakrywającym uszy. Wziąłem ten drugi i po pewnych problemach zapłaciłem. Problemach bo cena na kaszkiecie była inna od ceny jaką podała Pani. Inna znaczy wyższa na kaszkiecie. No i dobrze. Wyposażony w kaszkiet i buty mogłem ruszać do szkoły. Tylko że…wypadałoby też mieć w końcu jakieś dłuższe spodnie do chodzenia po domu. Jak pierdzielnie minusem to szorty na nic się nie zdadzą, a getry do biegania służą do biegania, nie do chodzenia po domu. No to co? Pora uderzyć do chińskiego odpowiednika Nike, czyli Li Ning. No i uderzyłem. Zobaczyłem cenę, spojrzałem do portfela i odbiłem się jak od ściany. Dziękuję, za tyle kupię oryginalne Nike jak będę miał ochotę. A nie mam, bo na cholerę mi oryginalne…

No ale pora wracać do szkoły. Zadzwoniła Jeniffer. Po raz kolejny. Bo pierwszych kilka razy byłem w trakcie zajęć i nie mogliśmy rozmawiać. Tak jak już się wszyscy domyślali, bo przecież rozmawiałem z Lidią z dyrektorem na ten temat, nie będzie drugiego nauczyciela. Za to ja dostanę podwyżkę. No fajnie. W sumie to w umowie mam zapisane 25 godzin zajęć, nie 14 i na to byłem przygotowany. Wakacje się skończyły, pora pracować  :) I ta myśl przyświeca mi gdy nastawiam budzik na 605 by z samego rana pójść pobiegać jeszcze przed zajęciami. Wtorek-piątek-niedziela. Inaczej się tego ułożyć nie da. Nie ma lekko.

Siódma lekcja została skrócona o dziesięć minut. Dlaczego? Dyrektor miał pogadankę. Na jaki temat? Gdy Lidia mi to powiedziała, ścięło mnie to z nóg. Jeden z uczniów, którego Lidia zna bo pomagała w jego klasie rok temu, przyszedł do klasy pijany. Nie skończyło się jednak na tym, że przyszedł pijany i sobie usiadł w kąciku i nikomu nie przeszkadzał. O nie, zaczął pyskować nauczycielowi, ten go wyczuł i…na tym skończyła się historia tego ucznia w szkole. Całkowicie. A Lidia mówi, że to dobry chłopak. Hmm…miałem takiego znajomego w ogólniaku, który dla jaj poszedł na zajęcia do innej klasy podszył się pod nieobecnego ucznia, pożartował sobie i gdyby nie ksiądz, który się za nim wstawił, to wyleciałby ze szkoły. A ksiądz za nim wstawiać się nie musiał, po prostu chciał chłopakowi pomóc, powiedział że bierze go na siebie i dyrekcja się ugięła. Chłopak dzięki temu skończył ogólniak, siedzi teraz gdzieś w siedemnastym województwie i życie mu się ułożyło. Mam nadzieję, że i jemu się ułoży. Lidia powiedziała, że będzie jego rodzinę to sporo kosztować, ale powinni go przyjąć do innej szkoły.
Tak oto idealny obraz chińskich uczniów przestał być idealny. Pierwsza skaza, fala na tafli idealnie spokojnego jeziora i tak dalej. Tylko ciekawe co się stało, bo przecież nie przyszedł pijany bo tak mu się podobało. Rzadko kiedy takie sprawy są czarno białe. Zostawmy jednak ten temat bo nic z nim nie poradzimy.

Po samotnej kolacji ruszyłem do innego sklepu. W starej części Jiawang. Tańszy od tych w nowej części (takie mam wrażenie) i posiadający w asortymencie  takie spodnie jakich mi potrzeba. Nawet mają łyżwę i napis Nike…I dostałem na nie zniżkę. Grunt że są wygodne. W rozmiarze XXXL.

Bieganie we mgle

No i nadeszło to jutro z ‘jutro pójdę biegać’. Poszedłem. Pierwszy raz biegałem od początku bez okularów (raz już biegałem bez okularów na bieżni). Zostawiłem nawet komórkę w domu. Do kieszeni zapakowałem jedynie klucze i aparat (z umierającymi bateriami). I biegłem. Jak zawsze po takiej długiej przerwie zacząłem za szybko. Pierwszy kilometr zrobiłem w 5:03, czyli zdecydowanie za szybko. Potem stopniowo zwalniałem i średnia z całego biegu wyszła w okolicach 5:35, czyli w granicach przyzwoitości pochorobowej. Takie tempo byłoby dla mnie spacerkiem w Polsce. A tutaj? Sam nie wiem czemu tutaj mam takie wysokie tętno, czemu pocę się jak ruda mysz, czemu łapie mnie kolka. To wszystko nie powinno mieć miejsca. A jednak ma i nic z tym nie potrafię zrobić. Co gorsza, jeżeli zastępca Miguela się nie pojawi to czekają mnie bardzo trudne wtorki. Za to piątki i niedziele będą na 100% biegowe.

Bieganie we mgle, po deszczu, jest inne od biegania bez mgły. Jest owiane szalem tajemnicy, sprawia wrażenie jakby rzeczywistość starała się jednocześnie coś ukryć i odkryć. We mgle jesteśmy jak dzieci stawiające pierwsze kroki. My też odkrywamy zupełnie nową rzeczywistość. Czasem jednak zamiast duchowego odprężenia pojawia się jadący z naprzeciwka samochód. No i co wtedy? Ano pora zrobić skok w bok i uniknąć zderzenia. Na szczęście w Chinach samochody nie jeżdżą. One się wloką. No i są głośne. Bardzo głośne. Chińczycy czerpią prawdziwą przyjemność z używania klaksonu.

Jest także inne skojarzenie które pojawia się za każdym razem gdy biegam w deszczu. Znajduję się wtedy w pewnym miasteczku do którego przywiódł mnie list od żony, która nie żyje od kilku lat…Na szczęście po biegu dalej jestem w pełni władz umysłowych i rzeczywistość, chociaż moja, jest jednak współdzielona z innymi ludźmi. Jestem spaczony podwójnie.

Wróciłem z tej swojej przebieżki, umyłem się, wskoczyłem w suche ciuchy i już wiem, że nie mam co robić na placu zabaw zmęczony po biegu.  I teraz tak myślę, że zamiast biegać we wtorki w czasie przerwy na lunch mogę biegać z samego rana. Tak jak robiłem to w Polsce. Zobaczę w najbliższy wtorek.

Przygotowałem zajęcia na przyszły tydzień. Będzie coś o Halloween, więc dzieciaki powinny być zadowolone.

A potem ruszyłem na zakupy. Pomarańcze, gruszki, miód i na kolację kiełbasa, pochodna ketchupu i jajka (ale żeby gołębie były takie nakrapiane? Pamiętam że były białe). No i wyszło nieźle. Naprawdę nieźle. Co prawda kiełbasa miała smakować czosnkiem, ale to chyba jakiś chiński chwyt reklamowy. Była naprawdę dobra. Tylko te jajka…Już nawet skorupkę i nie obieralność mogę zrozumieć, ale przechowywanie jajek ot tak na półkach to dla mnie coś dziwnego.

Mgła opadła. Jiawang nie jest już zakryte szalem prywatności. Ponownie można patrzeć sąsiadom w okna. Ponownie jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek tajemnic.

Dzwonili uczniowie. Jesteśmy umówieni na 830 pod szkołą. Muszę naładować baterie do aparatu bo się wykończyły bidulki.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/j03MBvGIFfo

Deszcz

Deszcz w Jiawang pachnie jakoś inaczej. Nie ma tego zapachu mówiącego, że deszcz nadejdzie, ani tego mówiącego że odszedł. A po deszczu nie ma tego uczucia czystości. Nie ma się wrażenia że woda zabrała ze sobą cały bród i świat narodził się na nowo. Jest tylko wilgoć. A może to tylko ja i mój wymęczony umysł? Przekonam się przy kolejnym deszczu.

Jestem spaczony i to spaczony na wieki. Gdy tylko uczniowie mówią ‘It’s raining’, w myślach pytam ‘Is he crying?’, a usta mówią coś innego. O tym czemu nie lubią deszczu, albo czy zabrali parasol. Ale w gruncie rzeczy cieszy mnie to spaczenie.

Dzisiaj już konkretnie padam na pysk. Cieszyłem się jak małe dziecko gdy Lidia zadzwoniła i powiedziała, że ostatnich zajęć nie mam i że zostaną przesunięte na poniedziałek. To oznacza siedem godzin w poniedziałek, czyli prawdopodobnie umrę, ale to dopiero w poniedziałek. Na razie jeszcze jest piątek.

Pierwsza godzina po lunchu to była kompletna, ale to kompletna masakra. Takiego braku energii nie miałem już od dawna. No ale co zrobić, trzeba jakoś się przemęczyć. No i przemęczyliśmy się z dzieciakami przez te nieszczęsne zadania, ale w przyszłym tygodniu helułin i zrobimy sobie coś ciekawszego.

Przed ostatnimi zajęciami podeszła do mnie dziewczyna z klasy drugiej (w sensie klasy, nie grupy) i zapytała czy nie poszedłbym sobie z nią i znajomymi na przechadzkę po górach w niedzielę. No w sumie czemu nie. Do tej pory uprawiałem tutaj samotne przechadzki, więc najwyższa pora na coś grupowego. Lidia na weekend (na pewno na sobotę, a skoro na sobotę to pewnie i na niedzielę) jedzie do znajomych do Xuzhou, więc co ja będę sam tu robił? Zajęcia mam częściowo przygotowane, dokończę jutro i posprzątam, więc w niedzielny poranek można sobie pochodzić po górkach. Górkach, bo gór tutaj nie ma.

Ciekawostka sklepowa: pasta Colgate jest tutaj tańsza od past chińskich. No tak, bo skończyła mi się pasta do zębów i trzeba było się zaopatrzyć.

I na tym zakończmy, bo nie ma dzisiaj potrzeby stawiania Was przed kolejną ścianą tekstu o niczym.

Czwartek

Z ciekawostek szkolnych. Na zajęcia do klasy 10 przykuały się dwie nowe nauczycielki angielskiego: Kathy i Tina. Chciały pooglądać jak ja prowadzę zajęcia. Nie ma problemu, tylko moje zajęcia są z założenia inne od ich zajęć, ale hej zawsze można się czegoś nauczyć. Tylko, że ja też się chciałem czegoś dowiedzieć a one zaraz po dzwonku uciekły.

Za to rozwalił mnie jeden z uczniów. Zawsze siedzi z tyłu w samym rogu, rzadko się odzywa, ale widać że radzi sobie z angielskim dobrze. Nie bardzo dobrze, ale w porównaniu do rówieśników dobrze. Tylko trochę się chyba wstydzi/boi. W każdym razie dzisiaj gdy go poprosiłem by mnie o coś zapytał (czasem muszę ich podręczyć bo ileż można czekać aż ktoś sam się zgłosi) spytał się czy jestem zdenerwowany, bo wyglądam na zdenerwowanego. Spojrzałem tak na niego z lekkim niedowierzaniem, a on dyskretnym ruchem podniósł prawą dłoń na wysokość lewego barku i wysunął dwa palce. Cała klasa ryknęła śmiechem, a ja się prawie zakrztusiłem. Tak, trochę byłem nerwowy. Na szczęście zajęcia poszły sprawnie, dzieciaki rozmawiały po angielsku, stworzyły fajne listy i uzasadnienia dlaczego dany wynalazek jest istotny, lub nie. I tylko jedno mnie zastanawia. ‘Żeby chronić Chiny’, ‘Żeby zaatakować Japonię’ przy broni nuklearnej…

Na lunch postanowiłem udać się do stołówki dla nauczycieli. Bardzo pusto, chociaż koleżanka z pracy powiedziała, że dość tłoczno bo przyszli nauczyciele z innych szkół na festiwal sportowy. No tak…Tłoczno. Chciałem pochwalić ilość mięsa w jedzeniu. Bo było dużo i dobre, bo bez kości. Czy inne dania były lepsze od tych dla uczniów? Jeżeli nawet to niewiele. I teraz następuje pytanie. Ile mnie to kosztowało…Nie miałem pojęcia dopóki nie poszedłem na kolację. A kosztowało mnie to…12 RMB! Za tyle to ja lunch mogę zjeść w knajpce pod domem. Lub 3 z uczniami, gdzie może i będzie głośno i tłoczno, ale będzie też bardziej swojsko i zawsze znajdzie się ktoś do rozmowy. Także raczej już tam nie pójdę. Zwłaszcza że wybór był zerowy. Aczkolwiek darmowa zupa to była prawdziwa zupa, a nie woda.

Po szkole kulnąłem się jeszcze kupić owoce. I tak 7 gruszek, 5 jabłek, 8 mandarynek i 6 bananów (nie mam pojęcia ile to wszystko ważyło) wyszło mnie 34 RMB. Znaczy san szy śi. Usłyszałem san szy śi i tak myślę…myślę…przetwarzam to powoli…bardzo powoli…i nagle olśnienie san szy śi to 3 10 4. 34. Jeszcze trochę i będę się targować :) W każdym razie niedrogo.

Wyczytałem w internecie iż w przypadku kuracji lekami ziołowymi warto też brać je po zniknięciu objawów choroby, bo następnym razem same zioła mogą nie wystarczyć. Dlatego też zajechałem do innej, większej, apteki.
Włączamy wyobraźnię.
Zajeżdża biały, wysoki, przystojny, w porze lunchu, pod aptekę. Cztery aptekarki siedzą i szamają lunch. Biały z trudem wstaje z roweru i podchodzi pod drzwi apteki. Aptekarki nerwowo spoglądają po sobie i wysyłają jedną do obsługi. Biały nerwowo grzebie w plecaku, coś z niego wyciąga i wchodzi do apteki. Wita się po chińsku. Aptekarka jest pod takim wrażeniem, że zapomina języka w ustach . Widać, że kamień spada jej z serca. Biały podaje jej kartkę. Aptekarka cała w skowronkach, pozostała trójka parska śmiechem, i rusza po lek.
Wyłączamy wyobraźnię.
W tej dużej aptece ten sam lek wyszedł mnie 10.5 RMB, a w małej pod blokiem 16 RMB. Hmm…no ale w poniedziałek nie miałem wyboru. Rower umarł a nie będę się włóczył po mieście gdy mam grypopodobne objawy.

Swoją drogą Lidia też pociąga nosem i zaczyna kaszleć, tylko patrzeć jak się rozłoży. Aczkolwiek mówi, że należy pić dużo wody i odpoczywać. Powiedziała też, co ciekawe, że bardzo dużo Chińczyków przyjmuje lekarstwa w formie zastrzyków. Znaczy są chorzy, kulają się do doktora, ten coś im wstrzykuje a oni zdrowieją po paru dniach. To ja już chyba wolę tabletki.

Jak widać na zdjęciach, w ping-ponga grają nie tylko uczniowie z uczniami, czy uczniowie z nauczycielami, ale także nauczyciele z nauczycielami.

A kolejne zdjęcie to akademik damski (ten z masą ubrań na balkonach), i akademik męski (ten z mniejszą masą ubrań na balkonach).

Umarły mi dzisiaj oryginalne słuchawki za kilkadziesiąt RMB, więc podjechałem do przeciętnego sklepu i kupiłem jakieś takie za 15 RMB. Jak się zepsują za miesiąc płakać nie będę.

Kolacja w stołówce 1 jak zawsze bardzo dobra. Moja Pani ze stołówki za niedługo w ogóle się mnie nie będzie pytać co chcę tylko będzie mi nakładać to co zawsze. Dzisiaj poszło bardzo sprawnie , ale wymieniłem jedną potrawę mówiąc ‘to’. Do tego owsianka fasolowa.

I to jest właśnie mój normalny dzień w Chinach. Zwyczajny, normalny, przeciętny do bólu czwartek. Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że jestem tu już prawie dwa miesiące i dalej ten kraj mnie zachwyca. Dalej ludzie mnie zdumiewają i chociaż moje Jiawang przestało pachnieć nowością i przeszedł mi ten pierwszy zachwyt (czyli może już wchodzę w drugą fazę szoku kulturowego), to jednak nie ma tutaj rzeczy które by mnie drażniły. No dobrze, wkurza mnie że w klasie 12 nie działa ani projektor ani głośniki, bo jak ja mam z nimi zajęcia prowadzić teraz, hę? Ale tak poważnie…widzę ten brud, bo trudno go nie zauważyć, widzę że to mięso jest przechowywane i sprzedawane tak jak jest i te wszystkie inne drobne rzeczy widzę, ale kurczę…pamiętam co robiliśmy z przeterminowanymi przyprawami na magazynie, wiem co należy i robi się, z mięsem które jest nie pierwszej świeżości a które trzeba jeszcze sprzedać. A tutaj nikt mnie nie robi w bambuko. Kupuję to co widzę.  Nie oczekuję nie wiadomo czego płacąc grosze. A ludzie są naprawdę sympatyczni i chętni do pomocy. Po raz kolejny to piszę, ale są niesamowicie, ale to niesamowicie ludzcy.

Ach…jutro następuje ostateczne rozwiązanie dramatu z Miguelem. Wyjeżdża o 8 zero zero. Dokładniej już tego Lidia nie mogła przekazać. Współczuję jej, że musi go odstawić, ale niestety, na mnie czeka klasa 9.

Trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/kzAV7PHPma4

Lidia pokazuje pazurki

Ale zacznijmy jednak od początku, czyli klasy środa…Środa jak to środa, należy ją przeżyć. Milczeniem pomińmy to, że czułem się rano jak wyjęty z psiego żołądka (lub kociego) i miałem ochotę jedynie zawinąć się w kołdrę i spać, spać, spać. Nie mogłem tego zrobić z przyczyn oczywistych, więc poszedłem do szkoły. Dzieciaki dalej uwielbiają zabawne wiersze i filmy animowane.

Podrzuciłem Lidii pendrajwa, żeby zgrała zdjęcia z soboty i niedzieli i…moi drodzy to będzie najdziwniejsza galeria do tej pory. Albo Lidia, lub jej znajoma, ma jakiś przedziwny fetysz namiotowy, albo ktoś je prosił o robienie zdjęć namiotów. Chociaż Lidia wspominała, że chce pooglądać namioty. Namioty…Jestem pierwszym, który przyzna że wszędzie można doszukać się piękna i należy czerpać radość z rzeczy małych, ale namioty to chyba nie moja bajka.

Po lunchu w stołówce numer 3 (w jedynce było mnóstwo ludzi i uznałem że dam drugą szansę trójce) który wyszedł mnie 5 za 3 dania (w jedynce by na to nie pozwolili!), ale dostałem gratis zupę, powróciłem do domu. Postanowiłem po drodze wzbogacić się o syrop na kaszel. Napisałem sobie ładnie na kartce (prawdę mówiąc to brzydko sobie napisałem, ale można się odczytać) nazwę syropu. Nawet był artykuł o nim na Wikipedii, więc musi być znany! Nie był. Pani jego nazwa nic nie powiedziała, musiałem więc sięgnąć do kieszeni po niezastąpionego iPoda (to naprawdę mnie zdumiewa, że odtwarzacz mp3 może być takim kombajnem) i pokazałem kaszel, a potem zakaszlałem i Pani podała mi coś. Coś okazało się czymś co trzeba połknąć, ale dawkowanie było wyjaśnione po angielsku, więc jest dobrze…

Potem zasnąłem. Bo co mam robić gdy biegać nie mogę, jeździć nie powinienem, a ileż można się uczyć chińskiego? Obudził mnie sesemes. Od dziewczyny. Znaczy nie od dziewczyny w sensie dziewczyny, tylko dziewczyny w sensie Lidii.  I napisała mi że Miguel stwierdził iż jej angielski jest ograniczony. Ciężko oczekiwać by była na poziomie nejtiwa. Ale jest całkiem dobrze. Nie wszystko wyłapuje od razu, ale jak się trochę uprości to sobie dziewczyna radzi. No kurczę, przecież ona też się uczy i nie można jej wbijać takiej szpili. A zezłościła się i to bardzo bo napisała mi, cytuję, ‘nie mogę uwierzyć że spotkałam w życiu takie gówno’. I teraz można się doczepić i powiedzieć, żeby popracowała nad przymiotnikami i rzeczownikami, ale wiadomo o co chodzi, prawda? Więc po co się czepiać, skoro przekazała to co przekazać chciała w krótkiej wiadomości tekstowej?

By osłodzić jej trochę życie dostała ode mnie lizaka, a uczniów postanowiłem dokarmić ciasteczkami. Przykulał się Miguel i zaczynam z nim rozmawiać czy by nie wziął mojego piątku, bo źle się czuję i przydałoby się trochę odpocząć. A wtem wskakuje Lidia i mówi, że Miguel wyjeżdża. Pytam się go kiedy, a on że nie wie, ale może już w piątek. No to mówię, że nie było tematu i wracam na swoje miejsce. Oni zaczynają tam między sobą gadać, a Lidia udaje idiotkę i mówi ‘przepraszam, ale nie rozumiem, mój angielski jest taki ograniczony, a Twój taki doskonały, czy mógłbyś mówić wolniej i prościej’, a ja tak na nią patrzę i w duchu się śmieję. To takie tanie, tak absurdalne tanie, że aż wstyd. Aby oszczędzić uczniom tego pokracznego widoku postanowiłem z nimi pogadać. I usłyszałem jeszcze jak Lidia mówi, że Miguel nie musi podchodzić bliżej i żeby napisał ‘report’ bo chyba myślą o innym słowie (Miguel jest przyzwyczajony do innej wymowy, która często odbiega od tej uznawanej za poprawną, zrozumieć go można, ale czasem trzeba trochę pomyśleć). Za to z uczniami rozmawiało się bardzo fajnie, wszyscy tęsknią za Victorią i śmiali się gdy powiedziałem że ja też. No dziwnym nie jest…I tak sobie gadamy gadamy, a tu nagle do pokoju wpada zdyszana Wendy! Pierwszy raz, a uśmiech jak zawsze od ucha do ucha. W ogóle to strasznie mi jej szkoda bo zawaliła sprawdzian z matmy, z logarytmów. No cóż, ja jej z tym nie pomogę. Lidia doskonale już wie z której klasy jest Wendy, a dziewczyny z klasy drugiej powiedziały, że to moja najlepsza przyjaciółka. No tutaj w szkole to bez dwóch zdań.  Nikt nawet nie jest blisko.

Miguel coś tam próbował z uczniami pogadać, ale oni jakoś tak nie za bardzo za nim przepadają. Poopowiadaliśmy sobie łamańce językowe, do tego trochę zdjęć pooglądaliśmy i rozeszliśmy się do domów. I powiedziałem Lidii, żeby więcej tak nie robiła, bo się prawie posikałem ze śmiechu. Tylko to było tak absurdalnie tanie, tak absurdalnie głupie, że nie wiem kim trzeba być by tego nie zauważyć. No ale z drugiej strony gdy Lidia powiedziała, że jej angielski jest ograniczony Miguel przyznał jej rację. Tym razem to ktoś nie zrozumiał sarkazmu Lidii. Świat naprawdę ma się ku końcowi.

Po wyjściu uczniów z gabinetu nastąpiła taka oto scena: Miguel zabiera swoje klamoty i maszeruje do drzwi (a przedtem przesunął dwa krzesła, sobie i dla jednej z uczennic), Lidia maszeruje do podgrzewacza z wodą, a ja zaczynam odstawiać krzesło które przysunąłem. Miguel waha się chwilę po czym zawraca i odsuwa jeden fotel, po czym żegna się i wychodzi.

I tak sobie myślę, że lepszego podsumowania jego postawy nie ma.

Lidia zadzwoniła do Jeniffer, ale ona oczywiście nic nie wie, jest u innego nauczyciela i z nim coś załatwia. Czyli nie wiadomo jak to będzie w końcu.

Wyjątkowo postanowiłem włączyć QQ i odezwała się do mnie dziewczynka z niedzieli. Ta co się do mnie strasznie kleiła. Taka mała, z czarnymi włosami, w żółtej koszulce…No to nam trochę zawęziło obszar poszukiwań. W każdym razie odezwała się. Spojrzałem w historię wiadomości. Odzywała się też wczoraj. I przedwczoraj. Bo w poniedziałek rozmawialiśmy. I sam nie wiem co o tym myśleć, ale ta relacja będzie typowo internetowa.

Leki wzięte, pora się myć i kimać. Trasy ponownie nie wrzucam, bo ileż można patrzeć na trasę z domu do szkoły i ze szkoły do domu.

Domu. Naprawdę domu. Nie mieszkania a właśnie domu.

Żadnych pytań?

To zdarza się naprawdę rzadko, ale żadna klasa nie miała dzisiaj żadnych pytań do mnie. Rozleniwili się albo przez ten egzamin, albo na myśl o tym że w weekend mogą wrócić do domu. A cieszą się z tego niezmiernie.
Dzisiaj wyjątkowo do szkoły poszedłem i tak spokojnie mogłem zrobić te dwa zdjęcia.

A w szkole…zawsze mi brakowało eksperymentów na chemii. Gdy skończyłem podstawówkę wręcz nie mogłem się doczekać chemii w ogólniaku i eksperymentów…No i się nie doczekałem.Za to dzieciaki tutaj mogę przynajmniej eksperymenty pooglądać na żywo, bo przeprowadzanie w takich klasach jest niemożliwe.

Z innych ciekawostek ze świata przyrody, klasa 11 odkryła błąd w systemie i mam nadzieję, że nigdzie na świecie nie było słychać żadnego ‘plusk’.

W przerwie między zajęciami ruszyłem do sklepu rowerowego. Tam przesympatyczny sprzedawca zabrał się od razu za wymianę kasety i porozmawiał z Lidią. Ta podobno powiedziała mu, żeby naprawił wszystko, ale przednia przerzutka dalej nie trybi. Na szczęście ma to znaczenie marginalne. Kaseta wymieniona na oryginalną SHIMANO (to chyba będzie jedyna oryginalna część w tym rowerze). Razem z robocizną wyszło 60 RMB. Na allegro widziałem taką kasetę za ~40 z przesyłką, więc powiedzmy że cena taka sama. A w sklepie rowerowym stoją przede wszystkim rowery. A nie ta jak u nas parę rowerów, a reszta to masa osprzętu i ubrań. Tutaj w ogóle nie ma dodatków, nie ma świateł, nie ma spodni z pieluchą, jedynie różnego rodzaju zabezpieczenia przed kradzieżą. Ceny rowerów bardzo zachęcające. Najbardziej podstawowy składak to niecałe 200 RMB. Posprawdzałem kilka modeli GIANTów i trzymają jakieś bardzo stare modele. Dużo jest tych chińskich marek, ale nie pytałem o ceny.  Ciekawe ile by mnie wyszło kupienie roweru tutaj i sprowadzenie go do Polski…

Przez to całe zamieszanie z kasetą nie zdążyłem do szkoły na lunch i zostało mi poszukiwanie resztek. W końcu dokulałem się do stołówki numer 3 i wziąłem dwie bułki, oraz coś co przypomina nudle. Razem wyszło 6 RMB, ale dostałem gratis zimną zupę z fasolą. No tak, w końcu na początku zamiast ‘ło siang czy’, powiedziałem ‘ło siang fu’, czyli napiłbym się, zamiast zjadłbym. Coś po chińsku brzmi ‘ideardonksi’, więc pozwoliłem sobie odpuścić mówienie, że coś bym zjadł. W końcu jak mówię, że zjadłbym to wiadomo że coś. A nie kogoś.

W 8 klasie od jednej z uczennic dostałem malutką, ale naprawdę malutką mandarynkę. Nigdy nie oddam klasy ósmej!

A że dzieciakom jest już bardzo zimno (swoją drogą, ciekawe jak to będzie w zimie, bo w salach klimatyzacji nie widzę, a jak walnie minusem to wszyscy będziemy w kurtkach siedzieć…) to niektóre uczennice mają takie pseudo rękawiczki. No urocze to jest po prostu. Lidia ma takie czarne z koronkami. W ogóle to dziewczyny tutaj mają jakiegoś fioła na punkcie koronek. Nie zrobiłem zdjęcia samochodu koleżanki Lidii w Pizhou, ale ona tam miała na wszystkich siedzeniach i kierownicy koronki…

Kolacja, tradycyjnie, w 1 i powrót do domu.

Jennifer nie przyjechała. Przyjechał za to szef z którym rozmawiała Lidia, ale na stwierdzenie że powinni Miguela zabrać nie padła żadna odpowiedź. Także nie wiadomo jak to z nim będzie.

Dzisiaj nie wrzucam trasy bo praktycznie nie ma czego. Za to jutro już powinienem pójść pobiegać.

Objawy grypopodobne

W nocy cztery razy się przebierałem bo kilka razy budziłem się zlany potem. Nos zatkany, gardło zjechane i pewnie gorączka. No to co? Odpuszczam bieganie. Z nieplanowanego nadmiaru wolnego czasu wzięło mnie na poszukiwania i znalazłem kilka stron z kursami chińskiego. Ot tak, żeby wzbogacić metodę Pimsleura, która sama w sobie jest zwyczajnie nudna i średnio praktyczna. Za to powtarzanie jak papuga przynosi dobre efekty temu nie zaprzeczę. To że znalazłem kilka stron nie znaczy, że znalazłem coś darmowego i ciekawego także pozostaje mi nudny Pimsleur i podcasty z VisualMandarin.com. Mam nadzieję, że na zatoce piratów będzie coś ciekawszego, bo jak nie to ciężko będzie.

Aczkolwiek w aptece dzisiaj nie miałem żadnych kłopotów. Najpierw ładnie się przywitałem potem pokazałem słownik ze słowem ‘grypa’ i Pani już miała wybierać lekarstwa gdy pokazałem jej zeszyt z zapisanymi nazwami tych które by mnie interesowały i po nie też sięgnęła.

A interesowały mnie lekarstwa ziołowe o których przeczytałem w internecie. Dlaczego? Bo na stronie podano też dawkowanie, a to jest niezwykle istotne. Chociaż prawdę mówiąc już wiem gdzie patrzeć i rozróżniam ilość tabletek od ilości dawek. Przydał się zakup tabletek na ból brzucha. Na szczęście aptekę mam pod samym nosem, więc nie musiałem się daleko wybierać.

Z nosa nie cieknie, ale nie wiem czy to tak po jednej dawce pomogło czy może to już ostatnia faza grypopodobnego cholerstwa. Gardło nie boli. Ogółem jest dużo lepiej niż wczoraj

Lunch przygotowałem sobie sam, więc apetycznie nie wyglądał ale był dobry. Na razie ta płyta indukcyjna działa dla mnie za szybko i albo coś spalę albo nie dopiekę, ale ogólnie jest dobrze.

Popołudniu kulnąłem się na spotkanie z innymi nauczycielami i ustaliliśmy, że na zajęciach z języka mówionego będziemy też pomagać uczniom utrwalić słownictwo i zwroty z normalnego angielskiego.

A potem na kolację. Na stołówce dostałem świeżutką i ciepłą zupę fasolową i nauczyłem się jak jest to i bułka. No i wiem też jak powiedzieć, że czuję się źle…

Lidia powiedziała, że będzie się starać o pieniądze na naprawę roweru bo nie była w stanie otworzyć zamka w tamtym starym. Także jutro będę się musiał dokulać do sklepu rowerowego i coś połapać.

Niedziela i przegapione #6

Mogę być winna grosik
Czułem, że tu jest zbyt pięknie. Czułem! Panie na kasach są wszędzie takie same, jak im się kończą drobne to nie chcą tego grosza wydać i tak samo tutaj. Nie dostałem swojej 1/10 RMB. Machnąłem na to ręką. Jak ostatnio liczyłem mam w monetach 1/5 i 1/10 RMB już ponad 20 RMB, więc spokojnie. Pani na kasie dostanie spory zapas. Żeby jej prędko nie zabrakło.

Zamknięty plecak w sklepie
Normalnie nie przejmuję się tym, że w sklepach są szafki i powinienem schować do jednej z nich plecak. Normalnie nikt mi nie mówi, że mam to zrobić (o dziwo w zeszłą niedzielę kazali schować Miguelowi, co wyjaśniła mi Lidia mówiąc że on jest trochę podobny do nich (Chińczyków w sensie), więc nie traktują go ulgowo), więc tego nie robię. Raz jednak postanowiłem schować plecak, a co mi tam. Naciska się przycisk, dostaje się karteczkę, otwiera się szafka, wkłada się plecak/torbę i zamyka szafkę. Po zakupach należy podejść do szafki, podsunąć karteczkę z kodem kreskowym pod czytnik, poczekać aż się otworzy i wyjąć zawartość. I tak też zrobiłęm, z tym małym wyjątkiem że mój plecak zablokował szafkę i nie chciała się otworzyć. I tak przesympatyczna Pani siłowała się na wszelkie możliwe sposoby, a mnie już oblewał zimny pot, bo bez plecaka zostać nie mogę…i spróbowała otworzyć ręcznie, ale dalej nic, a pode mną zrobiła się już mała kałuża…ale w końcu się udało. Ślicznei Pani podziękowałem i oddaliłem się z postanowieniem, że już nigdy, pod żadnym pozorem, samowolnie nie schowam plecaka do szafki.

Zdrajczyni w czasie kolacji
‘Zdrajczyni’, czyli Stefania, razu pewnego przysiadła się do mnie do kolacji. A raczej nie tyle przysiadła co pozwoliła mi się przysiąść bo widziała, że szukam miejsca. Czyli technicznie rzecz biorąc to ja się przysiadłem…W każdym razie rozmawialiśmy sobie i przyznała się, że chciałaby wyjechać do Oxfordu by tam studiować filologię angielską. Marzenie zacne, bardzo wymagające, ale godne pochwały i wspierania. Potem co prawda usłyszałem pytanie ‘dlaczego nie lubisz Justina Biebera?’ (2 piosenki przerabiane 14 razy potrafią w końcu zniechęcić do wszystkiego), ale ogólnie to całkiem sympatyczna dziewczyna.

Zdjęcie w ICBC
Lidia usłyszała od znajomej, pracującej w ICBC (chińskim banku w którym mam konto), że są w internecie zdjęcia kogoś kto wygląda jak ona i obcokrajowców zakładających konto w banku. Czyli prawdopodobnie są to zdjęcia mnie i Vicki gdy zakładałem konto w ICBC w Xuzhou. Niestety Lidia się tych zdjęć nie doszukała, więc całkiem możliwe, że są one na jakiejś wewnętrznej stronie ICBC. Bo przecież nie umieściliby mnie na swojej stronie bez mojego pozwolenia ;)

A wymienisz się godzinami?
Gdy przykulała się Jeniffer w środę Miguel podsunął mi kartkę i zapytał czy bym się nie zamienił zajęciami w środę. Zaproponował żebym wziął klasę 3 zamiast klasy 8. Czyli miałbym trzy zajęcia pod rząd, okienko i przerwę na lunch. No i teoretycznie fajnie, tylko że jak ja mógłbym oddać klasę 8? Z Wendy. Nie ma takiej opcji nawet. No i tak też powiedziałem, że nie zamienię się . Miguel stwierdził, że jeszcze będzie na ten temat rozmawiać z kimś. Po chwili wyciągnął kartkę i pokazał Vicki mówiąc że nie chcę się wymienić. Ewidentnie szukał poparcia, ale go nie znalazł bo Vicki wie, że moja klasa 8 jest nie do ruszenia. Powrócił do tego tematu w czasie kolejnej rozmowy z Lidią, ale ta wybrnęła z tego bardzo zmyślnie mówiąc, że plan ustaliła szkoła i gdy zmienią coś dla niego to wszyscy będą się chcieli wymienić, a na to się szkoła nie zgodzi.

Parking dla nauczycieli
Wydzielono, w końcu, osobny parking dla nauczycieli. I w końcu można parkować poza żółtymi kreskami.

Paskudnie wyglądające tofu
Jednego wieczoru postanowiłem spróbować czegoś nowego i wziąłem paskudnie wyglądające coś w stołówce. Paskudnie wyglądające coś okazało się całkiem zacnym tofu przygotowanym w przyprawie z domieszką kurkumy. Jest dobrze.

Naprawdę chcesz tu zostać? Zrobiłeś tu wszystko co mogłeś zrobić…i znasz lepiej Jiawang od Lidii
Tak powiedziała Vicki…i tak się zastanawiam czy nie ma racji. Bo z jednej strony codziennie coś odkrywam, ale to już raczej jakieś niedobitki bo większość już faktycznie odkryłem. Tylko mi to odpowiada. Odpowiada mi taki spokojny, małomiasteczkowy klimat. To nie jest wielkie miasto, to nie są Chiny jakie sobie wyobrażałem, ale to ciągle są Chiny. I to jest bardzo dobre miejsce by zacząć przygodę. Potem mogę się przenieść gdzieś dalej, ale na razie wszystko mi tu pasuje.
A Jiawang może znam lepiej od Lidii bo chociaż ona wie gdzie zrobić zakupy to ostatnio jadąc do Xuzhou stwierdziła, że przez półtorej roku nie widziała jednej z tutejszych szkół. A przecież ona jest na ulicy równoległej do ulicy głównej. No to jak można ją przeoczyć? Ano można, bo nie ma na niej sklepów :)

Pan się ciągle uśmiecha
Trafiła się w klasie czternastej dziewczyna zadająca bardzo trudne pytania. Same bardzo trudne pytania. I widać było, że się przygotowała ze słownikiem i brała pierwsze słowa. Bo zamiast przyjemnego ‘smile’ wzięła trudny ‘grin’, którego nikt nie rozumiał. I zapytała się ‘Pan się ciągle uśmiecha, czy lubi się Pan uśmiechać?’ . I jak ja mam powiedzieć, że nie? Gdy już się dziewczyna namęczyła i użyła tego skomplikowanego ‘grin’ musiałem zacząć się śmiać i odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że to głównie dzięki nim ciągle się uśmiecham i jestem wesoły. Bo to są niesamowite dzieciaki.

Paczkarz z paczkami
I widziałem listonosza, ale zdjęcia mu nie zrobiłem. No dobrze, to nie listonosz, a Pan Paczkowy.

Też ściągają
Zapytałem się Lidii czy też ściągają na sprawdzianach i bez chwili zawahania odpowiedziała, że tak. Także nie musimy czuć się gorsi :)

Nikt mnie nie poznaje
No właśnie, odkąd zapuściłem brodę ludzie przestali mnie poznawać. Nawet dyrektor zapytał się Lidii jak mam na imię…No przecież byliśmy razem na kolacji…

Wyścig
Rano skulałem się z łóżka, zjadłem śniadanie i gdy stwierdziłem, że mam jeszcze mnóstwo czasu postanowiłem posprzątać. Posprzątałem więc, ubrałem się i poszedłem pod scenę. Po kilku chwilach ktoś mnie znalazł, dostałem rower, numer startowy i kask. Oczywiście mnóstwo ludzi robiło sobie ze mną zdjęcia, lub mi zdjęcia. Naprawdę mnóstwo. Znowu będę w telewizji, tym razem w większej bo na całą prowincję, ale reporterka nie umiała angielskiego i była bardziej blada niż prześcieradło, więc nawet z nią nie próbowałem rozmawiać. Za to spotkałem Xu i życzyłem jej miłego dnia, a ona mi powodzenia.

Sam wyścig zaczął się o 9. Ustawiłem się na szarym końcu i przez 2 kilometry byłem na szarym końcu. Po chwili dopadłem pierwszego studenta z Zachodu, po kolejnym kilometrze drugiego, a na podjazdach łapałem Chińczyków. Na poboczu stali kibice, którzy krzyczeli niepamiętamco, ale miało być motywacyjne i dawało kopa. Dojeżdzając do jeziora minął mnie lider z peletonem kilkaset metrów za nim. Czyli po ~9km mieli nade mną przewagę ~4km. Pięknie. Jazda wokół jeziora była bardzo klimatyczna bo unosiła się jeszcze poranna mgła i wkoło było mnóstwo ludzi, w tym znajomi Lidii, którzy bardzo dopingowali. Uda mnie piekły jak już dawno nie, w końcu rower to nie jest moja bajka. Jadąc wokół jeziora obrałem sobie za cel Chińczyka który był dobre kilkadziesiąt metrów przede mną. Jechaliśmy bardzo równym tempem, gdy wyjeżdżałem doszedł mnie inny Chińczyk, którego łyknąłem kilka kilometrów wcześniej, a z którym trochę współpracowaliśmy w czasie podjazdu. Tym razem to on mi pomógł na podjeździe, ale niestety na drugi sił mu już nie starczyło i wtedy doszedłem swój cel. Współpraca z oboma była doskonała, gdy chcieli żebym się za nimi schował krzyczeli ‘ke ke ke’, a gdy chcieli żebym przycisnął mówili ‘go’, więc się dogadywaliśmy. Z ‘celem’ wymienialiśmy się  przez ostatnich 5 kilometrów i na kilometr do mety ruszył obok mnie i zaczęliśmy finiszować. Po kilkuset metrach odpuścił, ale celowo bo widziałem że ma jeszcze moc, wjechałem na metę z rękami w górze i jak Lidia nie da plamy to będę mieć te zdjęcie. Ogółem poszło bardzo dobrze, co prawda gdy zszedłem roweru ledwo mogłem chodzić, ale nie ma źle. Jak wrócę do kraju to bez dwóch zdań kupuję nowy rower. Tym razem właśnie do czegoś szybszego a nie do jazdy po mieście.  Oczywiście po wyścigu przybiłem piątkę koledze z którym się wymienialiśmy, gro Chinek i Chińczyków robiło sobie ze mną zdjęcia, ale po chwili uciekłem żeby się przebrać.
Brakuje mi wyścigów, bo one dają takie poczucie wspólnoty, niezależnie od miejsca na świecie i języka w jakim się komunikujemy. Brakuje mi takiej pozytywnej rywalizacji, innych biegaczy, brakuje mi tego machania ręką, wrzasków kibiców, ale brakowałoby mi tego i w kraju, w końcu jest październik. W Polsce takie wyścigi też mogłyby być organizowane trochę częściej niż tylko z okazji Tour de Pologne. A może są?

Rower
Umarł. Znaczy nie tyle rower co tylna przerzutka. Kręci się i przeskakuje. Trzeba kupić nową i ją wymienić. Było tak od początku, ale dopóki dało się jeździć to nie narzekałem, teraz jeździć się już nie da w ogóle. A dzisiaj Pan Rowerowy pokręcił pedałami, pokręcił głową i zrozumiał co chce powiedzieć, ale poprosił o telefon do Lidii i jej wyjaśnił. Wytłumaczył gdzie jest sklep rowerowy (no naprawdę Lidia, jeden jest na prawo za ulicą z Panem z mięsem na patyku, a drugi jest na prostopadłej do głównej prowadzącej do sklepu, praktycznie naprzeciwko księgarni), ale stwierdziłem że wolę już jeździć różową damką niż inwestować w ten rower. Bo chociaż bardzo fajny i sporo razem przeszliśmy to jednak nigdy nie będzie mój i do kraju go ze sobą nie zabiorę.

Wendy
Tak koło 15, po lunchu z dyrektorem wyścigu (i znowu potwierdza się moje zdanie, że w tych droższych knajpach jedzenie jest gorsze od tego w tych tańszych), byłem już w domu, rozmawiałem z mamą i…zadzwoniła Wendy. Zażartowała sobie, że powinienem mieć większe mieszkanie niż Miguel, a potem zapytała czy nie przyszedłbym do szkoły. A czy mam lepsze plany na wieczór? Kurczę, no nie mam, więc poszedłem. Po drodze wstąpiłem do sklepu kupić ciastka (bo ostatecznie z tym kubkiem się rozmyśliłem. Ona by się na pewno ucieszyła, ale co w przypadku pozostałych ~350 uczniów? Dlatego ciastka. No i tak czekałem na Wendy, czekałem i czekałem. W końcu po ~20 minutach poszedłem wziąć sobie ryż. Pani w stołówce zaczęła się tak histerycznie śmiać, że aż mi się udzieliło i musiał ją ktoś inny poratować. Wziąłem ryż, mięso z kury i ziemniaka. 4 RMB nie moje. Potem przykulała się Wendy z Sophie, jeszcze kimś i …Lucy (…bo szukałem dobrego imienia), więc kupiłem 4 ciacha. A tutaj Wendy wywinęła mi numer bo pojawili się jeszcze inni znajomi, połączyli dwa stoły i pokupowali jedzenie urządzając sobie prawdziwą ucztę w stołówce. Oto jak w Chinach urządza się urodziny dla szkolnych znajomych. Łącząc stoły, kupując jedzenie w stołówce i zapraszając nauczycieli. Trochę inaczej niż u nas, prawda?

Odnośnie tych sympatycznych czarnoskórych chłopaków na zdjęciach to Joe i Reggie, którzy studiują w Chinach już dwa lata i przyjechali tutaj by wystartować w zawodach.

Trasa wyścigu:
http://www.endomondo.com/workouts/kxQ1P279WxM

Nazwali go MTB, ale z MTB to on nic wspólnego nie miał.