Lawrence

Zacznę od tytułu.
Poszedłem na lunch który zjadłem bez Lawrence’a, wychodząc poszedłem sobie kupić kawałek placka i poszedłem zrobić zdjęcie zamarzniętej kałuży (żebyście nie myśleli że u mnie jest ciepło).
– Cześć!
– Cześć, nie jadłeś jeszcze?
– Nie, właśnie idę. A pamiętasz co Ci mówiłem o jedzeniu tutaj?
– Tak, ale w gruncie rzeczy to się tym nie przejmuję.
Po czym poszedłem sobie do gabinetu, ale tuż przed wejściem do budynku dogonił mnie Lawrence.
– Mogę pójść z Tobą?
– Zjadłeś coś?
– Nie, ale coś kupię i wezmę od kolegów z klasy.
– No chodź, poznasz moją asystentkę bo dzisiaj została w gabinecie i się uczy.
– Ach…
– Lidia to Lawrence, Lawrence to Lidia.
– Mogłabyś mi dać jego adres? Bo byłem tam w weekend ale nie znałem adresu.
– Jak Bart będzie chciał podać Ci adres to Ci poda.
– Lawrence ja mam tylko dwa dni wolnego w tygodniu i naprawdę chciałbym w tym czasie odpocząć.
– Ale to tylko dwadzieścia minut…
– Bart, mogę porozmawiać z Nim po chińsku?
– Oczywiście
(…)
– Bart, jesteśmy przyjaciółmi, przepraszam jeżeli Cię uraziłem. Ja Cię bardzo szanuję i chcę Ci pokazać szacunek, więc jeszcze raz przepraszam. Rozumiem że jesteś bardzo zajęty, a ja teraz muszę iść coś zjeść.
– W porządku, w porządku idź.
– Nie mam pojęcia co mu powiedziałaś, ale dziękuję bo to już się robiło naprawdę dziwne.
– Powiedziałam tylko że może się nie zrozumieliście, że to jakieś różnice kulturowe i żeby uszanował Twój wolny czas.
Nie będę tutaj się bawił w jakieś analizy postaci, ale mam wrażenie że Lawrence’owi kogoś/czegoś brakuje, tyle tylko że ja tej luki Mu nie wypełnię. Teraz gdy usłyszał to od Lidii przynajmniej nie można powiedzieć że coś się zgubiło w przekładzie.

A wychodząc ze stołówki trafiłem na Wendy która akurat wchodziła i jak zawsze z uśmiechem na twarzy i Jej akurat mi brakuje…

Posiedziałem sobie z Lidią, Ona się uczyła, ja się uczyłem, także fajnie. Tylko Ona jest naprawdę chorowita, dzisiaj rano obudziła się z krwawiącym nosem bo miała zapuszczoną klimę i powietrze zrobiło się strasznie suche. Niech ta mama przyjedzie jak najszybciej. Nie dlatego że mam to zaproszenie na jedzenie, ale ktoś się Lidią powinien zająć, bo Ona się przepracowuje.

Następnie kulnąłem się na zajęcia do klasy numer osiem, która oprócz Wendy nie ma w sobie za grosz energii, co jest bardzo dziwne bo to przecież moja klasa, moi ulubieńcy…a jednak ciągle są padnięci na moich zajęciach. I to naprawdę ciągle, tydzień w tydzień. Aż mnie to ruszyło i powiedziałem Lidii, na co stwierdziła że powinienem porozmawiać z Nimi i się zapytać o co chodzi. No tak, ale tyle to ja sam wykombinowałem i zadałem to pytanie i nawet uzyskałem odpowiedź: ‘matematyka’. Wszystkie klasy mają gdzieś tam matematykę, niektóre zaraz po, lub zaraz przed moimi zajęciami więc takie usprawiedliwienie to nie jest usprawiedliwienie.

Po kolacji spotkałem Wendy, ponownie z uśmiechem na twarzy, i zapytałem się o co chodzi, czy może ja coś zrobiłem, a ta próbując coś wymyślić powiedziała że nie, tylko jej koledzy i koleżanki nie zawsze wiedzą co powiedzieć. No dobrze…klasa ósma to na chwilę obecną najsłabsza klasa z tych które uczę, zero energii nawet do żartów, a to już się bardzo rzadko zdarza. Na szczęście jutro pora na zajęcia konwersacyjne więc sobie poradzimy.

Klasa dwunasta za to w końcu obejrzała Śnieżkę i mogliśmy zrobić zajęcia, ale czuję że czeka mnie jeszcze z Nimi nie jedna walka o inny film. Z Nimi mogę walczyć bo to naprawdę porządna klasa, a taki film jako nagroda to żadna strata bo też się z niego uczą a by go obejrzeć muszą się postarać.

Podczas kolacji przysiadłem się do dwóch uczniów, ale nie mam pojęcia czy z moich klas bo Ich nie poznałem. Jeżeli z moich to jacyś tacy małomówni na zajęciach. I porozmawialiśmy sobie o Putinie, który jest tutaj bardzo lubiany i poważany. I nawet wiedzą, że Polska z Rosją to tak nie za bardzo się lubią. Aż mi się głupio zrobiło bo nie mam pojęcia jak układają się relacje na linii Chiny – Rosja. A układają się niesamowicie dobrze jak podaje internet.

Pojawił się też Lawrence, który przepraszał mnie i przepraszał i mówił że różnica wieku, że nigdy nie był za granicą, że wychowywał się w Chinach i dla niego to jest normalne (aczkolwiek jak Lidii powiedziałem o tym że codziennie jemy razem lunch i kolację to aż się dziewczyna skrzywiła) , a ja ciągle mówiłem że jest okej, nie jestem zły, tylko potrzebuję trochę odpoczynku i dla mnie nie jest to normalne. A potem powiedział coś bardzo osobistego o ojcu, matce, bracie i zrobiło mi się Go naprawdę żal, ale nijak nie mogę Mu pomóc. To jeden z takich problemów z którymi musi sam sobie poradzić.

I na tym poprzestańmy bo powoli ten blog zamienia się w opowieść o życiu Lawrence’a i chorobach Lidii.

Rano byłem pobiegać. Ruszyłem przed siebie o 614 i gdy zaczynałem bieg księżyc wisiał na niebie, sklepy były pozamykane, a ludzi na ulicach tyle co kot napłakał, nie ma co nawet myśleć o tym by kupić coś na targowisku, gdy kończyłem bieg słońce już wzeszło, sklepy powoli się otwierały a i sprzedawcy zjeżdżali się na targowisko. A ja biegłem. Wpierw powoli, a  z czasem coraz sybciej i szybciej chociaż wcale tego nie planowałem po prostu tak wyszło. Czasem tak wychodzi że umysł przejmuje władzę nad ciałem i biegnę nie zdając sobie sprawy z prędkości, to taki stan w którym bieg to sama przyjemność, a może nie tyle przyjemność co coś naturalnego, coś co było od zawsze i czego nie wyrzucę już siebie, tak jakbym to ja był biegiem a bieg był mną. Całkowita jedność, żadnego bólu, żadnych kolek, tylko gdzieś tam w tyle głowy kołacze myśl, że trzeba się streszczać bo mamy tylko godzinę, a chciałoby się dłużej bo co to jest taka godzina. Godzina biegu to nic…Dlatego dzisiaj nie dobiegłem nawet do przystanku autobusowego tylko zawróciłem kawałek za policją jeszcze przed sklepem na ulicy i nawet nie obiegłem tego trójkątnego rozjazdu, tylko od razu pobiegłem do domu bo bałem się że mi zabraknie czasu, zostało mi go jeszcze trochę więc zrobiłem sobie powtórny slalom między blokami i mogłem spokojnie wrócić do domu. Już się nie mogę doczekać piątku gdy znowu założę buty i ruszę do biegu. To jeszcze tylko 2 dni.

Poczta

No to tak…rano rzecz jasna nie spotkałem Lidii, ale miałem za mało czasu by napisać jej smsa i zapytać się co się stało. Wszystko wyjaśniło się w czasie pierwszych zajęć. Bidulka urządziła się porządnie i poszła do szpitala (mam podejrzenia że Ona z tym szpitalem trochę przesadza i poszła do jednej z tych otwartych przychodni których jest od groma). A ja prowadziłem spokojnie zajęcia, poopowiadaliśmy sobie bajeczki, poczytaliśmy indiańską bajeczkę i muszę przyznać że niektórzy moi uczniowie mają naprawdę sporą wyobraźnię, na przykład coś takiego (tylko wyjaśnię, mieliśmy dwa obrazki, na jednym dużym Indianin rozmawia z małą Indianką a na drugim niemowlak krzyczy a duży Indian biegnie w siną dal): to mąż i żona, ale dopiero się poznali i są bardzo młodzi, urodziło im się dziecko i ojciec ruszył by zdobyć jabłko dające siłę; albo to: to mąż i żona, urodziło im się dziecko, ale żona umarła, więc ojciec ruszył szukać nowej żony by dziecko nie płakało. No duma mnie aż rozpierała, ale nie tak jak później…

Od mojego ulubieńca ‘Jokera’ dostałem kartkę z życzeniami na Nowy Rok. Trochę za wcześnie, ale widać dostali je tak wcześnie. Dostałem też od uczniów z klasy czwartej, ale zdjęć nie robiłem jeszcze.  Wrzucę pod koniec tygodnia, niech Was ciekawość zżera ;)

Pokulałem się na lunch i w szybie już zauważyłem zbliżającego się Lawrence’a, który trząsł się z zimna jak galareta. Znaleźliśmy sobie ciepłe miejsce i zaczęliśmy rozmawiać.
– Wiesz, byłem u Ciebie na ‘osiedlu’ wczoraj?
– Tak?
– Szukałem Cię, a strasznie wiało.
– Mogłeś…no tak, nie masz mojego numeru.
– No właśnie, a nie wiedziałem gdzie mieszkasz.
– Ale zaraz, skąd właściwie wiedziałeś że to moje osiedle?
– Bo mój kolega z klasy mieszka na tym samym i Cię widzi.
– Ach.
– Na szczęście ma bardzo miłych rodziców i mogłem się u Nich w mieszkaniu ogrzać.
– No to dobrze.
– A słuchaj, w styczniu będziemy mieć trzy dni wolnego.
– Trzy dni? No to super.
– Może pojedziemy do Xuzhou?
– W styczniu? Zimno będzie.
– Zostanie Ci 20 dni tutaj, musisz coś zobaczyć!
– No masz rację, a z Tobą się nie zgubię bo Ty po chińsku się odczytasz.
– No to super.
– A właśnie, mam coś dla Ciebie.
– Co to?
– Miód. Jest bardzo zdrowy i dobry w takim chorobowym okresie.
– Dziękuję.
– Nie masz za co. Musimy o siebie dbać w końcu.
A potem się  pożegnaliśmy i mam wrażenie że ten prezent naprawdę Go poruszył, a to przecież ma się nijak do tego szalika.
Teraz takie kulturowe wyjaśnienie, w Chinach panuje coś takiego co nosi ładną nazwę guanxi a co można najłatwiej wyjaśnić jako sieć wpływów i wzajemnych relacji. W ogromnym skrócie: sprowadza się to do  budowania pozycji poprzez lojalność, uprzejmość i okazjonalne prezenty. A każdy prezent powinien być odwzajemniony. Nie można doprowadzić do sytuacji że się tylko daje, lub tylko dostaje. Jeżeli chce się coś załatwić to mały prezent zawsze jest dobrze widziany. I niekoniecznie muszą być to pieniądze. Wśród bliskich przyjaciół wygląda to trochę inaczej i nie trzeba każdego prezentu odwzajemniać, jednak…no wiadomo, dobrze jest (i to nie tylko w Chinach) się zrewanżować. A poza tym naprawdę fajnie jest widzieć że komuś się prezent spodobał.

No i po lunchu siedzę sobie w gabinecie ucząc się tego skomplikowanego, pod względem wymowy, języka i nagle mnie olśniło, więc pora na mały lingwistyczny wywód:
moi uczniowie nagminnie mówią ‘no thank you’ gdy im dziękuję , a że nie potrafię Im tego z głowy wybić to zastanawiam się dlaczego w Nich to siedzi i dzisiaj zrozumiałem ‘bu xie’ – ‘no thanks’  to Ich odpowiednik ‘nie ma za co’, czyli kalka.  Ha. Taka drobnostka a duma mnie aż rozpiera.

Pojawiła się  Lidia i wyjaśniło się dlaczego Jej nie była. Gardło zaczęło ją boleć i poszła do szpitala (no nie ma opcji, Ona mówi szpital ale ma coś innego na myśli). Stwierdziła że zjadła za dużo zimnych owoców. Tak, a tydzień temu jak Jej mówiłem że głos jej się zmienił to stwierdziła że to nic takiego.
A w ogóle to przyjedzie mama Lidii by się Nią zaopiekować. I tym razem zostałem zaproszony na obiad/kolację. W sumie to dobrze, że ktoś się nią w końcu zaopiekuje bo Ona ma widać za dużo spraw na głowie i to wszystko odbija się na Jej zdrowiu.

Kolejne zajęcia to klasy dwa i jeden. Okazało się że w nich Vicki przerobiła tekst z Indianami o czym poinformowali mnie  sami uczniowie. Ciekawe czemu w poprzednich czterech klasach nikt o tym nie wspomniał. Zapomnieli? Wszyscy? Ale żeby nikomu się nie wymsknęło że to robili? Raczej Vicki nie zrobiła tego wszędzie. No to wyciągnąłem plan awaryjny (bo zawsze należy mieć plan B i C) i zrobiliśmy coś innego. A klasa pierwsza rozprawiła się z tekstem awaryjnym bez problemów, bez najmniejszych problemów i bez podpowiedzi, przy pierwszym słuchaniu. To się nie zdarza. Zaimponowali mi niezwykle, ale ta klasa jest pełna dobrych i bardzo dobrych uczniów, którzy w dodatku są pełni energii i niezwykle chętni do współpracy, z takimi ‘praca’ to czysta przyjemność.

Po zajęciach poszedłem z Lidią do domu, zadzwoniłem do Jennifer by wyjaśnić dlaczego nie dostałem wypłaty (wylądowała na koncie Lidii po raz kolejny) i pojechałem na pocztę.

Hahahahah…
Przepraszam, ale nie mogę (piszę to drugi raz bo komputer się zawiesił więc wybaczcie brak świeżości).
Kupiłem 6 pocztówek, tym razem jednak nie takich składanych, ale tez bardzo ładnych i typowo chińskich. Zapłaciłem i usiadłem by wypełnić. Wypełniwszy uświadomiłem sobie że zapomniałem o kimś, więc zakupiłem jeszcze jedną. Myk tym razem polegał na tym że nie znałem kodu pocztowego, ale uznałem że najważniejsze jest to żeby pocztówka opuściła Chiny, więc napisałem miasto, ulicę, numer domu i kraj. Mam nadzieję że pocztowcy w Polsce sobie poradzą. Poszedłem więc do okienka by dokupić znaczków. Bo oczywiście znaczki trzeba dokupić. Pocztówki w Chinach, jak już dobrze wiemy, są drukowane ze znaczkami więc do przesyłek krajowych dopłacać nie trzeba, przesyłki międzynarodowe powinny być jednak trochę droższe niż niecały juan. Stoję więc w kolejce i podchodzi do mnie Pani która mi pocztówki sprzedała i pokazuje żebym wrzucił do skrzynki, pokazuję jej napis ‘POLAND’ a Ona mówi coś do koleżanki (zapewne pyta się o kraj), ta odpowiada (dość jednoznacznie pokazując na skrzynkę), ja trochę niedowierzając wyciągam słownik i pokazuję ‘POLAND’/’BOLAN’ a Pani się uśmiecha bierze pocztówki i wrzuca do skrzynki. Uśmiecham się, mówię ‘cajcień’ i wychodzę.
Śmieję się dalej jak głupi i sam nie wiem dlaczego. Wyobraziłem sobie  dwa główne scenariusze tego co Pani powiedziała:
1.’ Niech śle i tak nie dojdzie’
2. ‘Jest tutaj jedynym obcokrajowcem, oczywiście że to dostarczymy za niecałego juana’
I śmiałem się całą drogę do domu, ludzie na ulicy patrzyli się na mnie dość dziwnie, ale nie dziwię się im ani trochę, sam bym się na siebie patrzył. Jeżeli to dojdzie…co się nie zdarzy… to wybaczam Chinom ten brak pocztówek i wymuszenie na mnie poczty powietrznej w Xuzhou. Tak mówię że to niemożliwe, ale gdzieś tam w duszy kołacze mi myśl że przecież to są Chiny, tutaj wszystko jest możliwe, a jeżeli przesyłka wyjdzie z poczty to powinno być git. Taka drobnostka a ile radości.

Budzik na jutro nastawiony na 6, ubrania przygotowane, także będzie dobrze! I tak jak mówiłem dzisiaj uczniom: za jedną rzeczą w kraju nie tęsknię, za tym cholernym mrozem i śniegiem (technicznie to dwie rzeczy, ale rozumiecie).

Niedziela i przegapione #13

Zaczynając pisać tego bloga chciałem każdego dnia pisać minimum ~300 słów dziennie. To byłoby takie zupełnie optymalne, takie podstawowe minimum. Bo co to jest 300 słów każdego dnia. To nic, zupełnie nic. Ile to 300 słów? Sprawdźcie pierwsze notki, one miały właśnie tyle. To miało być moje minimum, ale im dłużej tu jestem tym więcej piszę. Word właśnie pokazuje ponad 68k słów. To daje nam średnią ponad 700 słów dziennie. Czyli ponad dwa razy tyle ile planowałem. Mam straszną fiksację na punkcie średnich, więc mam nadzieję że o tym zapomnę bo inaczej będę się starał usilnie pisać co najmniej tyle każdego dnia, nawet wtedy gdy nie będę mieć zupełnie o czym pisać. Pisałem już o tym że bałem się że tak będzie…na końcu tego pliku mam napis ‘Rezerwowe’, czyli pomysły na notki gdy stanie się to czego się boję. Nadejdzie dzień który przyjdzie mi podsumować słowami ‘był’. Tylko takie dni nie nadchodzą, każdy dzień przynosi coś nowego. Czy jest to jakaś rozmowa, czy jakiś obraz. Każdy dzień coś wnosi i pobudza do refleksji. A gdyby nie pobudzał? Kurczę, co by to było gdyby te wszystkie pozostałe dni tutaj były zupełnie jednakowe i na dodatek zupełnie nijakie. Takie właśnie ‘był’. Czy to w ogóle możliwe? Piszę to a wiem, że tutaj też wiele zależy ode mnie, od mojego nastawienia i tego co danego dnia robię. Jeżeli siedzę cały dzień w domu to ciężko oczekiwać by wydarzyło się coś na tyle wartościowego by napisać o tym te ponad 700 słów. Taki obrazek z środy bodajże, Lidia zaczyna:
– Chcesz coś z centrum Xuzhou?
– Hmm…nie.
– Kiedy tak właściwie byłeś ostatnio w Xuzhou?
– Hmm…z dwa miesiące temu, ale nie czuję potrzeby by tam częściej jeździć. Mi wiele do życia nie potrzeba.
– Haha, wiem, wiem.
I to prawda. Wiele mi do (właśnie dobiliśmy do 300 słów) życia nie potrzeba, nie widzę potrzeby wydawania pieniędzy na rzeczy w Xuzhou. Ani nie czuję się na siłach by szlajać się po centrum weekendami. Ktoś może stwierdzić że moje życie sprowadza się do pracy i biegania (czy ja już o tym nie pisałem?), ale nawet jeżeli tak jest to mi to nie przeszkadza tak bardzo. Mam na dysku mnóstwo gier, ale nie odpaliłem jeszcze ani jednej, a jestem tu ponad 3 miesiące (tak, o tym pisałem na pewno). Myślałem że tutaj, w tym konkretnym miejscu na świecie, ludzie będą myśleć podobnie i też będą mniejszą wartość przywiązywać do tego co się ma a większą do tego co jest. I w gruncie rzeczy tak jest, jedynie te auta są zastanawiające trochę.

A teraz pora na przegapione.

Klasy dla zdolnych
Chciałem o tym napisać już od jakiegoś czasu, ale ciągle coś mi wypadało. Skoro jednak dzisiaj zacząłem to dzisiaj skończę. W ‘mojej’ szkole są klasy przeznaczone dla uczniów z trochę lepszymi ocenami. Czyli nie tyle dla uczniów ‘lepszych’ co dla uczniów radzących sobie lepiej na testach. Oczywiście by dostać się do takiej klasy należy dobrze sobie poradzić na teście…lub mieć odpowiednio bogatych rodziców którzy zasilą konto szkoły pewną, wysoką, sumą pieniędzy. Dlaczego? Rodzice w Chinach uważają że jeżeli dziecko będzie przebywać w towarzystwie uczniów zdolnych i pracowitych to ich dziecko także weźmie się za naukę i będzie miało lepsze wyniki na testach, a przez to większe szanse na znalezienie dobrej pracy i poradzenie sobie w życiu. O ile część takiego podejścia jest zrozumiała (nadzieja na lepszą przyszłość), o tyle inna część (podejście do nauki nie udziela się osmotycznie) jest dziwna. Z kolei  twierdzenie że dziecko będzie bardziej zmotywowane do ciężkiej pracy wiedząc że rodzice załatwili mu miejsce w lepszej klasie przy pomocy pieniędzy jest, w moich oczach, najzwyczajniej w świecie naiwne (by nie powiedzieć że są to głupio wydane pieniądze). Może w Chinach faktycznie dzieciaki to motywuje, może świadomość tego że rodzice zainwestowali w Twój rozwój mnóstwo kasy wytworzy pozytywną presję (bo negatywną to wytworzy na pewno) i zamiast myśleć że za pieniądze można mieć wszystko i nie trzeba się tak naprawdę starać dzieciaki zepną poślady i będą siedzieć nad książkami z myślą o tym by dać z siebie jeszcze więcej. Może tak to działa w Chinach.

Lewandowski
W piątek skończyłem zajęcia w klasie 11 i podchodzi do mnie nauczyciel. Patrzy na mnie i mówi:
– Football, today?
– Eee…cold.
– Poland, Lewandowski!
– Dułej (czyli po chińsku tak)
– Dortmund!
– Dułej! Błaszczykowski!
I tak sobie pogadaliśmy trzymając się za ręce po czym Pan nauczyciel poszedł. Uczniowie się śmiali, powiedzieli że ten nauczyciel jest ‘uroczy’, więc uśmiechnąłem się i przyznałem im rację.
Tylko jakiś taki niesmak pozostał. Nie wiem czy uczniowie to wyczuli czy nie, ale ich Pan od Historii był wypity. I to mocno wypity sądząc z oddechu i chęci do rozmowy. Może w Chinach to nic takiego, może były to jego ostatnie zajęcia, jednak coś takiego nie powinno mieć miejsca.

Niedziela…
Oprócz porannego biegu nie ruszyłem się z domu ani na moment. W momencie gdy wskoczyłem w ciuchy domowe, umyty i wysuszony, włączyłem kompa, odpaliłem seriale i zapomniałem o reszcie świata. Nawet słówek nie powtarzałem. Najzwyczajniej w świecie mogłem się lenić cały dzień. I tak się leniłem że zupełnie zapomniałem o praniu które zrobiłem po porannym biegu. Moczyło się przez ładnych 7 godzin. Gdy się wyprało po raz drugi postanowiłem wrzucić je do suszarki, która od początku mojej bytności tutaj działała niewyobrażalnie głośno i brutalnie. I mówiąc brutalnie wyobraźcie sobie sytuację w której wkładacie coś do pralki i wychodzicie a gdy wracacie, po pięciu minutach, pralka znajduje się dwa metry dalej i sprawia wrażenie jakby nic się nie stało. Piszę suszarkę a mam na myśli coś w rodzaju centryfugi (pewnych słów się nie zapomina), lub bardziej po ludzku – wirówkę. Nie jestem przeciwnikiem podróżujących pralek, wręcz przeciwnie, jestem ogromnym zwolennikiem i można wręcz powiedzieć propagatorem ruchu podróżujących pralek (dlatego pomagałem tej która teraz znajduje się w dawnym mieszkaniu Lidii znaleźć się właśnie tam), tylko nie lubię przeszkadzać sąsiadom (bo i Oni nie przeszkadzają mi) dlatego też starałem się wirówki nie używać. Dzisiaj jednak naszła mnie pewna myśl ‘dlaczego to wkładka w środku jest w środku (1000 słów) i co się stanie jeżeli ją wyjmę’. A wiedzieć musicie że ta wkładka (plastikowe kółko) było w środku od momentu gdy się wprowadziłem i gdy Lidia pokazywała jak używać pralki i wirówki niczego nie ruszała. Od myśli do czynów droga nie jest daleka więc wyjąłem wkładkę, która dziwnie dobrze pasowała na górę wirówki i uruchomiłem maszynę. A ta zadziałała tak cicho że nie obudziła by nawet niemowlaka. W ten oto sposób do listy naprawionych tutaj rzeczy należy dopisać suszarkę.
Konsekwencją mojego dzisiejszego lenistwa jest mała ilość zdjęć, ale myślę że mi darujecie.

Poranny bieg był niezwykle przyjemny. Zacząłem za szybko, ale z każdym kolejnym kilometrem zwalniałem i czułem się coraz lepiej. Wybiegałem 17 kilometrów trochę ponad 91 minut, czyli może nie szybko, ale całkiem przyzwoicie i co najważniejsze – czułem się świetnie. Powtórzyłem trasę z piątku i myślę że to będzie moja standardowa wtorkowa trasa. Slalom wokół bloków w stronę starego centrum, nawrót przed elektrownią, lekki podbieg pod górę, nawrót przy szkole i powrót do domu. Powinienem zmieścić się w godzinie bez większych problemów, byleby tylko poranki nie były takie chłodne a będzie super. Brakowało mi takiego wybiegania, takiego długiego mentalnego odpoczynku, tak bardzo mi brakowało że nawet zastanawiam się czy nie pobiec jakiegoś maratonu w przyszłym roku, chociaż obiecałem sobie że teraz pora przede wszystkim na szybkość, bo na wytrzymałość jeszcze mam czas, ona się zwiększa z każdym kolejnym kilometrem więc trzeba męczyć się z prędkością póki jest to w miarę przyjemne…Tylko czy jest sens się w ogóle męczyć skoro takie bieganie daje mi najwięcej frajdy? Chyba nie, bo to w końcu ma być przede wszystkim przyjemność.

Patrząc dzisiaj na mapę potwierdziłem swoje przypuszczenia z wczoraj – park do którego dotarłem jest tym parkiem który google oznaczył jako park.

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak: http://www.endomondo.com/workouts/112215092

Sobota w Jiawang

Jest coś niezwykle poruszającego w ludziach spędzających czas samotnie na otwartej przestrzeni. Podobno jest nawet coś poruszającego w ludziach spędzających czas w ogóle samotnie. Ciężko mi to ocenić bo nie byłem świadkiem takiego zjawiska, ale tak podobno jest. Takie podglądanie samotności, lub pozornej samotności zmusza do przemyśleń, nawet jeżeli nie autorefleksji to przynajmniej chwili refleksji. Patrząc na kogoś kto siedzi samotnie najczęściej myślimy że jest samotny i w konsekwencji smutny. Tak jakby samotność i smutek były nierozerwalnie połączone. A przecież tak wcale być nie musi. Przypomina mi się gdy Ruby powiedziała jak jedna z jej uczennic widziała mnie siedzącego na ławce i pomyślała że muszę być bardzo samotny bo siedziałem sam i to bardzo długo. Wygląda na to że w Chinach nie możesz nawet rozwiązywać sudoku nie będąc podejrzanym o bycie samotnym i smutnym. Tutaj nie ma chwili wytchnienia od ludzi. Nawet w Jiawang, malutkiej mieścinie godzinę drogi do średniej wielkości miasta, miejscu typowo rolniczym, pełnym pustych budynków, mało ruchliwych dróg i pól nie można liczyć na chwilę samotności. Ciągle ktoś się przewija. To nie jest park o 7 nad ranem, to nie jest park o 3 w nocy, to nie jest park o 9 rano w zimie gdy nie ma nikogo tylko ja i droga. Nawet ślady na śniegu są tylko moje. Tutaj zawsze ‘ktoś’ jest. Dlatego dzisiaj tak bardzo poruszył mnie ten Pan siedzący w małym parku na tym składanym taboreciku. Siedział i patrzył przed siebie. I można sobie pomyśleć że siedział tam samotny i smutny bo umarła  Jego żona, dzieci się wyprowadziły i został teraz sam jeden na świecie więc przychodzi do parku gdzie kiedyś razem z Nią przychodzili na spacery bo było to miejsce pełne  ciszy, w tych burzliwych dla nich dniach gdy uciekli od swoich rodzin by potajemnie wziąć ślub po tym jak zakochali się w sobie gdy On stał przy drodze sprzedając ziemniaki a Ona przejeżdżała obok na rowerze. A może zamiast tego przychodzi tam by uciec od domowych obowiązków, które w Chinach przypadają kobietom a dzisiaj akurat nie miał ochoty pójść na ryby. Tylko właściwie to dlaczego nie miałby tam siedzieć i czekać na swoją żonę z którą się umówili że spotkają się w miejscu w którym poznali się wiele lat temu i urządzą sobie piknik na trawie łapiąc promyczki grudniowego słońca? Każda wersja jest równie prawdopodobna.

To teraz trochę o tym jak mi mija sobota. A dziękuję dobrze. Poleniłem się do 12, chociaż to nie do końca prawda bo w końcu wziąłem się za rozpisanie planów do końca mojego pobytu w Chinach i mam to z głowy. Zostało mi już tylko sześć tygodni, czyli dwanaście zajęć. Mało, bardzo mało. A poza tym posprzątałem. Po tym jak tydzień temu olałem sprzątanie w związku z moim kiepskim samopoczuciem w tym tygodniu wyczyściłem podłogi na błysk. Biegać nie poszedłem, postanowiłem dać sobie trochę luzu i zastanawiam się kiedy pójść biegać. Czy lepiej wyskoczyć w poniedziałek po zajęciach czy we wtorek pomiędzy nimi. Wtorek rano odpada zupełnie.  A może…Ale raczej między zajęciami.

Po lunchu, niezwykle ostrym swoją drogą czyli Chińska przyprawa dała radę, poszedłem na spacer. Postanowiłem też wstąpić do sklepu i dokupić orzeszków i kupić wkładki do butów. Nie spodziewałem się kupić swojego rozmiaru i oczywiście nie kupiłem bo nie było. Mam za to krótsze więc palce, albo pięty, będą trochę wystawać, ale z tym mogę żyć.

Tak spacerując po Jiawang natrafiłem na tego psiaka marznącego na dworze. To ten sam który parę tygodni temu tak uroczo ‘pozował’. Strasznie mi go żal bo biedak aż się trząsł z zimna. Nogi dzisiaj zaniosły mnie do nowego centrum gdzie odbywała się promocja czajników elektrycznych i ta Pani na scenie wiła się we wszystkie strony, ale nie śpiewała.

‘Odnalazłem’ także kościół, przed którym Pani uderzała w bębenek.

Idąc dalej trafiłem na taką bramę koło której przejeżdżałem kiedyś, ale tym razem postanowiłe ją przekroczyć i odnalazłem malutki park. Początkowo chciałem przez niego przejść i wyjść na prostą drogę do domu. Niestety po drugiej stronie parku znajdował się mur za którym płynęła rzeka więc nawet gdybym go przeskoczył to nic by mi to nie dało. Obszedłem więc park i dochodząc do wyjścia natrafiłem na tego Pana który mnie tak poruszył.

Tak chodząc po tym olbrzymim placu budowy który na mapie widnieje jako Jiawang natrafiam czasem na drzwi. Drzwi oczywiście są zamknięte, stoją w murowanym ogrodzeniu za którym powinna być budowa, ale nawet jeżeli za ogrodzeniem jest budowa to co jest za drzwiami? Dlaczego zniszczono budynki i zostawiono drzwi? Bo te drzwi prowadzą do czegoś innego niż to co kryje ogrodzenie.
Przez ogrodzenie możesz  przeskoczyć możesz sprawdzić co jest po drugiej stronie wystawiając rękę i robiąc zdjęcie, albo chociażby podciągając się i patrząc, ale drzwi? Nawet jeżeli spojrzymy przez dziurkę od klucza lub szparę w drzwiach to czy zobaczymy to co jest naprawdę za nimi? To co zobaczymy będzie jedynie częścią prawdy, niczym więcej jak wycinek rzeczywistości, jej maleńki fragment. A gdy je otworzymy to wszystko co jest za nimi przestanie być tajemniczą i stanie się rzeczywistością. Tylko wtedy pojawia się pytanie, kto tak naprawdę jest po drugiej stronie drzwi…

Zdjęcia z kolacji nie ma bo chociaż ją zjadłem to jej nie przygotowałem. Ot wyjąłem paczkę kiełbasy z sezamem i zjadłem. Do tego jeden kawałek tofu i już. Za to jutro będą zdjęcia bo jutro tofu będzie przygotowane. Mam nadzieję że dzisiejsze zdjęcia psów wynagrodzą Wam ten brak pożywienia.

Gwiazdy na niebie

Adam!
Deszcz odrodzony…gdy zacząłem pisać tego bloga chciałem od razu wyjaśnić o co chodzi, potem uznałem że wyjaśnię gdy nie będę miał o czym pisać, a teraz myślę że może wyjaśnię gdy wydrukuję bloga i wyjaśnię to we wstępie…a może nie wyjaśnię? Bo to przecież jest trochę intrygujące, dlaczego deszcz i dlaczego odrodzony…Podoba mi się Twoja wersja, bardzo prawdę mówiąc. Pisałem że Lawrence to teraz ‘śnieg odrodzony’? Chyba pisałem…

Teraz przypomniała mi się taka historią z, chyba, czerwca. Biegłem sobie w swoim parku, a żeby nie zwariować zmieniłem trochę trasę i biegnę…a tu nagle z naprzeciwka biegnę ja. Tylko starszy. Czapka ta sama, spodnie te same, buty to moje wysłużone lunarglide’y w których przebiegłem pierwszy maraton, nawet koszula z drugiego biegu rodzinnego z obciętymi rękawami (po tym poznałem że to ja, bo tylko ja mam koszulę z obciętymi rękawami) i tak biegliśmy po przeciwnych stronach, ja w jedną stronę, drugi ja w drugą. Młodszy ja z niedowierzaniem patrzył na starszego zamiast pod nogi i zaliczyłem korzeń, pozbierałem się, spojrzałem za siebie, ale starszego mnie już tam nie było.

Nieplanowana przerwa, przepraszam, już wracam do tematu.
W tym co mówisz może być wiele prawdy, zwłaszcza że mnóstwo, ale to mnóstwo uczniów mówi że szkoła/klasa to ich rodzina, bo to przecież z nimi jedzą, śpią i spędzają cały czas. Rodzinę spotykają tylko raz w miesiącu (a teraz raz na tydzień, ale wyjeżdżają w soboty popołudniu i wracają w niedziele popołudniu) i tak przez 9 miesięcy w roku (miesiąc wakacji zimowych i 2 miesiące letnich), więc szkoły stają się takim małymi koszarami przygotowującymi ich do pracy.
Zasadniczo to Oni tutaj pewnie znają jedno słowo –  ‘friend’, ale chyba im więcej nie potrzeba bo tutaj naprawdę każdy dla każdego stara się być przyjacielem. Chociażby ten szalik, albo te wieczorne spacerowanie po szkole i rozmowy o życiu. To po prostu jest jedna wielka rodzina w której każdy o każdego dba. Za to nadużywają ‘love’, ale to jest wina języka chińskiego w którym ‘kochać’ i ‘lubić’ są niezwykle blisko siebie znaczeniowo. Bardzo mnie to ciekawiło więc zapytałem się i Lidii i uczniów i ładnie mi to wyjaśnili, a teraz ja wyjaśniłem i wszyscy  już to rozumiemy.
I tak między nami mówiąc, cieszę się że nic Ci się nie stało, pamiętam z początków naszej znajomości że też byłeś po solidnym wypadku, więc chłopie uważaj na siebie.

A w klasie 9 zagadała mnie Brigitte:
– Będzie nas Pan długo uczył?
– Taką mam nadzieję.
– Ale Pan nie wie…
– Bardzo chcę…
– My też chcemy.
– Ale…
– To skomplikowane?
– Tak, to skomplikowane. Bo w dalszym ciągu nie mam kontraktu na kolejny semestr, ale naprawdę bardzo chcę tu zostać.

A potem poszedłem biegać i zapomniałem o tym wszystkim…o tym że nie mam kontraktu, że chciałbym już wrócić i pobiegać po parku, że wkurzył mnie ten tydzień i o innych rzeczach. Przez tę godzinę z małym hakiem byłem znowu wolny. I owszem łapała mnie kolka, ale to chińska kolka do której przywykłem i w ogóle nie czułem zmęczenia mięśniowego. Ciało też już się nie mogło doczekać.

Lunch w domu i najadłem się porządnie. Lubię te swoje domowe obiady. Nikt mnie tak nie nakarmi jak ja się sam karmię.

Powrót do szkoły i 13/11/12/14. W 13 nie udało się odtworzyć filmu więc sobie porozmawialiśmy, w 11 nawet nie próbowałem tylko od razu rozmawiałem, za to 12 dostała ten film i ponownie Śnieżka skończyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Czternastka też dostała film, w końcu obiecałem bo dzieciaki spisały się ostatnio na medal.

Po zajęciach oczywiście na kolację do jedynki i trafiłem uczniów z klasy numer dwa (a może to jedynkowcy? Chyba dwójka jednak, bo jedynka to Nobby), zapytałem czy mogę się przysiąść:
– Oczywiście.
– Nie lubi Pan warzyw?
– Jadłem to wczoraj…
– Pyszne nie jest…
– Ano nie jest.
– Słyszałem że prezydent Polski zginął w samolocie dwa lata temu.
– Tak.
– A razem z nim ponad 90 osób.
– Tak jest chłopaki. To był bardzo smutny dzień.
– A ten nowy prezydent to taki gruby jest…
– Hahaha…no nie da się temu zaprzeczyć.

Gdy tak sobie jadłem czekał na mnie Lawrence i ponownie poszliśmy sobie pochodzić po szkole.
– Będzie mi smutno w czasie wakacji zimowych.
– Czemu?
– Bo tu wszyscy jesteśmy jak wielka rodzina, poza tym ciebie też nie będzie.
– Ale wrócę, a jak nie wrócę to mam twoje qq i będziemy w kontakcie nawet gdy będę w Polsce, muszę ci podrzucić linka do strony z moimi zdjęciami to będziesz mógł oglądać co robię.

Pożegnaliśmy się i popatrzyłem w niebo…a tam gwiazdy. Pierwszy raz w Chinach zobaczyłem gwiazdy. To dobry znak więc ruszyłem na zakupy. Najpierw sklep pod domem. Bób, mleko i inne pierdoły. Do domu, zapakować wszystko i kolejny sklep: orzechy, warzywa i sklep trzeci: mięso, reszta warzyw, picie, inne mięso, tofu, przyprawa (w końcu zdecydowałem się na jakąś przyprawę) i można wracać do domu. A raczej do Pana Obwoźnego, który nie miał ani jabłek ani mandarynek, więc musiałem zadowolić się bananami, gruszkami, limonkami, słonecznikiem (został mu już tylko jeden worek…) i niczym więcej. Po jabłka i mandarynki poszedłem do sklepu pod domem. Także piątkowe wieczory są niezwykle pracowite. Trzeba obskoczyć tyle sklepów żeby kupić tylko kilka rzeczy. A w gruncie rzeczy mógłbym na to machnąć ręką i wszystko kupować pod domem, ale nie można się aż tak ograniczać.

Z niepokojem patrzę na jutrzejszą prognozę pogody bo zapowiada się naprawdę chłodny dzień a aż chciałoby się wyjść pobiegać. A w sumie to czemu nie…Zobaczymy jak to będzie jutro. A teraz już kończę bo chciałem napisać tylko kilka zdań a skończyło się na półtorej strony i ciągle siedzę w ubraniu w którym przyszedłem z zakupów. To już nałóg. Dobrze chociaż że ktoś tego bloga czyta bo inaczej byłby bo nałóg pisany do szuflady.

Czwartkowe okienka

Czwartki to dni męczące, ale ten dzisiejszy był inny. Dzisiejszy czwartek był przyjemny, a kończy się tak że aż chce mi się skakać. Chociażby dlatego warto napisać o nim kilka słów.

Na pierwszy ogień klasa 9 i ponownie Lidia nie przyszła, uczy się do tego egzaminu który ma za rok dopiero. Zajęcia poszły bardzo sprawnie, dzieciaki się rozgadały, więc fajnie. Następnie, już w dwójkę, poszliśmy do klasy 10. I tam powtórka z wczoraj czyli rozdawanie dwóch stron z angielskimi przysłowiami i powiedzeniami, które były pomysłem Lidii. No i tak standardowo dzieciaki na nie popatrzyły posłuchały co z nimi zrobić i nawet kilka się zapytało o znaczenie a potem sobie pogadaliśmy, więc ciągle na plus.

Jeszcze w przerwie Lidia powiedziała żebym wziął resztę tych kaczych szyi bo się zmarnują. No to wziąłem z myślą że wszamam je jutro na obiad. Podgrzane. I przy okazji zachęcam do odwiedzenia galerii gdzie możecie pooglądać zdjęcia. Staram się im nie przyglądać bo myślę że straciłbym apetyt.

Lunch…Na lunchu wypatrywałem Lawrence’a z nadzieją że może źle przeczytałem wiadomość i jednak się pojawi. Nie, nie pojawił się i miałem okazję zjeść lunch w samotności. Pierwszy raz od dawna prawdę mówiąc. I tak trochę mi tego brakowało. Fajnie jest sobie pogadać przy obiedzie, ale fajnie jest sobie też pobyć samotnym w tym tłumie nastoletnich chińczyków. O ile można być samotnym gdy dziesiątki par oczu są zwróconych na Ciebie. Na szczęście po trzech miesiącach nie budzę już takiego zainteresowania jak kiedyś i nie przykuwam uwagi gdy jem w stołówce. Z jednej strony cieszyłem się dzisiaj że mogę zjeść w wewnętrznej ciszy, ale z drugiej żałowałem że Oni jednak nie próbują i nie chcą ze mną porozmawiać. W sumie…w taką pogodę to nawet Ich rozmowy jakoś ucichły. Klasy są jakieś bardziej ściśnięte i ludzie niby bardziej zamknięci w kurtkach ale to chyba tylko taka metafora bo bardziej zamknęli się w sobie i opatulili się grubą warstwą ochronną nie tylko przed zimnem ale także przed innymi ludźmi. A może po prostu się wstydzą?

Po lunchu poszedłem w stronę sklepiku i kogóż to widzą moje oczęta? Oto i Lawrence…i teraz mnie olśniło…W wakacje pokonał mnie Wawrzyniec, więc teraz w Chinach dostałem szansę by się z Nim zaprzyjaźnić i zamiast w przyszłym roku stanąć z Nim nie do walki ale do współpracy…A wracając do Larence’a to powiedział że nie poszedł do jedynki bo nie czuł się najlepiej i nie chciał mnie zarazić. Razem poszliśmy do sklepu, kupiłem sobie napój sezamowy (strasznie tutaj drogi, ale kubek mi się już zużywałem więc potrzebowałem czegoś z innym kubkiem) i lizaka. Pogadaliśmy chwilę i wróciłem do gabinetu.

A tam czekały na mnie dwie wiadomości. Jedna od firmy z wtorku i jedna od firmy z soboty. W pierwszej stwierdzili że bardzo mi dziękują ale jednak zdecydowali się  na kogoś innego (i w sumie to dobrze, bo najlepszego wrażenia na mnie nie zrobili), a z drugiej że są jak najbardziej za i już chcą się zająć papierkową robotą. Także jest dobrze, mam już dwie takie poduszki bezpieczeństwa. Bardzo mnie to pozytywnie nastawiło, zwłaszcza że ta druga jest całkiem fajna. Owszem w miejscowości większej, trochę chłodniejszej ale zaledwie półtorej godziny pociągiem od Pekinu. I to tanim pociągiem. Mniej godzin, mniejsze klasy, zajęcia przygotowane, ludzie poprzydzielani do grup według testów, czyli jak na Chiny bardzo porządna szkoła. I pewnie mają ogrzewanie. A naładowało mnie to energią bo musiałem przygotować lekcję demonstracyjną. No i ‘dała radę’.

Po lunchu 1/2/4 i porozdawałem kartki a potem uznaliśmy w każdej klasie że obejrzymy sobie film. I się trochę pośmialiśmy. Lidia na nas krzywo nie patrzyła bo pojechała do Xuzhou. A w klasie drugiej i czwartej powiedziałem że to sprawdzian.  I łyknęli to jak małe pelikaniątka. Na szczęście potem zobaczyli co to i zaczęli się śmiać.

A po zajęciach kolacja i do tofu wziąłem zieleninę. I tak mnie wyszło 3.3 RMB. Gdy tak sobie jadłem w ciszy i spokoju wpadł Lawrence.
– Wiesz, zostało mi już tylko 6 tygodni…
– To bardzo krótko.
– Tak, bardzo. Bardzo chcę tu zostać.
– Wiesz, niezależnie od tego czy zostaniesz to przeżyłeś niesamowitą przygodę.
– Tak, ale nic się nie bój. Mam Twój numer, więc będziemy w kontakcie.
– A słuchaj, moja asystentka dostała od swojej znajomej takie coś.
– Co to?
– Kacze szyje. Chcesz?
– Nie…nie lubię mięsa prawdę mówiąc.
– Ach…to podobno wielki przysmak.
– Może…ale to chyba powinno być podgrzane.
– No właśnie mnie też to dziwi i to samo jej powiedziałem. A ona stwierdziła że nie musi i jadła to zimne.
– Jest zimno więc nie powinno się jeść tego na zimno, ale różni ludzie lubią różne rzeczy.
– No jasne…Wiesz co? Nie ma na świecie pieniędzy które przekonałyby mnie do przeprowadzki do Harbinu.
– No tak, tam jest bardzo zimno. Za to w Wuhan nawet w zimę jest 10-15 stopni.
– W zimę to super, ale w lato bym chyba nie wytrzymał.
– Wiesz, czasem jak rozmawiam z ludźmi to mówią że widzą jak biegasz.
– Tak?
– Mówią że widzą takiego wysokiego białego, ale masz podobno całą twarz zasłoniętą.
– Hahaha…tak.
– Dlaczego?
– Usta mam zasłonięte bo przez usta oddycham i muszę chronić gardło. A głowę mam osłoniętą bo gdy nie mam to łatwo mogę się pochorować.

Dzisiaj czeka mnie jeszcze jedna rozmowa. Przełożona z poniedziałku gdy Pani nie przyszła, przełożona z środy gdy napisaliśmy sobie ‘Hi’ a po 30 minutach be żadnej reakcji postanowiłem sobie pójść. Pani jednak zaskoczyła mnie swoją upartością. Po godzinie jak sobie poszedłem wysłała mi smsa, na którego już nie odpisałem, po czym rano wysłała mi kolejnego z pytaniem czy wszystko jest w porządku bo się martwi. Umówiliśmy się więc dzisiaj na kolejną próbę i zobaczymy. Ta szkoła ma trochę inne podejście bowiem w niej uczy się innych przedmiotów po angielsku, ale co ciekawe nie są potrzebna uprawnienia z tych przedmiotów. A może mają też szkołę językową? Dzisiaj powinienem się dowiedzieć.

A dlaczego cieszę się jak dziecko? Bo jutro jest piątek. A to oznacza że jutro idę biegać. I zgodnie z obietnicą koniec interwałów, a jedynie spokojne klepanie kilometrów. Styczeń będzie popierdzielony, mam nadzieję że także luty więc na jakieś inne cuda nie ma się co nastawiać.

Mafia

Zacznijmy jednak od smsa o 740, bo Lidia napisała że się spóźni bo musi odebrać przesyłkę. Czyli dwie pierwsze lekcje ponownie prowadziłem sam. Dzieciaki się rozgadały więc duży duży plus. A potem poszedłem do gabinetu i spotkałem Lidię zajadającą jakieś mięso:
– Byłam to odebrać, dostałam od znajomej. Skosztuj.
– Ale to nie jest pies?
– Nie!
– Ani kot?
– Nie!
I tak żuję i żuję…
– Dobre, prawda?
I żuję…zimne mięso przyprawione dość solidnie, ale trochę kościste.
– No dobre…
– To kacza szyja. Wielki przysmak w Wuhan, stolicy Hubei. Jakbyś tam pojechał to mógłbyś to kupić wszędzie, ludzie to jedzą jako przekąskę siedząc przed telewizorem.
– I to naprawdę nie powinno być gorące?
– Nie. Może być, ale chłodne jest bardzo popularne.
Co kto lubi, kacze mięso nigdy mi nie podchodziło, poza tym dzisiaj jestem strasznie, ale to strasznie negatywnie nastawiony do świata. Jakaś taka aura nieprzyjemna…Nie wiem czy to z powodu tej wymuszonej przerwy biegowej (w piątek pójdę biegać na pewno, bo już wszystko jest okej) czy z jakiegoś innego powodu, ale jest tak jak jest i muszę się z tym pogodzić. Jedyne co mogę zrobić to wyrzucić całą tę złość i znowu patrzeć z optymizmem na świat. Innymi słowy nie mogę doczekać się piątku kiedy znowu zawiążę buty i pójdę klepać kilometraż. Interwały w taką pogodę to zdecydowanie nie moja bajka. Nigdy ich nie stosowałem w zimie i zmieniać zwyczajów nie zamierzam.
Zwłaszcza że robi się coraz chłodniej. Rozumiem że nie mogę narzekać bo w Polsce leży już śnieg i można nieźle zmarznąć, ale tutaj też jest zimno. Różnica między dniem a nocą sięga 15 stopni. Straszna sinusoida.

A że to okres chorobowy i dzieciaki padają jak muchy mówić nikomu nie trzeba, najlepszym przykładem jest Lawrence którego dzisiaj nie spotkałem w porze lunchu i tak sobie pomyślałem ‘ciekawe czy się chłopak pochorował’. Odpowiedź uzyskałem od razu po włączeniu komputera i sprawdzenia wiadomości na qq ‘Bart, przeziębiłem się wczoraj, więc do końca tygodnia nie będę chodził z Tobą na lunch, uważaj na siebie.’ To urocze że nawet w stanie chorobowym myśli o mnie i chce żebym uważał na siebie i się nie rozchorował. No to musze uważać, prawda?

A potem mijają kolejne zajęcia i nagle Lidia mówi że boli ją ząb bo ostatnimi czasy je bardzo dużo słodkiego. A wczoraj wieczorem to zjadła trzy czekoladowe batony bo tak jej smakowały…Na moje oko to próchnica ma się tam całkiem dobrze  i cukier jej bynajmniej nie pomaga.
Z ostatnich zajęć się urwała bo musiała iść się uczyć. Jej znajomi tyle się uczą, a ona nie chce pozostać w tyle.

No to tyle o Lidii, jej diecie i pracy. Mówię, jestem strasznie negatywny dzisiaj więc może przedstawiam coś w jakimś niepozytywnym świetle. Jak mi przejdzie to przedstawię raz jeszcze w bardziej pozytywnym.

To właśnie w takie dni najbardziej brakuje mi książek. W takie dni kiedy jest już za zimno by ruszyć wieczorem na rower czy zwyczajnie na spacer. Kiedy pod ręką mogę postawić sobie kubek gorącej herbaty i powoli łyk za łykiem i strona za stronę zanurzać się głębiej w inny świat.

Albo odpalić konsolę i dać się ponieść. Jeżeli tu wrócę to na pewno wrócę z konsolą. Teraz mogę spokojnie odpalić jakąś grę, mogę grać w kilkadziesiąt gier na GBA jakie mam na dysku, tylko kwestia jest taka że mi się zwyczajnie nie chce. Nie czuję się na siłach by uruchamiać cokolwiek i poświęcać swój czas na gry. Nie dlatego że uważam to za marnotrawstwo, bo nigdy nie stwierdzę że gry to marnowanie czasu. Najzwyczajniej w świecie wolę odrzucić głowę do tyłu i obejrzeć jakiś serial, albo odpalić memrise.com i uczyć się chińskiego.

Zdaję sobie sprawę że moje życie tutaj jest dość minimalne, ale w gruncie rzeczy oprócz książek niczego mi nie brakuje. Pewnie gdyby było lato to nawet z internetu mógłbym zrezygnować bo miałbym się czym zająć. Brakuje mi tylko biegania…Ach to uzależnienie.

No dobrze, ale w końcu niech będzie o tej mafii. Jest taka gra zwana mafia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_w_mafię) w którą dzisiaj graliśmy na konsultacjach. Lidii podobała się bardziej niż dzieciakom, ale to pewnie dlatego że było nas tak mało. Raptem sześcioro plus sędzina. Kto wie może jeszcze zagramy.

A czasem…

Musimy podjąć ciężką decyzję i zrezygnować z porannego biegu. Zamiast niego można dłużej posiedzieć w łóżku i poczytać…
Tylko to nie jest prawdziwe czytanie. Gdy nie można dotknąć stron, powąchać tuszu, potem jeszcze raz przejechać palcem po papierze by wyczuć gramaturę i spróbować dotknąć liter by jeszcze bardziej zgłębić się w to co jest napisane. Tekst się nie zmienia, wartość merytoryczna jest ciągle taka sama, więc książka powinna działać na odbiorcę w taki sam sposób, a jednak zmienił się środek przekazu. To trochę jak przejście z radia do telewizji. W czasie audycji radiowej słuchacze są zdani na własną wyobraźnię, a w telewizji wszystko mamy podane na tacy. Telewizja jest banalna w odbiorze, nie pozostawia niedomówień, pokazuje nam wszystko. Radio podaje nam tylko część informacji na tacy. A książką? W książce sami odpowiadamy za to kto jak wygląda, nawet jeżeli autor podał nam ich opis to możemy sobie ich zmienić tak by nam pasowali. Czytając książkę tylko częściowo zdajemy się na autora i to w jaki sposób opisuje on świat. Bo opis nigdy nie będzie w pełni kompletny (właśnie przed oczami mam opisy z „Nad Niemnem”, a raczej miałbym gdybym w ogólniaku poświecił czas na przebicie się przez te opisy…jakoś nie mam problemów by spojrzeć w lustro z tego powodu) i zawsze będzie subiektywny bo ‘piękny’ nigdy nie będzie znaczyło tego samego dla każdego z nas. Może dlatego nawet dobrze się stało że mój blog trafił na blox.pl gdzie muszę  męczyć się ze zdjęciami i z nich rezygnuję. Gdybym wrzucał zdjęcia tutaj rozwiewałbym od razu wszystkie wątpliwości, a tak pozostawiam nutkę tajemnicy, przynajmniej do momentu aż klikniecie w galerię.

Także moje czytanie obecnie ogranicza się do czytania wiadomości, for, oraz stron dla nauczyli. W domu zostawiłem 4  nieprzeczytane tomy ‘Pieśń Lodu i Ognia’ i co najmniej 5 innych książek, do których dołożyłem jeszcze 2…Za krótko będę w Polsce by to przeczytać. A ważą za dużo by je zabrać ze sobą…Parę lat temu, gdy zapierdalałem (wybaczcie, ale praca nie pasuje do tej czynności ani trochę) na magazynie czytałem ‘Kafkę nad morzem’ Murakamiego. Czytałem i czytałem…i pamiętam że strasznie bolało mnie to ile muszę wydać na tę książkę, ale potem nie miało to żadnego znaczenia. Czytałem i czytałem…i musiałem ustalić sobie limit przeczytanych stron dziennie, 50 pamiętam do dzisiaj, bo nie chciałem by książka się skończyła. Murakami stworzył w ‘Kafce…’ świat w którym się zakochałem. Świat który dał mi kolejny powód by jechać do Japonii. To nie jest zwykła książką, to coś więcej…i brakuje mi jej teraz okropnie. Bo właśnie teraz chciałbym wrócić do Kafki i Nakaty. Wrócę Panowie, wrócę do Was, ale jeszcze nie teraz.

Ach tak…wtorek…no cóż, wtorek minął i właściwie tyle mogę o nim powiedzieć. Są czasem takie dni które po prostu mijają.
Znowu trafiłem na Lawrence’a w porze obiadu i znowu nie trafiłem na niego w porze kolacji. W szkole wymieniają okna i kładą kafelki w ubikacjach, także kto wie, może będzie cieplej…Przed lunchem Wendy próbowała mnie wystraszyć i już wiem gdzie tak biegnie…otóż biegnie umyć głowę. Uroczy dzieciak, mam tylko nadzieję że udaje jej się coś zjeść.

Miałem też jedną rozmowę, bo wczorajsza druga się nie odbyła, ponownie fajne miasteczko nad morzem, blisko do Szanghaju, cieplutko, też szkoła publiczna, tylko kasa praktycznie dwa razy mniejsza. Także muszę się  nad tym solidnie zastanowić. Dzisiaj czeka mnie jeszcze jedna, a jutro ta z wczoraj. I to będzie na tyle bo niestety mam za mało lat pracy by się załapać do British Council.

W Jiawang nie ma śniegu. Rok temu nie spadł w ogóle. Jedyne co przypomina śnieg to te białe  lampki ledowe na drzewach.
A dzieciaki lubią śnieg, są nim wręcz zafascynowane…Za śniegiem nie tęsknie ani trochę, ani ciut ciut.

Nie mogę już się doczekać piątku kiedy znowu założę buty i pobiegnę. Wiem że będzie zimno, jestem na to przygotowany i im dłużej nad tym myślę tym bardziej przekonuje mnie myśl by teraz potulnie klepać kilometry a nie bawić się w jakieś interwały czy inne cuda. Zawsze, ale to zawsze gdy potulnie jak baranek zaczynałem w listopadzie forma przychodziła na początku kwietnia, ale to było po miesiącu przerwy. Teraz nie było miesiąca przerwy, ale też nie mam powodu by szykować formę. Mogę więc sobie spokojnie klepać te kilometry. Nikt mnie nie goni i nie zmusza by się sprężać. Mogę sobie spokojnie wyjść w piątek zrobić 14 kilometrów i to samo powtórzyć w niedzielę. Nie mam nad sobą ani bata ani presji osiągnięć. Jestem od tego wszystkiego wolny, mogę biegać by po prostu biegać.

Ciekawostka biologiczna: Chińczycy są przekonani że Pandy należą do kotowatych. Panda to wielki kot…W sensie Panda Wielka to wielki kot. Dzisiaj to by mnie zjedli gdy powiedziałem im że to niedźwiedziowaty.

Prezent…

Tym razem z trzema kropkami. Wstałem rano z lekkim bólem gardła co jest bardzo, ale to bardzo złym objawem jak dla mnie. Dodajmy do tego zmęczone mięśnie, swędzenie na podniebieniu i mamy doskonały powód by kupić lekarstwa. Dokulałem się do gabinetu w którym pierwszy raz od dawna spotkałem Lidię i zaraz potem ruszyliśmy na zajęcia. Tylko po to by po chwili odbić się od uczniów i wrócić do gabinetu. Co się  stało? Dzisiejsze poranne zajęcia zaczęły się o 830, ponieważ przez weekend nie było prądu w szkole. I okolicznych mieszkaniach, o czym powiedział mi wczoraj Damon. Pogadaliśmy z Lidią i okazało się że nie musi wracać teraz do domu bo egzamin na prawko ma dopiero 19 grudnia, a i to nie jest pewne. Tylko w tym tygodniu będzie musiała do Xuzhou się ruszyć bo musi się zarejestrować na egzamin nauczycielski (cy cuś), który będzie miała dopiero za rok. Także w tym tygodniu będzie mi towarzyszyć na zajęciach. Tak sobie rozmawiamy i rzuciłem temat nowego kontraktu, więc Lidia powiedziała żebym się nie martwił bo uczniowie i szkoła są ze mnie bardzo zadowoleni i lepszego nauczyciela ode mnie nie mieli. Posłodzić posłodziła i nawet zapytała czy ma się skontaktować z Szefem w sprawie kontraktu, ale jeszcze nie. Aż takiego parcia nie mam.

W drodze na lunch wpadłem na Lawrence’a który miał coś dla mnie. Nasze zdjęcia i szal…
– Dalej jeździsz na rowerze do szkoły?
– Dalej.
– To ci się przyda. Masz czapkę na głowę, ale potrzebujesz czegoś na gardło.
Aż się wzruszyłem. Złoty chłopak z niego.
– Słuchaj, tata się mnie pytał jak to jest że masz 28 lat a się tak dobrze dogadujesz z nastolatkami.
– Myślę że to dlatego że pomimo mojego wieku dalej potrafię myśleć jak nastolatek. To wszystko jest w głowie.
– Masz rację.

I tak dzisiejsze zajęcia poszły bezboleśnie. Może z wyjątkiem pierwszych które sprawiły że diametralnie zmieniłem dzisiejszy plan. Zamiast filmu zrobiliśmy godzinę rozmów. Co też mieści się w planie zajęć. Skoro kawałek filmu był za długi i pomimo napisów za trudny to trzeba go pociachać na jeszcze mniejsze kawałki i dołożyć pytań.

Wczoraj dostałem filmy od Damona, dzisiaj od Lawrence’a i Elaine (o tym za chwilę) także filmów mi na długo nie zabraknie. Tylko co z tego skoro naściągałem sobie seriali. Film to spore wyrzeczenie  czasowe na które w chwili obecnej mnie nie stać.

A po zajęciach wróciłem do gabinetu i postanowiłem że nie wrócę do domu tylko w gabinecie porozmawiam z Elaine w sprawie pracy. I tak zeszła mi godzina. Najdłuższa rozmowa na jakiej byłem…ale bardzo pozytywnie. Widać że Elaine uwielbia swoje miasto, przesłała mi filmy je promujące (kiedy ja to wszystko obejrzę) poopowiadała o nim…tutaj prowincji bym nie zmienił, mieszkałbym nad morzem, do Pekinu miałbym ~3 godziny, podobnie do Szanghaju, oczywiście większe miasto (‘takie średnie, osiem milionów’), o takich drobnostkach jak większa kasa, mniejsze klasy czy sprzęt działający bez problemu nie wspomnę. I to wszystko wygląda fajnie, zwłaszcza że szkoła się rozwija, rozbudowuje, w tym roku otwierają nowy budynek, za rok planują następny…Czyli wszystko super…tylko…scenka:
– Czy Nobby jest wysoki?
– Nie…
(Cała klasa w śmiech)
– Jest przystojny?
– Nie…
(Cała klasa w śmiech)
– Odważny…?
– Nie…
(Cała klasa w śmiech)
– Nie chcę tego imienia.
– Właśnie dlatego mnie to bawi, bo Ty jesteś dokładnym przeciwieństwem Nobby’ego z książek.
(Cała klasa w jeszcze większy śmiech)
– Czy Nobby jest wyrozumiały?
– Jest…
– To imię może zostać, bo ja też jestem wyrozumiały i (patrząc na klasę) wybaczam Wam.
I na pewno tam dzieciaki też będą super…ale za tymi będę tęsknić…i tak będę, nawet jeżeli tu zostanę na dłużej, to przecież oni pójdą klasę wyżej…i teraz mnie uderzyło że żadnego ucznia z Polski nie wspominam tak ciepło, żaden mnie w Polsce nie zatrzymał…jeden Filip był fantastyczny, ale tylko On jeden…a to za mało. Tutaj przygniata mnie to że Ich jest ponad siedmiuset i nie mogę każdego poznać na tyle by do Niego/Niej podejść indywidualnie. W szkole prywatnej nie miałbym z tym problemów…tylko tam z kolei specyfika pracy będzie inna. Ach…zobaczymy jak to się wszystko potoczy.

Jeszcze jedna scenka, z klasy trzeciej.
– W niedzielę chciałam iść z moją najlepszą przyjaciółką na zakupy. Odstresować się po całym tygodniu nauki. Ale tata zaczął na mnie krzyczeć, powiedział że mam się uczyć matematyki i mnie uderzył.
– (czy na to jest dobra reakcja tutaj?)
– A potem zaczęliśmy na siebie krzyczeć.
– Wiesz, rodzice moich znajomych często na nich krzyczeli żeby się uczyli, ale to tylko dlatego że im zależy na tym by dzieci radziły sobie w życiu lepiej niż oni sami. Twojemu tacie także na Tobie zależy.

Uderzył…
No to jeszcze jedna.
– Niektórzy nie muszą ciężko pracować by coś osiągnąć, niektórym wszystko przychodzi łatwo. A ja na wszystko muszę pracować, muszę poświęcać więcej czasu na naukę niż inni.
– Wiesz, gdy zacząłem biegać a potem zacząłem startować w wyścigach byłem bardzo szczęśliwy że nie jestem urodzonym biegaczem, że nie jestem utalentowany, że nigdy nie byłem szybko i że nigdy nie lubiłem biegać. Bo gdy patrzę na to co udało mi się wybiegać wiem że osiągnąłem to wszystko swoją ciężką pracą i zawdzięczam to tylko i wyłącznie sobie a nie komuś lub czemuś.

Uderzył…
A przecież Ona bardzo dobrze mówi po angielsku, jest niezwykle otwarta, żywa, to Ona zaprosiła mnie do trzymania tej tablicy w czasie dni sportu.

W każdym razie po rozmowie pojechałem do apteki, ale okazało się że nie mają lekarstwa na grypę, kulnąłem się więc do innej. Gdzie mieli. Wziąłem więc i pojechałem do domu. Miód, gorzkie lekarstwo, kołdra, klimatyzacja i tygodniowa przerwa od biegania. Tylko z trwogą patrzę na prognozy pogody. Boję się że te wtorki też będę musiał usunąć i zostanę przy piątkach i niedzielach. Nie wiem jeszcze jak to będzie.

Ach…ten dzieciak z którym mam zdjęcie to ‘Joker’. Który oprócz ‘Heloł’ wiele po angielsku nie potrafi, ale ‘nani ka’ chwycił więc i Jego można by angielskiego nauczyć. Ech…czas i mniejsze klasy…

Niedziela i przegapion #12

Skurcze dopadają nas wszystkich, idąc razu pewnego na lunch zauważyłem że dopadł jednego chłopaka i to w łydce. Jak przystało na doświadczonego w radzeniu sobie ze skurczami pokazałem mu co ma zrobić. Zrobił dokładnie tak i od razu pomogło. I to wszystko bez słowa po chińsku/angielsku.
Oto skuteczna komunikacja niewerbalna.

Impreza u Lidii
W poniedziałek dowiedziałem się że Lidia zaprosiła uczniów do siebie do mieszkania. Jak się dowiedziałem? Gdy jedna z uczennic przyszła do niej rano i zapytała kiedy mają się pojawić. Lidia chyba poczuła się niezręcznie i wyjaśniła o co chodzi mówiąc: ‘Wiesz zaprosiłam ich żeby przyszli do mnie do mieszkania. No i oczywiście ty też powinieneś.’ W Polsce poczułbym się jak piąte koło u wozu, ale tutaj nie zwracam na to uwagi.

Jeszcze o poniedziałku, bo pojechaliśmy do tej szkoły średniej i oczywiście uczniowie pytali się ile mam lat. A że odpowiedzi bezpośrednie dobre są jedynie okazjonalnie odpowiadałem pytaniem ‘a na ile wyglądam?’, ale gdy pierwszy dwunastolatek odrzekł ‘tak na czterdzieści’ uznałem że gdybym się tym przejmował to zgoliłbym brodę i poszedł do fryzjera.

Marynarka
Wręcz się nie mogłem opędzić od uczniów mówiących jak niesamowicie wyglądam. Tylko jeden Nobby, jeden jedyny Nobby powiedział ze gdybym miał krawat to bym wyglądał jeszcze lepiej. A przecież mam krawat. Wziąłem ze sobą bo nie wiedziałem jak to tutaj będzie z ubraniami.

Nowy nauczyciel
W poniedziałek zadzwoniła do mnie Jennifer z pytaniem czy może podac mojego maila jednemu z kandydatów. No jasne, bo czemu nie. Facet imieniem Adam pochodzi z Nowej Zelandii i zadawał takie dość standardowe pytania o regularność wypłat, przygotowywanie zajęć, mieszkanie, zanieczyszczenie, koszt życia. Gdy ja poprosiłem o kontakt do któregoś z nauczycieli usłyszałem że sa niezwykle zajęci i nie ma takiej możliwości, nie rozmawiałem wtedy z Jennifer, a możliwości nie było bo nie było nauczycieli. Graham z żoną dali dyla po semestrze.

5 przedmiotów
Dokładnie tyle mają uczniowie w klasie trzeciej. W klasie pierwszej mają 9, a w trzeciej już tylko pięć i dodatkowo jeden WF w tygodniu. Wyobrażacie sobie 14 godzin matematyki w tygodniu? Przecież to się zajechać można. Nie dość że masz olbrzymi materiał do opanowania to masz go opanować w krótkim czasie. Książka, książka i jeszcze raz książka.

Praca…
Oprócz naprawdę fajnych ofert trafiają się też kwiatki typu uczenie dzieci w przedszkolu na dalekiej północy. Uczenie dziecku w przedszkolu to coś co może być ciekawe, niezwykle męczące nie pokazujące rezultatów w takim stopniu jakiego bym oczekiwał, ale to tylko moje przypuszczenia.  Co do dalekiej północy mam pewność – tam jest zimno. Nie, nie zimno. Zimno. Tam zimno zamienia się w Zimno. To miejsce w którym zimno nie jest jedynie brakiem ciepła, jest zimnem które poszło o krok dalej, wyewoluowało do poziomu drugiego, trzeciego i czwartego.  A potem porzuciło poziomy drugi i trzeci mówiąc że to zaledwie przymrozki. To Zimno które przed którym nie można się ukryć bo dociera wszędzie, to nie jest jakieś tam -10 czy -15, to Zimno w okolicach -25 stopni jako średnia temperatura minimalna…i -15 jako średnia temperatura maksymalna w styczniu. To nie jest pitu pitu, to jest praktycznie Syberia. Owszem, blisko Korei i Rosji, ale Zimno mnie zniechęca skutecznie do pracy. Bardzo skutecznie.

Szczęśliwy gdy…
Czyli po całym tygodniu męczarni z trudnym tekstem przyszła kolej na element dialogowy czyli seria prostych pytań z których jedno bardzo mi się podobało: kiedy jesteś szczęśliwy? Gdy jestem z rodziną, gdy jestem ze znajomymi, gdy śpię, gdy gram w badmintona, gdy rozmawiam ze znajomymi, gdy słucham muzyki. Czyli tak jak u nas :)

Aczkolwiek…
Nie ma tak dobrze jeżeli chodzi o rodzinę jednak. Sporo uczniów nie cieszy się że może wracać co weekend do domu. Dlaczego? Bo mogą wrócić tylko na jeden dzień i jest to marnotrawstwo czasu i pieniędzy. Bo przecież muszą dojechać, muszą wrócić. A wyjechać mogą dopiero w sobotę po porannych zajęciach i wrócić w niedzielę na popołudniowe. W domu jedynie śpią/grają i spędzają czas z rodziną. Czyli wychodzi na to że większość uczniów woli spotykać się z rodziną rzadziej ale na dłużej.

Vicki
Rozmawiałem niedawno z Vicki, która siedzi sobie teraz na południu i pogoda jej dopisuje. Cieplutko, cieplutko, w dodatku nie musi przygotowywać planów zajęć, zarabia więcej, ma fajne mieszkanie, jest tylko jedno ale…uczy w przedszkolu. I jak sama powiedziała nie jest to lekka praca. Aczkolwiek w ciepłym miejscu zajęcia w przedszkolu są łatwiejsze do zniesienia.

Pierwsze wyłapane zdanie na ulicy
W czwartek gdy Lidia wróciła z Pizhou poszedłem ją odebrać z przystanku i wracając już rozmawiamy sobie po czym słyszę ‘ło bo czy dał’ i mówię Lidii ‘nie wiem’, a ona zaczyna tłumaczyć, ale niekulturalnie jej przerywam i mówię że ten chłopak powiedział ‘nie wiem’. ‘Tak, to właśnie powiedział’ po czym pozornie wróciliśmy do dyskusji, ale ja myślami byłem gdzieś indziej. Bo teraz to już nie jest ‘dzień dobry’, to nie jest ‘nie ma za co’, ani nawet ‘bardzo dobrze mówisz po mandaryńsku’, to ‘nie wiem’, czyli zdanie które pojawia się o wiele rzadziej. A nie dość że jej wyłapałem to jeszcze zrozumiałem. Od razu skoczyła mi pewność siebie.

Niech mi pan pokaże jak się pisze
To jest jak dla mnie żart roku, chociaż nie…
– Wie pan, moja nauczycielka angielskiego powiedziała że mam brzydki charakter pisma.
– Tak? Niech no spojrzę (normalne czytelne pismo).
– I czy mógłby pan mi coś napisać, jako wzór, bo myślę że pan ładnie piszę (to jest dowcip roku).
– Eee…móc mogę, ale piszę bardzo niewyraźnie i lepiej się na mnie nie wzorować.
– Bo dostałam też takie kartki, o tutaj z wzorem i muszę to przepisać. Dużo ćwiczeń przede mną.
– Oj tak, dużo.
Taa…prosić kogoś kto pisze wszystko drukowanymi, nie używa łączeń między literami, a na dodatek uczy się w Chinach pisać alfabet łaciński, o pomoc w nauce pisania to dość kiepski pomysł.
A ona przecież normalnie czytelnie pisała. Gdybym ja musiał pisać…chociaż zaraz…musiałem i wcale mi to pisma nie wyrobiło.

Niedziela…
Czyli ostatni dzień tygodnia i wycieczka biegowa. Uzależnienie to straszna rzecz…tym straszniejsza im to mocniejszy kop od tego co nas uzależniania. Dlatego dzisiaj walczyłem ze sobą by pójść biegać, ale czasem lepiej powiedzieć nie.  Zwłaszcza gdy samopoczucie trochę nie dopisuje. To wszystko przez ten deszcz. Zawsze gdy jest przed deszczem, lub po deszczu, robi się tutaj niezwykle chłodno. No i tak się wczoraj wychłodziło że coś mnie zaczęło chwytać. Mam nadzieję że dzień i noc w ciepłym łóżku, oraz gorąca herbata z miodem postawią mnie na nogi. Może być tak że będę musiał zrezygnować z wtorkowego biegu…nie chcę nawet o tym myśleć.

Musiałem się jednak ruszyć z domu i pokulać się po miód. Kulnąłem się do nowootwartego sklepu, a raczej starego sklepu z nową nazwą. Miód mają w tej samej cenie co w ‘moim’ tanim sklepie i są o wiele bliżej. Niestety inne rzeczy mają drożej, a i wybór mają mniejszy. Szkoda. Kupiłem także coś na kolację. Coś czyli kratkowane tofu. Gdy przyjechałem do Jiawang Lidia pokazała mi przyprawę którą chyba zostawił poprzedni nauczyciel bo była ostra i miała opis przygotowania po angielsku. W związku z tym postanowiłem ją wykorzystać na kolację. Okazuje się że cztery plastry tofu to dla mnie za dużo…Dużo za dużo.

Jeszcze tak o tym stoisku które wziąłem za herbaciane a okazało się napojowym: otóż to jakiś taki napój z orzeszkami, fasolą i innymi cudami. Tyle tylko że tutaj nawet biali muszą czekać i nawet biali mówiący do kogoś po angielsku że chcą spróbować muszą czekać, nawet biali mówiący że chcą kupić muszą czekać i to właśnie w takich chwilach żałuję że nie znam chińskiego bo bym się  upominał o swoje, a tak stałem jak kołek  i czekałem, ale w końcu się doczekałem i…żałuję że czekałem bo napój smakował spalenizną. Tragedii nie było ale cudów też nie. Zdecydowanie nie warto było wydać te 3 RMB.

Po kolacji odzywa się telefon. Dzwoni Damon i pyta czy może wpaść. Mówię że może gdzieś pójdziemy bo mam bałagan (w ogóle dzisiaj nie sprzątałem), ale w końcu przekonuje mnie obecne na co najmniej dwóch kontynentach ‘nie jestem dziewczyną, sam mam bałagan w mieszkaniu’. No i pogadaliśmy sobie, pooglądaliśmy sobie filmy, pokopiowaliśmy sobie filmy…
– Zapisuję się do partii.
– Tak?
– Tak, niektórzy pracodawcy wolą zatrudniać ludzi należących do partii.
– To w sumie całkiem podobnie.
– Tak?
– No tak, gdy byliśmy krajem komunistycznym to było podobnie.
– Teraz przynajmniej macie wybór. A my nie…
W Polsce straciłem wiarę w demokrację, w tych ‘komunistycznych’ Chinach jej nie odzyskuję. Wybór…
– Zaraz, ta strona jest u nas zablokowana.
– No tak…
– To jak ty…?
– Oj tam, wystarczy takie coś. Tylko jak będziesz w partii to nie mów nikomu. Bez tego nie wiem jakbym sobie z zajęciami poradził. Nie mogę używać Waszych stron bo one są po chińsku.
– No tak.

I tak wzbogaciłem się o kilkanaście filmów :)

Adam!
Będę czekać :) Tylko na spokojnie i mam taką radę, bo w tym temacie mam jakieśtam doświadczenie, nie próbuj odwzorować tego co pisałeś wtedy, to się rzadko udaje. Nastrój umyka, myśli się zmieniają, świat nie stanął w miejscu z powodu błędu w telefonie, zamiast próbować wskrzesić stare, lepiej stworzyć coś nowego.

Lingwistyczna ciekawostka: chińskie znaczki są trudne i wiemy o tym wszyscy. Przykładowo by napisać ‘wiele’, trzeba postawić na sobie dwa razy znak oznaczający ‘zmierzch’. Dwie góry na sobie to ‘wyjście’. ‘Elektryczność’ i ‘cień’ to ‘film’, ‘król’ z ‘kroplą’ to ‘żad’, który z w połączeniu z ‘otoczony’ da nam ‘królestwo’. Jeżeli ‘królestwo’ poprzedzimy ‘środek’ otrzymamy ‘Chiny’. A co otrzymamy jeżeli połączymy ‘trupa’ i ‘chochlę’? ‘Zakonnicę’.