Barbecue

Zgodnie z duchem postmodernizmu powinienem zacząć od końca, ale skoro postmodernizm ma w nosie wszystkie zasady zacznę od początku. To będzie już postpostmodernizm.

Zaczęło się od zajęć w klasie dziewiątej gdzie Sophia uświadomiła mnie że już wczoraj nauczyłem ich ‘gdy pada to od razu leje’. Rany…a podobno mam taką dobrą pamięć.

Zaraz po zajęciach wróciłem do domu, przebrałem się (teraz powinienem też się przebrać, ale skoro zaraz pójdę się myć to mi się nie chce) i poszedłem biegać. Ruszyłem naprawdę fajnie. Pierwsze dwa kilometry poszły w okolicy 5:15, a potem na stadionie robiłem interwały. 90 sekund mocniej i 90 sekund lżej. Ani razu nie było powyżej 4:15. Czyli było bardzo dobrze. Nogi w ogóle nie bolały, niosły wręcz jak na skrzydłach. A bałem się okropnie. W końcu noc nie przespana (bynajmniej nie po alkoholu, po prostu mój żołądek sobie nie radzi z tak późnymi i obfitymi kolacjami, ale co mam robić gdy zapraszają?), ale biegło się naprawdę świetnie. Uczniowie w międzyczasie grali w piłkę, a ja zapierdzielałem…Brakowało mi takich szybkich treningów. Naprawdę brakowało.  Zawsze gdy robię siłę biegową odliczam tak: jeden i dziewięć, dwa i osiem i tak dalej, a ostatni podbieg zaczynam ‘this one is for the history books’ (a ten trafi do książek do historii – proszę bardzo mamo). To kolejny element mojego spaczenia. Jestem spaczony nieuleczalnie, ale mi z tym naprawdę dobrze. No i tak sobie biegałem dzisiaj i przypomniało mi się pytanie, które zadał mi przyjaciel w czwartek rano ‘a jaki masz rekord na 400 metrów?’ i stwierdziłem, że ostatni to nie będzie 90 sekund tylko 400 metrów plus ewentualnie  te kilka sekund. No i pobiegłem te 400 metrów w 87 sekund. A potem musiałem się zatrzymać, bo nie mogłem złapać tchu. Jednak bieganie w takim tempie to jeszcze nie jest najlepszy pomysł. Żałuję, że mam tak mało czasu na treningi bo bieżnia to świetna sprawa. Wróciłem do domu i wyszła świetna średnia bo 4:58. Tak szybko nie biegałem od sierpnia. Co prawda wtedy było to dla mnie tempo w pierwszym zakresie, a teraz są to interwały, ale biorąc wszystkie czynniki pod uwagę nie jest najgorzej. Wręcz jest dobrze.

Potem ruszyłem na lunch, a że przyszedłem jako pierwszy to sam kucharz mnie przywitał a Pani w stołówce odsłaniała same pyszności. Wszystko aż parowało. Nie wybrzydzałem jednak i wziąłem praktycznie standardowy zestaw. Zjadłem i poszedłem doładować kartę stołówkową o kolejne 100 RMB (moi drodzy, ważna informacja bo coraz więcej głosów do mnie dociera na ten temat – aby otrzymać cenę w złotówkach wystarczy podzielić cenę którą podają przez dwa, juan stoi trochę wyżej, ale tak się to najłatwiej liczy i nie jest dalekie od prawdy).

Kolejne zajęcia i jak widać na zdjęciach cicha rozmowa z uczniem z klasy 11. Znamy się doskonale z boiska do kosza. A widać, że się chłopak o mnie martwi. Nawet lizaka mi dał. Moja miłość do lizaków chyba staje się tutaj powszechną wiedzą. Kurczę naprawdę fajnie, że mogę sobie z nimi tak pogadać i wszyscy chcą mnie traktować jak przyjaciela. Nawet Lidia mi mówiła, że w ankietach często pisali, że jestem jak przyjaciel. No to git.

A dziewczyny z klasy 13 zaprosiły mnie na kolację. I możecie wierzyć lub nie, ale to dziewczyny których bym nie podejrzewał o to bo na lekcjach siedzą cichutko. I sobie porozmawialiśmy o tym jak wygląda edukacja w Polsce, ile to mamy czasu wolnego, kiedy to miałem pierwszą dziewczynę i czy rodzice mieli coś przeciwko. No tak, bo tutaj wszyscy mają się skupiać na nauce, a nie na pierdołach…A przecież hormony buzują.  No tak. I tak sobie rozmawialiśmy, jedliśmy i było naprawdę przyjemnie. No i jak ja mam się tutaj czuć samotny? Ciągle ktoś chce ze mną rozmawiać :)

Wracając do domu trafiłem na Lidię, która akurat wychodziła bo zebrała ze sobą jakieś dokumenty. I co? Nauczyciele w Chinach też narzekają na biurokrację, ilość pracy i niskie zarobki. Poczułem się jakbym znowu był w Polsce.

I nagle, gdy jesteśmy już przy sklepie osiedlowym, rozlega się dzwonek telefonu i po chwili Lidia mówi że jesteśmy zaproszeni na kolację. Drugą kolację, dobry Boże. Nie wypada powiedzieć nie, więc się zgodziłem. I pojechaliśmy do tradycyjnego baru z barbecue. Czyli micha, podzielona na ostro i łagodnie, na palniku gazowym i kilka potraw do wyboru. Mięcho, tofu i warzywka. I można sobie taplać to wszystko. Nie było to najgorsze, ale mówiąc uczciwie sam bym się na to nie zdecydował bo aż takie dobre to nie było. Oczywiście znowu trzeba było swoje wypić. Bo jakżeby inaczej. Tylko dzisiaj czułem się jak piąte koło u wozu bo rozmowa toczyła się głównie wokół poprzedniego nauczyciela, który był dobrym wspólnym znajomym. A że toczyła się po chińsku to nie za bardzo miałem jak się wtrącić. Pozostało mi jedynie jedzenie. I teraz wiem, że w nocy będę cierpiał. Oj będę cierpiał. Znowu obudzę się zlany potem. Bo żołądek nie jest przyzwyczajony do takich kolacji. Dlatego tak bardzo pasuje mi jedzenie w szkole, bo do niego już się przyzwyczaiłem i ciało po nim nie wariuje. Nie wariuje też po tym co sobie sam przygotuję. Także jutro na lunch będę gotować tofu. Tylko zanim do tego dojdzie muszę odwiedzić sklep i zrobić zakupy.

Owoce kupiłem dzisiaj. 5 gruszek, 5 jabłek, 8 mandarynek, 6 bananów i melon za 24 RMB. A to tylko dlatego, że obwoźny Pan sprzedawca czekał na mnie cierpliwie ;) Za jabłka skasował mnie tylko 6 RMB, czyli bardzo, ale to bardzo tanio. A melona wziąłem bo mnie nim poczęstował. No skoro był dobry to przecież nie odrzucę propozycji zakupu. Zwłaszcza że wyszedł mnie niewiele ponad 5 RMB.

W przyszłym tygodniu zaczyna się zjazd partii i już widzę, że jakąś scenę stawiają mi pod domem, trzeba się będzie zainteresować. Może będą mnie chcieli zwerbować? ;)

A dzisiejszy trening wyglądał o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qtrQteId6AY

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.