Z pięciu zrobiło się cztery

Bo właśnie Lidia mi powiedziała, że pracujemy w niedzielę. Dzieciaki mają egzaminy pełne dwa dni i połowę piątku. W piątek popołudniu mogą wrócić do domu, a w związku z tym zajęcia z piątkowego popołudnia zostaną przeniesione na niedzielne popołudnie. A miało być tak pięknie…
Lidia zaproponowała żebym puścił dzieciakom ‘Mam talent’ z USA, albo Wielkiej Brytanii. Właściwie to dlaczego nie. Bo już widzę jak w niedzielę popołudniu w dniu powrotu z domu będą w nastroju i stanie robić coś aktywnego. Kurczę…najgorsze jest to, że pewnie byliby w stanie i nawet by za bardzo nie marudzili, ale nie mógłbym im tego zrobić. Za bardzo lubię te dzieciaki.

I bardzo, ale to bardzo lubię klasę jedenastą. Nie z powodu tego lizaka (mam wrażenie że się powtarzam, powiem więcej, mam pewność że się powtarzam), ale dlatego że są super przyjacielscy. I dzisiaj nawet Lidia dostała lizaka. Od klasy szóstej też dostałem lizaka. A potem po lunchu też dostałem :) Moi uczniowie wiedzą już jak mnie kupić. Koszt to 0.5 RMB. Ale naprawdę…właściwie to nie wiem jak do tego doszło, ale mam wrażenie że w Polsce jakoś mało lizaków jest…W sensie w sklepach bez problemu kupi się chupa chupsy, ale coś poza nimi? Ciężko…Okazjonalnie w kioskach, ale rzadko…no i tak już nawet w kraju miałem ochotę na lizaki, a tutaj gdy są praktycznie wszędzie to wręcz nie mogę się powstrzymać. Poza tym trudno by uczniowie nie zauważyli że lubię gdy ciągle o tym mówię.

Na lunch dzisiaj poszedłem z Liberty. Albo Free jak go nazywała Vicki. Przypuszczam że jego imię można też odczytać jako Liberty, tak jak Money. No i pogadaliśmy sobie o tych wstrętnych egzaminach. Ale on akurat się nimi nie stresuje, w piątek wraca do domu. Tęskni za rodziną…no i tak myślę, że on ma jeszcze gorzej niż ja. Bo ja mogę z rodziną i znajomymi pogadać, mamę widzę na ekranie praktycznie codziennie (zresztą nie tylko ja), a on widzi rodziców raz na kilka tygodni, a rozmawiać z nimi nie może bo nie ma telefonu. Znaczy niedawno postawili telefony przy akademikach to można skorzystać. Także mogłoby być gorzej.

A po lunchu poszedłem do gabinetu. Nie miałem po co wracać do domu, w końcu wziąłem ze sobą słonecznik, a od Lidii dostałem drugi! Rany…jak uczniowie dowiedzą się o moim romansie ze słonecznikiem to aż boję się myśleć co to będzie się dziać.
Gdy tak siedziałem sobie w gabinecie i rozmawiałem z rodzicami ktoś zapukał do drzwi i weszły dwie dziewczyny z klasy jedenastej. Dziewczyna Bigos (ja wiem, że ona ma inne angielskie imię, ale dla mnie zostanie Bigosową Dziewczyną), oraz…kurczę nie pamiętam…W każdym razie przykulały się bo DB chciała wymienić mały notatnik na duży (Lidii się pomyliło i wzięła mały zamiast dużego). No to wymieniłem. Dziewczyny ładnie się przywitały i ładnie pożegnały z rodzicami. Bardzo fajnie :)

Wendy za to jest chora, kaszle i prycha. Powinna leżeć w łóżku a nie szlajać się po szkole. W dodatku siedzi przy otwartym oknie. Powinienem na nią nakrzyczeć, tak jak buczę na Lidię za to że na śniadanie je ciastka i popija mlekiem. A potem narzeka, że nie ma na nic siły.

Dwunastka nie chciała oglądać kreskówek, więc obejrzeliśmy dalszy ciąg ‘Królewny Śnieżki’, ale na kilka minut przed końcem pojawił się wychowawca i musieliśmy się zbierać. Też dobrze.

Na kolację byłem umówiony z uczniem klasy trzeciej i sobie pogadaliśmy trochę. O tym, że nie stresują go egzaminy, że zostaje w szkole, jest cholernie zimno a w akademikach nie grzeją, czyli o takich standardowych późno jesiennych sprawach natury pogodowej.

– Słuchaj. Jesteś naprawdę przystojny, więc tak poważnie, dlaczego nie masz dziewczyny?

Ciekawe kiedy zacznę mieć dość tego pytania…

Jeszcze jedno…dzisiaj w nocy pierwszy raz temperatura ma spaść poniżej zera, za to jutro ma być nawet 14 stopni. Pierdzielca można dostać.

A teraz pora na kilka słów o biegu.
Dzisiaj nie było żadnych problemów ze wstawaniem. Wstałem, umyłem zęby, zjadłem banana, ubrałem się i poszedłem biegać. Sygnał złapany praktycznie od razu i ruszyłem. W stronę starego centrum i zrobiłem praktycznie kalkę biegu z niedzieli tylko tym razem zawróciłem przed elektrownią i pobiegłem standardową wtorkową trasą. A biegło się bardzo, bardzo szybko. Widać wczorajsze jedzenie dało dużo energii. Gdy zauważyłem ile kilometrów nabiegałem musiałem trochę zmodyfikować trasę i przez to się pogubiłem. 10 łatwych – 10 trudnych zacząłem w okolicach 54 minuty, czyli 4 minuty później niż zwykle. Tylko co z tego skoro biegło się naprawdę dobrze. Żadnych problemów. Zero kolki, zero presji, po prostu ja, przyjemny poranek i puste ulice Jiawang. Nawet stoiska z jedzeniem nie były jeszcze porozstawiane. Wyobrażacie to sobie? Wyjść biegać przed jedzeniem w Chinach? I jak co wtorek zahaczyłem o małe jeziorko by okoliczni ćwiczący się o mnie nie martwili, w końcu widzą mnie teraz co wtorek. A może to nie jedzenie, a najzwyczajniej w świecie w końcu biega mi się tu dobrze? Tylko czemu teraz gdy robi się zimno…Chociaż dzisiaj rano było bardzo przyjemniej, o wiele przyjemniej niż teraz gdy piszę te słowa. Naprawdę, o wiele. Brakuje mi takiego porządnego biegania po 4-5 razy w tygodniu, ale wiedziałem na co się piszę mówiąc że wezmę te wszystkie zajęcia. Poza tym, teraz jest dobrze. Przynajmniej wyglądam bardziej jak człowiek a mniej jak szkielet. Cieszę się, że w końcu bieganie tutaj sprawia mi tyle radości co w kraju. W końcu kończę biegi z uśmiechem, nie muszę zatrzymywać się po pół godzinie by odpocząć, w końcu się przyzwyczaiłem. W końcu mogę biec i być sam ze sobą, a nie biec i zastanawiać się czy wytrzymam takie tempo i co się dzieje z moim ciałem. Aż mnie kusi by spróbować dłuższe WB2, na szczęście w planie jest zapisane 6×3’, więc będzie już trochę dłuższe. Dobrze, bardzo dobrze.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/nbrZkrVaoN8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.