Konkurs? Dzień#1

Siedmiogodzinna środa już nie przeraża mnie…
Człowiek się do wszystkiego może przyzwyczaić. Na szczęście ten tydzień jest bardzo mało angażujący. To dobrze gdy nie muszę wiele mówić a uczniowie wręcz przeciwnie. Tak też minęły pierwsze dwa zajęcia, ale potem rozpoczął się nasz ‘konkursik’.

Na początku szło trochę opornie bo, przykładowo, w klasie trzeciej zgłosiła się jedna osoba i trzeba było resztę zachęcać. Także spędzaliśmy z Lidią, a raczej sama Lidia, bo moja motywacja była średnio skuteczna, po kilka-kilkanaście minut na przekonanie uczniów by wzięli udział.

Niektórzy uczniowie naprawdę dobrze się przygotowali, nie dość że nauczyli się tekstu na pamięć to jeszcze go odegrali bardzo dobrze. Pozwoliliśmy im także czytać, a nawet zaśpiewać. Bardzo dużo dziewczyn ma przepiękny głos. Aż mnie to zdumiało, że kryją się w nich tak piękne głosy. W sensie, że tak dobrze śpiewają po angielsku.

Na lunch ruszyłem do dwójki, bo Lidia chciała zupę, a w dwójce są zupy wyborne. Ja wziąłem tacę z potrawami (tylko trzema!) i dostałem dwie bułki, chociaż pokazywałem że chcę jedną. No ale z drugiej strony każdy dostawał dwie to czemu ja miałbym być poszkodowany? No i obiad wyszedł mnie 2.5 RMB. Lidia zawsze jest w szoku gdy mówię jej ile mnie kosztuje jedzenie w stołówce bo ona płaci więcej i podejrzewa, że to dlatego iż uważają ją za uczennicę. A przynajmniej nie za nauczycielkę.

Wychodząc ze stołówki dalej czułem głód, bo zawaliłem dziś całkowicie i zapomniałem wziąć drugiego śniadania (jabłka i gruszki), więc poszedłem do jedynki i kupiłem dwie kulki na słodko i jeden plaster czegoś co oczywiście nie jest pizzą. A zdjęć nie zrobiłem, ponieważ…

Wychodząc z jedynki trafiłem na nauczycielkę angielskiego i się zagadaliśmy.
Otóż skończyła ona tę właśnie szkołę i gdy zakończyła studia wróciła tutaj by uczynić ją lepszą, zmienić, poprawić, pomóc uczniom i nauczycielom, wprowadzić nowe standardy i tak od pięciu lat po trochu umiera w środku bo się odbiła od ściany. Większość uczniów nie jest na takim poziomie na jakim powinna, nie rozumie co się do nich mówi po angielsku. Nauczycieli ocenia się na podstawie wyników uczniów, a przede wszystkim w oparciu o wyniki na gaokao (chińskiej maturze, która DECYDUJE o przyszłym życiu, bo bez dobrych wyników można o studiach zapomnieć), a jak uczniom nie zależy to choćbyś uczył najlepiej na świecie ich podejścia nie zmienisz. To nie jest ckliwy amerykański film w którym ma się jedną klasę i można sobie pozwolić na eksperymenty, tutaj masz kilkuset uczniów i materiał, który musisz przerobić. Słabe wyniki? Dyrekcja ‘mówi do Ciebie, a nie rozmawia z Tobą’. Poza tym inni nauczyciele też na Ciebie krzywo patrzą.
Uczniowie są pod presją, ale nauczyciele także.  Ja jestem tutaj na naprawdę komfortowych zasadach. Nie muszę się przejmować wieloma rzeczami i bardzo się z tego cieszę. Powiedziałem jej, że wszędzie jest tak samo, wszyscy mamy dokładnie te same problemy i…

– Byłeś kiedyś w stołówce nauczycielskiej?
– Tak, ale teraz chodzę do uczniowskich.
– Dlaczego?
– Bo jest ich więcej, mogę codziennie pójść do innej.
– A wiesz, ja jestem tradycjonalistką. Wolę chodzić do jednej. Ty jesteś odważny, przyjechałeś do Chin i jeszcze zmieniasz stołówki. A ja ciągle tutaj…
– Kiedyś byłem taki sam…
– To co się stało?

No i teraz mógłbym stworzyć historię jak to kwietniowe zderzenie z samochodem, spojrzenie białobrodemu ratownikowi w oczy uświadomiło że życie jest kruche i należy z niego korzystać, że zdałem sobie sprawę jak bardzo ulotne są nasze chwile i jakieś tam inne mądrze brzmiące zdania, które miałyby sens, bo przecież jak człowiek leży na asfalcie myśląc że to puszysta chmurka, a potem dowiaduje się że miał wstrząs mózgu, podejrzewa się złamanie kręgosłupa i ‘w gruncie rzeczy to dopiero po rezonansie będziemy wiedzieć czy nie będziesz sparaliżowany od pasa w dół’ to może mu się pogląd na świat zmienić. Tylko to nie byłaby prawda, więc odrzekłem zgodnie z prawdą:

– Miałem już tego dość, chciałem coś zmienić.
– No ale teraz nie masz czasu dla siebie.
– Owszem, ale nie mam go 10k kilometrów od domu, gdzie wszystko jest przygodą :)

Na takiej rozmowie zeszła nam godzina z hakiem, w końcu nie doszła do punktu doładowującego karty i wróciła do nauczycielskiego akademika (!), a ja poszedłem do gabinetu.
No i ‘konkursu’ ciąg dalszy. Szło bardzo sprawnie. Niektóre dzieciaki spisały się na medal.

Na konsultacjach część oglądała film, a część uczyła się ze mną gramatyki. No i nauczyli się ‘dzień dobry’.

A potem kolacja w czwórce. Tofu, tofu, tofu i jajko. 3.5 RMB. Pięknie.

Wróciłem do domu i co? Kabel do netbooka został w szkole. Siedzę więc teraz i gratuluję sobie zakupu. Bo bateria ma jeszcze wytrzymać trzy i pół godziny. No i zjadłem też owoce. Także nie, nie zostaną na jutro. Nie ma tak dobrze :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.