Koniec

Tę notkę publikuję trochę wcześniej niż inne ale to dlatego że zakładam że po przyjeździe do Pekinu nie będę mieć ani siły ani ochoty walczyć o dostęp do internetu tylko od razu pójdę spać. Także dla mnie jest to ostatnia notka pisana i wrzucana w Chinach,

Zakończył się pierwszy rozdział mojej przygody z Chinami. Chciałbym teraz na początku zaznaczyć coś czego nie zaznaczyłem na początku tego bloga. Gdzieś tam o tym wspomniałem ale teraz chciałbym się rozpisać.
Chiny nigdy mnie fascynowały. Owszem przeczytałem o tym kraju trochę w paru książkach do historii, wiedziałem trochę o wojnach o opium, ale kultura była mi całkowicie obca. Znaczy obejrzałem parę filmów, chociaż najbardziej z kina ‘chińskiego’ lubię  filmy z Hong Kongu i to bardziej filmy akcji niż dramaty. Także kulturowo Chiny były dla mnie jedną wielką niewiadomą. Dalej są, ale już mniejszą. Głównym źródłem informacji był internet, który wielokrotnie mnie zawiódł, czy to w sprawach tak przyziemnych jak wymiana waluty czy też w tak istotnych jak nieprzychylność ludzi. Czytając to wszystko trzeba pamiętać że Chiny to blisko półtorej miliarda ludzi, więc spotka się tu zarówno tych dobrych jak i tych złych. Jak do tej pory miałem to szczęście że trafiałam na dobrych, więc poprzeczka jest ustawiona wysoko.
Język chiński nigdy mnie nie interesował. Z języków azjatyckich najpierw chciałem się nauczyć japońskiego, a potem koreańskiego (bo alfabet koreański jest prostszy a język brzmi przepięknie), gdybym miał wybrać trzeci to wybrałbym wietnamski. O chińskim nawet nie myślałem. A przez ostatnie dwa miesiące poświęcałem mu co najmniej godzinę dziennie i radzę sobie jak dziecko uczące się mówić.

Bez problemu mogę wybrać to co najbardziej zapamiętam z tych pierwszych kilku miesięcy – ludzi, a przede wszystkim Ich życzliwość. Bo z czymś takim nie spotkałem się jeszcze nigdy. Tyle uśmiechów i życzliwości nie widziałem nigdzie indziej.

Tęsknić nawet chyba nie zacznę, bonie będzie mnie tu raptem kilkanaście dni, które przelecą zanim zdążę się obejrzeć.

Chciałbym podziękować wszystkim tym którzy tego bloga czytali, którzy polubili go na fejsie i którzy komentowali, tutaj olbrzymie podziękowania dla Adama, który dzielnie  się udzielał. Nie ukrywam że pisałem tu głównie dla siebie, ale widząc że Wy też czytacie zawsze jakoś dodatkowo się nakręcałem, także dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i mam nadzieję że w czasie drugiego półrocza także uda mi się prowadzić tego bloga regularnie. Regularnie chyba wręcz do bólu o czym świadczy chociażby to zdanie:
– Nie przeczytałem wczorajszej notki…(chwila przerwy)…a sobota była, czyli zakupy robiłeś.
Ale to dobrze, to bardzo dobrze :)

Adam!
Mówisz stres? Ale żeby tak długo? I od początku? Znaczy był okres kiedy to tętno było niższe, ale wtedy też bez problemu widziałem wzgórza Jiawang. Za parę dni będziemy mądrzejsi :)
5 par? A masz na nie stojaczek? ;)

Buty

Pora się zbierać, bo dochodzi ósma, więc idealna pora na poranną przebieżkę. Wskaźnik powietrza mówi 235 czyli średnio zanieczyszczone. Więcej niż w niedzielę więc zobaczymy jak to będzie. Dla porównania w Pekinie jest 108.
Dzisiaj specjalnie biegłem wolniej, dużo wolniej. I co? Jajco, tętno minimalnie niższe a wyszło o jakieś 15 sekund wolniej na kilometr. Za to przynajmniej kolka nie chwytała tak często, za to jak pod koniec chwyciła to musiałem się zatrzymać. Gdy chciałem zrobić przebieżki to wyszło tak samo, nie dałem rady, powietrza brakowało.

Pastowałem dzisiaj buty i tak pastując przypomniała mi się pewna rozmowa:
– Bart, a ile tak właściwie masz par butów do biegania?
– Hmm…10|
– Ile?!
– No tak. Pierwsze kupiłem w dyskoncie sportowym i w nich przebiegłem pierwszą połówkę, w wakacje z tatą męczyliśmy się by zrobić z nich minimalistyczne ale jeszcze nie miałem okazji pobiegać. Drugie to lunarglide’y kupione za kasę z wymiany komórki, mają na koncie ponad 2800 kilometrów w tym jeden maraton i chociaż do niektórych biegów już się nie nadają to jednak do innych są jak ulał. Kolejną parę kupiłem w lato gdy przygotowywałem się do drugiego maratonu, kupiłem je o rozmiar większe z myślą o długich wybieganiach i od tamtej pory używam ich tylko do biegów dłuższych niż 20 kilometrów. Na koncie mają dwa maratony. Czwartą parę kupiłem za pierwszą wypłatę nauczycielską, przecenione Asicsy GT-2150, a chwilę potem kupiłem piątą – Saucony Omni 8. I dzięki temu miałem już jedną parę na każdy trening. W Omni 8 biegałem szybkie treningi, w asicsach biegałem zwykłe treningi, a w lunarach robiłem siłę biegową. I tak dobiłem do kolejnego maratonu po którym postanowiłem kupić na allegro swoje pierwsze Jomy. A wraz z piątą parą przyszła kolej na piąty trening. W następnym roku zakupiłem kolejnych kilka par w tym Jomy do szybkich treningów i kolejną parę do biegania dłuższych biegów bo te pierwsze już musza odpocząć. A potem kupiłem jeszcze dwie pary na zapas. I tak oto mam 10 par, ale w sumie 3 z nich są już na emeryturze a wkrótce i asicsy i omni 8 pójdą w odstawkę.

Mam ogromny sentyment do każdej z tych par bo w końcu spędziłem w nich tyle czasu i chociaż niejednokrotnie nasze początki były trudne (odciski) to jednak z czasem przyzwyczailiśmy się do siebie. Każda z tych par ma swoją historie a niektóre ślady krwi. Lunarglide’y nie mają już ani oryginalnych wkładek ani sznurówek, asicsy powodują u mnie odciski, w omni8 biegało mi się najlepiej aż do momentu założenia marathon 3000 (hahaha) które są leciutkie. Wszystkie te buty są dla mnie ważne.

No i tak pastowałem, pastowałem i w końcu buty aż się błyszczą. Duma mnie rozpiera.

Także wybaczcie dzisiejszy brak zdjęć, ale po biegu nie miałem już najmniejszej ochoty się ruszać z mieszkania. Pomyłem podłogi, zrobiłem pranie, na jutro zostały mi już tylko drobnostki i jakieś ostatnie pakowanie. No i zakupy. A potem godzina w drodze i Xuzhou.

Adam!
Wiesz co? Za każdym razem gdy patrzę na prognozę pogody to mówię mamie ‘Nie wracam’. A Ona wtedy przestaje się odzywać, albo przynosi kota, lub klepie się po kolanach prowokując psa żeby mi się pokazał przed kamerą po czym mówi ‘Ona sama wskoczyła!’, a jak dzisiaj powiem że nie wracam to na pewno pokaże mi przygotowany już pasztet. No tak pasztet…w gruncie rzeczy to ja bym mógł w Chinach zostać gdyby nie ten pasztet…a jak do tego dojdzie jeszcze sernik…no i barszcz…i już robię się głodny a przecież przed chwilą zjadłem śniadanie (czasem te notki piszę rano). Także najem się, pobiegam z psem, stracę kilka nocy przez kota, pomarznę w czasie biegu (a może bieżnia?) i wracam do Chin.
Babcia też na mnie krzywo patrzy jak mówię że nie wracam, a to już jest niegodziwe z mojej strony. W dodatku dzisiejsze prognozy pogody mówią że nie powinno być opóźnień ani w Wiedniu, ani w Warszawie. Rany…ja już jutro jadę do Pekinu. Ponownie w tym pędzącym pociągu.

Kilka milionów papierów później

I ponownie udało mi się wymienić trochę juanów na dolary. Specjalnie wróciłem się po kopię dokumentów z ostatniej wyprawy, ale i tak nikomu to zadania nie ułatwiło. Znowu mnóstwo wypełniania, mnóstwo machnięć kart ą, wpisywania pinów, podpisywania, stemplowania, ogółem masa ale to masa pracy tylko po to by wymienić trochę pieniędzy. W dodatku RMB można wymienić tylko na kilka innych walut, dlatego nie dziwię się że tak wiele osób chce tutaj zobaczyć pieniądze z Polski. Dla nas to żaden problem zakupić pieniądze z Chin…eee…chociaż nie, dla nas to jednak jest problem. Przypomniało mi się gdy chciałem kupić juany przed wyjazdem. W całych Katowicach było raptem ~300 RMB, a żeby je zdobyć trzeba było odwiedzić dwa kantory i użerać się z nieuprzejmymi ludźmi. A tutaj nie ma nawet możliwości by zobaczyć złotówki. Euro, dolary amerykański i z HK, i kilka innych walut w tym korony norweskie a nawet jeny to żaden problem, ale złotówki? Możecie zapomnieć. To w sumie ma sens bo złotówka nie jest aż tak istotną walutą jak chociażby frank szwajcarski, ale juan? Rozumiem że argument o półtorej miliardzie ludzi można puścić mimo uszu bo w Indiach mamy miliard a o rupie walczyć nie będę (poza tym by zdobyć rupie wystarczy ściąć trawę albo zbić dzbanek…jestem wielokrotnie spaczony), ale wypadałoby by waluta jednego z najprężniej rozwijającego się kraju na świecie była szerzej uznawana. To samo tyczy się brazylijskiego reala.

Możecie teraz zapytać ‘no dobrze, to skoro miałeś tylko 300 RMB to jak przeżyłeś ten pierwszy miesiąc?’. Ha! Bardzo dobre pytanie. Resztę pieniędzy miałem przygotowaną w dolarach. Także wystarczyło je wymienić. ‘No dobrze, ale jak je wymieniłeś skoro do Xuzhou pojechałeś dopiero w drugim tygodniu?!’. Kolejne bardzo dobre pytanie. Na lotnisku w Pekinie są kantory, ale kantory na lotniskach nigdy nie oferują dobrych kursów (chociaż może te w Chinach są inne, muszę to sprawdzić w czwartek), za to od razy po wyjściu z samolotu stoi taka maszynka w której można wymienić pieniądze na RMB i to bez najmniejszego problemu. Wkłada się tam dolary i wyjmuje juany. Wszystko po angielsku. Żadnego legitymowania, pytań po co Panu te pieniądze, czy stemplowania. Ha.

No właśnie ‘po co Panu te pieniądze?’ pisałem już o tym, ale żeby wymienić pieniądze trzeba Pani w okienku w yjaśnić po co nam te pieniążki i kiedy to wracamy do swojego kraju jeżeli potrzebujemy je na podróż. Trzeba mieć wszystko na oku ;)

Kolejny spacer w deszczu. A deszcz to zawsze chłód. Ja na szczęście, w przeciwieństwie do autora tłumaczonego bloga, nie mam kurtki skórzanej tylko ciepłą kurtkę odporną na deszcz. Także niestraszny mi ani jesienny ani wiosenny deszcz. No bo nie oszukujmy się, tutaj już zimy nie będzie. Jutro jeszcze mają być rano minusy ale pod koniec tygodnia temperatura ma dobić do 10. A ja czytam o tym że lotniska w Europie wariują z powodu opadów śniegu. Szaleństwo.

Niedziela i przegapione #21

Dyrektor
Lidia rozmawiała ostatnio z dyrektorem i stwierdził że często mnie widać jak chodzę po Jiawang, a potem przyznała że Jiawang znam chyba lepiej od niej. Pewnie tak…głównie dlatego że obojętnie co zrobię nigdy nie będę w pełni zintegrowany z tą społecznością, po prostu z samego założenia nie mogę być w pełni zintegrowany, ale przecież nie mogę z tego powodu w ogóle nie próbować i nie oglądać tego co to malutkie miasteczko ma do zaoferowania. Lidia z samego założenia będzie wszędzie w Chinach w pełni zintegrowana, niezależnie od tego czy będzie się starać, czy też nie.

Kreskówki
W tym tygodni oglądaliśmy ‘Potwory i spółka’. Więcej o tym filmie trochę poniżej, ale najbardziej zszokowało mnie to co usłyszałem od wielu uczniów ‘nie lubię kreskówek’. I mogę poniekąd zrozumieć że rodzice Ich zniechęcają a w dodatku jakość chińskich kreskówek jest hmm…średnia (wnioskując po tych kilku seansach z ‘Kozą i złym wilkiem’), więc kreskówki są dla Nich nieinteresujące. Nie mogę za to zrozumieć całkowitego zamykania się na tę formę przekazu. Kreskówki to nie tylko filmy dla dzieci, ale żeby to zrozumieć trzeba kilka z nich obejrzeć.

Sudoku
Odkąd przyjechałem do Chin układałem sudoku na swojej komórce. Doszedłem do ~75 planszy z 100 gdy pokazałem Lidii…i uznałem że trzeba pokazać także prostsze, więc skasowałem zapis gry i musiałem zaczynać od nowa…Z jednej strony zrobiło mi się smutno bo musiałem zaczynać od nowa, ale uznałem że skoro i tak po dojściu do 100 zacząłbym od nowa to może to i lepiej. W tym tygodniu dobiłem już do ~50 planszy, ale pokazałem Brigitte i…ponownie skasowałem bo najwyższy poziom był trochę za trudny. I znowu zaczynam od nowa, ale to dobrze, będę mieć co robić w drodze powrotnej. No i przy okazji mogę kilka rekordów pobić. Sudoku nie jest w Chinach jakoś bardzo popularne, za to kostki Rubika są chyba w każdej klasie i mnóstwo dzieciaków radzi sobie z układaniem błyskawicznie.

Potwory i spółka
Jedna z moich ulubionych amerykańskich kreskówek. Może nawet jedną z w ogóle ulubionych, chociaż biorąc pod uwagę japońskie to konkurencja robi się naprawdę spora. To w sumie taki film który można nawet odczytać jako pragnienie dorosłego mężczyzny do posiadania dziecka. Dopóki James nie poznaje Boo liczy się dla niego tylko praca, ale jest na tyle dobrym stworzeniem że pamięta o swoim najlepszym przyjacielu. Gdy pojawia się Boo której na początku się boi (co można odczytać jako strach kogoś kto dowiaduje się że będzie ojcem a nie czuje się jeszcze na to gotowy), następnie próbuje pozbyć (lęk przed akceptacją faktu), po czym nazywa (akceptacja), a ostatecznie zaczyna o nią walczyć i stawia ją przed swoim najlepszym przyjacielem. Mike (przyjaciel) początkowo się wkurza bo wydaje mu się, że traci przyjaciela, ale w końcu zaczyna rozumieć że teraz dla Jamesa najważniejsze jest dobro Boo i chowa własną urażoną dumę i robi wszystko by  mu pomóc. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim dostajemy przekaz że krzyk dziecka jest nieporównywalnie gorszy od śmiechu, także nie dość że dostajemy lekcję jak radzić sobie z wiadomości o staniu się ojcem to jeszcze dowiadujemy się że dziecko lepiej jest rozśmieszać niż wywoływać u niego płacz.
Oczywiście nie trzeba się w ten film wczytywać tak głęboko by go docenić, bo jest pełen humory i podobał się nawet tym dzieciakom które mówiły że nie lubią kreskówek, w dodatku są momenty gdy chwyta za serce. Miał tylko pecha bo trafił na rok Shreka i Oskara nie dostał. Tak jakby Oskar był jakimś wyznacznikiem jakości filmu.

Niedziela
Dzisiaj lenię się niemiłosiernie. Po biegu (o tym za chwilę) już się w ogóle z mieszkania nie ruszałem. Musiałem tylko raz jeszcze się spakować bo zapomniałem o tym ogromnym kapeluszu. Na szczęście udało się go zmieścić do walizki razem z całą resztą bez większych problemów.

Bieg był za to dzisiaj taki sobie. Znowu to potworne tętno, ale na szczęście nie łapała mnie kolka i dało się oddychać. Może deszcz miał z tym coś wspólnego bo padało cały czas. Gdzieś tak po 20 minutach miałem dość, ale zacisnąłem zęby i biegłem dalej. Zrobiłem 12 kilosków i jestem z siebie bardzo, ale to bardzo dumny bo po pokonaniu tego potwornego kryzysu w okolicach 20 minuty biegło mi się bardzo przyjemnie, a to jest w końcu najważniejsze. By czerpać z biegu przyjemność.

Adam!
Napisałeś coś bardzo smutnego o czym na razie nie chcę myśleć, ale co jest ze wszech miar prawdziwe i przez to jeszcze bardziej smutne. Chociaż nie! Bo rozstania nigdy nie są wieczne, nawet jeżeli takie się wydają to przecież zostaje w nas cząstka tych osób z którymi się rozstajemy fizycznie.
Hahaha…przyznam się zupełnie szczerze że przez pierwsze dwa miesiące sam miałem problem się w tych klasach połapać, ale teraz jest już o wiele lepiej, oczywiście wszystkich uczniów nie kojarzę (zapamiętaj ~700 osób) to jednak dużą część wyłapuję. Dzisiaj nawet napisał do mnie na maila (bo mnie poprosił) przewodniczący klasy 7 i przesłał zdjęcie ze mną. Mam obiecane u Niego lekcje ping ponga więc tylko czekam na lepszą pogodę.

Zakupy

Można by napisać ‘ostatnie zakupy’, ale wtedy byłoby to takie definitywne, ostateczne i w ogóle takie ‘łeee, łeee koniec’, także nie napiszę. Wyjątkowo odwiedziłem tylko dwa sklepy, mam nadzieję że ten trzeci będący normalnie tym pierwszym nie czuł się pokrzywdzony, ale najzwyczajniej w świecie nic z niego nie chciałem, w końcu zapas orzechów mam na naprawdę długo. Za to w drugim będącym normalnie także drugim zrobiłem przedwyjazdowe zakupy, czyli jak na obywatela Polski przystało zakupiłem napoje wysokoprocentowe i bynajmniej nie mówię tu o śmietanie. No i mnóstwo piklowanych warzyw. Oprócz tego niewiele, bo jakoś tak się złożyło że mam tyle jedzenia że wystarczy do środy.

 

W drodze powrotnej wstąpiłem do księgarni i szukałem, szukałem, aż w końcu znalazłem książeczkę z bajkami dla dzieci. Trochę jeszcze powyżej mojego poziomu, ale skoro mam rozpisane i znaczki i pinyin to powinienem dać sobie radę. Na razie przebiłem się  przez pierwszą stronę, głównie z pomocą translatora od google, ale sam zrozumiałem ‘złota rybka powiedziała’. To w sumie też niezła okazja żeby poznać chińskie bajki dla dzieci.

 

A w domu już się spakowałem. W sumie to wiele do pakowania nie było, ale też nie ma sensu zabierać ze sobą tylu ubrań skoro zostaję tu na kolejnych kilka miesięcy. Wszystko co się nie zmieściło powinno wejść do plecaka…Swoją drogą plecak się już chyba wysłużył, jest poobdzierany, ma kompletnie popsuty zamek, dziury z pałeczek (bo chociaż bardzo lubię jeść w stołówce to jednak wolę używać własnych pałeczek) i sprawia wrażenie już takiego zmęczonego. Gdy patrzę na niego to widzę że chciałby odpocząć. Nie odejść na emeryturę, ale odpocząć.

Powinienem mieć jakiś plan na kilka najbliższych dni, ale oprócz biegu jutro i we wtorek, no i ostatecznego pakowania, nic nie przychodzi mi do głowy. Znaczy chcę coś napisać, ale nic na siłę.

Adam!
Dobrze że trzcina cukrowa pojawiła się dopiero parę tygodni temu bo z dostaniem jej miałbyś prawdziwy problem. Tak myślałem o jabłkach i dotarło do mnie że w Polsce mamy większy wybór niż…w Jiawang…To w sumie nie powinno dziwić, ale można się tym trochę podbudować. Tylko potem człowiek przypomina sobie o gruszkach, które tutaj są okrągłe i bardziej przypominają jabłka, w dodatku  są tak niesamowicie soczyste że gdy się je to sok wręcz z nich spływa, no i w smaku są zupełnie inne od Polskich. W Polsce jakoś za gruszkami nie przepadałem. Znaczy lubiłem, ale nie jakoś bardzo, ale te tutaj są wyborne. No i te mandarynki…ale naprawdę, mandarynki tutaj są…chciałem napisać lepsze, ale są ludzie którym ten unoszący się mandarynkowy zapach odpowiada i może nie przypadłyby im te tutaj do gustu, więc napiszę – inne.

Osiem

Nie byłem w stanie przebiec więcej. Musiałem zatrzymywać się co parę minut by uspokoić tętno a po chwili i tak wskakiwało na 170+. Tętno jakiego w Polsce nie osiągałem w czasie najbardziej wymagających biegów i treningów. Słowem okropność. I ja rozumiem że po 10 dniach przerwy tętno będzie wyższe, ale nie powinno być aż tak wysokie i nie powinno mi się aż tak ciężko oddychać. To powietrze tutaj nie sprzyja bieganiu. Może na wiosnę to się poprawi gdy ludzie przestaną korzystać jak opętani z klimatyzacji i elektrownia nie będzie tak kopcić. Z utęsknieniem czekam na śląskie powietrze, które chociaż ciężkie to i tak jest lżejsze od tego tutaj.

I koniec. Tylko jakoś to do mnie nie dotarło. Do tej pory zawsze gdy kończyłem semestr czy rok docierało to do mnie od razu. A teraz nic…dotarłem do tego punktu oznaczonego ‘Ostatnie zajęcia’, ale w ogóle nie wywarło to na mnie wrażenia. Ot kolejny piątek. Może dlatego że to nie koniec przygody z Jiawang, ani nie koniec przygody z Chinami. Nie ma we mnie ani pustki związanej z końcem, ani zmęczenia które odczuwałem pod koniec czerwca w zeszłym roku kiedy to już z utęsknieniem wypatrywałem ostatnich zajęć bo miałem najserdeczniej w świecie dosyć.

Po ostatnich zajęciach, na których klasa 14 obejrzała koniec ‘Narnii…’ i oglądała z takim napięciem że nie ruszyli nawet na kolację dopóki Ich nie wygoniłem. Po co komu kolacja skoro Aslan wrócił i nie wiadomo co się stanie z Edmundem.

Ostatnia kolacja taka sama jak wiele poprzednich, tyle tylko że zimno. I może to zimno to znak końca? Zawsze gdy piszę o zimnie przypomina mi się jeden z wpisów który kiedyś tłumaczyłem i szło to mniej więcej tak: ‘kupiłem skórzaną kurtkę, tylko czy ona będzie potrafiła ochronić mnie przed jesiennym chłodem?’. Nie jestem zwolennikiem zimy, wręcz trzepie mną na myśl o tym że wrócę do kraju i będę musiał męczyć się w śniegu, już nawet wizja godzinnego biegania na bieżni wydaje się być bardziej intrygująca. A bieganie na bieżni jest jedną z najnudniejszych rzeczy jaką można robić. Chociaż w zeszłym roku biegając obejrzałem oba sezony ‘Sherlocka’, więc na plus. Teraz tak spoglądam na prognozę pogody w Katowicach i naprawdę nie czuję się na siłach by kulać się po parku w taki mróz…Daję mu jeszcze 5 dni, a potem ma się skończyć.

W szkole, ale już po kolacji spotkałem Shawna, który skończył 4 kółka na bieżni…hmm…a może to jest myśl, biegać na bieżni…życzyłem Mu powodzenia na egzaminach i udanych ferii, a On tylko zapytał: ‘A mogę Cię uściskać?’ ‘Jasne’.
Bo to w sumie normalne że jak kogoś lubisz i wiesz że nie zobaczysz Go przez jakiś czas to chcesz Go uściskać.
Swoją drogą, Lawrence się nie odzywa od tamtej…hmm…środy? Ciekawe co Go ugryzło.

Adam!
Smutno czytać o chorobie, ale  dobrze że masz taki system wczesnego ostrzegania i wiesz kiedy odpuścić. Wiesz, podobno życie to to co się dzieje gdy planujemy coś zupełnie innego. Ja sobie też zaplanowałem biegi w niedzielę i we wtorek, ale jeżeli mam dalej czuć się tak jak dzisiaj to chyba sobie odpuszczę. Bo bieganie w takich warunkach raczej dla zdrowia korzystne nie jest.
Haha, mój blog pełni funkcję terapeutyczną nie tylko dla mnie jak widać ;)

Jeszcze jeden…

Siedząc w gabinecie i klepiąc słówka dotarło do mnie dlaczego te czwartki są najbardziej męczące. Dotarło to do mnie w 19 tygodniu pracy i, jak dobrze liczę 15 pełnym czwartku. Otóż, one są praktycznie bezproduktywne. Zaczynam zajęcia o 7:50 potem czekają mnie dwie godziny (zegarowe) okienka, kolejne zajęcia i trzy godziny (zegarowe) przerwy. Najzwyczajniej w świecie w czwartki mam więcej czasu ‘wolnego’ niż w inne dni a nie mogę go w żaden sposób wykorzystać. Wtorkowe poranki spędzałem na bieganiu, podobnie czwartkowe, a gdy w poniedziałek kończyłem wcześniej to mogłem jeszcze gdzieś pójść. Czwartki nie dają mi takiej swobody. Za dużo czasu wolnego rozleniwia. Nie zawsze też miałem możliwość uczenia się, czy też słuchania czegoś. To jednak już ostatni czwartek w pracy i od następnego semestru będę mądrzejszy o to doświadczenie.

Wczoraj usłyszałem pytanie:
– Skoro kończysz zajęcia w piątek, a wylatujesz dopiero w czwartek, o co Ty tu będziesz robić?
– Pakował się.
Znaczy nie zabieram wielu rzeczy. Prawdę mówiąc tylko parę ubrań (hej, mam tylko jedną parę zimowych getrów do biegania, a w czymś w Polsce biegać muszę), elektronikę, a reszta to prezenty i jedzenie.
Poza tym kilka dni spokoju tutaj przyda mi się bo chcę coś napisać, no i zacząć się przestawiać na czas Polski…No i będzie też okazja na kilka ostatnich spacerów w Jiawang.

A dzisiaj czeka mnie ostatni lunch w szkolnej stołówce, bo od jutra przygotowuję je sam. Także spodziewajcie się ciągle tych samych nudnych zdjęć ;) Znaczy zdjęcia jedzenia może i będą nudne, ale w nim zawsze jest coś innego, na przykład ostatnio kupiłem piklowane warzywa po syczuańsku, ale trochę się zawiodłem bo nie były ostre. Tylko troszeczkę.

Na lunchu trafiłem na Shawna i Daphne. Shawn mówił o koszykówce w Chinach i miło widzieć że koszykówka to język jakim można się porozumieć w każdym miejscu na świecie. Tak jak kiedyś MJ był dla wielu w Europie inspiracją to rozpoczęcia przygody ze sportem, tak teraz KB jest dla wielu Chińczyków. Tylko liga w Chinach jest ‘trochę’ bogatsza i kluby mogą sobie pozwolić na sprowadzenie lepszych graczy, ale jakoś poziomu chińskiej koszykówki to nie podnosi.
Daphne za to przyznała się w tajemnicy że na lunchu się nie najadła, ale nie chce przytyć więc je mało. A kolacji prawie w ogóle. Skąd Ona energię bierze to ja nie wiem.

A po lunchu z powrotem do gabinetu i pora na powtarzanie słówek.
I tak powoli kończy się ten ostatni czwartek. Teraz czekają mnie trzy godziny z ‘Potworami…’, czyli trzy godziny układania sudoku/powtarzania słówek. Znajdę sobie cichy kącik w sali i będę w ciszy i spokoju czekał do ostatniego dzwonka.

Te notki są coraz krótsze bo myślami jestem już zupełnie gdzie indziej. Naprawdę już się nie mogę doczekać powrotu do Domu. Na szczęście od jutra o 18 czas zacznie biec szybciej, tak zawsze jest.

Wszyscy uczniowie z którymi miałbym zajęcia w poniedziałek nie dają mi wiary i nie chcą dopuścić myśli, że nie mamy zajęć w poniedziałek. A to prawda, dzisiaj nastąpił dla mnie dzień pożegnania z klasami 10/1/2/4, jutro żegnam się z 9/11/12/13 i 14 bo 3/5/6 i 8 pożegnałem wczoraj. Na szczęście nie na długo, tylko na parę tygodni. Naprawdę przeraża mnie ilość czasu jaką te dzieciaki muszą spędzać na nauce. Oni mają przerwę na lunch od 11:40 do 12:30 a następne 80 minut to czas na naukę. Na szczęście siedzą sami w klasach więc mogą sobie pospać i tak robi większość, ale niektórzy pracują twardo. Bo rodzice nie dają im spokoju, jak mi to wyjaśnił dzisiaj jeden z uczniów. Rozumiem nawet dlaczego, w końcu wszyscy rodzice chcą by dzieci miały lepsze życie, a znaczną część społeczeństwa chińskiego wierzy w słuszność ciężkiej pracy. No i nauka jest kluczem do dobrych studiów, a dobre studia są kluczem do dobrej pracy. Taka jest główna droga na szczyt.

Adam!
Uwierzysz że nie jesteś jedynym który się o moje oczy martwił? ;)

Środowy brak pomysłu na tytuł

Trochę wstyd to pisać, ale nie mogę pisać tylko o moich niesamowitych życiowych sukcesach. Także oto piszę. Wymieniałem wczoraj karty sim w telefonie a po każdej wymianie muszę ustawić godzinę, także ustawiłem i poszedłem spać. Budzik zadzwonił o 6:05, więc wstałem. Trochę jeszcze zmęczony ale  uznałem że widać się nie wyspałem. Zrobiłem śniadanie, umyłem się i przystąpiłem do porannej lektury. A że zostało mi trochę czasu po śniadaniu wpadłem na chwilę na gg i…cóż okazało się, że w Polsce jest dopiero 17, czyli u mnie północ. Źle ustawiłem zegar w komórce i wstałem 6 godzin za wcześnie. Wyłączyłem komputer, przewróciłem się na bok i spróbowałem zasnąć. Obudził mnie dopiero budzik, tym razem o prawidłowej godzinie.
Już tak tęsknię za krajem że przestawiam się na czas w Polsce? Jeszcze tylko tydzień.

Swoją drogą mam wrażenie że uczniowie uważają że do zrobienia zakupów niezbędna jest znajomość chińskiego. Bo co chwilę słyszę pytania o to jak ja robię zakupy nie znając języka. Tłumaczenie że pokazuję i mówię ‘czyga’ (to) a potem kiwam głową i mówię ‘dui’ (tak) jakoś Ich nie przekonuje. Podobnie z fryzjerem, no bo co Mu powiedziałeś…nic, pokazałem mu że chcę obciąć włosy i tyle, jakbym chciał konkretną fryzurę to pokazałbym Mu zdjęcie. Ludzie naprawdę nie są aż tacy głupi. Jeżeli na pudełku z jedzeniem jest kolor czerwony to jedzenie będzie ostre niezależnie od szerokości geograficznej. A jeżeli nie wiesz co jeść to lepiej brać ostre.

Lidia się dzisiaj zebrała i pojechała sobie hen hen, wrócić już nie wróci, więc się pożegnaliśmy i życzyłem jej powodzenia w walce z szefem o podwyżkę. Pożegnałem też dzieciaki w Jej imieniu, ale były trochę zawiedzione że nie przyszła.  Heh…

Po szkole zakupiłem po raz ostatni owoce i ostatnią butlę wody. Ta druga będzie na mnie czekać gdy wrócę w lutym. Rany…będę w Polsce tylko dwa i pół tygodnia, to będzie naprawdę napięty grafik.

Jeszcze przed wyjazdem poprosiła Pana Układająca Plan by ułożył go dla Nas bez okienek. PUP powiedział że zrobi co w Jego mocy. Oby ten PUP był lepszy od PUPów w Polsce.

Zauważyliście, że im bliżej dnia wylotu tym notki są krótsze?

Gdy alkohol krąży w żyłach…

(…)czuje drzemie we mnie taka siła(…) i potem jest już trochę wulgarnie w piosence Bladych Loków.
Czyli zacznijmy od końca. Oglądając drugą część ostatniej części ‘Zmierzchu…’ zadzwoniła do mnie Lidia i zapytała czy mam ochotę wyskoczyć na kolację bo stawia Jej znajomy który podwoził nas w Pizhou i z którym poszliśmy na zakupy. Oczywiście zgodziłem się , chociaż dostałem smsa od tajemniczego ucznia czy będę w stołówce numer jeden w porze kolacji i odpowiedziałem twierdząco. Oczywiście zaraz odpisałem że przepraszam, ale mnie nie będzie. Tajemniczy uczeń jest z klasy trzecie i zapewne jest jakimś znajomym Lawrence’a. Ja za to z Lidią ruszyłem na kolację. Podano zupę z owcy, oraz tofu z krwią owcy, krewetki prosto z rzeki, jakąś rybę i wszystko to na ostro, na szczęście podano też orzeszki na słodko. A jak wiadomo to cukier pomaga najbardziej gdy w ustach mamy ogień.
Okazuje się, że znajomy Lidii pracuje dla Pana sprzedającego alkohol w Jiawang. Tylko w sklepie dość drogim. Bo jeżeli jedna butelka potrafi tam kosztować i 20000 RMB a ceny oscylują w okolicach 1000 RMB to jest to sklep z wyższej półki.
W czasie kolacji trochę sobie pogadałem po chińsku, nawet zaciekawiłem kelnerkę i uznano że mogę sobie spokojnie znaleźć chińską dziewczynę.  Cudnie.

Wszystkie zajęcia dzisiaj to kompletna nuda dla mnie i wielka odmiana dla uczniów. Nie zrozumcie mnie źle uwielbiam ‘Potwory i spółka’ i mógłbym ten film oglądać tak często jak go oglądam, ale nie za każdym razem da się z niego coś nowego wyciągnąć, przynajmniej ja przy takim skupisku nie potrafię.

Z rzeczy ciekawszych i to tak w dużym skrócie bo mimo wszystko alkohol nie jest dla mnie najlepszym przyjacielem. Lidia pokazała mi dwie butelki po 100 ml i zapytała:
– Na jak długo starcza to w Polsce?
– …
W Chinach wystarczy wypić 150ml i jesteś Gość. Szacun na dzielni i tak dalej.

W klasie 11 puszczałem ‘Śnieżkę…’ i widząc kabel od głośników wiszący na jednym trucie zapytałem ‘na pewno?’ odpowiedź była twierdząca więc włożyłem drania do prądu i po chwili usłyszałem bum, zobaczyłem malutki płomień i oto nastąpił kres głośników w klasie 11. Nie ma opcji, z Polski przywiozę ze sobą głośniki, bo te chińskie w Chinach są droższe od tych chińskich w Polsce.  Na szczęście klasa 11 była bardzo zmotywowana by obejrzeć film więc pożyczyła głośniki i obejrzeliśmy sobie film w spokoju.

Oczywiście pochwał mojego ‘nowego’ wyglądu nie ma końca. Tylko w Polsce z tego powodu będę marznąć…

Nie sądziłem że Jiawang ma aż tak zanieczyszczone powietrze. Gdy słyszałem o tym pekińskim smogu to uznawałem że to przesada, że nie może być aż tak strasznie. Oj może. Dzisiaj wskaźniki w Xuzhou oscylowały między 250 a 300. A w Jiawang rano była widoczność na 2 metry, popołudniu już na 3.  Jutro pewnie też się utrzyma, heh. Biegać nie idę. Robię sobie wolne do piątku. A robi się już coraz cieplej. To już praktycznie koniec zimy.

Lidia rozmawiała z dyrektorem:
– Zapytał czy byśmy nie poszli do tej szkoły co ostatnio.
– Dzisiaj?
– Tak?
– Ech, ale naprawdę dzisiaj? W sumie to lepszych planów nie mam, ale mi się nie chce.
– Mi też nie…to co?
– Kurczę, wiesz co? Właśnie mi się przypomniało że w piątek nie załatwiłem wszystkie w banku, a przecież ja wylatuję za tydzień i nie będę mieć kiedy tego załatwić, no i muszę iść dzisiaj zaraz po szkole.
– Naprawdę?
– …
– Aaa…rozumiem.
– Może w przyszłym semestrze.
– W przyszłym semestrze?
– Może będzie lepszy plan.
– A właśnie, rozmawiałam z nim i zaproponowałem żebyśmy w tym tygodniu nie robili zajęć tylko pozwolili uczniom odrabiać zadania domowe albo obejrzeć film.
– Świetnie.
Także nie dość że mogę zrealizować swój plan to jeszcze mam przyzwolenie szkoły. Innymi słowy tydzień filmowy, mam tylko nadzieję że nie znienawidzę przez to ‘Potworów i spółki’ bo ‘Śnieżkę…’ znam już na pamięć i nie jestem z tego zadowolony. Nie jest to zły film, ale zapewne sam z siebie bym go 14 razy nie obejrzał (15 w sumie). I dlaczego ta aktorka ma ciągle uniesioną górną wargę? Wygląda jak królik…sam pomysł na taką mroczniejszą wersję ‘Śnieżki…’ bardzo mi się podoba, ale ja mam ogólnie słabość do takich innych wersji znanych historii.

Przed lunchem wypatrywałem Shawna, ale Go nie wypatrzyłem. Pojawił się dopiero gdy kończyłem jeść, chwilkę z Nim pogadałem po czym się zebrałem do gabinetu. Weekend Shawna był wyjątkowo ekscytujący jak na weekend chińskiego ucznia z tej szkoły (tak jakby byli tam jacyś niechińscy uczniowie), był w Xuzhou i kupował książki i czasopisma.

Oczywiście moja nowa fryzura i brak owłosienia na twarzy wywołała furorę, wszyscy uważają że wyglądam dużo lepiej, a i ja się powoli przyzwyczajam do odbicia w lustrze. Zawsze zajmuje to parę dni, ale pewnie do powrotu powinienem już wiedzieć że ten bez brody to ja. Tylko to zimno…to naprawdę jest najgorsze. A patrząc na temperatury w Polsce zastanawiam się czy nie popełniłem strasznego błędy. Aczkolwiek nie jedną zimę przeżyłem bez brody i  nie raz zgoliłem ją za wcześnie.
Teraz jednak już jej nie zapuszczę, skoro ją zgoliłem to muszę żyć bez niej. Na całe szczęście mam szalik, a nawet dwa, więc nie powinno być tragedii.

Gorąco, ale to naprawdę gorąco polecam dzisiejszą galerię bo zawiera mnóstwo zdjęć ‘mgły’.