Niedziela i przegapione #8

Na mapie nie ma Japonii
Pierwsze zajęcia jako nowy nauczyciel klasy pierwszej i co? Na mapie całego świata nie ma Japonii. Została zamazana korektorem. A na terytorium USA też coś nabazgrali, ale z racji tego że mój chiński jest bardzo japoński (jako taki) to się nie odczytałem, a pytać nie chciałem.

Kolejka przed szkołą…
Takie coś spotkało mnie pewnego dnia i dlaczego? Okazuje się że uczniowie nie mogą wejść na teren szkoły przed 1330 w czasie przerwy na lunch. Podobne coś widziałem we wtorek rano przy innej szkole. Mnóstwo uczniów czekało aż będą mogli wejść do szkoły. Naprawdę mnóstwo.

Comiesięczne badanie wzroku
Widzę to już po raz drugi, więc zakładam że odbywa się co miesiąc. Otóż pojawia się kilka osób która badają wzrok. Rozstawiają namiot, ustawiają maszynę i schodzą się klasy z całej szkoły. Każdy otrzymuje informacje o stanie swojego wzroku, propozycje oprawek itd.

Zmiany miejsc uczniów
Co jakiś czas gdy wchodzę do klas widzę że uczniowie zmienili miejsca. Doprowadza mnie to do szału bo bardzo przywiązuję się do tego gdzie kto siedzi. Tak jakoś łatwiej mi w ten sposób spamiętać wszystkich uczniów. I tak sobie myślę…Wy mi robicie to na złość, w Polsce to podejrzewałem, ale teraz mam pewność, wszyscy ludzie są z natury złośliwi i Wy mi to teraz udowadniacie…a jednak nie. Otóż zmieniają miejsca by wzrok nie przyzwyczaił się do oglądania tablicy z jednego miejsca. Kurczę. Badania wzroku, ćwiczenia oczu i jeszcze to. Niesamowita praca u podstaw. Takie drobnostki, naprawdę małe rzeczy, a chyba pomagają bo okularników nie ma zbyt wielu. W Polsce ktoś mógłby o tym pomyśleć. No i moja teoria o złośliwości jeszcze musi poczekać. Chociaż coraz bardziej boję się, żeby ta złośliwość nie okazała się jedynie Polską cechą.

Dobranoc, dzień dobry
Tak sobie rozmawiałem ostatnio przez tlena, bo gg jest za duże jak na mojego netbooka i po raz pierwszy uderzyła mnie różnica czasu. Gdy przeczytałem miłego dnia, musiałem odpisać dobrej nocy. To jest doprawdy dla mnie niespotykane. Dobrze że mam w Polsce znajomych którzy idą spać wtedy gdy ja wstaję…

?!
Tak mniej więcej zareagowała Lidia gdy powiedziałem jej że wiem gdzie jest Harbin (miasto blisko granic z Rosją i Koreą Północną) i że wiedziałem o nauczycielce znęcającej się nad uczniami. No kurczę, przecież teraz tu mieszkam, więc muszę się mniej więcej orientować co się tutaj dzieje. A o Harbinie wiedziałem bo sprawdziłem chyba każde większe miasto z którego były oferty pracy i Harbin mi wyjątkowo nie przypasował. Jestem stworzeniem ciepłolubnym a klimat syberyjski zdecydowanie nie jest dla mnie. Co prawda miasto wygląda bardzo europejsko i jedzenie też jest bardzo europejskie, jednak temperatura maksymalna wynosząca minus dwanaście w styczniu nie przekonuje mnie ani trochę.

Warszawa piękne miasto z ogrodami
Tak powiedział Pan Geograf. Głupio mi było wyprowadzać Go z błędu, ale przepraszam bardzo Warszawa z ogrodów i parków nie słynie. Owszem, jest ich tam kilka, ale jako osobnik wychowany 100 metrów od największego parku w Polsce i jednego z największych w Europie (chyba drugiego co do wielkości parku miejskiego, ale nie potrafię się doszukać potwierdzenia) mam trochę wyższe standardy. A najpiękniejszy to przymiotnik bardzo subiektywny i rozumiem że nie każdemu może się śląski industrializm podobać, więc  powiedziałem tylko, że mamy bardziej urokliwe miasta. Na co cała trójka się zaśmiała i Lidia wytłumaczyła, że tak uczą w książkach, więc najwidoczniej rząd ich okłamuje. Kurczę, fajnie że mają taki dystans do tego.

WF
Zgodnie z życzeniem :)
WF wygląda tutaj z jednej strony inaczej, a z drugiej podobnie. Inaczej bo odbywa się na dworze i ciekawi mnie jak to będzie gdy walnie mrozem. Podobnie bo zaczyna się rozgrzewką, czyli truchtem w tempie raz-dwa-raz-dwa  i podobnie bo nauczyciele dają uczniom wolną rękę. Czyli mogą sobie pójść na plac zabaw, pograć w badmintona, kosza, czy ping-ponga. Z tego co zauważyłem starsze klasy mogą wejść na stadion. I tam różnie, czasem grają w piłkę, a czasem biegają na bieżni.
Niby taka samowolka na którą u nas się narzeka, ale kurczę tutaj praktycznie nie ma otyłych dzieciaków. Jest parę dzieciaków bardziej przy kości, ale w porównaniu z Polską to niebo a ziemia. No i te obowiązkowe ćwiczenia w ciągu dnia na przerwie. To mi się bardzo podoba i też uważam że można by to spokojnie przenieść do Polski.

Zmiany w internecie
I bynajmniej nie chodzi mi tu o zniknięcie darmowych portali. Przed 18. Zjazdem partii, który rozpocznie się już 8. Listopada internet w Chinach trochę się zmienił. Zablokowano już nawet gmail.com. Ja odczułem to jedynie kilkoma zerwanymi połączeniami w środę i czwartek. Całe szczęście, że łączę się z internetem trochę  inaczej i wszystko działa bez problemów.

Niedziela
Ból z wczoraj minął i mogłem w końcu coś zjeść. No to zjadłem normalne śniadanie. Utrzymało się, więc poszedłem biegać. Chciałem pobiegać trochę dłużej dzisiaj, ale wczorajsza głodówka dała się odczuć i biegło się ciężko. Nie bardzo ciężko, ale ciężko. Po drodze pogadałem z robotnikami, którzy ustawiają drzewa przy drodze (niektóre już się poprzewracały). Powrót do domu był makabryczny. Cały czas pod wiatr, żałowałem że nie miałem chusty na usta (bo nie wyschła), ale tej z głowy zdjąć nie mogłem. Mając do wyboru ból gardła albo ból zatok wybieram ból gardła.
W tym miejscu chciałbym podziękować firmie Ronhill za stworzenie tej bluzy – http://www.ronhill.com/trail-cyclone-1-2-zip-4 (nie, nie dostałem jej za darmo :(). Nie dość, że ma odpowiednio długie rękawy (a to jest moja zmora) to ma kieszenie z tyłu, warstwę softshell i windproof z przodu, dziurki na kciuki i rozwijane rękawki dzięki czemu nie muszę biegać w rękawiczkach. A w dodatku jest leciutka. Kupiłem ją przed wyjazdem, razem z cieńszą bluzą i kurtką przeciwdeszczową. Na rozpisywanie się o nich jeszcze przyjdzie czas. Oby, bo boję się że ta cieńsza już mi się na nic nie przyda.

Lunch postanowiłem zrobić sam. Najpierw przegotowałem wodę, wlałem do naczynia sypnąłem przypraw i wrzuciłem tofu. Gotowało się to minut parę. Na tofu zaczęły robić się jakieś bąble, więc zdjąłem z płyty, dodałem bobu i poszedłem szamać. Nie smakowało jak w szkolnej stołówce, ale złe też nie było. Czyli tofu w domu może być.

Oczywiście po jedzeniu trzeba było posprzątać w mieszkaniu.

A potem ruszyłem do sklepu. Nakupowałem się oj nakupowałem się. Obowiązkowo kupiłem nowy kubek, bo stary dzisiaj potłukłem. Niestety upadek na kafelki oznacza śmierć dla kubka. Kupiłem też płyn do mycia naczyń, proszek do prania, standardowe jedzenie w postaci płatków i rzeczy do płatków, oraz sezam w proszku by zrobić napój. A potem pojechałem do drugiego sklepu by zaopatrzyć się w jajka i kupić płatki błyskawiczne (lubię sobie wymieszać), a przy okazji kupiłem też kawę. Kawę rozpuszczalną. Z cukrem. Bo jedyna rozpuszczalna bez cukru to Nescafe. Nie jestem aż tak rozrzutny by płacić 24 RMB za 50 gramów rozpuszczalnej kawy. Co się okazało po otwarciu pudełka z kawą? Że jest tam kubek. No to teraz mam dwa kubki.

No i trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/r0gozR6tBnE

A na zdjęciach widać też moją klatkę. Ja widzę ją codziennie, ale codziennie jej nie fotografuję, więc będę tak wrzucał od czasu do czasu żeby nikt jej nie zapomniał. No bo co z tego, że jest brudna. Jest w moim bloku. Także to moja brudna klatka schodowa.

Prokrastynacja

Trudne słowo. A chodzi najzwyczajniej w świecie o odkładanie tego co się powinno zrobić poprzez ciągłe znajdywanie innych czynności do wykonania. Czyli przykładowo zamiast zabrać się za pisanie planów zajęć pisanie bloga.

Zgodnie z przypuszczeniami w nocy cierpiałem okropnie. Na kolejną kolację nie dam się zaprosić, a jak dam to nie będę nic jadł. Nic nie jest warte tych katuszy.

A czy prokrastynacją można nazwać oglądanie kreskówek z których chce się przygotować zajęcia?

Chciałem iść do sklepu kupić kilka rzeczy. Nie byłem w stanie. Cały dzień padam. Jestem zmordowany. Nie wiem czy to coś co zjadłem wczoraj czy dzisiejsze płatki na śniadanie, ale jest okropnie. Nawet to chińskie lekarstwo na ból brzucha nie pomaga. Jedynie woda się we mnie jako tako utrzymuje. Z drugiej strony nie to żebym próbował coś innego. Także calutką sobotę spędziłem w łóżku śpiąc i oglądając Igrzyska Śmierci.

A może amerykańską wersję Battle Royale? W końcu to dokładnie ten sam motyw.

W każdym razie to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.

Barbecue

Zgodnie z duchem postmodernizmu powinienem zacząć od końca, ale skoro postmodernizm ma w nosie wszystkie zasady zacznę od początku. To będzie już postpostmodernizm.

Zaczęło się od zajęć w klasie dziewiątej gdzie Sophia uświadomiła mnie że już wczoraj nauczyłem ich ‘gdy pada to od razu leje’. Rany…a podobno mam taką dobrą pamięć.

Zaraz po zajęciach wróciłem do domu, przebrałem się (teraz powinienem też się przebrać, ale skoro zaraz pójdę się myć to mi się nie chce) i poszedłem biegać. Ruszyłem naprawdę fajnie. Pierwsze dwa kilometry poszły w okolicy 5:15, a potem na stadionie robiłem interwały. 90 sekund mocniej i 90 sekund lżej. Ani razu nie było powyżej 4:15. Czyli było bardzo dobrze. Nogi w ogóle nie bolały, niosły wręcz jak na skrzydłach. A bałem się okropnie. W końcu noc nie przespana (bynajmniej nie po alkoholu, po prostu mój żołądek sobie nie radzi z tak późnymi i obfitymi kolacjami, ale co mam robić gdy zapraszają?), ale biegło się naprawdę świetnie. Uczniowie w międzyczasie grali w piłkę, a ja zapierdzielałem…Brakowało mi takich szybkich treningów. Naprawdę brakowało.  Zawsze gdy robię siłę biegową odliczam tak: jeden i dziewięć, dwa i osiem i tak dalej, a ostatni podbieg zaczynam ‘this one is for the history books’ (a ten trafi do książek do historii – proszę bardzo mamo). To kolejny element mojego spaczenia. Jestem spaczony nieuleczalnie, ale mi z tym naprawdę dobrze. No i tak sobie biegałem dzisiaj i przypomniało mi się pytanie, które zadał mi przyjaciel w czwartek rano ‘a jaki masz rekord na 400 metrów?’ i stwierdziłem, że ostatni to nie będzie 90 sekund tylko 400 metrów plus ewentualnie  te kilka sekund. No i pobiegłem te 400 metrów w 87 sekund. A potem musiałem się zatrzymać, bo nie mogłem złapać tchu. Jednak bieganie w takim tempie to jeszcze nie jest najlepszy pomysł. Żałuję, że mam tak mało czasu na treningi bo bieżnia to świetna sprawa. Wróciłem do domu i wyszła świetna średnia bo 4:58. Tak szybko nie biegałem od sierpnia. Co prawda wtedy było to dla mnie tempo w pierwszym zakresie, a teraz są to interwały, ale biorąc wszystkie czynniki pod uwagę nie jest najgorzej. Wręcz jest dobrze.

Potem ruszyłem na lunch, a że przyszedłem jako pierwszy to sam kucharz mnie przywitał a Pani w stołówce odsłaniała same pyszności. Wszystko aż parowało. Nie wybrzydzałem jednak i wziąłem praktycznie standardowy zestaw. Zjadłem i poszedłem doładować kartę stołówkową o kolejne 100 RMB (moi drodzy, ważna informacja bo coraz więcej głosów do mnie dociera na ten temat – aby otrzymać cenę w złotówkach wystarczy podzielić cenę którą podają przez dwa, juan stoi trochę wyżej, ale tak się to najłatwiej liczy i nie jest dalekie od prawdy).

Kolejne zajęcia i jak widać na zdjęciach cicha rozmowa z uczniem z klasy 11. Znamy się doskonale z boiska do kosza. A widać, że się chłopak o mnie martwi. Nawet lizaka mi dał. Moja miłość do lizaków chyba staje się tutaj powszechną wiedzą. Kurczę naprawdę fajnie, że mogę sobie z nimi tak pogadać i wszyscy chcą mnie traktować jak przyjaciela. Nawet Lidia mi mówiła, że w ankietach często pisali, że jestem jak przyjaciel. No to git.

A dziewczyny z klasy 13 zaprosiły mnie na kolację. I możecie wierzyć lub nie, ale to dziewczyny których bym nie podejrzewał o to bo na lekcjach siedzą cichutko. I sobie porozmawialiśmy o tym jak wygląda edukacja w Polsce, ile to mamy czasu wolnego, kiedy to miałem pierwszą dziewczynę i czy rodzice mieli coś przeciwko. No tak, bo tutaj wszyscy mają się skupiać na nauce, a nie na pierdołach…A przecież hormony buzują.  No tak. I tak sobie rozmawialiśmy, jedliśmy i było naprawdę przyjemnie. No i jak ja mam się tutaj czuć samotny? Ciągle ktoś chce ze mną rozmawiać :)

Wracając do domu trafiłem na Lidię, która akurat wychodziła bo zebrała ze sobą jakieś dokumenty. I co? Nauczyciele w Chinach też narzekają na biurokrację, ilość pracy i niskie zarobki. Poczułem się jakbym znowu był w Polsce.

I nagle, gdy jesteśmy już przy sklepie osiedlowym, rozlega się dzwonek telefonu i po chwili Lidia mówi że jesteśmy zaproszeni na kolację. Drugą kolację, dobry Boże. Nie wypada powiedzieć nie, więc się zgodziłem. I pojechaliśmy do tradycyjnego baru z barbecue. Czyli micha, podzielona na ostro i łagodnie, na palniku gazowym i kilka potraw do wyboru. Mięcho, tofu i warzywka. I można sobie taplać to wszystko. Nie było to najgorsze, ale mówiąc uczciwie sam bym się na to nie zdecydował bo aż takie dobre to nie było. Oczywiście znowu trzeba było swoje wypić. Bo jakżeby inaczej. Tylko dzisiaj czułem się jak piąte koło u wozu bo rozmowa toczyła się głównie wokół poprzedniego nauczyciela, który był dobrym wspólnym znajomym. A że toczyła się po chińsku to nie za bardzo miałem jak się wtrącić. Pozostało mi jedynie jedzenie. I teraz wiem, że w nocy będę cierpiał. Oj będę cierpiał. Znowu obudzę się zlany potem. Bo żołądek nie jest przyzwyczajony do takich kolacji. Dlatego tak bardzo pasuje mi jedzenie w szkole, bo do niego już się przyzwyczaiłem i ciało po nim nie wariuje. Nie wariuje też po tym co sobie sam przygotuję. Także jutro na lunch będę gotować tofu. Tylko zanim do tego dojdzie muszę odwiedzić sklep i zrobić zakupy.

Owoce kupiłem dzisiaj. 5 gruszek, 5 jabłek, 8 mandarynek, 6 bananów i melon za 24 RMB. A to tylko dlatego, że obwoźny Pan sprzedawca czekał na mnie cierpliwie ;) Za jabłka skasował mnie tylko 6 RMB, czyli bardzo, ale to bardzo tanio. A melona wziąłem bo mnie nim poczęstował. No skoro był dobry to przecież nie odrzucę propozycji zakupu. Zwłaszcza że wyszedł mnie niewiele ponad 5 RMB.

W przyszłym tygodniu zaczyna się zjazd partii i już widzę, że jakąś scenę stawiają mi pod domem, trzeba się będzie zainteresować. Może będą mnie chcieli zwerbować? ;)

A dzisiejszy trening wyglądał o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qtrQteId6AY

W głowie gra cygańska orkiestra

Tak zawsze dziadek mówił gdy już robiło mu się miło i przyjemnie. Także teraz i ja tak napiszę. Bo, zaczynając znowu od końca (co sprawia, że mój blog wkracza w fazę postmodernizmu), byłem na kolacji u Ruby (nauczycielki klas drugich). A że poszliśmy tam z Lidią po raz pierwszy trzeba było przynieść jakiś prezent. Lidia zakupiła klocki dla córeczki, a ja kupiłem mleko, dla córeczki. Mleko. Jak usłyszałem od Lidii, że dobrym prezentem będzie mleko to nie mogłem się powstrzymać i go nie kupić. Wyobrażacie sobie w Polsce iść do kogoś w odwiedziny i kupić mu mleko? Właściwie to pamiętam taką historię z przed dobrych paru lat gdy poprosiłem znajomego odwiedzającego mnie po raz pierwszy by przyniósł mleko. Oczywiście żartowałem, bo mleko? No poważnie, mleko? A on przyniósł. I teraz to się powtórzyło. Mleko. Do teraz nie mogę wyjść z podziwu.

Zdjęć w mieszkaniu Ruby nie robiłem, ale powiem uczciwie – Chińczycy mają zupełnie inne podejście do tematu porządku i czystości niż my. Babcia moja by się tutaj nie odnalazła. Mogę zrozumieć, że mają trzyletnie dziecko, ale wszystkie jej rzeczy były wszędzie :) Wyglądało to z jednej strony uroczo jak w młodym (no kurczę pieczone przecież Ruby jest raptem dwa lata starsza ode mnie) małżeństwie, a z drugiej trochę przerażająco że zaprosili kogoś na kolację i mają taki nieład. Zupełnie inna kultura, ale dzięki temu czułem się bardzo swojsko. Nie ma takiego uczucia sztuczności i wrażenia, że to muzeum.

No i sobie pojadłem zdrowo, nawet dwa pierogi zjadłem. Rany, a miałem się nie objadać na kolację. Nawet tofu kupiłem. Do tytułu! Mąż Ruby jest nauczycielem geografii i Ruby się zapytała czy bym się nie napił wina. No to czemu nie. ‘Wina’. Oni na ten swój destylat mówią ‘wino’. Destylat smakowy o mocy 45%. No i Pan Mąż nalał do kielonków. Tak spojrzałem na to i pomyślałem ‘w końcu jakieś Polskie kielonki’ bo to akurat były setki. No to jak nalał, wykonaliśmy ten Chiński gest oznaczający szacunek przy piciu i siup. No to siupłem. Lidia, Ruby i Pan Mąż zrobili Wielkie Oczy. Naprawdę Wielkie Oczy. Ja za bardzo nie rozumiem o co chodzi, ale Lidia już przychodzi z ratunkiem i mówi ‘tego się nie pije na raz, a Pan Mąż jest pod wielkim wrażeniem’. Spojrzałem na jego kielonek i faktycznie był w połowie pełny. Zrobiło mi się głupio. Lidia wyjaśniała, że to część mojej kultury, a ja spuściłem głowę i przyznałem, że z tej części mojej kultury nie jestem dumny. Oj nie jestem. Wychyliliśmy jeszcze kilka kielonków, ale już na spokojnie. Nawet bruderszafta wypiliśmy.

Lekcja kulturowa#1 W Chinach naszego bruderszafta pija się na ślubach i robią to tylko małżonkowie. Co więcej, naszego bruderszafta pijają w ogóle tylko kochankowie.

Ruby się śmiała i powiedziała, że nie jest zazdrosna. Pan Mąż Geograf, jak na geografa przystało powiedział, że bardzo lubi poznawać inne kultury, a ja się prawie ze wstydu schowałem pod stół.

A teraz na początek (no postmodernizm jak się patrzy). Dzień zacząłem od sprawdzenia wiadomości, bo chciałem kupić świeczkę, albo chociaż kadzidełko by tak symbolicznie zapalić w ten dzień, a pytałem się Lidii czy wie gdzie mogę coś takiego kupić. Nie wiedziała, pytała ludzi i nikt też nie wiedział. Kulnąłem się do sklepu i nic. Nie ma. Ani świeczek ani kadzidełek. No nic. Trudno. Tak jest, nic na to nie poradzę i muszę się z tym pogodzić, nie będę przecież do Xuzhou do Carrefoura jechał szukać świeczek.

Dzisiaj zdjęcie stołówkowego lunchu, który wyszedł mnie 7 RMB. 4 za to co zawsze i 3 za dwa plastry żeberkowanego tofu.  Szukając świeczek kupiłem mydło. Jak na białego w Chinach postanowiłem kupić mydło wybielające. W końcu wszyscy boją się, że wrócę żółty, także nie bójcie się moi drodzy, mydło z dodatkiem papai sprawi, że będę bielszy niż przed wylotem.

Ten sympatyczny Pan przy stoisku China Mobile palił. Tak, palił w miejscu publicznym w dodatku w sklepie i nie dość, że nikt mu nie zabronił to nawet nikt mu nie zwrócił uwagi. To mi uświadomiło, że w Polsce posunęliśmy się naprawdę daleko jeżeli chodzi o palenie w miejscach publicznych, a ciągle nam mało.

A te dzieciaki chodzą do szkoły, którą mijam w drodze do sklepu i pytały się jak mam na imię. Niestety same przedstawić się nie potrafiły, za to zdjęcia chętnie pozwały.

Tak jak pisałem wczoraj kupiłem sobie tofu. 16 RMB za kilo, ale jest już przyprawione, więc wystarczy tylko ugotować. Chociaż na zimno też jest dobre. Przecież musiałem skosztować :) Tak mi brakuje kawy, że kupiłem tę Moche. Ale ech, koło kawy to ona nawet s klepie nie stała. U Ruby natomiast powiedziałem, że wolałbym herbatę (chociaż powinienem zgodzić się na to co proponują gospodarze, czyli kawę z cukrem i mlekiem) i zaczęło się poszukiwanie herbaty (chciałem im kupić herbatę, ale Lidia powiedziała że skoro Ruby dała mi herbatę to lepiej żebym jej nie kupował i miała rację). No i znaleźli. Bardzo dobra herbata.

I trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/id9srGIMXss

Rozmawialiśmy trochę o tym jak wygląda edukacja w Polsce i w Chinach. No i oczywiście nie obyło się bez tej nauczycielki z przedszkola trzymającej dziecko za uszy (parę tygodni temu był taki przypadek, że przedszkolanka robiła zdjęcia gdy trzymała dziecko za uszy za karę, i to trzymała w sensie podniosła na wysokość kilku centymetrów, zostawiała butelki po piwie w Sali, zaklejała dzieciom usta taśmą i kazała im klęczeć za karę), a ja to zripostowałem uczniami wkładającymi nauczycielowi kosz na śmieci na głowę i powiedziałem, że do tego prowadzi wolność w kraju. Tak po prawdzie to ja nie wiem czy ja wolę taką wolność. Tutaj na ADHD cierpi podobno 5% uczniów, ale u mnie w klasach nie ma nikogo nadpobudliwego, a przecież w Polsce to była plaga. Tutaj uczniowie są do rany przyłóż. I lubią mnie. Nawet chłopacy pisali w ankietach że jestem przystojny.

A na dobranoc, lub śróddzienne pobudzenie historyjka. Wchodzimy z Lidią do sklepu z plecakami i ona jak zawsze chce odłożyć plecak do schowka i mówi, żebym ja też odłożył. A ja jej na to, że jesteśmy w naszym osiedlowym sklepie. Sklepie w którym wszyscy mnie znają i wszystkie kasjerki się do mnie uśmiechają, oraz nikt nigdy nie mówił mi żebym zostawił plecak. W żadnym sklepie (oprócz tego szkolnego) nikt mi czegoś takiego nie powiedział. A Lidia stwierdziła, że to niesprawiedliwe i że mnie nienawidzi. No cóż. Nie takie niesprawiedliwe bo Miguelowi kazali plecak schować :) Oj a jego dzisiaj też uszły piekły bo oberwało mu się i od Lidii i ode mnie gdy Ruby o niego spytała. Teraz się z tego śmiejemy, ale parę tygodni temu do śmiechu to nam nie było.

Mamo, wiem jak dziadek mówił, ale chciałem to ugrzecznić :)

Halloween

Halloween. Rany, jak ten czas zleciał. Od klasy trzynastej dostałem cukierki :) I nawet zrobiłem zdjęcie…które potem aparat usunął przy okazji całościowego resetu. Nie dość, że skubany  zdecydował się usunąć wszystkie ustawienia, to jeszcze wymazał zdjęcia z dzisiaj. I tak niestety nie zobaczycie dzisiaj mojego obiadowego szaleństwa.
A byłoby co oglądać, oj byłoby. Bo nie dość, że wziąłem normalny obiad na tacy to, wzbogacony o wiedzę  z wczoraj, zaszalałem i wziąłem jeszcze talerz tofu. Mam wrażenie że ceny tego tofu są przydzielane losowe. Bo dzisiaj wziąłem tyle samo co wczoraj a zapłaciłem więcej. Ogółem to moje szaleństwo wyszło mnie 8.3 RMB. Jakby nie patrzeć burżujstwo.

A potem poszedłem jeszcze do szkolnego sklepiku z zamiarem zakupu słonecznika. Tak chodzę i chodzę, szukam tego słonecznika i nagle czuję coś na pasku z plecaka, po chwili znowu…zerkam w dół i widzę jak jakaś uśmiechnięta starsza Chinka ciągnie mój pasek z plecaka. Patrzę na nią z, mam nadzieję, wyraźnym niezrozumieniem, a ona ciągnie ten pasek i się uśmiecha. Nagle mnie olśniło. Ona chce żebym ściągnął plecak. Uśmiecham się, z mam nadzieję, wyraźnym niezrozumieniem, ale odkładam plecak i ruszam kupić słonecznik. Trochę drożej niż w centrum, co dziwnym nie jest, ale nie mam dziś czasu na wyjazdy. Kupiłem. Wziąłem plecak i poszedłem do gabinetu.

Lidia zostawiła karteczkę. I będzie popołudniu. To fajnie.

Ciąg dalszy zajęć. Dzisiaj. Jutro. Pojutrze. Będę męczył siebie i dzieciaki przygodami Charliego Browna w Halloween. To jest największy minus prowadzenia 14 klas. 14 razy robi się to samo. Pomiędzy poszczególnymi klasami są zbyt małe różnice by całkowicie zmieniać zajęcia.

Po wszystkich zajęciach pora na konsultacje. Na początku Lidia poświęciła kilka minut na wyjaśnienie niejasności związanych z konkursem z angielskiego. No tak, bo organizujemy konkurs. W sensie nie my a szkoła, ale my zajęliśmy się organizacją. My w sensie Lidia. Bo ja mam tylko siedzieć i oceniać. Lidia wymyśliła, że konkurs zacznie się w przyszłym tygodniu, z każdej klasy wyłonimy dwie osoby które pójdą dalej. Podobno nie zgłosiło się zbyt wiele osób, ale Lidia zapomniała, że za 2 tygodnie są egzaminy śródsemestralne co częściowo tłumaczy te braki. A wymyśliła, że będą musieli nauczyć się na pamięć jakiejś historii i będą ją wygłaszać. Piękny pomysł, naprawdę piękny. Poćwiczą wymowę i pamięć. Nawet będą jakieś nagrody :)

Lidia też poczytała mi trochę ankiet od uczniów. Ankiet w których uczniowie pisali czy podobają im się zajęcia ze mną, co chcieliby zmienić, czy chcieliby mieć te zajęcia przez całą szkołę. No i wszyscy chwalą mnie ogromnie, uwielbiają, lubią, mówią że zajęcia są świetne, uczą i pozwalają się zrelaksować. Lidia powiedziała, że nie ma negatywnych opinii, wszystkie są świetne. Pokaże je szefowi i dyrektorowi i może zajęcia z języka mówionego będą też w klasie drugiej. Byłoby fajnie :)
A te wszystkie opinie były tak pozytywne, że poprosiłem Lidię by przestała czytać, bo zacząłem się rumienić. Padały propozycje by robić trochę więcej ćwiczeń z mówieniem i taki jest plan by je powoli wprowadzać. Cieszy mnie to że udaje mi się ich i zrelaksować i czegoś nauczyć. Bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy :)

Padło pytanie ‘czy będzie inny nauczyciel?’ zadała je ‘zdrajczyni’. I powiedziałem jej że wiedziałem że to ona zada to pytanie. Oczywiście żartowałem bo pewnie więcej z nich nad tym myślało. W końcu wszyscy się martwią o to czy sobie poradzę z tyloma klasami. No nie mam innego wyjścia, muszę sobie poradzić.

A potem wróciłem do domu. Zdecydowałem sobie dzisiaj odpuścić stołówkę i zrobić sobie jajecznicę. No i wyszło całkiem dobrze, ale ciągle mam problemy z tą płytą indukcyjną. Opanuję ją! Opanuję bo nie dam się takiemu urządzeniu pokonać!

Poranny trening

Budzik zadzwonił o 605. A od piątej tylko się wierciłem i czekałem, czekałem, bo adrenalina nie pozwalała mi już spać. Umyłem się, przebrałem, zjadłem banana i poszedłem. Garmin pokazuje, że ruszyłem o 621. No to się nie obijałem. Co ciekawe, tak jak normalnie w czasie porannych biegów ‘na głodniaka’ umierałem, tak dzisiaj nie miałem żadnych problemów, żadnych kryzysów, słowem – super. Tylko zimno. Nawet bardzo zimno gdy wiał wiatr. Niby 10 stopni, ale to takie jesienne 10, czyli mniej, dużo mniej. Minąłem kilku Chińskich biegaczy i z wszystkimi witałem się podnosząc  rękę. Większość też podnosiła. Jeżeli biegasz jesteś biegaczem, niezależnie od tego gdzie jesteś. Od razu jakoś tak przyjemniej się na sercu robi. Tak wcześnie rano Jiawang jeszcze śpi, sklepy pozamykane, szkoły pozamykane , ludzi na ulicach jak na lekarstwo, mobilnych sklepów z jedzeniem mało, ale już były, za to stacjonarne sklepy przygotowywały się na pierwszą falę klientów. Piece nagrzane, pierożki przygotowane i odstawione do podgrzewania. Aż chciałoby się zatrzymać przy takim piecu i wsunąć parę pierożków, ale nie ma tak dobrze. Pokrążyłem trochę, zmieniłem trasę i zakończyłem Danielsowym 10 trudnych kroków, 10 łatwych kroków, trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/kkgCH6TGktw

Z dzisiejszych gazetowych ciekawostek – seria alkoholi promowana przez Jacki’ego Chana.

Ze szkolnych ciekawostek, jak widać na zdjęciach, dziewczyna z kocimi uszami na opasce. Jak się wkrótce nie wybiorę do fryzjera to sam będę musiał sobie taką kupić. Tylko może jednak nie z kocimi uszami.

Lunch to zestaw tofu z jajkiem. Za 3.3 RMB w jedynce. Wygląda to okropnie, ale jest bardzo dobre. Chociaż prawdę mówiąc, nie ma znaczenia które tofu się wybierze, wszystkie są wygotowane w tym samym ostrym sosie.

Widok z okna gabinetu nie kłamie. Robota wre. Wkrótce postawią obok szkoły kolejne apartamentowce. Ciekawe co postawią na tym małym polu przed szkołą. Na osiedle jest tam za mało miejsca, ale tutaj żadna przestrzeń się nie może zmarnować, także na pewno jakoś ją wykorzystają.

Budynek szkolny w porze lunchu wygląda jakby był całkowicie opuszczony. Po korytarzach przemykają się jedynie nauczyciele i niedobitki uczniów.

Słońce zza krat. Chociaż dla uczniów tak źle to nie wygląda. W klasach krat nie ma.

Na kolację podobny zestaw jak na lunch, tym razem 3.8 RMB bo wziąłem jeszcze coś. Smakowało jak na lunch. I tak mnie wzięło na tofu, że zakupiłem dziś przyprawy, bób (nie to żeby mi się kończył, ale bobu nigdy za wiele) i w weekend ruszę kupić tofu, które następnie spróbuję sam przyrządzić.

Kulnąłem się jeszcze raz do sklepu i zakupiłem sobie napój o smaku czarnego sezamu. Nie na darmo dorzucili łyżeczkę bo trzeba się było zdrowo namachać, ale w smaku był całkiem niezły.

A teraz tak bardziej życiowo. Z samego rana dostałem smsa od Lidii, że jej siostra musi iść do szpitala, a nie ma się kto nią zająć. No to od razu zadzwoniłem i zapytałem czy może do niej jechać. A ona, że nie bo przecież musi w szkole zlecić wydrukowanie ćwiczeń na jutro dla mnie. Tak, ćwiczenia to kwestia priorytetowa. Powiedziałem jej żeby sobie nie zaprzątała głowy pierdołami i pojechała do siostry. Po południu obie czuły się już lepiej i Lidia wróci wieczorem.

Jutro czeka mnie maraton. Od 750 do 1725. Trzymajcie kciuki.

Zakupy

Na dzisiaj zaplanowałem kupić buty na zimę. Ruszyłem więc w przerwie na lunch do bankomatu. Po raz pierwszy! Nie dlatego, że nie miałem już pieniędzy co to to nie. Z 2600 RMB z którymi przyjechałem do Jiawang zostało mi jeszcze ponad 500. Ot owoce jedzenia w szkole. Stwierdziłem jednak, że na zakupy warto wyciągnąć gotówkę (wypadałoby też w końcu sprawdzić jak tu wyglądają bankomaty, oraz ich obsługa). No i po lunchu pokulałem się do najbliższej siedziby ICBC. Podszedłem do bankomatu, kliknąłem English, wpisałem kod (miałem pewne obawy bo klawiatura jest pod takim plastikiem i nie widać własnych palców – swoją drogą fajny patent) i wyciągnąłem pieniądze, oraz poprosiłem o wydruk, a po chwili dostałem smsa, z informacją że tego i tego dnia z takiego i takiego bankomatu pobrano kwotę w wysokości takiej i takiej. No tak, w końcu mam VIPowskie konto w banku.

I ruszyłem na łowy. Najpierw kulnąłem się do sklepu z ubraniami wojskowymi. I od razu znalazłem takie buty jakie chciałem. Czyli wysokie i ciepłe. Nie ma w moim rozmiarze. No to może wysokie i ciepłe, ale inne? Jasne! Super buty w środku wyściełane futerkiem, miękka wkładka, tylko…nie w moim rozmiarze. No to może niskie i ciepłe? Nie ma problemu! No super, jeszcze więcej futra i naprawdę cieplutkie…za małe. No dobrze, a ma Pan coś w moim rozmiarze? Wysokie i nieciepłe? Przymierzmy. No okej, jest plan awaryjny bo są nawet trochę za duże więc można wejść w grubych skarpetach. Drugi sklep. Cokolwiek w moim rozmiarze? Eee…co? To dziękuję…no i pokulałem się do jeszcze jednego, takiego ze sprzętem typowo turystycznym i co? Same niskie. Nie no, przecież nie kupię niskich na zimę. Wróciłem i kupiłem te wysokie nieciepłe. W Polsce mógłbym bardziej powybrzydzać i poszlajać się po sklepach, tutaj musiałbym jechać do Xuzhou, a prawdę mówiąc nie chcę tracić pół dnia tylko po to by kupić buty. Jeżeli mogę sobie poradzić mając te to po co tracić cenny czas?
A potem ruszyłem kupić kaszkiet. No właśnie. Kaszkiet. Od paru lat w okresie jesieni i wiosny noszę kaszkiet. Moje zatoki są mi za to bardzo wdzięczne. Na szczęście zakup kaszkietu to nie jest zakup butów, więc podjechałem do pierwszej Pani na Ulicy Handlowej, przymierzyłem dwa, z których jeden był cienki, a drugi grubszy z dodatkowym wyciąganym materiałem zakrywającym uszy. Wziąłem ten drugi i po pewnych problemach zapłaciłem. Problemach bo cena na kaszkiecie była inna od ceny jaką podała Pani. Inna znaczy wyższa na kaszkiecie. No i dobrze. Wyposażony w kaszkiet i buty mogłem ruszać do szkoły. Tylko że…wypadałoby też mieć w końcu jakieś dłuższe spodnie do chodzenia po domu. Jak pierdzielnie minusem to szorty na nic się nie zdadzą, a getry do biegania służą do biegania, nie do chodzenia po domu. No to co? Pora uderzyć do chińskiego odpowiednika Nike, czyli Li Ning. No i uderzyłem. Zobaczyłem cenę, spojrzałem do portfela i odbiłem się jak od ściany. Dziękuję, za tyle kupię oryginalne Nike jak będę miał ochotę. A nie mam, bo na cholerę mi oryginalne…

No ale pora wracać do szkoły. Zadzwoniła Jeniffer. Po raz kolejny. Bo pierwszych kilka razy byłem w trakcie zajęć i nie mogliśmy rozmawiać. Tak jak już się wszyscy domyślali, bo przecież rozmawiałem z Lidią z dyrektorem na ten temat, nie będzie drugiego nauczyciela. Za to ja dostanę podwyżkę. No fajnie. W sumie to w umowie mam zapisane 25 godzin zajęć, nie 14 i na to byłem przygotowany. Wakacje się skończyły, pora pracować  :) I ta myśl przyświeca mi gdy nastawiam budzik na 605 by z samego rana pójść pobiegać jeszcze przed zajęciami. Wtorek-piątek-niedziela. Inaczej się tego ułożyć nie da. Nie ma lekko.

Siódma lekcja została skrócona o dziesięć minut. Dlaczego? Dyrektor miał pogadankę. Na jaki temat? Gdy Lidia mi to powiedziała, ścięło mnie to z nóg. Jeden z uczniów, którego Lidia zna bo pomagała w jego klasie rok temu, przyszedł do klasy pijany. Nie skończyło się jednak na tym, że przyszedł pijany i sobie usiadł w kąciku i nikomu nie przeszkadzał. O nie, zaczął pyskować nauczycielowi, ten go wyczuł i…na tym skończyła się historia tego ucznia w szkole. Całkowicie. A Lidia mówi, że to dobry chłopak. Hmm…miałem takiego znajomego w ogólniaku, który dla jaj poszedł na zajęcia do innej klasy podszył się pod nieobecnego ucznia, pożartował sobie i gdyby nie ksiądz, który się za nim wstawił, to wyleciałby ze szkoły. A ksiądz za nim wstawiać się nie musiał, po prostu chciał chłopakowi pomóc, powiedział że bierze go na siebie i dyrekcja się ugięła. Chłopak dzięki temu skończył ogólniak, siedzi teraz gdzieś w siedemnastym województwie i życie mu się ułożyło. Mam nadzieję, że i jemu się ułoży. Lidia powiedziała, że będzie jego rodzinę to sporo kosztować, ale powinni go przyjąć do innej szkoły.
Tak oto idealny obraz chińskich uczniów przestał być idealny. Pierwsza skaza, fala na tafli idealnie spokojnego jeziora i tak dalej. Tylko ciekawe co się stało, bo przecież nie przyszedł pijany bo tak mu się podobało. Rzadko kiedy takie sprawy są czarno białe. Zostawmy jednak ten temat bo nic z nim nie poradzimy.

Po samotnej kolacji ruszyłem do innego sklepu. W starej części Jiawang. Tańszy od tych w nowej części (takie mam wrażenie) i posiadający w asortymencie  takie spodnie jakich mi potrzeba. Nawet mają łyżwę i napis Nike…I dostałem na nie zniżkę. Grunt że są wygodne. W rozmiarze XXXL.

Niedziela i przegapione #7

Góry wszędzie są takie same. Niezależnie od tego czy pojedziemy w Alpy, Beskidy, czy będziemy się wspinać po chińskich pagórkach. Wszędzie góry są takie same. No może z tym wyjątkiem, że w Chinach można wejść na pagórki wybetonowaną drogą. Czyli wjechać też można. Super, no nie? Tak też dzisiaj zrobiliśmy. Najpierw dojechaliśmy do skrzyżowania, odbiliśmy w prawo, pojechaliśmy kawałeczek, odstawiliśmy rowery i ruszyliśmy w górę na wieżę telewizyjną. No i faktycznie ta wieża nie wydaje się być tak bardzo odległa od pagórków z pagodami. Spokojnie można sobie tam pobiegać.

Wysoko nie było, ale Jenn i Shawn zlali się potem okropnie. Chociaż Jenn skakała niczym kózka po tych górach zostawiając nas z tyłu (podobno po to by Shawn mógł poćwiczyć angielski, ale nawet jeżeli to cisnęła do przodu naprawdę mocno). A widoki z górki przepiękne. Nie są to nasze Beskidy, ale i tak fajnie sobie pochodzić po górach. Nawet jeżeli na górę można wejść po schodach (nie wiem czy gdziekolwiek indziej na świecie są góry na które można jednocześnie wjechać samochodem, wejść ścieżką, szlakiem, oraz po schodach). Cisza, spokój, ptaki fruwające w miejscu, ludzie uprawiający sezam (to coś co się suszyło jakiś czas temu pod domem to był właśnie sezam), ale ponownie żadnych zwierząt. Tylko kury, żadnych krów czy kóz, albo owiec. Tylko uprawy. Mam nadzieję, że jeszcze znajdę czas i siły by dokulać się  tu samotnie, bo widok był naprawdę cudowny. Tylko trochę za bardzo wiało. W końcu szczyt całkowicie odsłonięty, ani krzaczka żeby się schować. A byłem mokry po tej wspinaczce. Zresztą nie tylko ja. ‘Wspinaczce’ bo górka miała jakieś  ~300 metrów, może nawet nie. I schodziło się o wiele gorzej niż wchodziło, beto jest pomocny przy wchodzeniu, ale przy schodzeniu jest, jak dla mnie, irytujący.

Ze szczytu było też widać świątynię. Jenn powiedziała, że nie lubi świątyń. Dlaczego? ‘Bo jestem chrześcijanką i mama powiedziała mi, że nie powinnam chodzić do świątyń modlić się’. Hmm…No tak, to na co ja patrzę jak na atrakcję turystyczną i co traktuję jako okazanie szacunku dla innej religii dla Niej, jako Chińskiej chrześcijanki, będzie złamaniem pierwszego przykazania. Mogłem się zapytać co w takim razie z trzecim, skoro dzisiaj musi iść do szkoły i odrabiać zadanie. No właśnie, co z trzecim!?

Za dwa tygodnie uczniów czekają egzaminy środkowo semestralne. I tym razem mają one trwać trzy dni. Rany…Masakra. Całe uczniowskie życie jest podporządkowane nauce. A przecież ta szkoła, szkoła średnia w sensie, jest nieobowiązkowa. Po skończeniu odpowiednika naszego gimnazjum, nie ma potrzeby dalszej edukacji. Uczą się bo chcą. I podporządkowują się całkowicie. Nie mają praktycznie czasu wolnego, bo co to za czas wolny tych kilka 6-7 godzin przeznaczonych na sen i może godzinka-dwie między lekcjami/odrabianiem zajęć. A jednak godzą się na to. Ilu uczniów w Polsce by się na coś takiego zdecydowało? A oni się decydują i co więcej, mogą sami zdecydować że chcą powtarzać daną klasę. Nawet jeżeli nauczyciele pozwalają im przejść do następnej. ‘Tak, chcę zostać w tej klasie bo czuję, że nie opanowałem jeszcze tego materiału.’

No dobrze, pospacerowaliśmy, pojeździliśmy i wracając do domu dostałem cosie. Nie ziemniaki, ale cosie są podobno słodkie i mam je przez parę dni suszyć. Więc ułożyłem na oknie i suszę.

Dzisiejsza trasa chodzona:
http://www.endomondo.com/workouts/jSkb054639A

Supergwiazda w supermarkecie
A w tym tygodniu w supermarkecie…zostałem obfotografowany i to w dodatku trzymając dziecko. Ja się na dzieciaka patrzę, dzieciak na mnie i obaj mieliśmy miny mocno zdziwione. On chyba jednak bardziej.

soft kitty, warm kitty, little ball of fur
Gdy Lidia rozmawiała z Miguelem I powiedziała że jego głos brzmi jak kołysanka dwie Chinki spojrzały na jedynego Chińczyka a on zaintonował piosenkę z ‘Big Bang Theory’. Mało się ze śmiechu nie popłakałem. Muszą naprawdę się przykładać do nauki, jeżeli są w stanie oglądać seriale w oryginale.

Cygaro na tablicy
Moja nauka chińskiego idzie w coraz lepszym kierunku. Nie mam już problemu by napisać na tablicy ‘cygaro’, albo ‘bomba atomowa’.

Mleko
No i jakoś tak doszło do tego, że zrobiłem małe koapnie w internecie i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy dotyczących produktów mlecznych. Otóż po pierwsze produkty mleczne były przez wiele lat uznawane za produkty spożywane jedynie przez ludy barbarzyńskie mieszkające na obrzeżach imperium i dwór nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Dlatego w kulturze chińskiej nie ma zwyczaju spożywania mleka, sera, masła czy innych produktów mlecznych. A druga sprawa to fakt, że ponad 30% dorosłych Chińczyków w jakimś stopniu nie toleruje laktozy. Czyli na produkty mleczne nie ma zapotrzebowania. Dopiero niedawno rząd zaczął wspierać reklamami przemysł mleczarski i zachęca rodziców do pojenia dzieci mlekiem.

Bieganie we mgle

No i nadeszło to jutro z ‘jutro pójdę biegać’. Poszedłem. Pierwszy raz biegałem od początku bez okularów (raz już biegałem bez okularów na bieżni). Zostawiłem nawet komórkę w domu. Do kieszeni zapakowałem jedynie klucze i aparat (z umierającymi bateriami). I biegłem. Jak zawsze po takiej długiej przerwie zacząłem za szybko. Pierwszy kilometr zrobiłem w 5:03, czyli zdecydowanie za szybko. Potem stopniowo zwalniałem i średnia z całego biegu wyszła w okolicach 5:35, czyli w granicach przyzwoitości pochorobowej. Takie tempo byłoby dla mnie spacerkiem w Polsce. A tutaj? Sam nie wiem czemu tutaj mam takie wysokie tętno, czemu pocę się jak ruda mysz, czemu łapie mnie kolka. To wszystko nie powinno mieć miejsca. A jednak ma i nic z tym nie potrafię zrobić. Co gorsza, jeżeli zastępca Miguela się nie pojawi to czekają mnie bardzo trudne wtorki. Za to piątki i niedziele będą na 100% biegowe.

Bieganie we mgle, po deszczu, jest inne od biegania bez mgły. Jest owiane szalem tajemnicy, sprawia wrażenie jakby rzeczywistość starała się jednocześnie coś ukryć i odkryć. We mgle jesteśmy jak dzieci stawiające pierwsze kroki. My też odkrywamy zupełnie nową rzeczywistość. Czasem jednak zamiast duchowego odprężenia pojawia się jadący z naprzeciwka samochód. No i co wtedy? Ano pora zrobić skok w bok i uniknąć zderzenia. Na szczęście w Chinach samochody nie jeżdżą. One się wloką. No i są głośne. Bardzo głośne. Chińczycy czerpią prawdziwą przyjemność z używania klaksonu.

Jest także inne skojarzenie które pojawia się za każdym razem gdy biegam w deszczu. Znajduję się wtedy w pewnym miasteczku do którego przywiódł mnie list od żony, która nie żyje od kilku lat…Na szczęście po biegu dalej jestem w pełni władz umysłowych i rzeczywistość, chociaż moja, jest jednak współdzielona z innymi ludźmi. Jestem spaczony podwójnie.

Wróciłem z tej swojej przebieżki, umyłem się, wskoczyłem w suche ciuchy i już wiem, że nie mam co robić na placu zabaw zmęczony po biegu.  I teraz tak myślę, że zamiast biegać we wtorki w czasie przerwy na lunch mogę biegać z samego rana. Tak jak robiłem to w Polsce. Zobaczę w najbliższy wtorek.

Przygotowałem zajęcia na przyszły tydzień. Będzie coś o Halloween, więc dzieciaki powinny być zadowolone.

A potem ruszyłem na zakupy. Pomarańcze, gruszki, miód i na kolację kiełbasa, pochodna ketchupu i jajka (ale żeby gołębie były takie nakrapiane? Pamiętam że były białe). No i wyszło nieźle. Naprawdę nieźle. Co prawda kiełbasa miała smakować czosnkiem, ale to chyba jakiś chiński chwyt reklamowy. Była naprawdę dobra. Tylko te jajka…Już nawet skorupkę i nie obieralność mogę zrozumieć, ale przechowywanie jajek ot tak na półkach to dla mnie coś dziwnego.

Mgła opadła. Jiawang nie jest już zakryte szalem prywatności. Ponownie można patrzeć sąsiadom w okna. Ponownie jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek tajemnic.

Dzwonili uczniowie. Jesteśmy umówieni na 830 pod szkołą. Muszę naładować baterie do aparatu bo się wykończyły bidulki.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/j03MBvGIFfo

Deszcz

Deszcz w Jiawang pachnie jakoś inaczej. Nie ma tego zapachu mówiącego, że deszcz nadejdzie, ani tego mówiącego że odszedł. A po deszczu nie ma tego uczucia czystości. Nie ma się wrażenia że woda zabrała ze sobą cały bród i świat narodził się na nowo. Jest tylko wilgoć. A może to tylko ja i mój wymęczony umysł? Przekonam się przy kolejnym deszczu.

Jestem spaczony i to spaczony na wieki. Gdy tylko uczniowie mówią ‘It’s raining’, w myślach pytam ‘Is he crying?’, a usta mówią coś innego. O tym czemu nie lubią deszczu, albo czy zabrali parasol. Ale w gruncie rzeczy cieszy mnie to spaczenie.

Dzisiaj już konkretnie padam na pysk. Cieszyłem się jak małe dziecko gdy Lidia zadzwoniła i powiedziała, że ostatnich zajęć nie mam i że zostaną przesunięte na poniedziałek. To oznacza siedem godzin w poniedziałek, czyli prawdopodobnie umrę, ale to dopiero w poniedziałek. Na razie jeszcze jest piątek.

Pierwsza godzina po lunchu to była kompletna, ale to kompletna masakra. Takiego braku energii nie miałem już od dawna. No ale co zrobić, trzeba jakoś się przemęczyć. No i przemęczyliśmy się z dzieciakami przez te nieszczęsne zadania, ale w przyszłym tygodniu helułin i zrobimy sobie coś ciekawszego.

Przed ostatnimi zajęciami podeszła do mnie dziewczyna z klasy drugiej (w sensie klasy, nie grupy) i zapytała czy nie poszedłbym sobie z nią i znajomymi na przechadzkę po górach w niedzielę. No w sumie czemu nie. Do tej pory uprawiałem tutaj samotne przechadzki, więc najwyższa pora na coś grupowego. Lidia na weekend (na pewno na sobotę, a skoro na sobotę to pewnie i na niedzielę) jedzie do znajomych do Xuzhou, więc co ja będę sam tu robił? Zajęcia mam częściowo przygotowane, dokończę jutro i posprzątam, więc w niedzielny poranek można sobie pochodzić po górkach. Górkach, bo gór tutaj nie ma.

Ciekawostka sklepowa: pasta Colgate jest tutaj tańsza od past chińskich. No tak, bo skończyła mi się pasta do zębów i trzeba było się zaopatrzyć.

I na tym zakończmy, bo nie ma dzisiaj potrzeby stawiania Was przed kolejną ścianą tekstu o niczym.