Deszcz narodzony

Sobota. No to pora wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Tylko pada…ciągle pada…

W takim razie przed wyjściem trzeba się przygotować. Nakarmić się słonecznikiem, a potem zjeść obiad. Tak przygotowany ruszyłem na spotkanie z deszczem. Garmin nie chciał wyjść z domu. Szukał sygnału 10 minut, pytał się nawet czy na pewno nie jestem w domu, albo na drugiej półkuli…no nie, ani tu ani tu. W końcu jednak sygnał znalazł.

A mi udało się wyciągnąć pieniądze…aczkolwiek nauczyłem się by zawsze najpierw klikać English, a dopiero potem wprowadzać pin. No i opcja z zabraniem karty znajduje się na dole z lewej strony, a nie z prawej gdzie znajduje się opcja ze zmianą pinu. Dobrze że  w porę się zorientowałem bo jeszcze bym coś ponaciskał…Przez te dwa miesiące za bardzo się przyzwyczaiłem do tego błogiego spokoju i przestałem myśleć na moment…Chiny. Azja. Pamiętaj Bartek, pamiętaj.

No i poszlajałem się trochę w deszczu. Kurtka zgodnie z przewidywaniami wytrzymuje deszcz bez problemu. Mogłem też kupić spodnie odpowiednie…No to już wiem co zrobię po powrocie. Pokulałem się też trochę po sklepach z telefonami, ale poza ZTE, Coolpad, Vogo, Opsson Jiawang nie ma wiele do zaoferowania. Chociaż jest chyba jeszcze jeden większy salon który muszę odwiedzić. Może nawet jutro.

Kulnąłem się też do sklepu bo uznałem, że wypada kupić jakieś warzywa. No i kupiłem pomidory, jabłka, słonecznik i paczkę sezamu o smaku orzechowym (nie, ja też nie rozumiem).

Bardzo przyjemnie chodzi się w deszczu. Zwłaszcza gdy się nie moknie i gdy nie jest zimno. Można wtedy tak spokojnie popatrzeć na wodę spływającą ulicami, na ludzi starających się ukryć przed deszczem, zakryć każdy kawałek swojego ciała (nawet buty) i dostać się gdzieś gdzie jest sucho. W czasie deszczu ulice są prawie puste, kafejki internetowe pełne jak zawsze, nawet w sklepach obsługa gdzieś się ukrywa. A przecież to bardzo dobra pogoda, wystarczy tylko odpowiednio się do niej przygotować. Gdyby wiało mówiłbym coś zupełnie innego. Przed deszczem możesz się schować, od chłodu znajdziesz schronienie, z upałem można sobie poradzić mając odpowiednio duży zapas wody, ale wiatr? Na wiatr nie ma rady. Nic skutecznie nie chroni przed powietrzem które znajdzie każdą, nawet najmniejszą dziurkę, w ubraniu i uderza w nas jak młot pneumatyczny. Z wiatrem sobie nie radzę. Podobno wiatr to największa zmora biegaczy niezależnie od szerokości geograficznej.

Wróciłem w końcu do domu i tak sobie siedzę, piszę, ściągam filmy (a w Chinach to piractwo! A dacie wiarę, że Przystań Piratów tutaj nie działa, a inne większe strony z torrentami także są zablokowane? Rząd patrzy) i po chwili zasilacz przestaje działać. To czasem się zdarza, zwłaszcza gdy macham nogami szukając wygodniejszej pozycji przesunę przedłużacz. Tym razem jednak włożenie wtyczki do gniazdka nie pomogło. Zasilacz się nie świeci. Umarł…Milion myśli…to już się stało…jest sklep lenovo, może tam będą mieli…znam dwa małe sklepy komputerowe, może tam będą…a może poczekam chwilę…podłączyłem baterię, włączyłem kompa, system się uruchomił, włożyłem wtyczkę do gniazdka, zasilacz się zapalił, podpiąłem do kompa i działa. Kamień z serca.

Na kolację surimi z pomidorami i tofu. Tym razem bez gotowania, za to usmażone na patelni i nie wyszło tak źle. Pomidory to był bardzo dobry pomysł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.