Niedziela i przegapione #10

Dentysta!
Tak! Ten sympatyczny Pan z piątkowej galerii to dentysta. Wyobrażacie sobie w Polsce dentystę pracującego za taką olbrzymią szybą przez którą każdy z ulicy może Was zobaczyć…zaraz…właściwie to mogę…i to bez większego problemu, z tą różnicą że w tym małym gabinecie dentystycznym w Dębie są rolety.
Tylko ciekawa sprawa z tym dentystą bo Lidia powiedziała, że oni dentystów nie mają, przynajmniej nie tak łatwo dostępnych i jak coś mają nie tak z zębami to idą do lekarza pierwszego kontaktu. Swoją drogą ciekawe co taki lekarz może zrobić…w sumie skoro w Chinach na ulicy wyrywa się żeby to czemu wykwalifikowany lekarz nie może zajmować się też zębami.

Kukurydza
Ten starszy Pan obracający tym czymś nad ogniem to Pan sprzedający prażoną kukurydzę. Cholerstwo strzela jak armata. W dodatku buczał na mnie okropnie gdy robiłem zdjęcia…Przy okazji, jeszcze nie kupiłem bo mam pewne problemy ze zlokalizowaniem sprzedawcy, ale czasem widzę ludzi z popcornem w różnych kolorach, więc zapewne w różnych smakach. Jak tylko znajdę to spróbuję i opiszę wrażenia.

Gralnie, nie kafejki
To znaczy, z założenia to są kafejki, ale internet to tam tylko Pan/i przy wejściu przegląda. Reszta gra, gra i gra. Dla nich to w końcu odskocznia od całego świata, ale też mam wrażenie że coś więcej. W czasie konkursu zaimponował mi bardzo pewien chłopak. Znaczy zaimponowało mi wielu uczniów, ale ten jeden szczególnie bo przygotował sam prezentację o graczu w Warcrafta trzeciego. Większość uczniów nauczyła się opowiadania, albo je po prostu przeczytała, a chyba tylko on przygotował to sam. Czuć było że ten sky mu imponuje i jest w jakiś sposób dumny że pochodzi z tego samego kraju. Także owszem, pewien rodzaj ucieczki od stresu, ale też coś więcej. Było nie było e-sport to bardzo opłacalna rozrywka, więc kto wie może i On w przyszłości będzie mistrzem świata?

Termosy
Zaciekawiły mamę, więc może jeszcze kogoś. Te termosy stoją sobie pod akademikiem i czekają aż zostaną wzięte i napełnione gorącą wodą, która następnie zostanie wykorzystana w szkole. Było nie było czasem trzeba się napić i warto wtedy napić się czegoś ciepłego, szczególnie gdy robi się coraz zimniej. Termosy nie giną, nikt ich nie kradnie, stoją sobie spokojnie. Podobnie gdy idzie się na stołówkę, stoją przed drzwiami i nikomu nie przeszkadzają.

Tablice…
To pewnie Was nurtuje, bo mnie nurtowało okropnie, ale dotarłem do tego o co chodzi. Te tajemnicze numerki na tablicach to nic innego jak koszty wynajmu, lub wykupu, mieszkania. Czyli każdy może sobie pooglądać co i jak. Uderzające jest to, że większość mieszkań które można wynająć ma ogromny metraż. Rzędu 80-90 metrów kwadratowych. Czasem trafiają się też mniejsze, ale to już znacznie rzadziej. A jak to wygląda cenowo? No powiedzmy, że za takie 70 m.kw. trzeba zapłacić miesięcznie od ~400 do ~800 RMB. Czyli bardzo, ale to bardzo przyzwoicie. Za wykup w nowym centrum ~4000 RMB za m.kw. Dla porównania: w Szanghaju m.kw. to średnio 22k RMB.

Zniszczone paznokcie
Owszem Adam reklama niezwykle nietypowa, ale…bardzo sugestywna i prawdziwa do bólu. Mi co prawda paznokcie po maratonie nie schodziły, ale pamiętam ten ból, pamiętam odciski i mnóstwo innych niesympatycznych rzeczy. A skoro Chińczycy mają fioła na punkcie stóp, to w końcu oni odpowiadają za wiązanie stóp kobietom (tutaj należy podziękować mamie bo to ona mnie z błędu wyprowadziła) to nic dziwnego że mają tutaj specjalistę od nich.

Niedziela
Taki niedzielny standardzik: śniadanie, bieg, sprzątanie, obiad i nagła zmiana bo praca.
Dzisiaj pękło 14 kilometrów, czyli nowy chiński rekord. Ubrałem się naprawdę lekko a pot lał się ze mnie jakby było lato. Ostatnich kilka dni to naprawdę fajna pogoda. Aż chce się biegać.

Trasa z biegu:

http://www.endomondo.com/workouts/gXZzLNv8bNM

Dzisiaj do szkoły przykulał się właściciel największej szkoły językowej w Chinach. Wygłosił przemówienie, posprzedawał książki, porozdawał plakaty, ulotki i zniknął. Uczniowie podobno się nieźle wynudzili. Dostałem od nich parę ulotek i tak je przeglądam i widzę, że to bardzo ładny zbiór haseł motywacyjnych. Naprawdę ładnych, takich mocno propagandowych. Zresztą ten Pan mówi, że nauka angielskiego jest niezbędna by Chiny stały się najpotężniejszym krajem na świecie. Nie wiem czy to dodatkowo zmotywuje moich uczniów, kilku na pewno, ale takie mocno patriotyczne podejście bardzo mi się podoba. Przede wszystkim jest logiczne bo jak tu w dzisiejszych czasach prowadzić interesy nie posługując się wspólnym językiem. Czyli mamy takie dwa w jednym – uczmy się i pracujmy ku chwale Chin.
Chociaż dzisiaj czytałem artykuł z którego wynikało że rząd chiński chce by Chińczycy jak najwięcej pieniędzy wydawali w kraju, inaczej grozi Chinom spowolnienie rozwoju. Wszystko dlatego że gdy Chiny się rozwijają i brną jak taran do przodu reszta świata ledwo co człapie.

A zajęcia poszły błyskawicznie. Chciałem puścić ten amerykański mam talent, ale przykulała się nauczycielka z synami i musiałem zrobić coś bardziej sensownego…na drugie zajęcia też przyszła…dopiero od trzecich zniknęła. A że trzecie to klasa dwunasta to w dalszym ciągu oglądaliśmy Królewnę Śnieżkę i Łowcę.

Na kolację poszedłem do czwórki, zamówiłem dawno niejedzone tofu i wszamałem ze smakiem. Nawet nie musiałem dokładać przypraw, było wystarczająco dobre.
A skoro mowa o jedzeniu to znowu udało mi się zrobić naprawdę dobry obiad. Jeszcze lepszy niż wczoraj i gdy go zjadłem to aż mnie pot oblał. Dokładnie tak jak lubię. Także tyle na tydzień moi Drodzy. Ach…zapraszam do galerii gdzie można zobaczyć kurę kanibalkę.

Testowanie GPSa

No tak, od nowości miałem swojego garmina ustawionego by zapisywał dystans pobierając dystans co kilka sekund a nie co sekundę. System mówi, że gdy pobiera co sekundę to bateria wytrzymuje 3,5 godziny. Gdy pobiera co kilka godzin…powiedzmy że gdy spędzałem z nim ~10h tygodniowo to wystarczyły te ładowania które odbywały się w czasie zgrywania danych a i tak pewnie wytrzymałby dłużej, ale wolałem nie ryzykować. Dzisiaj postanowiłem to zmienić i udałem się na spacer zmieniając ustawienia.
Dlaczego? Wczorajsza trasa była mocno postrzępiona i chciałem sprawdzić czy zmiana częstotliwości to poprawi (logicznie rzecz biorąc powinna, ale…).
I jakie wnioski? Wielkość pliku wzrosła kilkukrotnie, trasa jest dalej postrzępiona, ale trochę mniej. Czy pomiar jest dokładniejszy? Ciężko powiedzieć, sprawdzę jutro w biegu. Trasa jest tak postrzępiona bo zapewne garmin nie został stworzony do tak wolnej czynności jaką jest spacerowanie. W dodatku w mieście gdzie odbiór z satelity odbija się od budynków.

A ze spraw bardziej życiowych…zrobiłem obiad, prawie jak w domu. Fasola, orzeszki, pomidor, marchewka, ogórek, mięcho i papryka. Tylko mogłem dać więcej papryki…dam jutro. Chociaż mam te zajęcia popołudniu to nie chce mi się spieszyć po treningu do stołówki więc spokojnie zjem sobie w domu a potem na zajęcia.
Po obiedzie poszedłem na spacer, tym razem drugą stroną rzeki. Pooglądałem też ławicę ryb w stawiku po drugiej stronie ulicy. Aż wystawiały łby z wody ;) A teraz zagadka: co robicie czekając na światłach? Z reguły się nudzicie prawda? Ja czasem wypatruję krokodyli, bo w gruncie rzeczy człowiek nigdy nie wie kiedy go taki krokodyl może zaatakować, więc lepiej być przygotowanym. Myślę że właśnie dlatego jeszcze żaden mnie ugryzł gdy stoję na światłach. Bo One wiedzą że jestem przygotowany. Ta mała Chinka prawdopodobnie nie wypatrywała krokodyli tylko grała w zośkę. Ot kopała sobie piłeczkę. A gdy światło się zmieniło schowała piłkę do kosza i wsiadła na rower. Gdyby nie mój strach przed krokodylami i kompletny brak umiejętności żonglerskich kupiłbym taką piłeczkę i sam zaczął tak robić.

Oczywiście nie obyło się bez wizyty w sklepie (khem khem – słonecznik który tu ostatnio kupiłem okazał się świetny w smaku, a do tego musiałem kupić orzeszki bo przecież  sypiąc je do wszystkiego w końcu się kończą) i ta kałamarnica przykuła moją uwagę. Nie na tyle by ją kupić, a na tyle by cyknąć zdjęcie.

Postawili na placu zabaw jakieś tablice informacyjne a ewidentnie przydałyby się nowe zabawki. Jeżeli można je stawiać przy i na każdym osiedlu to można je też wymienić. Chociaż na razie mają inne wydatki bo działają prężnie w okolicach rzeki, osłaniają murem jeden z placów (co mnie zupełnie, ale to zupełnie nie przekonuje, możecie to zobaczyć na zdjęciach i sami ocenić) i budują nowe przejście do placu zabaw, także na zabawki przyjdzie jeszcze pora.

Dzisiaj to ja byłem na kamieniu. Aczkolwiek daleko mi do tej dziewczyny z wczoraj. No i poza tym, wczoraj był dzień na typowo jesienny spacer bo było chłodno, a dzisiaj było jakieś 14-16 stopni, więc pogoda zamiast do rozmyślań zachęcała do czegoś bardziej aktywnego.

Wracając zahaczyłem jeszcze o promocję zachęcającą do wykupu telewizji satelitarnej. Rozdawano zupę, pokazywano kanały w HD, z głośników leciała muzyka i całkiem sporo osób zdecydowało się na zakup. Mi to oczywiście jest zupełnie niepotrzebne bo przecież nie mam nawet telewizora.

A w domu pochłonąłem pitaję, która smakowo przypominała bardziej wodniste i mniej wyraziste w smaku kiwi. Była smaczna, ale nie na tyle by się nią posilać regularnie.

Kolacja i tyle. Dzisiaj w końcu odpocząłem, zero  pracy. Jutro za to czeka mnie wyjątkowa niedziela, najwyższa pora by skończyć się obijać i wrócić do nauczania.

Nie leniłem się jednak tak całkowicie bo napisałem coś, ale że było o bieganiu to nie wrzucę tutaj, tylko się pochwalę gdy coś z tego wyjdzie.

A trasa dzisiejszego spaceru wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/pGVQ8mgg4Dk

Popołudniowy spacer

Adam!
Dziękuję, dziękuję i raz jeszcze dziękuję. Aż mi się tak ciepło na sercu zrobiło bo tak mnie zmotywowałeś. To bardzo pomaga :) Okropnie, ale to okropnie żałuję że mój malutki komputerek ma problemy z endomondo. W sensie literki w komentarzach pojawiają się z kilkunastosekundowym opóźnieniem i napisanie jakiegokolwiek komentarza zajmuje mi nieporównywalnie więcej czasu niż zwykle. Takie moje wytłumaczenia na znikomą ilość komentarzy. O wypadku nie chciałem pisać na endo, ale czemu Ci w ogóle nie odpisałem to nie wiem…trochę mi teraz głupio, może przeoczyłem komentarz? A może nie chciałem czymś takim przyciągać uwagi? Pewnie to drugie bo komentarze staram się sprawdzać (chociaż powiadomienia przychodzą na rzadko sprawdzaną skrzynkę).  A teraz do tekstu właściwego.

Murakamiego uwielbiam. 1Q84 na pewno Ci się spodoba, bo to świetna opowieść i wcale się nie ciągnie czego się bardzo obawiałem, bo w końcu ma trzy tomy. Co prawda bardziej zżyłem się z Kafką i musiałem sobie tę książkę dawkować bo nie chciałem by się skończyła, ale 1Q84 ma piękny motyw który od września stał mi się bardzo, ale to bardzo bliski. (Omiń poniższy paragraf jeżeli boisz się spoilerów)

Podobnie jak bohaterowie książki i ja czuję że znalazłem się w równoległym świecie. Podobnym do tego z którego wyszedłem, ale jednak zupełnie innego. Tylko poznałem to nie poprzez pistolety u  pasów policjantów a poprzez ludzi na ulicach.

Odpowiedź jest banalnie prosta nie zamieściłem żadnego zdjęcia ‘patologii’ bo nie zauważyłem żadnej. Gdy wracaliśmy z Lidią w środku nocy znad jeziora pojawił się Pan, który śpiewał na ulicy. No i mówię Lidii, nauczony doświadczeniem z kraju rodzinnego, że on pewnie jest pijany. A ona, nauczona doświadczeniem z kraju rodzinnego, że on nie jest pijany tylko chory psychicznie. Ona ma więcej doświadczenia w tym kraju niż ja, więc wypada mi jej zaufać. Wikipedia, powołując się na artykuł z 2007 roku z The Economist, mówi że w Chinach na jakąś chorobę psychiczną cierpi 100 milionów ludzi. A WHO w raporcie podaje informacje że ilość samobójstw wynosi ~22 na 100k ludzi (w Polsce ~15 na 100k), czyli 9 miejsce na świecie. Ponownie, stan zdrowia psychicznego jest gorszy na terenach wiejskich, przynajmniej tak się uważa. A teraz ostatnia ciekawostka, bo w gruncie rzeczy tylko przepisuję wikipedię, w Chinach jest zaledwie 17k psychologów uprawnionych do wykonywania zawodu. Hmm…skoro gro absolwentów psychologii nie znajdzie pracy w zawodzie (zwłaszcza dzięki tym ogólnodostępnym i szeroko reklamowanym tabletkom szczęścia) to może najwyższa pora popracować nad nauką języków w czasie studiów i eksportować ich do Chin? I na Litwę, gdzie ilość samobójstw jest zatrważająca.

Czytałem za to bloga jakiegoś Amerykanina, który przyjechał do Chin, jako niepijący alkoholik, i ponownie zaczął pić. Bo alkohol był na każdym rogu. Tutaj naprawdę łatwo wpaść w alkoholizm. Piwo za niecałe 2 RMB, najtańszy destylat w cenie piwa (100ml). Tutaj nawet nie ma sensu produkować wina marki wino, bo po co skoro za ~30 RMB kupisz 5 litrów destylatu które Cię sponiewiera. Nie kupiłbym tego nawet żeby zmywać farbę prawdę mówiąc, ale skoro zostało dopuszczone do sprzedaży to jakieś normy spełnia. No i weź tu poskrom swe żądze. W kraju gdzie jak Ci będzie głupio kupować ciągle w tym samym sklepie skręcisz za róg i kupisz w drugim, albo i trzecim. Dla takich osób to musi być prawdziwe piekło.

Japończycy, zresztą Chińczycy też, mają prawdziwego jobla na punkcie jedzenia. Przez kilka lat tłumaczyłem, z angielskiego oczywiście, blog japońskiego twórcy gier (prawdziwego geniusza, którego dzieła wykraczają poza ramy narzucane przez słowo ‘gra’, człowieka który poszedł nie krok, ale dwa kroki dalej, był jednym z tych którzy zmienili branżę gier i chociaż ostatnio mój entuzjazm w stosunku do gier osłabł to jednak Hideo Kojima jest jednostką wybitną i to nie tylko jako producent/scenarzysta/reżyser) i nie dość że wrzucał świetne zdjęcia z restauracji to jeszcze opisywał jedzenie na tyle dobrze że czuło się iż to dla niego coś więcej. A może po prostu trafił na dobrego tłumacza ;) Ja się nie rozpisuję ostatnio bo stołówkowe jedzenie jest dosyć wtórne. Aczkolwiek! Jest dobre, dobrze przyprawione i można sobie je urozmaicić dokładając sosu na ostro, albo mieszając potrawy. I to wszystko biorąc pod uwagę, że gotują dla kilku tysięcy ludzi.

A co zrobię po powrocie? Kurczę…strasznie dużo ostatnio (czyli ostatnie dwie notki) piszę o powrocie, a przecież mam jeszcze tutaj dwa miesiące i tydzień do spędzenia. Więc nie ma co o tym rozmyślać. No dobrze…przyznam się, dzisiaj powiedziałem że chcę zostać na kolejny semestr, na razie droga mailową, a w przyszłym tygodniu przyjdzie mi zadzwonić. Także gdy wrócę…to po paru tygodniach wylatuję z powrotem. W ogóle to jestem bardzo zaskoczony że to już 71 dzień (oczywiście że liczę, jak się ma wizę na 180 dni to warto wiedzieć kiedy się zbliża koniec) a ja ciągle piszę. I chociaż niektóre notki są krótsze i słabsze, to jednak zawsze znajdzie się coś do napisania. Naprawdę bardzo się z tego cieszę.

To teraz do…dzisiaj.
Wstałem wyjątkowo późno. O 721. Pierwszy raz od…bardzo dawna wstałem po 630. Zjadłem śniadanie, poćwiczyłem wymowę, spojrzałem na prognozę pogody (okazało się że nie będzie padać), przebrałem się i poszedłem. Postawili nowy budynek przy sklepie, ciekawe co to…w sumie, najbliższy posterunek policji jest ~300 metrów stąd a potem pustynia, ale to pewnie będzie coś innego.
Pobiegłem do szkoły. Trochę pokropiło, ale żaden to deszcz. Na bieżni biega się zupełnie inaczej, wręcz fruwa, pisałem już o tym, więc nie będę przynudzać…Wszystkie trzyminutówki wyszły w tempie <4:47, a ostatnia w 4:28, czyli fajnie. Gryzłem się czy robić tę 7 czy zostać przy 6, ale stwierdziłem że skoro za tydzień chcę zrobić piramidkę do 5’ a jak nie zrobię 7 to skończę bieg w mniej niż godzinę, to dokręcę tę siódma trójkę. Dokręciłem. Uczniowie, w przerwie między egzaminami, dopingowali, mówili że wyglądam ‘cool’, więc banan na pysku i do boju. Trzeba wydłużać czas wysiłku bo jak ja mam wrócić do formy, biegając same minutówki?
Koniec, nie będę Was tu zanudzał bieganiem (aż do niedzieli), za to wrzucę tekst który napisałem jakiś czas temu, paru osobom się spodobał, a tyczy się on mojego pierwszego maratonu. Gdzieś w domu na dysku mam zapiski z mojego pierwszego i drugiego roku startów. Z trzeciego też, ale ucina się gdzieś w połowie.

A po biegu do domu, umyć się i…zjeść olbrzymią gruszkę. Naprawdę olbrzymią, ledwo mi się w dłoni mieściła, a to coś znaczy. Potem pora przygotować obiad, czyli bób (czemu w Polsce nie ma bobu przygotowywanego w ten sposób?), orzeszki, surimi, jajko i pomidor. No i oczywiście papryka. Jestem z siebie bardzo, ale to bardzo zadowolony. Mistrzem patelni nie zostanę, boję się tutejszych przypraw, ale z tą papryką to był strzał w dziesiątkę, bo nadaje jedzeniu zupełnie inny smak i od razu czuć że jest ‘hen la’.

W ogóle to zdałem sobie sprawę, że pomijam zupełnie fakt rozmów z rodzicami. A przecież z mamą rozmawiam codziennie. Albo w przerwie między zajęciami albo po obiedzie. Dzwonię wcześniej niż budzik ;)

Postanowiłem sobie trochę dzisiaj pochodzić, otarłem się o kilka sklepów ale kupiłem jedynie lizaka i trzy napoje w saszetkach. Na razie wypiłem ten pomarańczowawy.

Zauważyłem tę dziewczynę z kapturem na głowie siedzącą nad rzeką. Komórka odstawiona na bok i tak sobie siedziała i patrzyła. Jesienne rozmyślania widać dotykają wszystkich niezależnie od kraju. Naprawdę zaimponowało mi to że odłożyła komórkę. Może chciała ją wyrzucić bo ją zirytowała, albo zirytował ktoś kto dzwonił, ale w ostatniej chwili się powstrzymała i odłożyła? A może nie chciała żeby jej przeszkadzała gdy spoglądała na spokojną rzekę? W końcu jeżeli coś uwiera w kieszeni to ciężko się skupić na czymś innym.

A teraz siedzę i czekam aż wybije 19 by ubrać spodnie i pójść kupić owoce od obwoźnego sprzedawcy owoców. Tylko co zrobić jeżeli on zawiedzie? Pójdę na wieczorny spacer na ulicę  obwoźnych sklepikarzy i kupię gruszki, jabłka i mandarynki.

I wróciłem. Nie musiałem iść na ulicę obwoźnych sklepikarzy. Gdy wyszedłem mój Sprzedawca dopiero się rozkładał więc poszedłem do sklepu, kupiłem pomidory, ogórki i marchewki. Wyszedłem i kupiłem mnóstwo mandarynek, gruszki, jabłka i…pitaję.

A dzisiejszy bieg wyglądał o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/tNW2wxPcVzQ

A spacer o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/lIvpkshgIrI

Czwartek…tylko że środa

Z jakiegoś powodu mam wrażenie że dzisiaj jest czwartek. Nie ma to żadnego racjonalnego uzasadnienia, bo przecież normalnie wolne mam tylko w soboty i niedziele, a jednak mój mózg uważa że jest czwartek. Skoro nie mogę tego zmienić muszę to zaakceptować.

Także dzień zacząłem jak na wolną sobotę przystało – od przygotowania zajęć. Nie będę jednak rozpisywał planów aż do nowego roku. Nie odczuwam takiej potrzeby.

Na śniadanie standardowa owsianka i mandarynki na gałązce. Ładne prawda mamo? Dla wyjaśnienia: mama dręczy mnie kawą, ja mamę dręczę owocami. Głównie mandarynkami z liśćmi za grosze. Tatę dręczę gruszkami które muszę trzymać w dwóch rękach. Też za kawę. I teraz ciekawostka: tutaj praktycznie nie ma czarnej herbaty, a jak jest to jest bardzo droga. Zielonej za to jest od groma. Tylko ileż można pić zieloną herbatę…dlatego też uzupełniłem dzisiaj…hola hola, moment, spokojnie, do zakupów przejdziemy za chwilę.

Cały poranek walczyłem ze sobą i z pytaniem ‘iść do szkoły na obiad, czy nie’…no i ostatecznie nie poszedłem. Zostałem w domu, usmażyłem sobie kiełbasę, dodałem suszone mięcho i trochę tego zawijanego czegoś. Nie było to złe. Powoli zaczynam radzić sobie ze smażeniem kiełbasy. Jak tak dalej pójdzie to może nawet zainwestuję w patelnię…

W każdym razie po lunchu wsiadłem na rower i pojechałem na zakupy. Bo zostały mi już tylko dwa kartoniki mleka. No dobrze, jeden kartonik jogurtu.
Tym razem zdecydowałem się na inny sklep, w pobliżu tego w którym zawsze robię zakupy. Jak widać na zdjęciach kupiłem dość sporo rzeczy, niestety nie mieli wszystkiego więc musiałem pojechać do jeszcze jednego…a że na skrzyżowaniu upuściłem siatkę z jajkami musiałem jechać do jeszcze jednego…Trzy sklepy…ale sam się o to prosiłem pochłaniając dzisiaj cały zapas owoców.

A co kupiłem?
Kręcone cosie, bo dzisiaj pożarłem wszystkie.
Sojowe mleko w proszku…i było…mało smakowe.
Rękawiczki, bo z jakiegoś powodu mam dwie pary rękawiczek do biegania, ale żadnej pary do normalnego życia…
Trzy rodzaje orzeszków: w czekoladzie (taaa…), prażone na słodko i na słono (droższe od niesolonych…).
Tofu, czyli jak się nietrudno domyślić jutro kolację spożywam w domu.
Słonecznik na wagę, bo wychodzi dużo taniej niż ‘firmowy’, do tego słonecznik zielony, który z jakiegoś powodu smakował kokosem.
Napój z czarnego sezamu o smaku chińskich daktyli (albo czerwonej fasoli…), lub jak to mama określiła – cement.
Kiełbasy, mydło, pastę do zębów, pomidory, mleko oczywiście, napój ‘mleczna herbata o smaku czerwonej fasoli’ (całkiem całkiem).

Z rozbitych jajek zrobiłem na kolację jajecznicę…

A po 18 poszedłem do Obwoźnego Dostawcy Owoców, który nie przyjechał i musiałem uzupełnić zapasy w sklepie. A do tego dołożyłem coś co leżało koło arbuza, oraz gorącą czekoladę. Przy okazji – kilogram papryczek – 3 RMB. Dwa kilo gruszek, dwa kilo jabłek, pół kilo bananów. To tak do końca tygodnia powinno wystarczyć. Oby…

Skoro już zacząłem pisać i nie ma dzisiaj tak zimno jak wczoraj to opiszę coś z zeszłego tygodnia. Robiłem z moimi uczniami lekcję o szczęściu. O tym co jest nam potrzebne w życiu do szczęścia. Mieli kilka opcji do wyboru: zdrowie, wspierająca rodzina, mnóstwo przyjaciół, olbrzymi dom, pieniądze, regularne wakacje, hobby,  szczęśliwe małżeństwo i zadowolenie z pracy. Wszyscy uznali że najważniejsze jest zdrowie, o małżeństwie mówili tylko chłopacy, a i to zaledwie garstka, przyjaciele i rodzina przewijały się równie często. Pieniędzy praktycznie nikt nie postawił na pierwszym miejscu, podobnie jak domu, ale hobby i regularne wakacje także nie miały dla nich większego znaczenia w porównaniu z resztą. Trochę mnie to zasmuciło bo ja bez książek dostaję tutaj szału, ale na szczęście mogę biegać i mogę pisać, tylko tak po prawdzie kiedy te dzieciaki mają mieć czas na hobby jak całe życie mają podporządkowane szkole.
To jednak nie był koniec ćwiczenia. Później dostali tekst o prawniku który ma mnóstwo pieniędzy, żonę, dzieci, dom, samochód, ekscytujące życie bo mnóstwo podróżuje, ale nie ma czasu ani dla dzieci, ani dla żony, ani by po prostu nacieszyć się tym co ma. I nikt nie chciał żyć tak jak on. Wszyscy uznali że chcieliby mieć więcej czasu wolnego…
No to kolejne pytanie: kiedy ludzie są bardziej szczęśliwi, gdy są młodzi czy gdy są starzy? Oczywiście gdy są młodzi. Dlaczego? Bo gdy byłem/am młodszy/a mogłem/am bawić się z rodzicami, jedliśmy razem kolacje i nie musiałem/am chodzić do szkoły.
– Zaraz…to Wy już nie jesteście młodzi?
– No…eee…
– To co ja mam powiedzieć? Wy macie po 15-16 lat, a ja mam 28!
– (śmiech)
I naprawdę garstka, ale to garstka uczniów powiedziała że jest szczęśliwa teraz. Większość czuje się jak ten prawnik, zupełnie bez czasu wolnego. Tak samo jak, kurczaczek nie pamiętam jej imienia ale pamiętacie na pewno tę najlepszą uczennicę która chciała zostać przedszkolanką, no właśnie Ona.

Za to Dziewczyna Bigos powiedziała coś bardzo, ale to bardzo religijnego i to nie tylko jak na ateistkę: ‘myślę, że wtedy gdy są starzy bo gdy umrą będą w końcu z Bogiem i będą na zawsze szczęśliwi’.  W Polsce uznałbym za to fanatyczne podejście rodziców, ale tutaj, w kraju w którym jedyny zalegalizowany związek zrzeszający Chrześcijan nie jest uznawany przez Watykan (bo Państwo w niego ingeruje i spuszczam na to zasłonę milczenia) takie podejście bardzo mnie porusza. To jest ciekawe, że w Polsce, kraju do bólu wręcz Chrześcijańskim takie podejście nie jest częste, a ludzie mówią ‘teraz jest w lepszym miejscu’ tonem głosu zupełnie nie wskazującym na to że wierzą w to co mówią, a tutaj ateistka mówi coś takiego i czuć że w to wierzy, a nie po prostu wykuła kiedyś i powtarza.

I tym pozytywnym akcentem kończę dzisiejszą notkę. Polecam galerię gdzie można zobaczyć to niezidentyfikowane coś co leżało koło arbuza (CCLKA w skrócie), oraz ulicę przemysłową w Jiawang. Moim chińskim domu na końcu świata. A w gruncie rzeczy to wcale nie. Bo stąd do Pekinu mam 3-4 godziny. Z  Pekinu do Warszawy mam ~13 godzin. A stamtąd do Domu…no powiedzmy że 4-5. Czyli w niecały dzień mogę być w Domu. To nie jest koniec świata. Teraz, gdy szkoła wydaje się być mała, wszystko tutaj przestaje być takie ogromne. Chyba nie tylko ciało się zaaklimatyzowało :)

Z pięciu zrobiło się cztery

Bo właśnie Lidia mi powiedziała, że pracujemy w niedzielę. Dzieciaki mają egzaminy pełne dwa dni i połowę piątku. W piątek popołudniu mogą wrócić do domu, a w związku z tym zajęcia z piątkowego popołudnia zostaną przeniesione na niedzielne popołudnie. A miało być tak pięknie…
Lidia zaproponowała żebym puścił dzieciakom ‘Mam talent’ z USA, albo Wielkiej Brytanii. Właściwie to dlaczego nie. Bo już widzę jak w niedzielę popołudniu w dniu powrotu z domu będą w nastroju i stanie robić coś aktywnego. Kurczę…najgorsze jest to, że pewnie byliby w stanie i nawet by za bardzo nie marudzili, ale nie mógłbym im tego zrobić. Za bardzo lubię te dzieciaki.

I bardzo, ale to bardzo lubię klasę jedenastą. Nie z powodu tego lizaka (mam wrażenie że się powtarzam, powiem więcej, mam pewność że się powtarzam), ale dlatego że są super przyjacielscy. I dzisiaj nawet Lidia dostała lizaka. Od klasy szóstej też dostałem lizaka. A potem po lunchu też dostałem :) Moi uczniowie wiedzą już jak mnie kupić. Koszt to 0.5 RMB. Ale naprawdę…właściwie to nie wiem jak do tego doszło, ale mam wrażenie że w Polsce jakoś mało lizaków jest…W sensie w sklepach bez problemu kupi się chupa chupsy, ale coś poza nimi? Ciężko…Okazjonalnie w kioskach, ale rzadko…no i tak już nawet w kraju miałem ochotę na lizaki, a tutaj gdy są praktycznie wszędzie to wręcz nie mogę się powstrzymać. Poza tym trudno by uczniowie nie zauważyli że lubię gdy ciągle o tym mówię.

Na lunch dzisiaj poszedłem z Liberty. Albo Free jak go nazywała Vicki. Przypuszczam że jego imię można też odczytać jako Liberty, tak jak Money. No i pogadaliśmy sobie o tych wstrętnych egzaminach. Ale on akurat się nimi nie stresuje, w piątek wraca do domu. Tęskni za rodziną…no i tak myślę, że on ma jeszcze gorzej niż ja. Bo ja mogę z rodziną i znajomymi pogadać, mamę widzę na ekranie praktycznie codziennie (zresztą nie tylko ja), a on widzi rodziców raz na kilka tygodni, a rozmawiać z nimi nie może bo nie ma telefonu. Znaczy niedawno postawili telefony przy akademikach to można skorzystać. Także mogłoby być gorzej.

A po lunchu poszedłem do gabinetu. Nie miałem po co wracać do domu, w końcu wziąłem ze sobą słonecznik, a od Lidii dostałem drugi! Rany…jak uczniowie dowiedzą się o moim romansie ze słonecznikiem to aż boję się myśleć co to będzie się dziać.
Gdy tak siedziałem sobie w gabinecie i rozmawiałem z rodzicami ktoś zapukał do drzwi i weszły dwie dziewczyny z klasy jedenastej. Dziewczyna Bigos (ja wiem, że ona ma inne angielskie imię, ale dla mnie zostanie Bigosową Dziewczyną), oraz…kurczę nie pamiętam…W każdym razie przykulały się bo DB chciała wymienić mały notatnik na duży (Lidii się pomyliło i wzięła mały zamiast dużego). No to wymieniłem. Dziewczyny ładnie się przywitały i ładnie pożegnały z rodzicami. Bardzo fajnie :)

Wendy za to jest chora, kaszle i prycha. Powinna leżeć w łóżku a nie szlajać się po szkole. W dodatku siedzi przy otwartym oknie. Powinienem na nią nakrzyczeć, tak jak buczę na Lidię za to że na śniadanie je ciastka i popija mlekiem. A potem narzeka, że nie ma na nic siły.

Dwunastka nie chciała oglądać kreskówek, więc obejrzeliśmy dalszy ciąg ‘Królewny Śnieżki’, ale na kilka minut przed końcem pojawił się wychowawca i musieliśmy się zbierać. Też dobrze.

Na kolację byłem umówiony z uczniem klasy trzeciej i sobie pogadaliśmy trochę. O tym, że nie stresują go egzaminy, że zostaje w szkole, jest cholernie zimno a w akademikach nie grzeją, czyli o takich standardowych późno jesiennych sprawach natury pogodowej.

– Słuchaj. Jesteś naprawdę przystojny, więc tak poważnie, dlaczego nie masz dziewczyny?

Ciekawe kiedy zacznę mieć dość tego pytania…

Jeszcze jedno…dzisiaj w nocy pierwszy raz temperatura ma spaść poniżej zera, za to jutro ma być nawet 14 stopni. Pierdzielca można dostać.

A teraz pora na kilka słów o biegu.
Dzisiaj nie było żadnych problemów ze wstawaniem. Wstałem, umyłem zęby, zjadłem banana, ubrałem się i poszedłem biegać. Sygnał złapany praktycznie od razu i ruszyłem. W stronę starego centrum i zrobiłem praktycznie kalkę biegu z niedzieli tylko tym razem zawróciłem przed elektrownią i pobiegłem standardową wtorkową trasą. A biegło się bardzo, bardzo szybko. Widać wczorajsze jedzenie dało dużo energii. Gdy zauważyłem ile kilometrów nabiegałem musiałem trochę zmodyfikować trasę i przez to się pogubiłem. 10 łatwych – 10 trudnych zacząłem w okolicach 54 minuty, czyli 4 minuty później niż zwykle. Tylko co z tego skoro biegło się naprawdę dobrze. Żadnych problemów. Zero kolki, zero presji, po prostu ja, przyjemny poranek i puste ulice Jiawang. Nawet stoiska z jedzeniem nie były jeszcze porozstawiane. Wyobrażacie to sobie? Wyjść biegać przed jedzeniem w Chinach? I jak co wtorek zahaczyłem o małe jeziorko by okoliczni ćwiczący się o mnie nie martwili, w końcu widzą mnie teraz co wtorek. A może to nie jedzenie, a najzwyczajniej w świecie w końcu biega mi się tu dobrze? Tylko czemu teraz gdy robi się zimno…Chociaż dzisiaj rano było bardzo przyjemniej, o wiele przyjemniej niż teraz gdy piszę te słowa. Naprawdę, o wiele. Brakuje mi takiego porządnego biegania po 4-5 razy w tygodniu, ale wiedziałem na co się piszę mówiąc że wezmę te wszystkie zajęcia. Poza tym, teraz jest dobrze. Przynajmniej wyglądam bardziej jak człowiek a mniej jak szkielet. Cieszę się, że w końcu bieganie tutaj sprawia mi tyle radości co w kraju. W końcu kończę biegi z uśmiechem, nie muszę zatrzymywać się po pół godzinie by odpocząć, w końcu się przyzwyczaiłem. W końcu mogę biec i być sam ze sobą, a nie biec i zastanawiać się czy wytrzymam takie tempo i co się dzieje z moim ciałem. Aż mnie kusi by spróbować dłuższe WB2, na szczęście w planie jest zapisane 6×3’, więc będzie już trochę dłuższe. Dobrze, bardzo dobrze.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/nbrZkrVaoN8

Nagrody

Budowa tego blokowiska za szkołą idzie pełną parą. Co rano nowe elementy, a przecież fotografuję jedynie część tego co tam się dzieje.

Dzisiaj zaczęliśmy rozdawać nagrody i Lidia stwierdziła, że zawaliła bo zamówiła za mało nagród. Na szczęście dla nikogo nie zabrakło, ale trzeba było już wybierać tych trochę lepszych. Trochę szkoda, ale takie są minusy konkursów.

Plusy są takie, że dzieciaki dostają fajne nagrody. Czyli notatniki.

Oprócz tego – obiad w stołówce. Ile z tymi orzeszkami było zabawy. Tyle samo co wczoraj w domu :D

A po szkole zapytałem się Lidii o ten sklep z chińską ceramiką bo mówiła, że mają tam zestawy do herbaty. Poprawiła się na kubki i powiedziała, że taki kubek kosztuje kilkaset juanów. Hmm…hmm…myślę, że kilkaset juanów za ‘kubek’ do herbaty to jednak trochę nie mój budżet.
Mogę wrócić bez telefonu, ale bez zestawu do herbaty nie wrócę. Nie z Chin. Nawet Wielki Mur mogę odpuścić, ale zestawu do herbaty za żadne skarby!

Zbyt dużego w Jiawang nie mam, ale trochę się poszlajam i może znajdę coś fajnego. Mam w końcu 5 dni wolnego i będę zupełnie sam bo Lidia jedzie do domu ćwiczyć jazdę samochodem. Jak tylko pogoda dopisze to się poszlajam po sklepach. Jak nie dopisze to tym bardziej będę się szlajał po sklepach bo tam jest w miarę ciepło ;)

A po pseudozakupach wróciłem na kolację do szkoły i postanowiłem porobić zdjęcia sal w jednym budynku.  Budynku w którym zajęcia mają klasy artystyczne.  Nie mam pojęcia jakie zajęcia odbywają się w tych salach. Ani czy w ogóle się odbywają. Okna są strasznie brudne i wyglądają na dawno nieotwierane, więc przypuszczam że zajęć tam nie ma. Wygląda to strasznie…W dodatku dwa ostatnie zdjęcia robiłem na ślepo bo nie przez okna zajrzeć nie mogłem. Nawet w Chinach mogą być rzeczy za wysoko.

Kolacja to oczywiście tofu w 4. Cała kolacja za 3.3 RMB…Naprawdę nie opłaca mi się samemu robić jedzenia…Przynajmniej pod względem finansowym. Smakowym właściwie też, bo jeszcze tego tofu nie mam dosyć, a przypraw tutaj jeszcze nie poznałem na wylot.

5 dni…i zupełnie żadnych planów jak ten czas wypełnić. Lidia zapytała czy bym nie zrobił jakiejś prezentacji którą mogłaby pokazać rodzinie i znajomym…Właściwie to dlaczego nie. Zawsze to jakiś pomysł na zabicie czasu. A ileż można planów lekcji pisać. Mam porozpisywane do końca miesiąca, ale hej, może zrobię ogólny zarys do końca roku…

Ach…zacząłem o nagrodach, ale nie napisałem w końcu że dzieciakom się bardzo podobały. Nawet się nie spodziewałem, że notatniki mogą się podobać, ale to w końcu nie tylko notatniki ale też kilka słów motywacji ode mnie i od Lidii. Także dzieciaki były bardzo zadowolone.

Niedziela i przegapione #9

Zacznijmy może od biegu…ponownie garmin nie chciał współpracować. On chyba naprawdę nie lubi jak wieje i jak pada. Albo na czas zjazdu partii w Chinach poprzestawiali satelity. Z internetem coś porobili bo dzisiaj program mi napisał żebym zmienił ustawienia bo inaczej sieć nie działa. Co prawda działa od początku zjazdu, ale uznałem że skoro program tak mówi to wypada mu wierzyć. Pomarzłem chwilę, ale w końcu sygnał się znalazł i pobiegłem. Powiedziałem sobie, że kiedyś pobiegnę nad jezioro no i pobiegłem dzisiaj. 5 kilometrów to żaden dystans. Tylko nad jeziorem trochę wiało. Rano było puściutko jedynie jeden spacerowicz i jeden Pan z miotłą. Czyli, jak na Chiny, bardzo spokojnie. A potem postanowiłem wrócić do domu. By wybiegać te 70 minut robiłem slalom między blokami, ale wybiegałem najdłuższy dystans od przylotu. Ponad 13 kilometrów i czułem się świetnie. W końcu czuję się dobrze po biegu. Trzeba było dwóch miesięcy, ale w końcu jest dobrze. Tylko to tętno…Sam nie wiem.

Dzisiaj w Chinach obchodzą dzień singli. W końcu tyle jedynek w dacie nie trafia się często. W związku z tym dużo osób bierze ślub, a dużo sklepów oferuje promocje. Dlatego też zaraz się ubieram i idę pooglądać te promocje. Chociaż w moim malutkim Jiawang nie nastawiam się na jakieś cuda.
No to idę…
Wróciłem. Nic ciekawego. Od groma własnych marek, parę Samsungów i Nokie. W dodatku żadnych promocji. Trudno. Naprawdę nie pozostawiają mi wielkiego wyboru. Nowy telefon dopiero w kraju.
Za to gdy chciałem kupić lizaki Pan ze sklepu pod domem machnął ręką żebym nie płacił, ale oczywiście musiałem. Za to bardzo mu zależało na tym żebym się ogolił. Chociaż sam może się pochwalić ładnym, takim typowo tygodniowym, zarostem. Wyciągnąłem więc niezastąpiony odtwarzacz mp3, wstukałem ‘ciepły’ i pokazałem mu. Zaczął się śmiać. Rozumiem że mężczyzn tutaj to bawi. Bo oni nie są przyzwyczajeni do naszych zim. Przypuszczam że w Harbinie pokiwaliby głową z uznaniem i poczęstowali wódką. Średnia temperatura maksymalna w styczniu to minus dwanaście. Zdecydowanie nie jest to miasto dla mnie.

No dobrze, przed wyjściem jeszcze posprzątałem i zjadłem obiad.

Trasa z dzisiaj:
http://www.endomondo.com/workouts/iruKAOhTZ8Y

Alfabet
Zrobiłem zdjęcie tego jak piszę 1,4 i K. Jak widać nie jest to standardowe 4 i K, jednak do odczytania bez większych problemów, prawda? Otóż niestety nie dla moich uczniów, którzy moje 1 uznają za 7, 4 za błyskawicę a K za ‘cotojest?’. Także moi drodzy, musiałem przeprowadzić się do Chin by nauczyć się poprawnie pisać K. W dodatku zostałem poproszony by pisać małymi literami bo do wielkich nie są przyzwyczajeni…Nie pamiętam od ilu lat nie piszę małymi literami…Na pewno całe studia pisałem wielkimi czasem tylko zmniejszając je by udawały małe. Ogólniak…? Chyba tak, w ogólniaku jeszcze pisałem małymi. To będzie już 9 lat. I teraz muszę się przestawiać? Okropieństwo.

Adam, mnie też poruszają porzucone parasole. Smutne, bo chociaż w czasie deszczu powinny być przydatne, bo po to zostały stworzone by przez tych kilka godzin w deszczowe dni chronić przed deszczem, to jednak nie są używane. Zostały porzucone nie spełniwszy swojego zadania. A może wręcz odwrotnie…Spełniły swoje zadanie, służyły dobrze i wiernie chroniąc swojego właściciela przed deszczem, będąc zawsze w gotowości, aż w końcu nie mogły mu dłużej służyć bo wiatr je połamał i zostały porzucone. Porzucone, nie przekazane w stan spoczynku. Nie wiem która wersja jest bardziej dobijająca.
Na szczęście po jeden z nich wrócił właściciel, więc on jeszcze spełni swój obowiązek.

Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało dlaczego parasol skoro w Polsce głównie chroni przed deszczem a nie słońcem. Ot

A surimi to najzwyklejsze w świecie paluszki rybne, pewnie coś tam dodają żeby ta pasta utrzymywała swój kształt ale raczej i tak będzie zdrowsze od tego co się sprzedaje w Polsce.

Bieganie w święta…
Adam, tak napisałeś o bieganiu w Wigilię i spojrzałem do dzienniczka.
2011 – 20 kilometrów
2010 – 25 kilometrów (i ostatni bieg w roku bo się pochorowałem)
W tym roku Wigilia wypada w poniedziałek, więc chyba z biegu nici. A może będzie ładna pogoda i uda mi się wyskoczyć na parę kilometrów? Zresztą tegoroczne święta są tak odległe, że nawet o nich nie chcę myśleć.
Także czuję, że bieganie w takie dni ma w sobie coś wyjątkowego. Zupełnie  niespotykanego i warto znaleźć chwilę by klepnąć parę kilosków.

Deszcz narodzony

Sobota. No to pora wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Tylko pada…ciągle pada…

W takim razie przed wyjściem trzeba się przygotować. Nakarmić się słonecznikiem, a potem zjeść obiad. Tak przygotowany ruszyłem na spotkanie z deszczem. Garmin nie chciał wyjść z domu. Szukał sygnału 10 minut, pytał się nawet czy na pewno nie jestem w domu, albo na drugiej półkuli…no nie, ani tu ani tu. W końcu jednak sygnał znalazł.

A mi udało się wyciągnąć pieniądze…aczkolwiek nauczyłem się by zawsze najpierw klikać English, a dopiero potem wprowadzać pin. No i opcja z zabraniem karty znajduje się na dole z lewej strony, a nie z prawej gdzie znajduje się opcja ze zmianą pinu. Dobrze że  w porę się zorientowałem bo jeszcze bym coś ponaciskał…Przez te dwa miesiące za bardzo się przyzwyczaiłem do tego błogiego spokoju i przestałem myśleć na moment…Chiny. Azja. Pamiętaj Bartek, pamiętaj.

No i poszlajałem się trochę w deszczu. Kurtka zgodnie z przewidywaniami wytrzymuje deszcz bez problemu. Mogłem też kupić spodnie odpowiednie…No to już wiem co zrobię po powrocie. Pokulałem się też trochę po sklepach z telefonami, ale poza ZTE, Coolpad, Vogo, Opsson Jiawang nie ma wiele do zaoferowania. Chociaż jest chyba jeszcze jeden większy salon który muszę odwiedzić. Może nawet jutro.

Kulnąłem się też do sklepu bo uznałem, że wypada kupić jakieś warzywa. No i kupiłem pomidory, jabłka, słonecznik i paczkę sezamu o smaku orzechowym (nie, ja też nie rozumiem).

Bardzo przyjemnie chodzi się w deszczu. Zwłaszcza gdy się nie moknie i gdy nie jest zimno. Można wtedy tak spokojnie popatrzeć na wodę spływającą ulicami, na ludzi starających się ukryć przed deszczem, zakryć każdy kawałek swojego ciała (nawet buty) i dostać się gdzieś gdzie jest sucho. W czasie deszczu ulice są prawie puste, kafejki internetowe pełne jak zawsze, nawet w sklepach obsługa gdzieś się ukrywa. A przecież to bardzo dobra pogoda, wystarczy tylko odpowiednio się do niej przygotować. Gdyby wiało mówiłbym coś zupełnie innego. Przed deszczem możesz się schować, od chłodu znajdziesz schronienie, z upałem można sobie poradzić mając odpowiednio duży zapas wody, ale wiatr? Na wiatr nie ma rady. Nic skutecznie nie chroni przed powietrzem które znajdzie każdą, nawet najmniejszą dziurkę, w ubraniu i uderza w nas jak młot pneumatyczny. Z wiatrem sobie nie radzę. Podobno wiatr to największa zmora biegaczy niezależnie od szerokości geograficznej.

Wróciłem w końcu do domu i tak sobie siedzę, piszę, ściągam filmy (a w Chinach to piractwo! A dacie wiarę, że Przystań Piratów tutaj nie działa, a inne większe strony z torrentami także są zablokowane? Rząd patrzy) i po chwili zasilacz przestaje działać. To czasem się zdarza, zwłaszcza gdy macham nogami szukając wygodniejszej pozycji przesunę przedłużacz. Tym razem jednak włożenie wtyczki do gniazdka nie pomogło. Zasilacz się nie świeci. Umarł…Milion myśli…to już się stało…jest sklep lenovo, może tam będą mieli…znam dwa małe sklepy komputerowe, może tam będą…a może poczekam chwilę…podłączyłem baterię, włączyłem kompa, system się uruchomił, włożyłem wtyczkę do gniazdka, zasilacz się zapalił, podpiąłem do kompa i działa. Kamień z serca.

Na kolację surimi z pomidorami i tofu. Tym razem bez gotowania, za to usmażone na patelni i nie wyszło tak źle. Pomidory to był bardzo dobry pomysł.

Dzień ostatni?

Takie było założenie.
Z klasy dziewiątej przygotowało się tylko kilka osób, ale krótka motywacja ze strony Lidii i dzieciaki od razu zabrały się do roboty. Klasa dziewiąta jest super. Naprawdę super :) No i Brigitte (ta w żółtym swetrze w kropki i z dużymi guzikami) wybrała swoje imię.

A potem ruszyłem biegać.
Wolniej niż tydzień temu, ale…wiedziałem że tak będzie. Minutówki poszły bardzo fajnie, wszystkie poniżej 4:18, a dwuminutówki poniżej 4:25. Biegło się trochę gorzej niż tydzień temu, ale i tak było bardzo przyjemnie. Mogłem się ubrać o wiele lżej niż we wtorek czy w niedzielę. Słonko trochę świeciło. Dzieciaki znowu kopały piłkę, a część siedziała na trawie i się przyglądała. Ostatnia minutówka poszła z tempem 3:37. Czyli bardzo szybko jak na mnie. Z czasem będę mógł wydłużyć te treningi. Kto wie, może w grudniu pobiegnę w końcu coś w WB2. WB2, dobre sobie…Tutaj moje tętno w czasie spokojnego biegu to WB2. A teraz uświadomiłem sobie, że nie mam planu rozpisanego na następny tydzień. Plany zajęć mam rozpisane do końca listopada, ale biegowe tylko do końca tygodnia. Zaraz wracam…No i rozpisałem. Jest dobrze.

Wróciłem do domu i chwilę się wahałem czy wrócić do szkoły czy też zrobić sobie obiad w domu. No i zrobiłem w domu. No i kulnąłem się do czwórki, w końcu nie muszę się przeciskać między uczniami i dostaję większe porcje :)

Kolejne zajęcia. Jedenastą klasę także bardzo lubię, nie za te lizaki (znowu dostałem :)), ale za to, że są tu naprawdę super ludzie. Nie tyle uczniowie, chociaż jest kilka bardzo zdolnych, ale przede wszystkim za ich bardzo fajne ludzkie podejście. No i za te mecze na boisku do kosza :)

Trzynastka to klasa Wayne’a czyli małego elektronika, który ostatnio pochwalił się samodzielnie skonstruowanym głośnikiem. No i Wayne fascynuje się polityką i jak czasem zaczynamy rozmawiać to cała klasa się wyłącza, więc muszę te nasze rozmowy ucinać. Niestety. Dzisiaj trzynastka trochę nas zawiodła, ale tylko trochę…jeden z uczniów napisał na szybo wiersz (widzisz Adam, nie dość że czytają (okazuje się że większość napisów w szkole to wiersze), to jeszcze piszą i to w obcym języku), i dla tych nie znających angielskiego spróbuję oddać go jak najwierniej (chociaż  z tłumaczenia artystycznego nigdy mi nie szło):

Nie denerwuj się mój nauczycielu
Jesteś tutaj, w naszych sercach
Nie złość się mój nauczycielu
Kochamy cię
Wszyscy cię lubimy i chcemy byś ty i nas lubił
Nie potrafię śpiewać, nie potrafię tańczyć
Chcę jednak powiedzieć że jesteś dobrym nauczycielem
Nie potrafię śpiewać, nie potrafię tańczyć
Chcę jednak powiedzieć że jesteś moim nauczycielem

Ja nie wiem co im Lidia powiedziała, ale nie byłem na nich zły. Trochę zasmucony, ale po trochu ich rozumiem. Mają te egzaminy w przyszłym tygodniu, więc wiadomo że wolą się na nich skupić, a nawet gdy nie, to rozumiem jak często jest wyjść na środek sali i czytać w obcym języku gdy się wie, że nie radzi sobie tak dobrze jak inni.
I właśnie tacy uczniowie są dla mnie prawdziwymi zwycięzcami. Właśnie dlatego, że zdecydowali się coś zrobić, że chcą być lepsi. Bo nie jest problemem pokazać się przed wszystkimi gdy jest się w czymś dobrym, problem zaczyna się gdy nie jest się najlepszym, ma się tego świadomość, a mimo to chce się coś zmienić. To taki problem człowieka wstydzącego się swojego ciała, który chciałby coś zmienić, ale za bardzo wstydzi się swojego ciała by pójść na siłownie czy zacząć biegać/pływać/jeździć na rowerze. I właśnie za taką odwagę ich podziwiam. Lidia się dzisiaj natłumaczyła i widać było że pod koniec dnia jest zmęczona. Nie okłamujmy się, takie zajęcia w czasie których trzeba wszystkich motywować do działania są najbardziej wyczerpujące. Poradziła sobie jednak bardzo dobrze. Ja niestety na wiele się nie zdałem bo uczniowie nie są przyzwyczajeni do motywacji po angielsku. Przyzwyczają się jeszcze :)

Klasa dwunasta też trochę zawiodła, ale udało się zebrać grupę uczniów by odegrać przedstawienie z książki. Przynajmniej nie mieli problemu ze znalezieniem narratora :)

A klasa czternasta poczeka na swoją kolej jeszcze tydzień, bo nauczycielka z którą rozmawiałem przedwczoraj powiedziała że mam tyle zajęć dzisiaj że chce mi pomóc i wziąć te zajęcia za mnie. Hmm…głowy sobie nie dam uciąć, ale ona chyba jest wychowawczynią czternastki. Tak czy owak – godzina wcześniej do domu!

No to jak godzina wcześniej do domu to pora na zakupy. Po drodze natrafiłem na mojego obwoźnego sprzedawcę owoców. Od razu kupiłem gruszki i banany. Za 9.5 RMB. Powinno być 9.6, ale wydał mi 0.5, chociaż mówiłem żeby to zostawił. Nie odpuścił.

A potem pojechałem kupić miód i kiełbasy. Przypomniało mi się, że mam jeszcze surimi w lodówce. Które ma datę spożycia do środy! Masakra jakaś.

Gdy wracałem zaczęło padać, ale postanowiłem jeszcze się zatrzymać i kupić mandarynki. Sprzedawca pokazał 4, dałem mu 5 i gdy chciał wydać resztę sięgnąłem po jeszcze dwie mandarynki, pokazałem mu, a on dorzucił jeszcze dwie i odjechałem.

Pooglądałem też telefony, ale tutaj wszystko to albo telefony Chińskie, albo robione na tutejszy rynek, ewentualnie z cenami jak w Polsce, więc wygląda na to, że zostanę przy swojej Nokii jeszcze kilka miesięcy.

Na kolację jajecznica. Do znudzenia trochę, no nie? Zrobiłbym w końcu omlet, ale musiałbym połapać patelnię…a może jutro ugotuję jajka? W ogóle to jutro muszę się kulnąć do sklepu po jajka i wyciągnąć kasę ze ściany.

A dzisiejszy trening wyglądał o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/kE4GFUITs14

Za ciepło

Ubrałem ciepłe getry. Koszulę z długim rękawem, bluzę w której się zakochałem z powodu rękawków, dodatkowo kurtkę przeciwdeszczową, czapkę zimową i…było mi bardzo ciepło. Niby biegłem powoli, bo wolniej niż tydzień temu, ale tętno też było niższe. No i w końcu w udach czuję braki rozciągania po biegach więc muszę się wziąć za siebie.

Dzisiejsze zajęcia poszły bardzo sprawnie, nawet biorąc pod uwagę niechęć klasy 11 do współpracy z książką. Udało ich się przekupić tym że następne zajęcia to konkurs, a na jeszcze kolejnych mają obiecany film. Film by i tak dostali bo przecież przed egzaminami nie będą w stanie się skupić.  Także ha, zostali oszukani!
Lidia powiedziała że każdy dobry nauczyciel musi czasem okłamać uczniów…Przecież ja ich nie okłamałem, od początku do końca mówiłem prawdę.

Gdy zszedłem na parter z zajęć wychodziła akurat Pani odpowiadająca za zajęcia z angielskiego w klasie pierwszej wraz z dwoma młodymi nauczycielkami (kurczę, jedna to Kathy, ale imienia tej drugiej nie pamiętam…sprawdziłem – Tina) i sobie akurat z Tiną (teraz to się wymądrzam) porozmawiałem chwilę. Zabrzmiał dzwonek i się pożegnaliśmy. Po chwili wróciła i powiedziała, że może przyjść na moje zajęcia i od razu się zapytała czy może :) No przecież jej nie wygonię. Przydała się, bo jednemu z uczniów brakowało pary i mógł z nią porozmawiać.  Po zajęciach powiedziała że bardzo dobrze sobie poradziłem tylko niektórzy uczniowie mają problemy bo nie są przyzwyczajeni do mówionego języka. No właśnie. I tak po robieniu tych samych zajęć 14 razy utwierdzam się w przekonaniu, że trzeba wrócić do słuchania. Bo chociaż część uczniów nie ma problemów z mówieniem, tak jednak większość ma. Poza tym zadaniem moich zajęć jest uczenie ich w najbardziej przyjemny możliwy sposób, więc nie mogę ich stresować za bardzo.

Wychodząc na lunch zauważyłem świetną bluzę. Musiałem zrobić to zdjęcie, po prostu musiałem. Aż tę dziewczynę poprosiłem by mi zapozowała bo po prostu nie mogłem się powstrzymać.

Po lunchu, tym razem w czwórce, bo do jedynki bym już się nie dopchał (w ogóle to się wykosztowałem bo skasowali mnie 5 RMB) pojechałem na zakupy. Chciałem kupić rękawiczki bez palców (nie znalazłem) i…
Czasem robimy rzeczy z których nie jesteśmy dumni, prawda? Każdy z nas zrobił kiedyś coś z czego nie jest dumny. Coś czego się wstydzi. Takie nasze małe, malutkie, maciupcie tajemnice. Może to być coś co zrobiliśmy po zbytu bogatej w alkohol nocy, albo coś co zrobiliśmy dawno temu i z perspektywy czasu widzimy jak bardzo daliśmy ciała. Każdy ma coś takiego. Od dzisiaj ja też…Pierwszy raz w życiu…kupiłem dla siebie kapcie. I rozumiem że dla niektórych to nic dziwnego, ale dla mnie to powód do wstydu, do ubrania kaptura i zaszycia się w domu. W domu zawsze chodziłem boso, nawet w zimę nie zakładałem skarpet dopóki nie było bardzo zimno. Przez całe życie słyszałem tylko narzekanie babci że będę chory bo nie noszę skarpet/kapci/skarpet i papci. A ja po prostu nie lubię…znaczną część życia moje stopy spędzają w butach i skarpetach, to dlaczego mam je dodatkowo męczyć? Tak zawsze powtarzałem. A teraz? Kupuję kapcie bo mi zimno w stopy…i mówię sobie że to wszystko przez te kafelki, że gdyby to nie były kafelki to bym wytrzymał. Tak bardzo mi wstyd…ale gdy się tutaj otwarłem to od razu zrobiło mi się lżej. Także dziękuję.

Na zajęciach w klasie 12 na jedno pytanie usłyszałem część odpowiedzi, zawieszenie i ‘no wiesz, rozumiesz’ i nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Przecież to doskonała odpowiedź. Z jednej strony nie dowiadujemy się niczego co uczeń chce powiedzieć, więc spokojnie możemy go oblać, albo dalej ciągnąć za język, ale z drugiej strony to świetna odpowiedź, bo ja wiem o co mu chodziło (początek wypowiedzi był wystarczający do zrozumienia) i każdy z kim rozmawiałby na ten temat by zrozumiał. Także pochwaliłem go i poszedłem dręczyć innych uczniów. Jednak po chwili zawołał mnie i wyjaśnił, że ‘no wiesz, rozumiesz’ to bardzo często spotykany zwrot w Chinach. No nie tylko w Chinach :) I to mu wyjaśniłem. No i pochwaliłem bo przecież bardzo dobrze sobie poradził.

A na kolację tofu za 2.8 RMB, dostałem też pierożka od uczniów (bo można w 4 wziąć pierożki). I uciąłem sobie rozmowę z jednym z uczniów z innego budynku. Bardzo ładnie mówił po angielsku i zaprosił do swojej klasy. Klasa 1 na piętrze 1 w innym budynku. No to będę musiał się tam kiedyś wybrać.

A trasa z dzisiejszego biegu wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/gTDCZMifYLA