Znowu w domu…

Ostatnie śniadanie w chińskim fast foodzie. Pani za ladą namawiała mnie z jakiegoś powodu na inne pierożki niż poprzednio. A że skory jestem do eksperymentów to ustąpiłem. Czyli tak…ryba z fasolą (kucharz namawiał żebym wziął chleb, ale po co mi chleb?), zupą z fasolą (tym razem dorzuciłem cukru i była jeszcze lepsza), a do tego 6 pierożków. Razem wyszło 6 RMB. A gdy skosztowałem tego polecanego pierożka zrozumiałem dlaczego Pani mi go polecała. Zapamiętała, że poprzednie dwa dni brałem tofu, więc zaproponowała mi pierożka z tofu. Pieróg z tofu, super sprawa.

Potem nastała pora pożegnań, rodzice Lydii odwieźli mnie na dworzec, Lydia pomogła kupić bilet, a chciała mnie wysłać aż do samego Xuzhou, żebym stamtąd złapał autobus do Jiawang. Tak spojrzałem na nią i pytam się czy nie lepiej byłoby wysiąść po prostu na przystanku na którym wsiadałem w sobotę i złapać busa linii 25 do Jiawang. Lydia spojrzała na mnie zaskoczona i mówi, że faktycznie tak byłoby lepiej. Była naprawdę zaskoczona, że zapamiętałem to rondo przesiadkowe. Kurde, pierdzielne rondo na tle którego widać wieżowce z Xuzhou, jak można to przeoczyć? No poważnie, jak? Wsadziła mnie do busa i poprosiła Panią sprzedającą bilety by mnie zawołała jak się będziemy zbliżać do przystanku. No i Pani mnie zawołała, wysiadłem, przeszedłem na drugą stronę i po kilkunastu minutach pojawił się bus linii 25.

Znacie to uczucie gdy wracacie do domu i najdłuższe są te ostatnie kilometry? Cała droga mija błyskawicznie, a ostatni odcinek ciągnie się niemiłosiernie. Jak ‘Moda na sukces’, jak makaron, jak chińskie nudle, jak nowe sznurówki, jak ten okropny moment poszukiwania zagubionego początku taśmy klejącej, jak te niektóre kilometry w czasie biegu, jak zestaw tych porównań. Mniej więcej tak ciągnęło mi się gdy wjechaliśmy do Jiawang. Aż chciałem krzyknąć to kierowcy, żeby skręcił w prawo a na następnym skrzyżowaniu w lewo to wysiądę zaraz pod domem. A co kierowca zrobił? Postanowił zatankować na stacji benzynowej. W końcu jednak dokulaliśmy się do końca trasy. Wysiadłem i ruszyłem do domu. Domu…

Obiad. Zupka i do tego mięso z worka. Takie suszone z jakimś pikantnym sosem. Całkiem dobre.

Ruszyłem pobiegać. Po drodze sąsiedzi znowu się uśmiechają i znowu się witamy. Dom…

Ruszyłem przed siebie. Odbiłem w lewo i pobiegłem.  Pod górę. Pod górę i znowu pod górę. Koło koszar i pod górę. Ciężko było znaleźć trasę i musiałem zacząć chodzić. Dostałem się na pierwszą górę, spojrzałem gdzie jestem i postanowiłem spróbować dostać się do pagody. Dostałem się do pagody mijając po drodze kilka jaszczurek. Wszedłem na pagodę i pomyślałem…to może pobiegnę, na drugie wzgórze. I musiałem iść bo uderzyłem się w kolano. Z  tamtego wzgórza miałem piękne zejście do świątyni buddyjskiej. Oczywiście postanowiłem z niego skorzystać. Byłem ubrany mocno niewyjściowo, a że już samym sobą przykuwałem wystarczająco dużo uwagi zrobiłem tylko kilka zdjęć i postanowiłem spróbować wrócić inną drogą. Po kilkuset metrach uznałem jednak, że nie ma to większego sensu, bo tętno mam okropne, pot się ze mnie leje, nie mam ani pieniędzy, ani wody, ani pojęcia jak wrócić do domu inną drogą. Trzeba więc było wrócić po schodach na górę.

Ciekawostka#1 Co robi się w świątyni buddyjskiej budując schody i widząc na drodze drzewo? Obudowuje się schody wokół drzewa.

Ciekawostka#2 Albo ta świątynia jest bardzo nowa, albo z jakiegoś powodu została całkowicie usunięta z map na google.

Schodziłem taki dzikim, kozim, zejściem. Po drodze minąłem jeszcze więcej tych dziwnych kopców i olśniło mnie. To groby.

Skulałem się w końcu z gór do miast i zauważyłem dwa psy. Husky’ego i jamnika. Gwoli wyjaśnień: uważam, że jamniki to najbardziej wredne, hałaśliwe, nieznośne i uciążliwe psy z wszystkich znanych mi ras. To koty wśród psów tylko nie ma z nich ani żadnego pożytku. Jednym zdaniem: jamników nie lubię.  Postanowiłem zrobić zdjęcia i co? I jamnik zaczyna szczekać. Co tylko udowadnia, że te psy nawet w Chinach wiedzą że ich nie lubię. Husky’ego było mi żal. Bo z takim futrem w taką pogodę męczy się niemiłosiernie. A był to najlepiej wyglądający pies jakiego tutaj widziałem.

Znalazłem też dwa ‘nowe’ koty. Rude! A ten na schodach taki uroczy.

Postanowiłem w końcu sprawdzić te otrzymane ciasteczka księżycowe. To od uczennicy okazało się być z…jajkiem. Jajkiem. No dobrze, samym żółtkiem.

A to drugie z nie wiem czym, ale było bardzo smaczne.

Jutro ruszam do Xuzhou z zamiarem zobaczenia armii terakotowej. Widzę, że na mapie ma być to około 6 kilometrów, więc zaszaleję z taksówką. Chociaż mógłbym spróbować autobus, bo google podaje linie autobusowe…

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/imXGT77kaK4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.