Ach te leniwe soboty

Jutro ma padać, więc chyba z wycieczki nici. Poza tym zauważyłem, że cały tydzień mam zapełniony. Ciągle albo biegałem, albo jeździłem na rowerze, albo jedno i drugie. Także chyba najwyższa pora zrobić sobie jeden dzień przerwy i przygotować się do nadchodzącego maratonu zajęciowego. Także źle nie ma.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jST565GGD7o

Trasa w prawo ciągnie się jeszcze dalej i cały czas jest chodnik, ale dzisiaj jeszcze nie pora by zobaczyć gdzie się kończy. Trochę czułem się jak Sam z Władcy Pierścieni. ‘Jeszcze jeden krok i będę dalej od domu niż byłem kiedykolwiek.’ W końcu każda podróż rozpoczyna się od tego pierwszego kroku :)
No i te drzewka. Patrząc na zdjęcia nie powiedziałbym, że to nie jest Grecja.

Wracając z treningu zahaczyłem o osiedlowy plac ćwiczeń na którym były dzieciaki. Przyglądały mi się bardzo bacznie. Zwłaszcza ta mała. A gdy sobie poszedłem jeden z nich zapytał jak mam na imię, on sam przedstawił się jako Frank i zaczęli mnie śledzić :) W końcu wielu obcokrajowców tutaj nie widzą.

Lunch. A na lunch kalafior, mięcho z fasolą, tofu z fasolą i orzeszki. Orzeszki tutaj podają jakieś takie dziwne mokre, ale są pycha. W dodatku suszą je pod moim oknem. Najpierw suszą, a potem moczą ;)

A potem w końcu przerwa. W końcu mogłem chwilę odsapnąć i pooglądać Futuramę. Nakreśliłem plany lekcji na najbliższy tydzień i jestem gotowy.

Po szybkim podwieczorku (jak można słodzić parówki? Na szczęście surimi nie jest słodzone) ruszyłem na spacer. W ogóle to przypomniała mi się historia z wczoraj. Miałem ochotę na żelki i znalazłem w sklepie coś co je przypominało. Włożyłem jednego cosia do ust i mało co go nie wyplułem, a Pani Sprzedawczyni tylko się śmiała i kiwała przecząco głową. Ruszyłem w poszukiwaniu bananów i chińskich daktyli. Znalazłem i jedno i drugie już po 20 minutach, ale postanowiłem szukać dalej. No i znalazłem w drodze powrotnej. Zakupiłem i wracając do domu natrafiłem ponownie na Pana, któremu bardzo zależy bym u niego kupował, więc kupiłem jeszcze trochę bo te daktyle są naprawdę dobre.

A pod sklepami są parkingi dla rowerów. DLA ROWERÓW!

Wracając do domu postanowiłem w końcu spróbować piwa. Wielkim piwoszem nie jestem, ale co mi tam. Skoro już się dokulałem do Chin i spróbowałem tej udawanej wódki to pora spróbować czegoś prostszego. Zakupiłem w sklepie pod domem u jednego z Panów, który zawsze mówi mi heloł. 2 RMB za 600 ml piwa o mocy co najmniej 3,1%. Tożto nie piwo…

No i tak sobie wracam z bananami, dwoma siatkami daktyli i piwem, a tutaj właściciel sklepu w którym kupuję wodę zaprasza mnie żebym sobie usiadł z nim. No to sobie usiadłem z nim, chyba jego mamą i córką. Poczęstowałem ich daktylami, dziecku bardzo smakowały i sobie porozmawialiśmy moim marnym mandaryńskim i jego kiepskim angielskim. Posiedziałem trochę, posprowadzałem mu chyba klientów po czym się pożegnałem i poszedłem wypić to udawane piwo.

A trasa z wieczornego spaceru wygląda o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jW9MOodD9Yc

Jutro otwierają supermarket, ale nie mam po co się do niego wybrać, widzę za to, że będzie przez tydzień promocja na banany, tani słonecznik, zupki w ceneie podobnej jak w sklepie w centrum. W ogóle to chyba większość cen jest podobnych.

A piwo nie było najgorsze. Powiem więcej, smakuje mi bardziej niż te nasze gorzkie. Wiadomo, że do dobrego pszenicznego się nie umywa, ale za taką cenę w Polsce piwa się nie kupi, nie wspominając o piwie zdatnym do wypicia (podobno).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.