Konkurs? Dzień#1

Siedmiogodzinna środa już nie przeraża mnie…
Człowiek się do wszystkiego może przyzwyczaić. Na szczęście ten tydzień jest bardzo mało angażujący. To dobrze gdy nie muszę wiele mówić a uczniowie wręcz przeciwnie. Tak też minęły pierwsze dwa zajęcia, ale potem rozpoczął się nasz ‘konkursik’.

Na początku szło trochę opornie bo, przykładowo, w klasie trzeciej zgłosiła się jedna osoba i trzeba było resztę zachęcać. Także spędzaliśmy z Lidią, a raczej sama Lidia, bo moja motywacja była średnio skuteczna, po kilka-kilkanaście minut na przekonanie uczniów by wzięli udział.

Niektórzy uczniowie naprawdę dobrze się przygotowali, nie dość że nauczyli się tekstu na pamięć to jeszcze go odegrali bardzo dobrze. Pozwoliliśmy im także czytać, a nawet zaśpiewać. Bardzo dużo dziewczyn ma przepiękny głos. Aż mnie to zdumiało, że kryją się w nich tak piękne głosy. W sensie, że tak dobrze śpiewają po angielsku.

Na lunch ruszyłem do dwójki, bo Lidia chciała zupę, a w dwójce są zupy wyborne. Ja wziąłem tacę z potrawami (tylko trzema!) i dostałem dwie bułki, chociaż pokazywałem że chcę jedną. No ale z drugiej strony każdy dostawał dwie to czemu ja miałbym być poszkodowany? No i obiad wyszedł mnie 2.5 RMB. Lidia zawsze jest w szoku gdy mówię jej ile mnie kosztuje jedzenie w stołówce bo ona płaci więcej i podejrzewa, że to dlatego iż uważają ją za uczennicę. A przynajmniej nie za nauczycielkę.

Wychodząc ze stołówki dalej czułem głód, bo zawaliłem dziś całkowicie i zapomniałem wziąć drugiego śniadania (jabłka i gruszki), więc poszedłem do jedynki i kupiłem dwie kulki na słodko i jeden plaster czegoś co oczywiście nie jest pizzą. A zdjęć nie zrobiłem, ponieważ…

Wychodząc z jedynki trafiłem na nauczycielkę angielskiego i się zagadaliśmy.
Otóż skończyła ona tę właśnie szkołę i gdy zakończyła studia wróciła tutaj by uczynić ją lepszą, zmienić, poprawić, pomóc uczniom i nauczycielom, wprowadzić nowe standardy i tak od pięciu lat po trochu umiera w środku bo się odbiła od ściany. Większość uczniów nie jest na takim poziomie na jakim powinna, nie rozumie co się do nich mówi po angielsku. Nauczycieli ocenia się na podstawie wyników uczniów, a przede wszystkim w oparciu o wyniki na gaokao (chińskiej maturze, która DECYDUJE o przyszłym życiu, bo bez dobrych wyników można o studiach zapomnieć), a jak uczniom nie zależy to choćbyś uczył najlepiej na świecie ich podejścia nie zmienisz. To nie jest ckliwy amerykański film w którym ma się jedną klasę i można sobie pozwolić na eksperymenty, tutaj masz kilkuset uczniów i materiał, który musisz przerobić. Słabe wyniki? Dyrekcja ‘mówi do Ciebie, a nie rozmawia z Tobą’. Poza tym inni nauczyciele też na Ciebie krzywo patrzą.
Uczniowie są pod presją, ale nauczyciele także.  Ja jestem tutaj na naprawdę komfortowych zasadach. Nie muszę się przejmować wieloma rzeczami i bardzo się z tego cieszę. Powiedziałem jej, że wszędzie jest tak samo, wszyscy mamy dokładnie te same problemy i…

– Byłeś kiedyś w stołówce nauczycielskiej?
– Tak, ale teraz chodzę do uczniowskich.
– Dlaczego?
– Bo jest ich więcej, mogę codziennie pójść do innej.
– A wiesz, ja jestem tradycjonalistką. Wolę chodzić do jednej. Ty jesteś odważny, przyjechałeś do Chin i jeszcze zmieniasz stołówki. A ja ciągle tutaj…
– Kiedyś byłem taki sam…
– To co się stało?

No i teraz mógłbym stworzyć historię jak to kwietniowe zderzenie z samochodem, spojrzenie białobrodemu ratownikowi w oczy uświadomiło że życie jest kruche i należy z niego korzystać, że zdałem sobie sprawę jak bardzo ulotne są nasze chwile i jakieś tam inne mądrze brzmiące zdania, które miałyby sens, bo przecież jak człowiek leży na asfalcie myśląc że to puszysta chmurka, a potem dowiaduje się że miał wstrząs mózgu, podejrzewa się złamanie kręgosłupa i ‘w gruncie rzeczy to dopiero po rezonansie będziemy wiedzieć czy nie będziesz sparaliżowany od pasa w dół’ to może mu się pogląd na świat zmienić. Tylko to nie byłaby prawda, więc odrzekłem zgodnie z prawdą:

– Miałem już tego dość, chciałem coś zmienić.
– No ale teraz nie masz czasu dla siebie.
– Owszem, ale nie mam go 10k kilometrów od domu, gdzie wszystko jest przygodą :)

Na takiej rozmowie zeszła nam godzina z hakiem, w końcu nie doszła do punktu doładowującego karty i wróciła do nauczycielskiego akademika (!), a ja poszedłem do gabinetu.
No i ‘konkursu’ ciąg dalszy. Szło bardzo sprawnie. Niektóre dzieciaki spisały się na medal.

Na konsultacjach część oglądała film, a część uczyła się ze mną gramatyki. No i nauczyli się ‘dzień dobry’.

A potem kolacja w czwórce. Tofu, tofu, tofu i jajko. 3.5 RMB. Pięknie.

Wróciłem do domu i co? Kabel do netbooka został w szkole. Siedzę więc teraz i gratuluję sobie zakupu. Bo bateria ma jeszcze wytrzymać trzy i pół godziny. No i zjadłem też owoce. Także nie, nie zostaną na jutro. Nie ma tak dobrze :)

Niedziela i przegapione #5

Syf na targu
To rzuca się strasznie w oczy, a raczej w nos. Warunki w jakich sprzedawane jest tu mięso woła o pomstę do nieba. Tylko tak myślę…przecież ja mięso z takiego targu i tak jem w restauracjach, więc co za różnica w gruncie rzeczy.

Zdjęcia
Wszędzie, ale to naprawdę wszędzie znajdują się zdjęcia pracowników danego miejsca. Począwszy od policji (co jest sensowne), poprzez ochroniarzy przy bramie (co jest niezwykle sensowne), na kierowcach i ludziach sprzedających bilety w autobusie skończywszy (co sens też ma, w końcu autobus mógłby zostać porwany przez kogoś, ktoś inny mógłby próbować pobierać opłaty, a prawdziwy kierowca i sprzedawca byliby w sporym niebezpieczeństwie). Coś podobnego jak w Saturnie i Media Markcie u nas. Tylko na sporo większą skalę.

Dlaczego lubisz herbatę?
Takim oto pytaniem zostałem zabity w poprzednią niedzielę gdy nie zamówiłem niczego do pcia, oprócz darmowej herbaty. Darmowej bo w tych lepszych restauracjach za herbatę się nie płaci.
No właśnie, dlaczego nie chciałem żadnego świeżo wyciśniętego soku tylko herbatę? Ta sytuacja wydała mi się tak abstrakcyjna, że nie mogłem znaleźć odpowiedzi. No bo jak mam wytłumaczyć Chince dlaczego lubię herbatę. Kurczę…czy nam lub Rosjanom tłumaczy się dlaczego lubi się wódkę? Albo Niemcom dlaczego lubi się piwo (chociaż to podobno Egipcjanie wymyślili)? No nie za bardzo. Historia herbaty w Chinach sięga (według wikipedii) 2737 roku p.n.e., a u nas? Do Anglii dostała się pod koniec 17 wieku i dostali takiego pierdzielca, że z jej powodu rozpoczęły się wojny opiumowe. No i w Anglii wytworzyła się kultura picia herbaty. A jak my przy tym wyglądamy? Dla nas herbata jest jak woda, jak główny napój do wszystkiego. Barbarzyństwo ;)

Syf w kiblach publicznych
Odważyłem się wejść do kilku, ale z robienia zdjęć zrezygnowałem. W jednym kibelku zaczęły mi łzy płynąć. A ja przecież w Zoo pracowałem. Przy hipopotamach klatki czyściłem…Węchu jednak wyłączyć się nie da…

Zdjęcia kamieni
Nikt się nie pyta, ale na pewno ciekawość Was zżera o co chodzi z tymi kamieniami? No właśnie…to dobre pytanie. Podobno wszystkie ta kamienie ustawiane na drogach, trzymane w domu są pozostawione w stanie w jakim je wydobyto. A stawia się je z powodów dekoracyjnych. Bo często coś przypominają. Z reguły mają to być coś z chińskiego horoskopu. Mi osobiście większość z tych kamieni przypomina po prostu kamienie, ale może pod jakimś odpowiednim kątem i specjalnym świetle coś tam widać.

Dlaczego nie ma szczurów?
To pytanie też się nasuwa. Przecież tu jest tyle jedzenia na ulicach, w śmietnikach, po prostu wszędzie. A nie ma szczurów. Na takich osiedlach siłą rzeczy muszą być. A nie ma…Są koty, psy, ale nie ma gryzoni. W sumie to pół Europy wybiła dżuma przenoszona przez szczury, więc chyba jednak tak dobrze u nas z czystością nie było i nie ma.

Zasłonięta flaga Japonii w markecie
To rzuciło mi się w oczy w sklepie w Pizhou. Ogromna wydrukowana reklama z hasłem ‘Produkty Importowane’ i flagami USA, Kanady, Korei, Jap…ups Chin ;) Zasłonili flagę Japonii flagą Chin. I to w takim małym mieście.

Sekszop w Xuzhou
To mnie po prostu z nóg ścięło, a przy drugiej wizycie rozbawiło podwójnie (bo obok był drugi). U nas sekszopy poukrywane są gdzieś w bramach, a tutaj są niczym inne sklepy, z całym asortymentem widocznym z ulicy. Przeszłoby w Polsce?

Skłodowska i Szopen
Dwa najczęściej pojawiające się nazwiska gdy mówię, że jestem z Polski. Tylko oczywiście nikt nie mówi Skłodowska, a jedynie Madame Curie. Szopen mnie nie dziwi, ale Skłodowska ogromnie bo nie potrafię sobie przypomnieć żeby w czasie mojej edukacji jakoś szczególnie zwracano na nią uwagę.

Superstar
Jestem w środę w Xuzhou i robię zdjęcia w parku pamięci. Co się dzieje? Jakiś ojciec prosi mnie żebym stanął obok jej córki bo chce jej zrobić zdjęcie. Okej.
W czwartek w Jiawang robię zdjęcia tańczącym ludziom i co? Jakaś dziewczyna z telefonem robi mi zdjęcia, a potem oddaje telefon swojemu dziadkowi.
Sobota, w klastorze/świątyni słyszę jak dzieci wołają ‘Amerykanin, Amerykanin’. A ja jedynie mówię, ‘nie, nie Amerykanin’. Biały tutaj może poczuć się jak gwiazda. Zwłaszcza wśród dzieci, które widząc niebieskie oczy prawie wariują.

Vicki wróciła, ale zostaje tylko do środy/czwartku. Jutro wezmę jej zajęcia, więc z porannego biegania nici, a nie wiem jak to będzie z popołudniowym, ale na pewno bez walki nie odpuszczę. Wróciła tylko żeby dostać wypłatę i zaraz zmywa się do innej prowincji. Skoro zapłacą jej tam więcej i ma lepsze możliwości ubijania interesów to niech z tego korzysta. Kilka nadchodzących tygodni może być ciężkich. Chociaż może nie? Dzieciaki są bystre i sobie poradzą, nawet z książką, która ewidentnie jest dla nich za trudna. Tylko dlaczego ktoś wybrał książkę, która jest za trudna? Nie tłumaczy tego nawet ta sterta tych samych książek na moim balkonie…No dobrze, tłumaczy. Czuję, że już się żaliłem na to jak bardzo przestarzały model nauczania muszę tu uskuteczniać, więc nie będę się powtarzać, poza tym to narzekanie do niczego nie doprowadzi.

Ruszyliśmy z Vicki na kolację, a że ona daleko chodzić nie lubi to pół godziny spędziliśmy w supermarkecie pod blokiem i w przyjeżdzającej do nas budce z grillowanym jedzeniem. Wszamałem tak szybko, że nawet zdjęcia nie zrobiłem. W ogóle to musicie mi wybaczyć ilość dzisiejszych zdjęć, ale moje wyjścia z domu ograniczyłem właśnie do tego jednego. Na szczęście żołądek już się uspokoił.

W poszukiwaniu zimnego napoju udaliśmy się do mojego dobrego znajomego, niestety jego córka nie zrozumiała o co chodzi gdy Vicki pokazała na zamrażarkę. On na szczęście zrozumiał od razu gdy mu pokazałem na iPodzie (rany…ale poważnie rany…chciałem kupić urządzenie do odtwarzania muzyki, kupiłem kombajn) słowo w słowniku i od razu zrozumiał o co chodzi. Słownik bardzo ułatwia życie. Żadnego wyzwania. Co to za przygoda, gdy wszystko można dostać tak łatwo? Gdzie tu ekscytacja? Nawet w sklepie staliśmy pod solą, szukaliśmy cukru, pokazałem słownik i od razu Pani nas zaprowadziła i jeszcze pokazała jaki będzie najlepszy. Przygoda = zero.

Znowu w domu…

Ostatnie śniadanie w chińskim fast foodzie. Pani za ladą namawiała mnie z jakiegoś powodu na inne pierożki niż poprzednio. A że skory jestem do eksperymentów to ustąpiłem. Czyli tak…ryba z fasolą (kucharz namawiał żebym wziął chleb, ale po co mi chleb?), zupą z fasolą (tym razem dorzuciłem cukru i była jeszcze lepsza), a do tego 6 pierożków. Razem wyszło 6 RMB. A gdy skosztowałem tego polecanego pierożka zrozumiałem dlaczego Pani mi go polecała. Zapamiętała, że poprzednie dwa dni brałem tofu, więc zaproponowała mi pierożka z tofu. Pieróg z tofu, super sprawa.

Potem nastała pora pożegnań, rodzice Lydii odwieźli mnie na dworzec, Lydia pomogła kupić bilet, a chciała mnie wysłać aż do samego Xuzhou, żebym stamtąd złapał autobus do Jiawang. Tak spojrzałem na nią i pytam się czy nie lepiej byłoby wysiąść po prostu na przystanku na którym wsiadałem w sobotę i złapać busa linii 25 do Jiawang. Lydia spojrzała na mnie zaskoczona i mówi, że faktycznie tak byłoby lepiej. Była naprawdę zaskoczona, że zapamiętałem to rondo przesiadkowe. Kurde, pierdzielne rondo na tle którego widać wieżowce z Xuzhou, jak można to przeoczyć? No poważnie, jak? Wsadziła mnie do busa i poprosiła Panią sprzedającą bilety by mnie zawołała jak się będziemy zbliżać do przystanku. No i Pani mnie zawołała, wysiadłem, przeszedłem na drugą stronę i po kilkunastu minutach pojawił się bus linii 25.

Znacie to uczucie gdy wracacie do domu i najdłuższe są te ostatnie kilometry? Cała droga mija błyskawicznie, a ostatni odcinek ciągnie się niemiłosiernie. Jak ‘Moda na sukces’, jak makaron, jak chińskie nudle, jak nowe sznurówki, jak ten okropny moment poszukiwania zagubionego początku taśmy klejącej, jak te niektóre kilometry w czasie biegu, jak zestaw tych porównań. Mniej więcej tak ciągnęło mi się gdy wjechaliśmy do Jiawang. Aż chciałem krzyknąć to kierowcy, żeby skręcił w prawo a na następnym skrzyżowaniu w lewo to wysiądę zaraz pod domem. A co kierowca zrobił? Postanowił zatankować na stacji benzynowej. W końcu jednak dokulaliśmy się do końca trasy. Wysiadłem i ruszyłem do domu. Domu…

Obiad. Zupka i do tego mięso z worka. Takie suszone z jakimś pikantnym sosem. Całkiem dobre.

Ruszyłem pobiegać. Po drodze sąsiedzi znowu się uśmiechają i znowu się witamy. Dom…

Ruszyłem przed siebie. Odbiłem w lewo i pobiegłem.  Pod górę. Pod górę i znowu pod górę. Koło koszar i pod górę. Ciężko było znaleźć trasę i musiałem zacząć chodzić. Dostałem się na pierwszą górę, spojrzałem gdzie jestem i postanowiłem spróbować dostać się do pagody. Dostałem się do pagody mijając po drodze kilka jaszczurek. Wszedłem na pagodę i pomyślałem…to może pobiegnę, na drugie wzgórze. I musiałem iść bo uderzyłem się w kolano. Z  tamtego wzgórza miałem piękne zejście do świątyni buddyjskiej. Oczywiście postanowiłem z niego skorzystać. Byłem ubrany mocno niewyjściowo, a że już samym sobą przykuwałem wystarczająco dużo uwagi zrobiłem tylko kilka zdjęć i postanowiłem spróbować wrócić inną drogą. Po kilkuset metrach uznałem jednak, że nie ma to większego sensu, bo tętno mam okropne, pot się ze mnie leje, nie mam ani pieniędzy, ani wody, ani pojęcia jak wrócić do domu inną drogą. Trzeba więc było wrócić po schodach na górę.

Ciekawostka#1 Co robi się w świątyni buddyjskiej budując schody i widząc na drodze drzewo? Obudowuje się schody wokół drzewa.

Ciekawostka#2 Albo ta świątynia jest bardzo nowa, albo z jakiegoś powodu została całkowicie usunięta z map na google.

Schodziłem taki dzikim, kozim, zejściem. Po drodze minąłem jeszcze więcej tych dziwnych kopców i olśniło mnie. To groby.

Skulałem się w końcu z gór do miast i zauważyłem dwa psy. Husky’ego i jamnika. Gwoli wyjaśnień: uważam, że jamniki to najbardziej wredne, hałaśliwe, nieznośne i uciążliwe psy z wszystkich znanych mi ras. To koty wśród psów tylko nie ma z nich ani żadnego pożytku. Jednym zdaniem: jamników nie lubię.  Postanowiłem zrobić zdjęcia i co? I jamnik zaczyna szczekać. Co tylko udowadnia, że te psy nawet w Chinach wiedzą że ich nie lubię. Husky’ego było mi żal. Bo z takim futrem w taką pogodę męczy się niemiłosiernie. A był to najlepiej wyglądający pies jakiego tutaj widziałem.

Znalazłem też dwa ‘nowe’ koty. Rude! A ten na schodach taki uroczy.

Postanowiłem w końcu sprawdzić te otrzymane ciasteczka księżycowe. To od uczennicy okazało się być z…jajkiem. Jajkiem. No dobrze, samym żółtkiem.

A to drugie z nie wiem czym, ale było bardzo smaczne.

Jutro ruszam do Xuzhou z zamiarem zobaczenia armii terakotowej. Widzę, że na mapie ma być to około 6 kilometrów, więc zaszaleję z taksówką. Chociaż mógłbym spróbować autobus, bo google podaje linie autobusowe…

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/imXGT77kaK4

Święto narodowe

A wszystkie sklepy otwarte i z kupnem jedzenia nie ma żadnego problemu. CO więcej, nawet markety są otwarte. Tylko ludzi w nich mniej. W ‘moim’ sklepie z chińskim fast foodem wziąłem sobie śniadanie podobne jak wczoraj, 3 pierożki, zupa z fasoli, tofu i coś co nie smakowało jak ziemniak. Ponownie 6,5 RMB, ale że się nie najadłem to poszedłem do innego sklepu gdzie wziąłem coś co wyglądało jak zupa z marchwi (ale nią nie było), to tłuste dobre coś i jakąś sałatkę. Wyszło 8 RMB, więc tam już nie wrócę.
Postanowiłem sobie pochodzić i słyszę paradę, to wyciągam aparat i robię zdjęcia dziewczynom z napisami, ale podświadomie czuję, że to coś innego niż myślę i faktycznie bo to najzwyklejsza reklama. Z orkiestrą i trzema samochodami. Zwykła reklama.

O 940 ruszamy na wesele. No i człowiek tak sobie myśli, że skoro wesele to wesele. Jakiś prezent by wypadało wziąć, ale Lydia nic nie mówi, nic nie odpowiada, w końcu sama bierze ze sobą tylko torebkę. No to nic…Jak się w końcu Państwo młodzi przykulali to najpierw poszli do restauracji, a dopiero potem wrócili na miejsce ceremonii (i gorąco zachęcam do oglądania butów zarówno pani młodej jak i druhen, ale to naprawdę gorąco).
Udało mi się zamienić parę słów z Panem Młodym, który jest zawodowym pilotem i dlatego też zaproszenia na ślub miały formę biletu lotniczego.
Sama ceremonia trwała około godziny, nie była bardzo tradycyjna, podobno była takim połączeniem tradycji z nowoczesnością. Mi ta ceremonia przypominała to co u nas dzieje się już po mszy, czyli wspólne nalewanie napojów, wspólne picie, przedstawianie rodziców i inne podobne. Po zakończeniu Pan Młody został rozebrany, ale nie wiem dlaczego. W końcu zasiedliśmy do stołu i tak sobie jedliśmy, jedliśmy, aż nagle pojawili się Państwo Młodzi z napojem procentowym, którym jak tradycja każe, każdego z gości muszą uraczyć osobiście. Spotkał mnie wielki zaszczyt, bo siedząc wśród byłej klasy ze szkoły średniej Pana Młodego to właśnie do mnie podeszli jako do pierwszego. Pan Młody powiedział, że to dla niego wielki zaszczyt, że na jego ślubie pojawił się gość z zagranicy i nalał mi dwa razy, żebym życzył im wszystkiego najlepszego po dwakroć.

Ciekawostka#1 Ich alkohol jest naprawdę smaczny. ~40% i jeszcze nie piłem czegoś co by mi twarz wykrzywiło.
Potem przyszła pora na wszystkich i nawet Lydia się napiła. I wyjaśniła się też kwestia braku prezentów. Każdy wchodzący podpisywał się w ogromnej księdze i dawał pieniądze, a kilka osób je liczyło. Goście dostawali cukierki i papierosy. Ogromne ilości papierosów. Tak jakby tutaj każdy palił. A co ciekawe, nie widziałem jeszcze palącej kobiety.

Gdy już cała impreza w restauracji się skończyła, Lydia nadrabiała zaległości ze znajomymi, a ja cykałem zdjęcia. Ludzi tam było od groma. Właściwie to tak jak u nas na weselach. Tylko rzuca się w oczy całkowity brak kontroli nad dziećmi. One tutaj biegają, skaczą, wchodzą przed aparat, słowem robią co chcą i nikt ich nie upomina.

A potem udaliśmy się ze znajomą Lydii nad jezioro. Do tego odwiedziliśmy wesołe miasteczko i udawaną świątynię. Gdy już samochody i kino 5D nas znudziło ruszyliśmy do restauracji. Restauracji utrzymanej w stylu komunistycznym. Czyli na dzień dobry popiersie Mao, w środku propagandowe plakaty i duże ilości sztucznych warzyw. Tofu, ryż, sok z kukurydzy (SOK Z KUKURYDZY!), kalafior i boczek. Drogo tutaj oj drogo. Dostaliśmy z Lydią po torebce z zapałkami, kubkiem i czymś upamiętniającym Mao.

Internet w hotelu trochę mnie irytuje, bo działa jakby nie mógł i nie wiem czy wrzucą się zdjęcia. A poza tym wczoraj była premiera nowego sezonu Dextera. I przyjdzie mi poczekać aż wrócę do Jiawang żeby go obejrzeć.

Nowe klasy, lub maratonu dzień pierwszy

Na pierwszy ogień poszła naprawdę fajna klasa, w której wszyscy wstawali by czytać odpowiedzi (chociaż nie musieli) i w której wszyscy uczniowie wstali na koniec zajęć by mnie pożegnać.

Następnie Lydia mnie opuściła i 3 zajęcia prowadziłem sam. Och moja radości gdy pierwsze dwie ciągle zasypywały mnie pytaniami, a od uczennic dostałem żurawia z papierka po cukierku, wielbłąda na szczęście i kawałek placka, żebym z głodu nie umarł. Bardzo sympatyczne klasy. Aż się człowiekowi głupio robi, że nie może się jakoś odwdzięczyć. Wierzę jednak, że na wszystko przyjdzie pora i się odwdzięczę. Lydia rano powiedziała, że kupiła mi ciastka księżycowe w ramach prezentu na nadchodzące święto. Prezentu od firmy ;) W piątek podskoczę na targ i może nie kupię jakiś  ładnych, fikuśnych ciasteczek, ale kupię te które mi bardzo smakowały.

Na czwartek mam obiecane od innej uczennicy ciasteczka ;) No naprawdę, uczniowie tutaj rozpieszczają nauczycieli na każdym kroku. Już praktycznie nie muszę mówić skąd jestem bo wszyscy wiedzą.

Wyjątkowo porę ćwiczeń poświęcono na jakieś oficjalne wystąpienie, chyba z okazji zbliżającego się święta narodowego. Każda klasa wbiegała na boisko po kolei, co robiło niesamowite wrażenie. A potem jeszcze podniosłe wciąganie flagi i śpiewanie hymnu.

Gdy zrobili sobie przerwę, ja skorzystałem z okazji i wyskoczyłem zrobić kilka zdjęć w toalecie dla uczniów, która nie wygląda zachęcająco mówiąc delikatnie. Ogólnie rzecz biorąc klasy także są brudne, nie do tego stopnia, ale brak sprzątaczek jest dość widoczny. No właśnie, tu nie ma sprzątaczek, sprzątają sami uczniowie. Z klasy korzystają tylko rok więc chyba za bardzo się nie przywiązują. A te kibelki śmierdzą, oj śmierdzą.

A w porze lunchu najpierw jedna z uczennic mnie zaatakowała ciosem w ramię, a potem zawołała, żebym się do niej dosiadł. No i ponownie sobie pogadaliśmy. Oczywiście pojawił się Money i też się przyłączył do rozmowy. Pierwsze zdjęcie z dzisiaj pokazuje moją kartę z pieniędzmi na jedzenie/zakupy w sklepiku szkolnym. Fajna sprawa, bo nie trzeba nosić przy sobie gotówki. A karty są podpisane, więc teoretycznie jak komuś się zgubi/ukradną to nie będzie problemów.

A na lunch dzisiaj dwie bułki, chybadynia, dynia z mięsem, papryka z boczkiem i pomidory z jajkiem. Wyszło 7, w końcu dwie bułki i dwa razy mięso. Chociaż prawdę mówiąc tego mięsa jest tyle co kot napłakał. Lepiej brać tofu.

Te balony, które wczoraj pokazałem, faktycznie zwiastują wesele, które ma odbyć się  dopiero dzisiaj. Dlatego dorzuciłem zdjęcie bramy z pawiem i ze smokiem.

Ten chiński nacjonalizm i niechęć do Japonii jest widoczny nie tylko w szkole, nie tylko na ulicy, ale także w reklamach. Od polityki się odcinam, ale marketingowe podejście muszę pochwalić.

Bardzo fajne mają te materiały swoje. Takie niby prawdziwe gazety, a jednak chińskie.

Ten jeden uczeń, którego chwyciłem na zdjęciu robił mi zdjęcie. Nie chciałem, żeby poczuł się gorszy :)

Kulnąłem się też po zakupy i wrzucam zdjęcia z poprzednich. Także oto i miód, chociaż miałem w rękach już droższy, bardziej ekskluzywny, a w sklepie pod domem znalazłem jeszcze tańszy…Ten kosztował 28 za ~1kg. Masakra cenowa. Potem kiełbasa, oj dużo kiełbas kupiłem bo nie było masła orzechowego, a uznałem że nie będę codziennie chodzić do sklepu. Kupiłem też długą która powinna być jak sucha…I tak będzie na słodko. Zaszalałem i kupiłem sobie pałeczki, nie mam nic przeciwko tym stołówkowym, ale zawsze to lepiej jak się ma własne. I herbata w ładnej puszcze. Nie mam pojęcia co z kotem na pudełku, ale było na słodkim, więc będzie słodkie. To z pandą na pudełku nazywa się ‘fasolki o dziwnym smaku’, więc nie mogłem nie kupić. Potem fasola na ostro. Skittlesy, ale są tu strasznie drogie. Słonecznik, tym razem zielony, mamnadziejężetożelki, zupki (ponownie inne firma), smoked ham, czyli niby szynka wędzona, ale kogo oni chcą oszukać…, inna szynka która wygląda jak sucha, kiełbaski z wieprza, chleb (mały razy dwa), bułki prawie jak ze stołówki (następnym razem kupuję na stołówce bo są tańsze).

A dzisiaj w sklepie podeszła do mnie Pani i zapytała się czy mówię po chińsku bo chodziłem i szukałem tego masła orzechowego. Po angielsku zapytała. Będę musiał tam podejść ze słoikiem :) I dostałem od kogoś granat, miałem go zjeść na kolację, ale Pan Sprzedawca Mięsa na Patyku gdy mnie zobaczył od razu podniósł mięso i nie mogłem mu już odmówić.

Dzisiejsza trasa rowerowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jI2Fs6s3wGA

Dzień pierwszy maratonu nie był najgorszy.

ASC, bardzo fajny komentarz mi nakryklałeś :) Już się do niego odnoszę. Nie wiem czy w Polsce w małej wiosce ktoś całkowicie odmienny spotkałby się z taką życzliwością. Przypuszczam wręcz, że nie, ale bardzo chciałbym się mylić.  Zasadniczo w Chinach znaczna większość wyznaje Buddyzm, potem Taoizm, ale u mnie na wiosce nie widziałem żadnego rodzaju świątyni. Miałem się o to zapytać Lydii i zapytam, a potem zdam relację.
Na procesji nie płakali, ale prawdę mówiąc trafiłem na samą jej końcówkę. Nie wiem jak to wyglądało z przodu, gdzie pewnie szła najbliższa rodzina. Ludzie sprawiali wrażenie smutnych, ale zupełnie tego wszystkiego nie pokojarzyłem.
Hahaha, Lydia mi ciągle mówi, że ludzie są dla mnie mili bo ja jestem dla nich miły, ale przecież oni czasem są pierwsi mili :)  Nadziwić się nie potrafię, ale bardzo mi się to podoba. Aż chciałoby się to jakoś przenieść na Polską ziemię.

Cytat z dzisiaj: ‘Widziałam wczoraj Pana w sklepie. Byłam z mamą. Powiedziała, że jest Pan bardzo przystojny.’

Niedziela i przegapione z tygodnia

Zęby.
Uzębienie chińczyków nie pozostawia nic do życzenia :) Naprawdę, jest bardziej kompletne niż u wielu Polaków.

Macanie włosów na nogach.
Wczoraj siedząc i rozmawiając z Panem Ze Sklepu nagle zaczął sprawdzać moje włosy na nogach. Wiele słyszałem o tym chińskim braku owłosienia i byłem na to przygotowany, ale Pan odsłonił też swoje nogi i też miał bardzo owłosione, więc też mu pomacałem włosy, a co.

Przepraszam, że nie byłam na konsultacjach.
Nie wiem czy o tym pisałem, ale jedna z uczennic przeprosiła mnie za to, że nie przyszła na konsultacje w środę. Nie przyszła bo nauczyciel innego przedmiotu kazał jej zostać i musiała robić zadania. Wyobrażacie sobie ucznia w Polsce, który przeprasza za to, że nie przyszedł na konsultacje, chociaż one nie są obowiązkowe i nie obiecywał, że przyjdzie? Ja nie potrafię. Tutaj panuje zupełnie inne podejście do nauki i nauczycieli.

Niedzielna cisza.
O 630 głośna muzyka nie jest niczym dziwnym. No ale z drugiej strony, tutaj się pracuje cały tydzień. A w weekend z reszty miasta ściągają do centrum właściciele budek z jedzeniem i robi się naprawdę ciasno.

Imię dla uczennicy
Pisałem o tych angielskich imionach. Jedna z uczennic poprosiła mnie, żebym znalazł dla niej imię. Na szczęście z tym problemów nie miałem i padło na Irene.

A cała niedziela upłynęła bardzo spokojnie. Padać nie padało, ale w góry się nie wybrałem, w końcu zasłużyłem na jeden dzień odpoczynku.  Zaliczyłem tylko króciutki spacer i sprawdziłem inny supermarket w którym można brać jedzenie na wagę  (będę musiał to kiedyś sprawdzić). A skoro już dokulałem się do centrum to pora coś zjeść. Niestety mojego znajomego od mięsa na patyku nie było, więc wybór padł na kasztany. Odwiedziłem też małą galerię handlową, ale oprócz uczniów grających na gitarze nie było tam nic ciekawego.

Mój znajomy naprawiający rowery gdy mnie zobaczył od razu krzyknął ni hao i wyciągnął dłoń. To niesamowicie sympatyczne. Ciągle nie mogę się nachwalić tego jacy ludzie tutaj są mili.

Jutro rozpoczyna się szkolny maraton, ale piątek i sobota to dni zawodów szkolnych, więc mam nadzieję, że uda mi się zrobić sporo fajnych zdjęć.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/rkZtwiD7oAU

Ach te leniwe soboty

Jutro ma padać, więc chyba z wycieczki nici. Poza tym zauważyłem, że cały tydzień mam zapełniony. Ciągle albo biegałem, albo jeździłem na rowerze, albo jedno i drugie. Także chyba najwyższa pora zrobić sobie jeden dzień przerwy i przygotować się do nadchodzącego maratonu zajęciowego. Także źle nie ma.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jST565GGD7o

Trasa w prawo ciągnie się jeszcze dalej i cały czas jest chodnik, ale dzisiaj jeszcze nie pora by zobaczyć gdzie się kończy. Trochę czułem się jak Sam z Władcy Pierścieni. ‘Jeszcze jeden krok i będę dalej od domu niż byłem kiedykolwiek.’ W końcu każda podróż rozpoczyna się od tego pierwszego kroku :)
No i te drzewka. Patrząc na zdjęcia nie powiedziałbym, że to nie jest Grecja.

Wracając z treningu zahaczyłem o osiedlowy plac ćwiczeń na którym były dzieciaki. Przyglądały mi się bardzo bacznie. Zwłaszcza ta mała. A gdy sobie poszedłem jeden z nich zapytał jak mam na imię, on sam przedstawił się jako Frank i zaczęli mnie śledzić :) W końcu wielu obcokrajowców tutaj nie widzą.

Lunch. A na lunch kalafior, mięcho z fasolą, tofu z fasolą i orzeszki. Orzeszki tutaj podają jakieś takie dziwne mokre, ale są pycha. W dodatku suszą je pod moim oknem. Najpierw suszą, a potem moczą ;)

A potem w końcu przerwa. W końcu mogłem chwilę odsapnąć i pooglądać Futuramę. Nakreśliłem plany lekcji na najbliższy tydzień i jestem gotowy.

Po szybkim podwieczorku (jak można słodzić parówki? Na szczęście surimi nie jest słodzone) ruszyłem na spacer. W ogóle to przypomniała mi się historia z wczoraj. Miałem ochotę na żelki i znalazłem w sklepie coś co je przypominało. Włożyłem jednego cosia do ust i mało co go nie wyplułem, a Pani Sprzedawczyni tylko się śmiała i kiwała przecząco głową. Ruszyłem w poszukiwaniu bananów i chińskich daktyli. Znalazłem i jedno i drugie już po 20 minutach, ale postanowiłem szukać dalej. No i znalazłem w drodze powrotnej. Zakupiłem i wracając do domu natrafiłem ponownie na Pana, któremu bardzo zależy bym u niego kupował, więc kupiłem jeszcze trochę bo te daktyle są naprawdę dobre.

A pod sklepami są parkingi dla rowerów. DLA ROWERÓW!

Wracając do domu postanowiłem w końcu spróbować piwa. Wielkim piwoszem nie jestem, ale co mi tam. Skoro już się dokulałem do Chin i spróbowałem tej udawanej wódki to pora spróbować czegoś prostszego. Zakupiłem w sklepie pod domem u jednego z Panów, który zawsze mówi mi heloł. 2 RMB za 600 ml piwa o mocy co najmniej 3,1%. Tożto nie piwo…

No i tak sobie wracam z bananami, dwoma siatkami daktyli i piwem, a tutaj właściciel sklepu w którym kupuję wodę zaprasza mnie żebym sobie usiadł z nim. No to sobie usiadłem z nim, chyba jego mamą i córką. Poczęstowałem ich daktylami, dziecku bardzo smakowały i sobie porozmawialiśmy moim marnym mandaryńskim i jego kiepskim angielskim. Posiedziałem trochę, posprowadzałem mu chyba klientów po czym się pożegnałem i poszedłem wypić to udawane piwo.

A trasa z wieczornego spaceru wygląda o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jW9MOodD9Yc

Jutro otwierają supermarket, ale nie mam po co się do niego wybrać, widzę za to, że będzie przez tydzień promocja na banany, tani słonecznik, zupki w ceneie podobnej jak w sklepie w centrum. W ogóle to chyba większość cen jest podobnych.

A piwo nie było najgorsze. Powiem więcej, smakuje mi bardziej niż te nasze gorzkie. Wiadomo, że do dobrego pszenicznego się nie umywa, ale za taką cenę w Polsce piwa się nie kupi, nie wspominając o piwie zdatnym do wypicia (podobno).

Pana

Na początek trasa z dzisiaj i kilka słów o niej:

http://www.endomondo.com/workouts/tljY5dRAz-w

Dzisiaj chciałem dokulać się do góry z pagodą (właściwie to co najmniej dwoma), no i ruszyłem. Było kilka takich podjazdów, że do teraz czuję je w udach. Oj ciężko się tu jeździ.

Raz musiałem się zatrzymać w pobliżu ludzi i od razu przykulał się wesoły Pan Chińczyk. Wesoły bo uznał, że 14 to odpowiednia pora na zanurzenie się w chińskich trunkach alkoholowych. Bardzo chciał ze mną porozmawiać, ale niestety nie szło nam. Ja z tym swoim bo hłej szła potonghła i on ze swoim heloł inglisz. No, ale sobie porozmawialiśmy.

Ruszyłem dalej i jadąc w stronę góry natrafiłem na zamkniętą bramę. No nic, trzeba pojechać inaczej. Kolejny podjazd…I zjazd…Na tym rowerze boję się zjazdów bardziej niż czegokolwiek innego. Hamulce skrzypią jak stereotypowe drzwi w horrorach, łańcuch skacze jak Liu Xiang (uwielbiany przez tutejsze dzieciaki), więc szaleć nie mogę.

Tak się kulałem powoli, robiąc zdjęcia okolicznościom przyrody. Dotarłem do drugiej bramy, która chyba była do tego samego terenu co tamta zamknięta.

A potem…trafiłem na oddział wojska. Widziałem ciężarówki wymalowane w kamuflaż, oraz żołnierzy. Tym razem powstrzymałem się od robienia zdjęć. Oni by mogli być bardziej niezadowoleni niż ten Pan ze stacji benzynowej. Wracając pojechałem po prostu przed siebie i dotarłem do znanej mi już starej części miasta. Ponownie postanowiłem porobić zdjęcia prawej stronie ulicy i sklepom.  Powiedziałbym, że jest tu dużo zakładów fryzjerskich, ale skoro w mojej maleńkiej dzielnicy jest ich 5 lub 6 (albo i 7) to tych kilka na jednej ulicy nie robi na mnie wrażenia.

Te przesympatyczne Panie grały w karty. Czyli nie tylko mężczyźni mogą się rozerwać w ten sposób.

A dzisiaj z jedzenia:
– owsianka z słodkim suszonym czymś
– obiad w szkolnej stołówce (fasola, jajka z pomidorami, coś z ogórkami i chybawodorosty, oraz bułka), za całe 4,3 RMB. Jadłem w życiu gorsze rzeczy, jadłem też lepsze. Nie ma czego wymagać od szkolnej stołówki.
– nowa zupa, tym razem z suszonymi kawałkami mięsa (nie zgadniecie, na słodko!)
– oraz nie mam pojęcia co, ale większość tego to pestka i było słodkie

Wracając z góry spojrzałem na przednie koło, które było zupełnie płaskie. Do domu się dokulałem, koło napompowałem i mam nadzieję, że to jednak nie poszła dętka. A jak poszła to czeka mnie mała przeprawa w sklepie :)

Codzienne ćwiczenia na przerwie

Zacznijmy jednak od owsianki, tym razem wzbogaconej o płatki owsiane. Pycha. Lepsze od naszych.

A co się dzieje w szkole w czasie przerwy między 2 a 3 lekcją? Wszyscy uczniowie wychodzą by uczestniczyć w ćwiczeniach fizycznych. Proste wymachy, trochę podskoków, kilka ruchów rozciągających. Niektórzy przykładają się bardziej, inni mniej. Między uczniami chodzą nauczyciele, ale oczywiście nie są w stanie tego wszystkiego ogarnąć. Wszystko to sprawia niesamowite wrażenie. W końcu to kilkaset osób wykonujących te same czynności. Może kiedyś spróbuję z nimi?

Na obiad udałem się do szkolnej stołówki. Może wygląda to nieciekawie, ale było całkiem znośne. Noga z kuraka, tofu, tofu po raz drugi (ten warkocz) i bułka, która smakowała jak nasza Polska. Całość za 6 RMB. 7 wyszłoby gdybym wziął warzywa. Jutro się zdecyduję.

Na ścianie stołówki wywieszone jest zdjęcie z wszystkimi pracownikami, oraz cennikiem.

Nauczyciele w Chinach chyba źle nie mają, tak przynajmniej wnoszę patrząc po autach jakimi jeżdżą.

Półksiężyce na tym budynku mogą być dość mylące bowiem w środku znajduje się…sklep, a raczej kilka sklepów, w końcu to duży budynek :)

W końcu przyszła pora na zdjęcia mandarynek. Niczym nie przypominają tych znanych z polskich sklepów pomarańczowych. A w smaku są nie do rozróżnienia.

Na kolację zupa błyskawiczna z…suszonym mięsem z kałamarnicy. Kałamarnicy, która po wyjęciu z opakowania była słodka.

A trasa z dzisiaj do obejrzenia tutaj:

http://www.endomondo.com/workouts/ha8b9WVPE2M

A możemy zrobić sobie zdjęcie z Panem?

Dzisiaj można sobie pospać, w końcu zaczynam od drugiej lekcji. I kolejny raz ‘Big Big World’. Zaczynam już powoli nienawidzić tej piosenki.

A skoro nadarzyła się przerwa to pora pojeździć i porobić zakupy. Czyli kupić owoce. Banany, jabłka i…to zielone coś co chcieli mi wczoraj sprzedać okazało się mandarynką. Sporą bo sporą, z zieloną skórką, ale zdecydowanie mandarynką na którą oni mówią pomarańcza. Ta…pomarańcza…

No dobrze, kupiłem też ciasteczka księżycowe małe, duże i inne ciacha.

Ta wczorajsza procesja to była procesja pogrzebowa i teraz zrobiło mi się naprawdę głupio, że robiłem im zdjęcia. Całe szczęście, że to bardzo wyrozumiali ludzie. Tylko mogłem wczoraj skojarzyć, że skoro idą w białym to idą z żałobą. No cóż, ciężko się od razu przestawić na to, że żałobę oznacza kolor biały. A ten ogień to normalna sprawa. Zawsze go rozpalają na skrzyżowaniach/zakrętach.

Przy szkole znalazłem tę niezwykle sympatyczną pagodę. A obok pagody ładny głaz. Naprawdę ładny głaz. W ogóle to już chyba wiem skąd do Polski przybyła ta moda na wrzucanie głazów gdzie tylko się da. Zapewne z Chin właśnie.

Mamy w szkole jaskółki. I to nie jest puste gniazdo, one naprawdę fruwają po szkole. Jaskółki. W szkole.

Wybaczcie proszę ten dowcip, ale bajhuja nie mogłem sobie odpuścić ;)

A jeżdżąc po zakupy robiłem jak oszalały zdjęcia budynków. Wszystko to wygląda jak w Polsce, tyle tylko, że jest tego po prostu więcej. No i nie widzę już chińskiej fabryki okien w której robi się je taśmowo. Od teraz widzę Panią Chinkę, która w pocie czoła obrabia plastik.

Na targu w ‘starym centrum’ znalazłem ubrania. W tym tenisówki jakie nosił Bruce Lee…;) Także będę musiał tam wrócić.

Klasa 12 chciała ze mną zdjęcia. Nasz klient nasz Pan, tylko musieli mi przeliterować numer QQ na jaki mam wysłać :)

Pora na wieczorną przejażdżkę, w końcu nie samymi cukierkami człowiek żyje. Wieczorna będzie krótsza, w końcu jutro pobudka wcześnie rano, no i ta ciemność. Chociaż ‘choćbym nocą szedł ciemną doliną, zła się nie zlęknę bo Pan mój jest ze mną’, to jednak ‘noc jest ciemna i pełna strachów’. Sama ciemność nie martwi mnie tyle co brak świateł na rowerze.

Klasa 11 zaprosiła mnie jako pierwsza do uczestnictwa w szkolnych zawodach. Także innym klasom muszę odmawiać, a chciałoby się pobiec z wszystkimi.

A dzisiejsza trasa rowerowa do obejrzenia tutaj :
http://www.endomondo.com/workouts/rNJ51_EL4bU