To był długi dzień

IMG_2593

A zaczął się, jak prawie każdy, o szóstej rano. Po siódmej wyszedłem na autobus i o dziewiątej zameldowałem się w Xuzhou. Najpierw polazłem do sklepu kupić parę rzeczy by, przy okazji, rozmienić pieniądze. Przesympatyczna Pani w sklepie zaproponowała mi zakup trochę droższych rzeczy niż planowałem, ale gdy powiedziałem ‘Taj głej la’, czyli ‘za drogie’ zaczęła się śmiać i przestała namawiać.  Znalazłem taksówkę, ale była ustawiona w złą stronę i Pan kierowca nie chciał mnie zabrać, zgłosił się za to inny Pan, który podwiózł mnie do znajomego centrum handlowego. Mogłem pójść, ale taksówką było szybciej, a dzisiaj naprawdę nie miałem ochoty szlajać się po Xuzhou. Ruchome schody zawiozły mnie na drugie  piętro i znalazłem księgarnie. W dziale ‘Klasyka Angielskiej literatury’ znalazłem Victora Hugo (no dobrze, książkę jego autorstwa), ale książki do nauki chińskiego już nie. Na szczęście miałem screena z internetowej wersji księgarni i pokazałem go Pani w kasie a Ona wstukała ISBN i…’Mayo’, czyli ‘nie ma’…No to nie ma…podziękowałem, złapałem taksówkę na dworzec i pojechałem do Jiawang. Strata czasu…

IMG_2594

Tofu z papryką

IMG_2595

Tofu z wodorostami

IMG_2596

Tofu z grzybami

A razem wyglądało o tak:

IMG_2597

W Jiawang kupiłem jedzenie w obwoźnej budce z jedzeniem i za te trzy worki wyszło mnie 14 RMB, czyli przeliczając na ilość całkiem nieźle. A trzy dania to nie jedno, więc jest różnorodność. Naprawdę się rozleniwiłem, ale muszę się też pochwalić bo znalazłem inny sklep w którym jest bób i to nie na słodko!

IMG_2600
Nie wiem, ale trochę jak królikanie

Zjadłem obiad i postanowiłem że pojedziemy z meridką na przejażdżkę, tym razem w stronę rzeki.  Rondko przejechane prosto, cały czas prosto. Po drodze nawet minąłem autobus 28, który podobno jedzie gdzieś gdzie należy się przesiąść w kolejny by dojechać do jeziora i tak sobie wymyśliłem że skoro zajęło mi dojechanie tutaj 52 minuty to pojadę jeszcze 18 bo za 6 kilometrów jest jakaś góra. Góry nie było, było miasteczko. Nie chciało mi się go zwiedzać więc zawróciłem i  wróciłem.

IMG_2618

Tylko nagle zacząłem się przebijać przez ogromne pokłady błota, których poprzednio nie było. Wtedy zwątpiłem…może ta droga się zmieniła bo tyle ciężarówek tu jeździ? No może…w końcu zsiadłem z roweru i jacyś mili ludzie pokazali mi żebym jechał przez wioskę,  bo tam nie ma takiego syfu na drodze. Podziękowałem, przejechałem przez wioskę i znowu zacząłem jechać laskiem, ale coraz bardziej wątpiłem czy to dobra droga.

IMG_2612

Uznałem jednak że nie ma się co spinać bo jedzie się przyjemnie. No i tak sobie jechałem, aż w końcu dotarłem do kolejnej drogi którą na pewno nie przyjechałem…Zawróciłem i przez całą drogę powrotną jechałem otoczony gimnazjalistami na rowerach elektrycznych…szału nie ma. Dojechałem do znajomego rozwidlenia w drodze i dwóch sympatycznych Panów poradziło mi żebym jechał przez wioskę, bo tam nie ma takiego…no sami wiecie, zapytałem się ‘Jiawang?’ ‘jeden skrzyżowanie lewo dwa skrzyżowanie lewo’ ‘Dziękuję’. Czyli miałem skręcić a nie jechać prosto. Skręciłem i rozpoznałem drogę. Prowadzi koło tych hałd z węglem i taka ciekawostka, w tej ‘wiosce’ starsi ludzie przebiegają z jednej strony ulicy na drugą, oraz chodzą po poboczu zbierając węgiel do takich oto koszyków:

IMG_2607

‘kyjima?’ ‘mogę?’ nigdy nie było bardziej przydatne.

Wróciłem do Jiawang. Z lekkiej przejażdżki która miała mi pomóc przed jutrzejszymi interwałami zrobił się najdłuższy wyjazd w moim życiu, a nie wziąłem ze sobą ani jedzenia, ani picia. Myślę że klepnięcie 100 kilometrów to kwestia znalezienia odpowiednej trasy, nic więcej. Może zaplanuję coś takiego na poniedziałek…

IMG_2632

W każdym razie po powrocie meridkę trzeba było znowu umyć, dlatego jutro naprawdę zrobimy coś lekkiego i przyjemnego po jakiejś suchej trasie. Tylko obawiam się jak to jutro z tymi interwałami będzie…

IMG_2635

Korzystając z okazji – przepraszam wszystkich czekających na zdjęciach. Najzwyczajniej zapomniałem je wgrać. Już się poprawiam.

W Xuzhou po raz kolejny

Tym razem w planach było dojście do jeziora (co ja mam z tymi jeziorami), ale na miejscu dałem sobie spokój bo a) poszedłem kupić pamiątki i się spłukałem, b) cały dzień jestem zmęczony. Zrobiłem więc mały spacer i wróciłem.

Za to wykosztowałem się na najdroższy lunch do tej pory…28 RMB w fast foodzie chińskim. Strasznie drogo, chociaż smacznie.

Pochodziłem trochę wokół dworca, pokupowałem różnych specjałów i znowu spotkałem faceta, który chciał sprzedać iPhone’a. Nie wiem czy to ten sam facet i ten sam iPhone, ale stał w tym samym miejscu, więc podejrzewam, że tak.

Następnie, jak na białego przystało, odwiedziłem carrefoura i zakupiłem importowane masło orzechowe, żelki (ja nie mogę kupować żelków), fasolę (na wagę), słonecznik, kubek dla Wendy i sfermentowane mango (nigdy więcej).

O nowym nauczycielu wiem tyle, że nazywa się Miguel, pochodzi z francuskiej części Kanady i przykulał się tu z Kantonu. Teraz następuje pytanie, co oni mu powiedzieli, że przeniósł się do Jiawang. Zapytał się mnie ilu ludzi z zachodu jest w Jiawang :) Odpowiedź go nie zadowoliła.

Ach, zapomniałbym, ruszyłem wysyłać pocztówki. Pierwsza odwiedzona poczta nie miała, ale druga taka naprawdę duża miała i to nawet kilka. Zakupiłem dwie, dowiedziałem się,  że muszę dokupić znaczek i poszedłem do drugiego okienka. Tam sobie czekałem, czekałem, aż w końcu Pan kasjer powiedział że idzie do domu i mam sobie usiąść. Przyszedł drugi Pan kasjer i rozpoczęła się kłótnia bo chciał, żebym zapłacił, a ja przecież już zapłaciłem. Co się okazało po 10 minutach dyskusji i małego przestawienia? Wysyłka pocztą lotniczą jest droższa niż się spodziewała Pani od pocztówki. Droższa niż ja się spodziewałem Za wysłanie dwóch pocztówek miałbym 3 obiady w szkole…I teraz nie wiem, czy to jedzenie jest takie tanie czy poczta taka droga…

Dorwałem też kubek dla Wendy, ale na zdjęcia będziecie musieli poczekać.

Jutro zabawię się w przewodnika. Lidia wraca wieczorem i pewnie spotka Miguela dopiero w pracy.

Aaa…kolacja! Prawie, że Polska. Olej, kiełbasa i trochę fasoli. Wyszło bardzo swojsko, tylko brakowało cebuli :)

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jgfLpEMFHVk

PS. Specjalnie dla Adama, toaleta publiczna po Chińsku. Ciekawostka: dziury mają zamykane drzwi, toaleta siedząca nie ma drzwi w ogóle.

A kiedyś to bałem się jechać do Zabrza…

Bo jeszcze przegapiłbym przystanek i co wtedy?
Zacznijmy jednak od śniadania, czyli tradycyjnie domowej owsianki, banana i nietradycyjnie małego ciasteczka księżycowe z bliżej niesprecyzowanym nadzieniem.

Ochoczo ruszyłem na przystanek autobusowy, przesympatyczna Pani kasjerka wzięła ode mnie jedynie 4 RMB (to co? W weekend drożej?). Miałem spore problemy ze znalezieniem miejsca, ale na szczęście kilka siedzeń umieszczono równolegle do szyb, więc sobie poradziłem.

W Xuzhou najpierw odnalazłem punkt orientacyjny, czyli most znany mi z pierwszej wizyty, po czym wróciłem i zapisałem to co napisano na dworcu. Zapisałem z nadzieją, że oznacza to Dworzec Wschodni (lub Zachodni), a potem udałem się na postój taksówek i pokazałem taksówkarzowi adres o jaki mi chodzi. On pokiwał głową i pokazał 2, czyli 20. Cena do zaakceptowania, zwłaszcza że tyle zakładałem. I tak sobie jedziemy, jedziemy. Gorąco zachęcam do obejrzenia zdjęć tych taksówek. Naprawdę gorąco. Przejechaliśmy jedną bramę do czegoś, drugą bramę do czegoś i w końcu taksówkarz zatrzymuje się przy bramie numer trzy, w nienajlepszym miejscu bo zablokował wyjazd innym pojazdom i pokazuje 3. Zgodnie z umową dałem mu 20 RMB i pokazuję 2. On pokazuje 3 i macha ręką sugerując, że zrobił jakiś objazd. Ja już wysiadłem z taksówki i schowałem portfel. Włączyła się w to nagle jakaś Pani z obsługi, która taksówkarza przegoniła a mnie płynnym angielskim poprosiła żebym się przesunął. Podziękowałem jej i poszedłem do kasy. Gdzie skasowali mnie 90 RMB. Nie wierzcie cenom w internecie, są przedatowane…

Jeszcze przed wejściem zauważyłem 4 białe dziewczyny i od razu wiedziałem, że to amerykanki. Nie posiadłem jeszcze biegłości w rozpoznawaniu narodowości, ale obywateli pewnych krajów można poznać zawsze i wszędzie. Cztery tłuste i głośne dziewczyny w Chinach to raczej na pewno cztery tłuste i głośne amerykanki.

Ciekawostka#1 Część osób musiała podawać paszport przy zakupie biletów. I mam okropne wrażenie, że byli to Japończycy.

Po wejściu rzuca się w oczy posąg jakiegoś dowódcy z dynastii Han. I co jeszcze rzuciło się w oczy? 4 białe dziewczyny wkładające jednaj po drugiej głowy w odbyt posągu konia, śmiejące się w niebogłosy i mówiące ‘pewnie pomyślą jakie te amerykański szalone’. No tak, wkładanie głowy w odbyt konia z pewnością normalne nie jest. Na szczęście było to moje  ostatnie spotkanie z tymi Paniami.

Na pierwszy ogień poszedł grobowiec księcia Chu (tego od konia), który jest całkiem spory, całkiem ciepły i bardzo ładnie oświetlony.

Ciekawostka#2 W chińskich muzeach nie ma zakazu używania flesza.

Część grobowca była miała bardzo niskie stropy, nawet jak na chińskie głowy. A to coś co wygląda jak zestaw wieszaków na ubrania to jakiś instrument muzyczny.

Druga na liście była armia terakotowa dynastii Han.

I to był olbrzymi, ale to olbrzymi zawód. A może raczej powinienem napisać malutki? Bo ta armia to nic więcej jak dwie gabloty długości kilkunastu metrów z półmetrowymi figurkami ludzi i koni. Podobnie jak i reszta eksponatów. Nie zrobiło to na mnie wielkiego (ech…) wrażenia. Ciekawa za to była ekspozycja z bronią z czasów dynastii Han. Zupełnie inna od tej do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Bardzo ambitnie wyglądały kusze, a raczej pozostałości po mechanizmach.

Po wyjściu z muzeum można sobie pójść pooglądać terakotową armię dynastii Han w wodnym muzeum.

Następna w kolejce jest galeria rysunków, a raczej rzeźb naskalnych.

A potem trafiłem na to zacne urządzenie do przepowiadani trzęsień ziemi.

Ciekawostka#3 Chińczycy nie mają szacunku do takich rzeczy. Jeżeli nigdzie nie jest napisane, że nie można to będą kopać, macać i sprawdzać co da się z tym zrobić. Najczęściej będą to robić dzieci, a rodzice nawet im nie zwrócą uwagi.

Sam park wygląda przepięknie. Chciałem napisać, że jest super oznakowany i wszędzie można trafić bez problemu, ale skłamałbym. Za żadne skarby nie potrafiłem znaleźć północnej bramy, a doszedłem już do miejsca gdzie nie było żadnej drogi, chociaż być powinna.

Po drodze wstąpiłem do świątyni I zlałem się potem. Bo nie można sobie było tam ot tak wejść. Trzeba było wziąć kadzidełka, zapalić, pokłonić się trzy razy, włożyć do piasku i wrzuć datek. Lub zapalić, poszukać wzrokiem pomocy, zgasić, poszukać wzrokiem pomocy, klęknąć, poszukać wzrokiem pomocy, złożyć ręce do modlitwy, pokłonić się trzy razy, wstać, wrzucić datek.

Potem droga wiodła do Bamboo Temple. Bamboo bo po drodze trzeba minąć las bambusowy. A jak już się tam dokulałem po tych wszystkich schodach postanowiłem porobić zdjęcia dachów, bo są naprawdę piękne. Znalazłem też opuszczoną jaskinię. Znaczy składzik na śmieci ;)

W końcu wróciłem do wejścia i wyszedłem. W planach miałem dojście do parku, ale nie miałem pojęcia w którą stronę się kierować (wiedziałem, że w stronę rzeki), postanowiłem więc skorzystać z komunikacji miejskiej, ale żaden przystanek nie przypominał tego co sobie zapisałem, więc znalazłem taksówkę. Pokazałem taksówkarzowi budynki, oraz napis, pomógł też  Nieprzypadkowy Chińczyk i taksówkarz pokazał 2. Kiwnąłem głową i jedziemy. Jedziemy to mocne słowo na określnie czynności którą wykonywaliśmy. Wlekliśmy się byłoby bardziej akuratne. Co ciekawe, taksówkarz obrał inną drogę, objechał park z drugiej strony i jakoś tak szybciej było. W końcu zatrzymał się i się uśmiecha. Podaję mu 20 RMB, on dalej się uśmiecha, ale nic więcej nie mówi. Ja też się uśmiecham i wychodzę. Pod nosem jedynie marudzę, że nie mam pojęcia gdzie jestem, ale przechodzę 50 metrów i oto widzę znajomą stację. Czyli można dojechać za 20? Można.

Na miejscu można sobie wypożyczyć rower. Nie wiem niestety na jakich zasadach, bo wszystko po Chińsku.

Na zegarze nie było jeszcze 14, więc postanowiłem pójść wzdłuż rzeki. I tak idę i idę i idę i w końcu mnie olśniło, że przecież ja wzdłuż rzeki miałem wrócić idąc od parku/zoo. Poszedłem więc do parku upamiętniającego żołnierzy. W końcu to tylko  ~4 kilometry. Parku całego chyba nie obszedłem, dokulałem się za to do największego pomnika, muzeum wojny chińsko-japońskiej, znalazłem też jeszcze większe muzeum, ale nawet nie wchodziłem bo nie pozwolili robić zdjęć, poza tym słońce miało się już ku zachodowi, więc pora wracać.

W autobusie do Jiawang z sufitu zwisały rośliny, a jak powiedziałem Jiawang to siedzący obok mnie Chińczyk uśmiechnął się.

Dokulałem się do domu, zmęczony okropnie, ale ponownie Pan ze sklepu mnie zaprosił, zaproponowałem mu coś słodkiego, ale odmówił, kupiłem za to piwo, pokazałem zdjęcie Xuzhou, pokazałem że jestem zmęczony i poszedłem.

Wyjąłem z lodówki piwo, które kupiłem w zeszłym tygodniu. Całkiem dobre. Teraz to zasnę jak niemowlę.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/rtPqMxPkw-Q

Jutro wolne, czyli pora przygotować jakieś zajęcia i obejrzeć ten pierwszy odcinek Dextera.