Shawn i Lawrence

Ta historia zdecydowanie zasługuje na tytuł. Bo oprócz niej wiele ciekawego się nie wydarzyło.

Jak zapewne wiecie, bo czytacie tego bloga regularnie, ostatnimi czasy jadam lunche w towarzystwie Shawna. Przesympatyczny chłopak z drugiej klasy, którego angielski może nie jest najlepszy, może nawet nie jest bardzo dobry, ale dla mnie rozmowy z Nim są ważniejsze od rozmów z tymi naprawdę dobrymi uczniami z prostego powodu: On wie że Jego angielski nie jest na bardzo dobrym poziomie i dlatego chce ze mną rozmawiać i widać że sprawia Mu olbrzymią przyjemność gdy się rozumiemy. Czasem widać jak mu trybiki pracują i myśli nad tym co powiedzieć, ale gdy Mu nie wyjdzie to się nie poddaje i próbuje dalej. W przeciwieństwie do wielu osób niepowodzenia Mu aż tak bardzo nie przeszkadzają. Słowem – szanuję.
Lawrence radzi sobie z angielskim naprawdę dobrze, przypuszczam że jest w czołówce swojej klasy.
I dzisiaj się spotkali. Siedziałem sobie i jadłem (Pani ze stołówki została przesunięta do okienka numer 5, a zawsze była przy numerze 6 więc od jutra muszę stawać w innej kolejce, chociaż dzisiaj dostałem bułkę za darmo), przysiadł się Shawn i jak to bywa okazjonalnie się do siebie odezwaliśmy, a potem przysiadł się Lawrence i zaczęliśmy rozmawiać. Shawn się w ogóle przestał odzywać, pewnie po prostu nie chciał nam przeszkadzać.
L: A to Twój nowy kolega?
B: Tak, Lawrence to Shawn, Shawn to Lawrence.
S: Cześć, jestem Shawn.
L: Z której jesteś klasy?
S: Z klasy drugiej, grupy pierwszej. A Ty?
L: Klasy trzeciej, grupy pierwszej.  Jak się nazywasz?
S: Wan Lu De (chyba…), ale moje angielskie imię to Shawn, a Ty? Może się zaprzyjaźnimy?
L: Lawrence.
S: Przepraszam, jak?
L: Lawrence, jak pójdziesz do klasy trzeciej to wszyscy będą mnie znali.
S: Ale Twoje chińskie imię…
L: Wolę nie mówić, jak pójdziesz do klasy trzeciej to pytaj o Lawrence’a. Gdzie chodziłeś do szkoły średniej?
S: (Nie mam pojęcia)
L: Ja też. A kto był Twoim nauczycielem angielskiego?
S: (Nie mam pojęcia)
L: To bardzo dobra nauczycielka.
S: A Ciebie kto uczył?
L: (Nie mam pojęcia)
S: Nie znam.
B: Dobra chłopaki ja się zbieram bo zjadłem. Trzymaj się Shawn.
L: To ja pójdę z Tobą.
S: Cześć.
L: Wczoraj skończyliśmy wcześniej lekcji i byłem na drugim piętrze, pewnie mnie nie widziałeś ale pokazywałeś uczniom zdjęcia.
B: Tak…klasie dwunastej. Naprawdę Cię nie widziałem.

I prawdę mówiąc wydała mi się ta rozmowa trochę dziwna, tak jakby Lawrence traktował trochę Shawna z góry, ale uznałem że może tak po prostu tutaj jest w przypadku uczniów z klasy wyższej i niższej. Tylko jednak nie tylko mi wydała się dziwna bo dostałem później smsa od Shawna który napisał że jest Mu smutno bo Lawrence Go dziwnie potraktował, nawet się nie przedstawił a jego angielskiego imienia nie dosłyszał. I strasznie mi się chłopaka zrobiło, przeprosiłem Go za Lawrence’a z którym będę musiał o tym w cztery oczy porozmawiać.

Lidia się dzisiaj trochę wrobiła. Bo nie chciała zostać na konsultacjach ale ostatecznie została bo chciała zagrać w Mafię. No i się wrobiła bo przyszła zaledwie trójka uczniów. Czyli za mało by zagrać.
– To może pójdziemy a Oni będą się uczyć tutaj?
– Jak chcesz to idź, ja z Nimi zostanę. Nigdzie mi się nie spieszy.
Po czym Lidia porozmawiała z jedną z uczennic i obie wyskoczyły szukać tego chłopaka który wygląda jak dziewczyna by przyszedł i zagrał. Nie znalazły Go, ale Lidia ostatecznie została tylko zebraliśmy się dzisiaj wyjątkowo wcześnie, nawet przed 17:25. Ciekawe czemu było jej tak śpieszno do domu.

Mi się nie śpieszyło, a w drodze do domu przesłuchałem kolejne chińskie lekcje i kupiłem owoce. Ponownie udało mi się dorwać olbrzymie gruszki.
Ach…udało mi się znaleźć listę klas które poradziły sobie najlepiej w czasie ostatnich egzaminów. Najlepiej wypadła klasa 14, potem 1. A najgorzej 6 i 9. Zdumiało mnie to niezwykle bo szósta jest świetna jeżeli chodzi  o moje zajęcia i podobnie 9. A różnica w średniej punktowej była kolosalna bo w okolicach 40 punktów, a u mnie tego w ogóle nie czuć. Co tylko dowodzi że moje zajęcia są traktowane zupełnie inaczej niż inne.

Adam!
Może trochę się źle wyraziłem. Bo to ten tydzień jest dla mnie wyjątkowy. No i poprzedni. To jest 8 dni w szkole pod rząd, coś czego jeszcze nie przeżyłem. A tak ogólnie to nie jest tak strasznie. Po prostu trochę to sobie inaczej planowałem przez ostatni miesiąc i może mnie to wczoraj przygniotło. Bo naprawdę nie ma aż tak strasznie.
Tak odnośnie kondycji to nie mam pojęcia czy to jedzenie, czy jednak mimo wszystko to chińskie powietrze mi przeszkadza. Bo to absurdalne tętno mam tutaj od samego początku i ono wcale nie maleje a powinno. Rozumiałbym jeszcze gdybym mieszkał wyżej niż w Polsce, ale tutaj jest raptem 20 metrów nad poziomem morza, więc wszystko powinno być git, a jednak nie jest. Wysypiać się wysypiam, głód mnie nie łapie, a jednak coś jest nie tak. A może dosypują coś do jedzenia? Będę wiedział więcej gdy wrócę do kraju.
I Adam…tak zupełnie szczerze to czytając to porównanie do Murakamiego nawet się nie zaczerwieniłem na policzkach. Z prostej przyczyny:  to było tak absurdalne i tak dalekie od prawdy że nijak nie mogłem tego potraktować jako komplement.
Jeszcze coś: nie bądź zły, bo to znaczy jedynie że myślimy  podobnie.

5 z 8

Wstałem dzisiaj o 5:40. Za oknem jeszcze ciemno, widać tylko kawałek księżyca. A że zimno to trzeba się szybko ubrać, zjeść banana i można biec. Miałem prawdziwy problem wczoraj by się odpowiednio zmotywować do tego porannego wstania. Nawet gdy wstałem to ciągle nie byłem pewien tego czy wyjdę. Czasem tak jest że się nie chce, że ma się jakieś obawy o pogodę czy samopoczucie. To chyba w takich chwilach hartuje się charakter. Wyjść na trening wtedy kiedy nam się nie chce.
Historyjka. Po skończeniu studiów szukałem pracy w różnych miejscach, nawet w pewnej mega sieci sklepów sportowych. Jako człowiek który biegał wtedy rok, pokonał maraton po trzech miesiącach treningu na świeżym powietrzu i 3 wybieganiach 20km+ , a potem spędził trzy miesiące klepiąc książkowo kilometry by przygotować się do kolejnego maratonu, w dodatku obeznanym w temacie asortymentu biegowego, pronacji, supinacji i innych takich tam drobnostek mających ogromne znaczenie marketingowe byłem dość dobrym kandydatem na zaszczytne stanowisko sprzedawcy na pół etatu (o czym poinformowano mnie w trakcie rozmowy). Rozmowy miałem dwie, z jednym szefem który był ewidentnie na tak i który także biegał, lubił piłkę pokopać i z którym o tym sobie porozmawiałem, oraz z drugim szefem który znudzonym tonem powiedział mi że kiedyś trenował sporty walki, teraz ma pod sobą nawet 20 osób oprócz tego żonę i dziecko a ze sportów to czasem jeździ na rowerze. I po raz drugi opowiedziałem o swoim biegowym doświadczeniu, bólu na treningach, trudach maratonu oraz radości z jego ukończenia po raz pierwszy i drugi, obecności w uczelnianej drużynie koszykarskiej i fascynacji piłką nożną. Ten Pan powiedział wtedy równie znudzonym głosem:
– Nie ma w Tobie pasji.
– Słucham?
– Nie ma w Tobie pasji.
– Eee…znaczy…a to co mówiłem o bieganiu?
– To…hmm…zacięcie.
– Acha.
I do teraz gdy patrzę na te moje dzienniczki biegowe, tych kilka drobnych nagród za te biegowe sprawozdania, albo gdy zakładam czwartą parę rękawiczek, lub gdy wstaję o 5:40, myślę sobie ‘to tylko zacięcie’. Wtedy bardzo mnie to zabolało, ale teraz cieszę się że to usłyszałem bo moje bieganie ‘to tylko zacięcie’ jeszcze nie pasja, a to dobrze bo przede mną jeszcze daleka droga do pasji.
Tym razem nawet lampy były wyłączone, ale gdzieś po 500 metrach zdałem sobie sprawę że widzę zaskakująco wyraźnie. No tak, nie zdjąłem okularów. Po kilometrze zaparowały więc zdjąłem je i schowałem do rękawa. Biegłem wśród ciemności i pustki. Bo o 6 jest jeszcze na ulicach pusto. Nawet w szkołach nic się nie dzieje. Pobudka to w końcu 6:20. Tym razem udało mi się nigdzie nie upaść, ale to głównie dlatego że gdy wbiegałem na chodnik słońce powoli wschodziło. Takie biegi przy wschodzącym słońcu są niezwykle urokliwe, jednak jakoś milej je wspominam z Polski gdy o 6 nie biegałem w kompletnych ciemnościach. Wiem jedno, jestem zupełnie ale to zupełnie bez formy i tętno mam tutaj wręcz absurdalne, męczę się przy każdym biegu i tętno nic a nic nie maleje. Się porobiło.

Od klasy 11 dostałem dzisiaj zdjęcie. Cała klasa w czasie przyjęcia noworocznego. Super sprawa, chciałem takie zdjęcie od każdej klasy, ale o to jeszcze poproszę w drugim semestrze. W ogóle to Lidia powiedziała że ten semestr jest wyjątkowo długi bo ma 19 tygodni. No dobrze, dla mnie 18. Policzyłem to sam i wyszło mi 20, a dla mnie 19. Hmm…Drugi semestr ma 18, więc co za różnica ;)

Na lunch dzisiaj udało mi się dostać bez problemu. Problemy zaczęły się przy okienku. Jak wiecie od kilku miesięcy chodzę do tego samego okienka gdzie ta sama Pani podaje mi różne jedzenie i zawsze mi coś doda od siebie. Dzisiaj pojawiła się tam nowa Pani, która nie wiedziała co chcę i nawet jak jej pokazałem że chcę jedną bułkę to chciała dać mi dwie, dopiero jedna  z uczennic mnie poratowała. I nie dostałem nic więcej, oraz zrozumiałem że cały czas dostawałem bułkę w prezencie…Mam nadzieję że ta Pani wróci, bo głupio by mi było bardzo gdyby odeszła z powodu tych bułek. Przecież te 0.3 RMB to nie problem.

Znowu przykulał się Shawn i mam takie wrażenie że coś jest na rzeczy jeżeli chodzi o jakieś takie poczucie samotności. Bo chłopak mógłby jeść w domu, albo ze swoimi znajomymi z klasy. I wiem że On chce rozmawiać ze mną by poprawić swój angielski, ale zastanawiam się czy nie ma w tym czegoś jeszcze. Lawrence sprawił że teraz będę u każdego doszukiwał się jakiegoś grama samotności. Może powinienem? Lidia powiedziała dzisiaj że chciałaby żeby zatrudnili nauczycielkę bo smutno jej tak samej w mieszkaniu i chciałaby czasem mieć się do kogo odezwać.

Nagle zadzwoniła Jennifer.
– Bart ja Cię bardzo przepraszam, bo ja ciągle dzwonię ze złymi wiadomościami, ale szef kazał mi powiedzieć że zatrudnienie drugiego nauczyciela kosztowałoby nas zbyt dużo pieniędzy i masz teraz dwie opcje: możesz zostać tam i dostać podwyżkę, albo możemy Cię przenieść do innej szkoły gdzie będziesz mieć mniej godzin ale pensja będzie taka sama.
– Nie no, ja rozumiem. Jesteś w końcu tylko trybikiem w wielkiej maszynie. Hmm…Wiesz 28 godzin to mnóstwo czasu, z drugiej strony to mnóstwo pieniędzy.
– Jeżeli to Cię jakoś pocieszy to mamy drugiego nauczyciela który też ma 28 godzin i tyle nie zarabia.
– No tak, tak…Wiesz, ja od początku chciałem tu zostać i decyzji nie zmieniam, nawet mając te 28 godzin.
– Czyli zostajesz w Jiawang i bierzesz podwyżkę?
– Tak, tak.
– No to do zobaczenia w Pekinie 23.
I tak spojrzałem na Lidię, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy o tym że będzie nowy nauczyciel i Ona już wie co chcę powiedzieć.
– Cieszę się że zostaniesz. I teraz sobie radzisz, także będzie dobrze. Tylko powinieneś dostać więcej pieniędzy.
– Dostanę.
– I to nie trochę, a naprawdę dużo.
– Dostanę.
– Hmm…?
– (kwota)
– Wow. To będziesz mnie musiał czasem na obiad zaprosić.
– No nie ma innej opcji.
Heh…Tylko teraz moją przerwę w Polsce pochłonie przygotowywanie zajęć i kolejne pół roku z bieganiem w kratkę. Coś za coś. Zostanie tutaj było dla mnie priorytetem i chociaż już sobie gdzieś tam planowałem weekendowe wypady to widać pora je odłożyć na jakiś czas. Co się odwlecze to nie uciecze.

Adam!
Hmm…oczywiście że mam teorię. Ba, nie tylko teorię, ale wręcz pewność co do przyczyn moich upadków w Chinach. Nawet dwa powody. Pierwszy: chodniki są wyższe i trzeba wyżej podnosić nogi. Drugi: Bieganie po ciemku bez okularów nie jest dla mnie rozwiązaniem idealnym. Nie ma to absolutnie żadnego związku z wypadkiem. Po wypadku kręciło mi się w głowie raz, w czasie pierwszej dyszki na dworze. Nawet w czasie maratonu nic mi nie było. A tak jak powiedziałem, maraton biegłem dwa tygodnie po wypadku. A przed wypadkiem też zdarzyło mi się potknąć, zwłaszcza gdy zmęczony nie zauważyłem wystającego korzenia. Ot uroki biegania po parku nietypowymi ścieżkami.
Tego Garmina chroniłem, chronię i chronić będę bo pamiętam ile mnie kosztował i podobnie jak z moim rowerem – gdy na nie patrzę to sobie przypominam ile na nie pracowałem. Tak samo jest gdy patrzę na moje Playstation, które kupiłem za ostatnią wypłatę w pracy na magazynie. Ostatni spory wydatek za kasę z pracy fizycznej. Ludzie kupują sobie zegarki i inne rzeczy by pamiętać pierwszą wypłatę. Ja zapamiętam tę ostatnią. Tylko dwie osoby na świecie wiedzą ile się tam musiałem narobić i jak bardzo miałem już tego dosyć.

Cembrowina

Świat się nie zatrzymuje gdy nie patrzysz. Ba, nie zatrzymuje się nawet gdy w nim nie uczestniczysz. To że na dwa dni wypadasz z obiegu i twój weekend staje się dwoma kolejnymi dniami w pracy nie znaczy że z wszystkimi dzieje się tak samo. Świat pędzi niezależnie od tego co ty robisz. Także jeżeli wiesz że weekend wypadnie lepiej się na to przygotuj. W innym przypadku możesz obudzić się w poniedziałek myśląc że to już czwartek i pozostał jeszcze piątek a potem weekend.
Na szczęście się przygotowałem i chociaż poniedziałki bywają trudne to ten dzisiaj minął bez jakichś specjalnych wydarzeń. Może z jednym wyjątkiem.
Lunch. Lunch był wczoraj dziwny, bo gdy przyszedłem do jedynki to było w niej sporo ludzi, może nie tyle w niej co w ‘mojej’ kolejce było wyjątkowo ciasno. A dzisiaj było jeszcze gorzej. Gdy dzisiaj poszedłem na lunch to pół sali było już albo po lunchu albo w jego trakcie, a ‘moja’ kolejka zaczynała się gdzieś w połowie stołówki. Coś takiego spotkało mnie pierwszy raz. A gdy dokulałem się w końcu do okienka to połowa mis była już pusta. Jak tak dalej pójdzie to będę musiał jeść ryż. Może to tylko taki okres. Oby, oby. A jeden z uczniów zapytał się mnie dlaczego nie idę do dwójki czy trójki. Hmm…a czemu Oni nie chodzą do jedynki. Mogliby chodzić i tak jak Shawn czy Lawrance rozmawiać ze mną.
Swoją drogą, ta zima jest najzimniejsza od 1974. W Chinach oczywiście

Lidia ruszyła dzisiaj kupić bilet na pociąg do Pekinu.  23 styczeń o 14:50. W Pekinie będę o 17:42. ~700km w 2:52 i Lidia pyta się czy te ~320RMB to drogo. Ciężko tutaj ludziom zrozumieć że pociągi w Polsce pokonują ~600km w 8-10 godzin . I to te najszybsze.

Adam!
Dzięki bo prawdę mówiąc trochę mi już tych komentarzy brakowało. A najgorsze jest to, że teraz zaczyna brakować mi czasu by przeglądać Endo i komentować treningi. Nawet swoje wrzucam dwa-trzy razy w tygodniu.
Wręcz przeciwnie, ta budowa idzie bardzo szybko, widać to po budynku z boku, on co rano jest wyższy. Na tym placu faktycznie już chyba nic się nie dzieje i teraz ciekawi mnie co się z nim stanie gdy te budynki zostaną skończone.
To jest ogromny parking pod ogromną halą. Jeden z dwóch dla rowerów. Tylko trochę wkurza mnie to że większość parkingu przypada samochodom których jest niewiele, bo większość nauczycieli mieszka w okolicy i przyjeżdża na rowerze lub skuterze.
Faktycznie jest zimno. Ten śnieg leży już dobre dwa tygodnie i pewnie jeszcze poleży. Ostatnio sypał tydzień temu, ale to był bardziej deszcz ze śniegiem. Prognozy zapowiadają że będzie cieplej, ale jak to będzie w rzeczywistości to się okaże.

Ach…Cembrowina wzięła się z ‘Kroniki ptaka nakręcacza’, gdy Okada postanowił wejść do studni. Tak jak Jego ciągnęło do studni i oglądania księżyca z jej dna (hmm…przypomina mi to najnowszego Batmana), tak ja chciałbym tutaj wyjść na dach i popatrzeć na Jiawang z góry. Niestety z mojego budynku jest to niemożliwe, ale jak tylko zrobi się cieplej posprawdzam inne.

Ach#2…w Polsce mieszka ze mną kot (psy mają właścicieli, koty mają obsługę) który często wychodzi na dwór i często też z tego dworu wraca. Upatrzyła sobie (bo to kotka) wchodzenie do domu przez okno w moim pokoju i co noc wraca o tej samej porze. Gdy okno jest zamknięte to miauczy żeby jej otworzyć. Czasem wraca też w ciągu dnia i wtedy oczywiście też miauczy. To miauczenie zawsze słychać. Jest cichutkie bo okna dobrze wygłuszają, ale zawsze między kolejnymi uderzeniami w klawiaturę słychać ciche ‘miau’. I dzisiaj też słyszałem ‘miau’. Cztery razy. To było inne ‘miau’, może nawet nie było to ‘miau’ a jedynie coś przypominającego ‘miau’. Jednak od razu przypomniała mi się ta czarna kotka która co noc mnie budzi. I chociaż pewnie będę za parę dni miał jej powyżej uszu tak teraz brakuje mi tego ‘miauczenia’ żeby ją wpuścić i wypuścić.

Niedziela i przegapione #19

Hobbit
– Wie Pan, jest taki film. Właściwie to trzy części o ludziach którzy chronią to co się nosi o tutaj na palcu.
– Władca Pierścieni.
– Możliwe. Teraz jest nowy film tego samego reżysera i będzie bardzo podobny.
– Hobbit.
– Może moglibyśmy go kiedyś obejrzeć?
– Może, może.

Cały problem z rozmowami o filmach w Chinach polega na tym że wszystkie tytuły są tłumaczone podobnie jak nazwy własne, więc czasem nawet nazwisk można nie rozpoznać.
Oczywiście nie obejrzymy ani ‘Władcy…’ ani’ Hobbita’ bo to filmy zdecydowanie za długie i za trudne językowo dla tych dzieciaków. Nawet gdybym skombinował chińskie napisy to w dalszym ciągu te filmy będą za długie.

Nici z obiadu u Lidii
Primo. Mama źle się czuła i nie chciała niczego przygotowywać.
Secundo. Już wyjechała.

Totoro
Pomimo tego całego ciśnienia przeciwko Japonii dzieciaki są zafascynowane anime. Z uwielbieniem oglądają Naruto, One Piece, Dragon Ball (dla Z specjalnie wstawałem w wakacje o siódmej by obejrzeć powtórki na RTL7), a Doraemon i Hello Kitty są wszędzie (no ale z drugiej strony japońskie ministerstwo spraw zagranicznych wybrało ich na ambasadorów Japonii odpowiednio, na świecie i w Chinach i Hong Kongu). Podobnie z Totoro. No ale jak tu Totoro nie kochać, przecież to idealny wielki pluszak. Zauważyłem jak jedna z dziewczyn czyta magazyn o anime i gdzieś tam było zdjęcie okładki soundtracku z Totoro, więc ją o to zapytałem.
– Uwielbiam Totoro.
Z ust dziewczyny która mówi że nienawidzi Japonii. Straszną sieczkę z mózgu robią tym dzieciakom.

Przywrócili ucznia
Pamiętacie jak pisałem o tym uczniu który został wyrzucony ze szkoły ponieważ przyszedł na lekcje pijany? Otóż został przywrócony. Do tej samej szkoły. Bardzo dobrze dla niego. Trochę to dziwne, zwłaszcza że wyrzucono Go, zrobiono z Niego przykład, wygłoszono płomienne przemówienie o tymże nie należy spożywać alkoholu a potem wszystko to zweryfikowano i przywrócono Go. W ruch poszła niemała suma pieniędzy, ale czy to jest obraz jaki chce zbudować dyrekcja? Najwyraźniej tak bo nie przypominam sobie kolejnego przemówienia w którym uczeń kajałbym się za swoje zachowanie i sam tłumaczył jak alkohol na Niego wpłynął. A byłoby to chyba o wiele skuteczniejsze niż pogadanka któregoś z nauczycieli.
Hahaha…Pan od Historii mógłby ją wygłosić. Taki ponury dowcip.

Pocztówki
Dowiedziałem się że dotarły już pierwsze pocztówki które wysłałem w grudniu. Chciałbym teraz zauważyć że z Chin nie warto wysyłać pocztówek pocztą powietrzną bo są drogie i idą strasznie długo, warto za to kupić pocztówki z najtańszym znaczkiem i wysłać je do Polski z pobliskiego urzędu pocztowego w którym nikt nie przejmuje się takimi pierdołami jak znaczki, poczta powietrzna czy dodatkowe opłaty. Pocztówki doszły w 3 tygodnie. To bez dwóch zdań poprawiło mi nastrój.

Niedziela
To jest właśnie taka niedziela w czasie której nie biegam, bo nie mam kiedy, siedzę za to w gabinecie i piszę bloga. Za godzinę mam kolejne zajęcia, potem pora na kolejną porcję słówek.
Dzisiaj dotarło do mnie że muszę przestawić budzik o jeszcze 5-10 minut, a we wtorek wyjść biegać na godzinkę. Będzie mi ciężko się zmotywować bo noc jest ciemna i zimna, ale hej, to przedostatni taki wtorek, więc już bliżej jak dalej.
Dotarło też do mnie coś jeszcze. Jeszcze nigdy nie miałem tak długiej przerwy w goleniu. Według moich obliczeń dzisiaj kończy się 16 tydzień gdy żyletka po raz ostatni dotknęła mojej twarzy. Cztery miesiące. Mama się śmieje i mówi że maszynka w domu już skacze z radości. Będę musiał zabrać ją ze sobą tutaj, bo prawdę mówiąc żyletek nie lubię, wolę moją elektryczną maszynkę.

W czasie lunchu wpadłem na Shawna, który dał mi płytę z wyczynami Kobego Bryanta i pogadaliśmy sobie trochę o filmach i moich uczniach. Egzaminy zaczynają się 22 stycznia. Także dzieciaki mają zaledwie dzień żeby się przygotować. Masakra jakaś. A wczoraj się dowiedziałem że po egzaminach mają jeszcze tydzień zajęć. Wyobrażacie to sobie? Najważniejsze egzaminy a potem jeszcze na tydzień do szkoły. No i nie zapominajmy o zadaniach domowych na ferie.

Wyjaśniło się tez o co chodziło z datą. 2013-01-04 przeczytane po Chińsku oznacza ‘będę Cię kochał na zawsze’.

Narnia

Jedne z moich najnudniejszych wakacji miały miejsce na wsi. Na kompletnej wsi gdzie z każdej strony wiało Nudą. Wywieźcie 12-latka przyzwyczajonego do telewizji i komputera w miejsce gdzie nie ma ani jednego ani drugiego, żadnych rówieśników a jedynie pola i hej, może nie będzie się nudzić ale ja wręcz umierałem z nudów. Mieszkaliśmy w takim niedokończonym piętrowym domu na piętrze którego była szafa. Stara szafa. Niestety nie było w niej ani Lwa, ani Czarownicy, a jedynie niemiecka maszyna do pisania. Opowieści Nudy: stara szafa i niemiecka maszyna do pisania. Nawet papieru nie było. Mogłem więc sobie jedynie postukać w y zamiast z i z zamiast y. No i popatrzeć na umlauty. Nuda jeszcze większa niż w polskich filmach. Zawsze mi się to przypomina gdy oglądam lub czytam pierwszą część ‘Opowieści…’ Pierwsza część jest przesycona chrześcijaństwem, ale jeżeli ogląda/czyta się ją bez tej informacji to jest naprawdę przyjemna. Jak na mój gust to Lewis mógł przestać pisać gdzieś tak po trzeciej części i wielkiej tragedii by nie było, ale to też kwestia gustu. Najdziwniejsze dla mnie jest jednak to że Hollywood jest tak wyprane z pomysłów że chce zekranizować wszystkie siedem części. Parę lat temu przeczytałem je wszystkie i zapamiętałem cztery. Trzy pierwsze jako taką swoistą trylogię słabnącą z części na część i ostatnią część która była zwyczajnie w świecie słaba i pisana na siłę, takie miałem odczucie. Ach tak, w szkole też zamarzła woda. Klima w gabinecie nie chce wskoczyć powyżej 17 stopni, a Lidia mówi że tak zimno to tutaj jeszcze nie było. Może to ja jestem Białą Wiedźmą? Przepraszam, Białym Czarnoksiężnikiem. Tylko skąd ja wynajdę rachatłukum (chyba jedyne słowo oprócz ‘cembrowina’ które sprawdziłem w słowniku czytając jakąkolwiek książkę)? Lunch to pora walki. Najpierw o…no właśnie, są różne strategie, niektórzy wolą najpierw znaleźć miejsca a potem ruszyć po jedzenie, a inni wręcz odwrotnie. Ja preferuję strategię pierwszą, chociaż z miejscem nie miałbym żadnego problemu. Wolę jednak najpierw położyć plecak a potem pójść po jedzenie. Po prostu w ten sposób zajmuję mniej miejsca no i jest wygodniej. O jedzenie także nie muszę się martwić bo Pani ze stołówki zawsze dołoży mi coś od siebie i mam pełną tackę chińskich stołówkowych pyszności. Są za to uczniowie którzy najpierw zdobywają pożywienie a potem włóczą się po całej stołówce szukając miejsca. To jednak nie jest takie złe. Najgorsze są kilkuosobowe grupy szukające miejsca dla całej trójki/czwórki. Para to nie problem, ale więcej? Spróbujcie znaleźć miejsce dla wszystkich gdy większość już jest pozajmowana. Trzeba wtedy krążyć w kółko i wypatrywać miejsca, lub czekać aż się zwolni. Na szczęście w Chinach wszyscy po napełnieniu brzuszków zbierają się z miejsca. Stołówka to miejsce do spożycia posiłku, nie do rozmowy. A jeżeli rozmawiają, to między kolejnym kęsami, nigdy po opróżnieniu miski. Zresztą tak jest nawet w czasie spotkań rodzinnych czy firmowych. Rozmowa trwa w trakcie posiłku a po skończeniu wszyscy wstają i wychodzą. A dostałem wczoraj wieczorem smsa od Shawna (tego wielkoluda z którym byłem na ‘górskiej’ wyprawie parę miesięcy temu), od czasu do czasu łapie mnie w stołówce i rozmawiamy. Zawsze się pyta czy mi nie przeszkadza i rozmawiamy o filmach. Wypadałoby dzisiaj napisać że jest sobota, której w ogóle nie czuć. Może inaczej. Staram się nie myśleć o dzisiejszym dniu jako o sobocie bo tylko bym się denerwował, a tak ‘to kolejna środa, jutro czwartek’. Tylko że po tym czwartku przyjdzie poniedziałek. Czyli taka dziwna ta środa. A wczoraj była podobno jakaś szczególna data w chińskim kalendarzu i strasznie dużo par brało ślub bo taka data wydarzyła się po raz pierwszy w historii i nie wydarzy się już nigdy. Lidia nie chciała mi jej zdradzić więc mogę jedynie przypuszczać że było tam bardzo dużo dwójek. Ach…więc jutro będę musiał opisać przegapione z całego tygodnia. Dużo się tego nie zebrało i z pewnością będzie to ciekawe bo przecież już tak dawno nie pisałem ‘przegapionych’ w szkole. Dzieciaki dzisiaj przykulały się na konsultacje, chociaż Lidia powiedziała że mogę je odwołać. Hej, nie przyjechałem tu po to by odwoływać konsultacje a po to by uczyć te dzieciaki. Zostałem więc a Lidia się zmyła, ale miała dobry powód bo przyjechała jej siostra i chciały spędzić trochę czasu razem. A wracając do domu kupiłem dwa metry trzciny cukrowej i 6 bananów. 7,5 RMB. No dobrze, trzcinę cukrową i banany kupuje się na wagę, ale prawdę mówiąc nie patrzyłem ile co waży.

Raaaany…

Dlaczego ja tu zostałem? NIE! Dlaczego ja tu w ogóle przyjechałem? Gdybym czytał największa fora poświęcone nauczaniu angielskiego w Chinach i ogólnie życiu obcokrajowców zanim tu przyjechałem to miałbym prawdziwy zgryz z tym czy nie zostać w Polsce.
Fora przyciągają różnych ludzi, to złudzenie anonimowości pozwala niektórym na puszczenie wodzy fantazji i przez lata trafiłem na kilka osób z których internet wyciąga najgorsze.
Z obcokrajowców w Chinach fora także wyciągają najgorsze, zwłaszcza gdy czyta się o tym że Chińczycy to naród chciwych chamów (na przykład), narzekania na pracodawców to norma, potem narzeka się na mieszkanie, tłum, transport, powietrze, jedzenie, kierowców i naprawdę tysiące innych rzeczy.
No i internet nie działa tak jak powinien. Chociaż odnośnie netu to zauważyłem że teraz chociaż nie działa tak jak powinien to działa lepiej niż wtedy gdy działał tak jak powinien. Strony myślą że jestem z Polski a z torrentami łączę się bezpośrednio przez Chiny i mam transfer szybszy niż w Polsce.

Jak już jesteś w Chinach to zaakceptuj to że jesteś w Chinach. 5000 lat historii, kultury i tradycji nie zmieni się dla Ciebie.
Taki mały upust złej energii z mojej strony.

Po całym tygodniu czekania poszedłem biegać.  Tylko godzinka, ale lepsze to niż nic. Prognozy zapowiadają ocieplenie więc może we wtorek rano też uda mi się wymknąć na godzinkę przed świtem. Dzisiaj nadrabiałem zaległości z Premier League. A po lunchu w drodze do i z szkoły będę nadrabiał zaległości z chińskiego. Biegło się dzisiaj ciężko, na szczęście nie było mrozu, ale ta dziwna kolka nie ustaje. Z jakiegoś powodu mam tutaj strasznie wysokie tętno i nie potrafię znaleźć przyczyny, bo przecież ciało powinno się już zaadaptować. No nic.

Wczoraj udało mi się kupić owoce i dostałem od Pana Obwoźnego prezent – mandarynkę w takim ładnym pudełku na którym napisane było ‘Merry Christmas’.

Jeszcze jedna sytuacja z wczorajszego spaceru: pewien Pan chciał sprzedać mi iPhone’a. Ot tak, na ulicy. Trzymał go schowanego w rękawie i zapewne jak to mówią w Kanadzie ‘spadł z ciężarówki’, więc postanowiłem nie kontynuować tej transakcji.

I jeszcze jedna: gdy kupowałem słuchawki podeszła do mnie Pani Chinka przywitała się i życzyła szczęśliwego nowego roku. Ot tak sobie, bez powodu.

Około godziny siódmej rano dostałem smsa od Lidii: ‘Nie mam wody w mieszkaniu, myślałam że wodociągi odcięły wodę. Okazało się że zamarzła w rurach.’
No tak, na słonecznym południu Chin (dobre sobie) woda w rurach zamarza. Zima kurna tysiąclecia. Dobrze że u mnie w mieszkaniu rury nie zamarzły bo jeszcze byłbym gotowy kafelki kuć żeby zobaczyć czemu woda nie płynie. Co te Chiny ze mnie wyciągają.

Ach, w końcu udało się w klasie 11 uruchomić film bo dzieciaki już się doczekać nie mogły. Co prawda potrzebny był nauczyciel i wymiana kabli, ale w końcu się udało a to jest najważniejsze. Chociaż tak między Bogiem a prawdą to w innej klasie to uczniowie wymienili kable, więc nie tyle był potrzebny nauczyciel co ktoś kto wychodzi trochę poza ‘klawisz funkcjonalny + któryś z F’. Do tego jednak potrzeba doświadczenia.
A żeby nie było że tylko oglądamy filmy to dzisiaj męczyliśmy tekst o różnicach kulturowych. I zdecydowanie muszę wziąć jutro cukierki bo moje gardło się doigra wkrótce.

Filmy

Są takie filmy które poruszają mnie bardziej od innych i które staram się sobie przypomnieć od czasu do czasu.
Blade Runner, bo uwielbiam latające taksówki, Philip K. Dick to jeden z moich ulubionych pisarzy (który pomimo napisania niesamowitej ilości słabych książek napisał też kilka naprawdę dobrych i to dzięki niemu staram się zawsze szukać drugiego dna, czyli przeniósł swoją paranoję na mnie), klimat w tym filmie jest tak gęsty jak dym z papierosów w tej scenie (tak tej), no i jest tam jednorożec a to zawsze plus dla filmu.
My sassy girl, bo obejrzałem w życiu więcej komedii romantycznych niż byłbym skłonny przyznać (z jakiegoś powodu 90% z nich była z Azji) i niektóre były naprawdę dziwne (ta w której facet pracował w prosektorium na zwłokach swojej narzeczonej i wykrawając każdy kawałek jej ciała przypominał sobie ich związek była dość dziwna), niektóre były szokujące (jak Sex is zero które z komedii stało się dramatem i to dość poważnym), ale My sassy girl jest najlepszą i najbardziej wzruszającą historią o miłości jaką widziałem. Wersji amerykańskiej nie widziałem więc się nie wypowiem.
Lord of the rings.
Star Wars.
(Tych dwóch nie muszę wyjaśniać bo to jak tłumaczyć dlaczego ‘lubi’ się oddychać)
Ghost in the shell. Jest tam taka scena w której Pan Śmieciarz dowiaduje się że tak naprawdę nie ma rodziny, jest samotny, mieszka w małym pokoiku a wszystkie jego wspomnienia zostały mu zaprogramowane  i to bardzo, ale to bardzo przypomina mi taka przypowieść taoistyczną ‘Zhuangzi śnił o tym, że jest motylem. Latał z kwiatka na kwiatek, był lekki, wolny i szczęśliwy. Obudził się. Czy to Zhuangzi śnił, że był motylem, czy to motyl śni, że jest Zhuangzi?’, a oprócz takich kwiatków można też pooglądać ładne widoczki. No i takie miałem małe marzenie żeby pojechać kiedyś do Hong Kongu i pooglądać te widoczki na żywo. Wywiad z Oshiim, na temat inspiracji (prawie pysznym reżyserem) można przeczytać tutaj – http://randomwire.com/recreating-ghost-in-hong-kong.
My neighbour Totoro – widziałem kilka filmów z których przede wszystkim bije spokój. Owszem coś się dzieje, jest jakaś akcja, ale przede wszystkim czuć spokój. Ze wszystkich filmów Miyazakiego to właśnie ten wywarł na mnie największe wrażenie.  Opisywanie Totoro przypomina mi próbę opisania ‘Seinfelda’ który z założenia ma być o ‘niczym’ i podobnie Totoro pozornie jest o niczym, niby uderza z niego hmm na zachodzie powiedzielibyśmy ‘bierność’ a na wschodzie ‘niedziałaniem’.  Kiedyś pewnie się nad tym rozpiszę, ale jeszcze nie teraz.

A piszę o tym wszystkim dlatego że gapiąc się wczoraj w ekran i próbując w kolejnym podejściu obejrzeć nowego Spidermana (jak ten film zarobił te 700+ milionów dolarów to ja nie wiem) i stwierdziłem że zamiast przysypiać oglądając to coś wolę po raz kolejny obejrzeć GITSa. I pojechać do Hong Kongu. Znaczy teraz obejrzeć GITSa a za parę miesięcy pojechać do Hong Kongu. Ale zdecydowanie pojechać do Hong Kongu. Kiedyś polecieć do Japonii, ale gdy będę następnym razem w Chinach i będę miał trochę czasu wolnego na pewno pojechać do Hong Kongu. Dlatego muszę aplikować o wizę dwuwjazdową. Co prawda wodnych taksówek i autobusów pewnie nie będzie, ale może siedząc w piętrowym autobusie zobaczę sobowtóra…Brr…aż mnie ciarki przeszły.

Udało mi się kupić słuchawki i chciałbym napisać że tyle już wydałem na te tanie że mógłbym sobie jakieś dobre drogie kupić, ale to nie byłaby prawda. Jak na razie działają i mam nadzieję że ten stan się utrzyma dość długo. Mam kilka tygodni by nie napisać miesięcy podcastów do nadrobienia. Całkowicie zapomniałem o China History (którego zacząłem słuchać zanim postanowiłem wyjechać do Chin), czy o innych o historii Azji wschodniej i trochę mi tego brakuje. Dlatego od teraz pora do szkoły chodzić, chyba że to piątek. Wtedy zdecydowanie trzeba jeździć.

Zakupy zrobione, kura rozdzielona i schowana do zamrażalki, tofu kupione, podobnie jak wszystko inne i chociaż muszę odwiedzać trzy sklepy, z czego w jednym kupuję tylko jedną rzecz, to wszystkie mam w zasięgu godzinnego spacerku. Tylko dlaczego w sklepi pod domem ktoś zapomniał dosypać bobu? To  jakaś zagrywka żebym już tam nie kupował, czy co? I tak jak kiedyś pisałem że chyba tylko ja ten bób kupuję tak widzę że potrzeba było czasu by inni mieszkańcy Jiawang dowiedzieli się o nim i też zaczęli kupować. Nie to żebym się złościł, wręcz przeciwnie cieszę się że nie jestem sam. Jeden z native’ów (ble) z jakimi mieliśmy zajęcia na studiach powiedział że lubi słodką kukurydzę  (no bo kto nie lubi) i kupuje ją w takim małym osiedlowym sklepie. Jednego tygodnia kupił puszkę, następnego kolejną i tak co tydzień, aż w pewnym momencie zrozumiał że nikt oprócz niego tej kukurydzy nie kupuje bo codziennie wchodził do tego sklepu a puszek ubywało tylko gdy On kupował. Pewnie dlatego że wszyscy inni kupowali kukurydzę w tańszym supermarkecie. On pewnie czuł się dziwnie myśląc że bardzo niewiele osób kupuje tę kukurydzę, a ja czułem się szczęśliwy że bób zawsze na mnie czekał.

Spotkałem też dzisiaj na ulicy jednego z nauczycieli, który jako tako radzi sobie z angielskim i zapytał się mnie:
– Gdzie idziesz?
– Na zakupy.
– Tutaj? A nie lepiej pojechać do miasta, tam jest taniej.
– No nie wiem, tutaj mam bliżej, poza tym lubię tę ciszę i spokój.
– No ale teraz to nie masz co robić.
– A Ty gdzie idziesz?
– Tak sobie pochodzić.
– No to miłego dnia.
– Cześć.
Nie rozumiem tej ‘obsesji’ z chodzeniem na zakupy do Xuzhou. Mam spędzać tygodniowo godzinę w autobusie i potem jeszcze iść przez ponad 30 minut by dostać się do Carrefoura który jest droższy (robiłem tam zakupy dwa razy, więc wiem) i nie ma bobu na wagę tylko dlatego że tam będzie tańszy (chociaż nie będzie) i będą świeże warzywa (tak jakby te tutaj nie były świeże)? Że o tym mrozie i tłoku w autobusie nie wspomnę.
No i ‘nie mam co robić’…w tym rzecz, ja zawsze mam co robić. Chociażby uczyć się chińskiego.
Albo nadrabiać zaległości z NBA.

A ten dzisiejszy spacer ( bo mieliśmy iść z uczniami na spacer po południu) został odwołany z powodu dużej ilości pracy domowej. Co się odwlecze to nie uciecze.

Słuchawki

Muszę, ale to naprawdę muszę je jutro kupić. Bo dzisiejszy spacer udowodnił mi że zima wszędzie jest taka sama. Gdy temperatura spada znacznie poniżej zera ludzie wolą nie wychodzić z domów  i nawet w Chinach robi się pusto na ulicach.  A wtedy ciężko o jakieś sensowne źródło inspiracji.
Dzisiaj wychodząc na spacer spotkałem Teodorka który szczekał mnie z daleka a potem przeczołgał się pod żółtym samochodem i przybiegł się bawić.
Bardzo sobie cenię taką naturalność tego bloga, to że nie szukam tematów na siłę i zawsze jakoś jest o czym pisać. Tylko w ciągu ostatnich kilku tygodni coraz trudniej jest mi zebrać myśli i ubrać w słowa to co chcę napisać. Także każda kolejna notka może nie tyle rodzi się w bólach co jest trudniejsza do napisania niż na początku. Jest to w pełni naturalne i zrozumiałe i wiem że nic z tym nie mogę zrobić. Muszę po prostu ten chwilowy dołek przeczekać.
Tak jak muszę przeczekać jeszcze czwartek i mogę w końcu założyć buty i pójść pobiegać. Trzy dni zmieniły się w tydzień, ale czasem tak po prostu bywa i nic na to nie poradzimy. Brakuje mi biegania, ale nie mogę się rozłożyć, nie teraz bo to ostatnia prosta. A takie dni to naprawdę świetny moment by naładować baterie i przygotować się do 8 dni w pracy bez przerwy.

2013

Nadszedł niespodziewanie, bez imprezy, wyjazdu, spotkania. Kartka w kalendarzu przesunęła się, zera i jedynki w komputerze pokazują teraz 2013-01-01. A ten rok przywitał mnie sms od Wendy:
– Wszystkiego Najlepszego w nowym roku!
– Dziękuję i Tobie też.
– A czemu jeszcze nie śpisz?
– Taka noworoczna tradycja.
– Jestem bardzo zmęczona.
– Dobranoc i jeszcze raz szczęśliwego nowego roku.
Przywitać nowy rok smsową rozmową z chińską uczennicą – tego nigdy nie planowałem. A potem jeszcze tych smsów naspływało. Lawrence z  życzeniami zadzwonił i cieszę się że zostanę tutaj by Go dopingować w czasie egzaminów końcowych.
No tak, bo zostaję tutaj, ale chyba już o tym pisałem więc nie będę się powtarzać. Jeden z moich potencjalnych pracodawców odpisał mi dzisiaj że najważniejsze żebym był szczęśliwy z tego co robię. Pewnie pracując w cieplejsze szkole z mniejszymi klasami także byłbym szczęśliwy, ale chcę ten rok szkolny tutaj dokończyć. I go dokończę.

Ten poprzedni rok był naprawdę nietypowy i cieszę się że wyjechałem bo zapamiętałbym go jako ‘rok w którym dupło mnie auto’, tak jak zapamiętałem 2010 jako ‘rok pierwszego maratonu’, na 10 dni przed obroną pracy magisterskiej i 2011 jako ‘rok 3:45’, tak teraz 2012 mogę wspominać jako ‘rok pierwszego wyjazdu do Chin’.

I po moim wyjeździe chyba mogę zacząć się tytułować ‘Królem Zimy’. W którejś z części ‘Autostopem przez galaktykę’ pojawia się kierowca który nienawidzi deszczu, nienawidzi go tak szczerze że stworzył listę wszystkich rodzajów deszczu których nie znosi. A wszędzie gdzie się pojawi pada. Dlaczego? Bo deszcz uważa go za swojego władcę i chce być cały czas do jego usług. Tak zima chyba uznała mnie za swojego władcę bo uciekła za mną z Polski aż na południe Chin, gdzie ludzie szufelkami zgarniają śnieg z ulic. No ale poważnie, szufelkami? Jedyne co mam ochotę zrobić gdy to widzę to Ich uściskać, wytarmosić policzki i powiedzieć sztucznie słodkim głosem ‘to urocze’.
O ile odśnieżanie ulic jest urocze tak odśnieżanie dachów to nie żarty i naprawdę ktoś się powinien tym zainteresować bo wszystkie dachy tutaj są płaskie, żadnych spadów, a jak tego śniegu się trochę nazbiera to może być nieciekawie.

W ogóle pogoda jest tutaj szalona, w nocy temperatura spada do -6 a w dzień skacze do +6. Straszna sinusoida. Dzisiaj w nocy ma być -12. To już powinno być w okolicach rekordowej zimy. To są temperatury przy których nawet w Polsce nie chce mi się wychodzić z Domu biegać, a co dopiero tutaj. Przynajmniej nie pada :)