Za ciepło

Ubrałem ciepłe getry. Koszulę z długim rękawem, bluzę w której się zakochałem z powodu rękawków, dodatkowo kurtkę przeciwdeszczową, czapkę zimową i…było mi bardzo ciepło. Niby biegłem powoli, bo wolniej niż tydzień temu, ale tętno też było niższe. No i w końcu w udach czuję braki rozciągania po biegach więc muszę się wziąć za siebie.

Dzisiejsze zajęcia poszły bardzo sprawnie, nawet biorąc pod uwagę niechęć klasy 11 do współpracy z książką. Udało ich się przekupić tym że następne zajęcia to konkurs, a na jeszcze kolejnych mają obiecany film. Film by i tak dostali bo przecież przed egzaminami nie będą w stanie się skupić.  Także ha, zostali oszukani!
Lidia powiedziała że każdy dobry nauczyciel musi czasem okłamać uczniów…Przecież ja ich nie okłamałem, od początku do końca mówiłem prawdę.

Gdy zszedłem na parter z zajęć wychodziła akurat Pani odpowiadająca za zajęcia z angielskiego w klasie pierwszej wraz z dwoma młodymi nauczycielkami (kurczę, jedna to Kathy, ale imienia tej drugiej nie pamiętam…sprawdziłem – Tina) i sobie akurat z Tiną (teraz to się wymądrzam) porozmawiałem chwilę. Zabrzmiał dzwonek i się pożegnaliśmy. Po chwili wróciła i powiedziała, że może przyjść na moje zajęcia i od razu się zapytała czy może :) No przecież jej nie wygonię. Przydała się, bo jednemu z uczniów brakowało pary i mógł z nią porozmawiać.  Po zajęciach powiedziała że bardzo dobrze sobie poradziłem tylko niektórzy uczniowie mają problemy bo nie są przyzwyczajeni do mówionego języka. No właśnie. I tak po robieniu tych samych zajęć 14 razy utwierdzam się w przekonaniu, że trzeba wrócić do słuchania. Bo chociaż część uczniów nie ma problemów z mówieniem, tak jednak większość ma. Poza tym zadaniem moich zajęć jest uczenie ich w najbardziej przyjemny możliwy sposób, więc nie mogę ich stresować za bardzo.

Wychodząc na lunch zauważyłem świetną bluzę. Musiałem zrobić to zdjęcie, po prostu musiałem. Aż tę dziewczynę poprosiłem by mi zapozowała bo po prostu nie mogłem się powstrzymać.

Po lunchu, tym razem w czwórce, bo do jedynki bym już się nie dopchał (w ogóle to się wykosztowałem bo skasowali mnie 5 RMB) pojechałem na zakupy. Chciałem kupić rękawiczki bez palców (nie znalazłem) i…
Czasem robimy rzeczy z których nie jesteśmy dumni, prawda? Każdy z nas zrobił kiedyś coś z czego nie jest dumny. Coś czego się wstydzi. Takie nasze małe, malutkie, maciupcie tajemnice. Może to być coś co zrobiliśmy po zbytu bogatej w alkohol nocy, albo coś co zrobiliśmy dawno temu i z perspektywy czasu widzimy jak bardzo daliśmy ciała. Każdy ma coś takiego. Od dzisiaj ja też…Pierwszy raz w życiu…kupiłem dla siebie kapcie. I rozumiem że dla niektórych to nic dziwnego, ale dla mnie to powód do wstydu, do ubrania kaptura i zaszycia się w domu. W domu zawsze chodziłem boso, nawet w zimę nie zakładałem skarpet dopóki nie było bardzo zimno. Przez całe życie słyszałem tylko narzekanie babci że będę chory bo nie noszę skarpet/kapci/skarpet i papci. A ja po prostu nie lubię…znaczną część życia moje stopy spędzają w butach i skarpetach, to dlaczego mam je dodatkowo męczyć? Tak zawsze powtarzałem. A teraz? Kupuję kapcie bo mi zimno w stopy…i mówię sobie że to wszystko przez te kafelki, że gdyby to nie były kafelki to bym wytrzymał. Tak bardzo mi wstyd…ale gdy się tutaj otwarłem to od razu zrobiło mi się lżej. Także dziękuję.

Na zajęciach w klasie 12 na jedno pytanie usłyszałem część odpowiedzi, zawieszenie i ‘no wiesz, rozumiesz’ i nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Przecież to doskonała odpowiedź. Z jednej strony nie dowiadujemy się niczego co uczeń chce powiedzieć, więc spokojnie możemy go oblać, albo dalej ciągnąć za język, ale z drugiej strony to świetna odpowiedź, bo ja wiem o co mu chodziło (początek wypowiedzi był wystarczający do zrozumienia) i każdy z kim rozmawiałby na ten temat by zrozumiał. Także pochwaliłem go i poszedłem dręczyć innych uczniów. Jednak po chwili zawołał mnie i wyjaśnił, że ‘no wiesz, rozumiesz’ to bardzo często spotykany zwrot w Chinach. No nie tylko w Chinach :) I to mu wyjaśniłem. No i pochwaliłem bo przecież bardzo dobrze sobie poradził.

A na kolację tofu za 2.8 RMB, dostałem też pierożka od uczniów (bo można w 4 wziąć pierożki). I uciąłem sobie rozmowę z jednym z uczniów z innego budynku. Bardzo ładnie mówił po angielsku i zaprosił do swojej klasy. Klasa 1 na piętrze 1 w innym budynku. No to będę musiał się tam kiedyś wybrać.

A trasa z dzisiejszego biegu wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/gTDCZMifYLA

Niedziela i przegapione #8

Na mapie nie ma Japonii
Pierwsze zajęcia jako nowy nauczyciel klasy pierwszej i co? Na mapie całego świata nie ma Japonii. Została zamazana korektorem. A na terytorium USA też coś nabazgrali, ale z racji tego że mój chiński jest bardzo japoński (jako taki) to się nie odczytałem, a pytać nie chciałem.

Kolejka przed szkołą…
Takie coś spotkało mnie pewnego dnia i dlaczego? Okazuje się że uczniowie nie mogą wejść na teren szkoły przed 1330 w czasie przerwy na lunch. Podobne coś widziałem we wtorek rano przy innej szkole. Mnóstwo uczniów czekało aż będą mogli wejść do szkoły. Naprawdę mnóstwo.

Comiesięczne badanie wzroku
Widzę to już po raz drugi, więc zakładam że odbywa się co miesiąc. Otóż pojawia się kilka osób która badają wzrok. Rozstawiają namiot, ustawiają maszynę i schodzą się klasy z całej szkoły. Każdy otrzymuje informacje o stanie swojego wzroku, propozycje oprawek itd.

Zmiany miejsc uczniów
Co jakiś czas gdy wchodzę do klas widzę że uczniowie zmienili miejsca. Doprowadza mnie to do szału bo bardzo przywiązuję się do tego gdzie kto siedzi. Tak jakoś łatwiej mi w ten sposób spamiętać wszystkich uczniów. I tak sobie myślę…Wy mi robicie to na złość, w Polsce to podejrzewałem, ale teraz mam pewność, wszyscy ludzie są z natury złośliwi i Wy mi to teraz udowadniacie…a jednak nie. Otóż zmieniają miejsca by wzrok nie przyzwyczaił się do oglądania tablicy z jednego miejsca. Kurczę. Badania wzroku, ćwiczenia oczu i jeszcze to. Niesamowita praca u podstaw. Takie drobnostki, naprawdę małe rzeczy, a chyba pomagają bo okularników nie ma zbyt wielu. W Polsce ktoś mógłby o tym pomyśleć. No i moja teoria o złośliwości jeszcze musi poczekać. Chociaż coraz bardziej boję się, żeby ta złośliwość nie okazała się jedynie Polską cechą.

Dobranoc, dzień dobry
Tak sobie rozmawiałem ostatnio przez tlena, bo gg jest za duże jak na mojego netbooka i po raz pierwszy uderzyła mnie różnica czasu. Gdy przeczytałem miłego dnia, musiałem odpisać dobrej nocy. To jest doprawdy dla mnie niespotykane. Dobrze że mam w Polsce znajomych którzy idą spać wtedy gdy ja wstaję…

?!
Tak mniej więcej zareagowała Lidia gdy powiedziałem jej że wiem gdzie jest Harbin (miasto blisko granic z Rosją i Koreą Północną) i że wiedziałem o nauczycielce znęcającej się nad uczniami. No kurczę, przecież teraz tu mieszkam, więc muszę się mniej więcej orientować co się tutaj dzieje. A o Harbinie wiedziałem bo sprawdziłem chyba każde większe miasto z którego były oferty pracy i Harbin mi wyjątkowo nie przypasował. Jestem stworzeniem ciepłolubnym a klimat syberyjski zdecydowanie nie jest dla mnie. Co prawda miasto wygląda bardzo europejsko i jedzenie też jest bardzo europejskie, jednak temperatura maksymalna wynosząca minus dwanaście w styczniu nie przekonuje mnie ani trochę.

Warszawa piękne miasto z ogrodami
Tak powiedział Pan Geograf. Głupio mi było wyprowadzać Go z błędu, ale przepraszam bardzo Warszawa z ogrodów i parków nie słynie. Owszem, jest ich tam kilka, ale jako osobnik wychowany 100 metrów od największego parku w Polsce i jednego z największych w Europie (chyba drugiego co do wielkości parku miejskiego, ale nie potrafię się doszukać potwierdzenia) mam trochę wyższe standardy. A najpiękniejszy to przymiotnik bardzo subiektywny i rozumiem że nie każdemu może się śląski industrializm podobać, więc  powiedziałem tylko, że mamy bardziej urokliwe miasta. Na co cała trójka się zaśmiała i Lidia wytłumaczyła, że tak uczą w książkach, więc najwidoczniej rząd ich okłamuje. Kurczę, fajnie że mają taki dystans do tego.

WF
Zgodnie z życzeniem :)
WF wygląda tutaj z jednej strony inaczej, a z drugiej podobnie. Inaczej bo odbywa się na dworze i ciekawi mnie jak to będzie gdy walnie mrozem. Podobnie bo zaczyna się rozgrzewką, czyli truchtem w tempie raz-dwa-raz-dwa  i podobnie bo nauczyciele dają uczniom wolną rękę. Czyli mogą sobie pójść na plac zabaw, pograć w badmintona, kosza, czy ping-ponga. Z tego co zauważyłem starsze klasy mogą wejść na stadion. I tam różnie, czasem grają w piłkę, a czasem biegają na bieżni.
Niby taka samowolka na którą u nas się narzeka, ale kurczę tutaj praktycznie nie ma otyłych dzieciaków. Jest parę dzieciaków bardziej przy kości, ale w porównaniu z Polską to niebo a ziemia. No i te obowiązkowe ćwiczenia w ciągu dnia na przerwie. To mi się bardzo podoba i też uważam że można by to spokojnie przenieść do Polski.

Zmiany w internecie
I bynajmniej nie chodzi mi tu o zniknięcie darmowych portali. Przed 18. Zjazdem partii, który rozpocznie się już 8. Listopada internet w Chinach trochę się zmienił. Zablokowano już nawet gmail.com. Ja odczułem to jedynie kilkoma zerwanymi połączeniami w środę i czwartek. Całe szczęście, że łączę się z internetem trochę  inaczej i wszystko działa bez problemów.

Niedziela
Ból z wczoraj minął i mogłem w końcu coś zjeść. No to zjadłem normalne śniadanie. Utrzymało się, więc poszedłem biegać. Chciałem pobiegać trochę dłużej dzisiaj, ale wczorajsza głodówka dała się odczuć i biegło się ciężko. Nie bardzo ciężko, ale ciężko. Po drodze pogadałem z robotnikami, którzy ustawiają drzewa przy drodze (niektóre już się poprzewracały). Powrót do domu był makabryczny. Cały czas pod wiatr, żałowałem że nie miałem chusty na usta (bo nie wyschła), ale tej z głowy zdjąć nie mogłem. Mając do wyboru ból gardła albo ból zatok wybieram ból gardła.
W tym miejscu chciałbym podziękować firmie Ronhill za stworzenie tej bluzy – http://www.ronhill.com/trail-cyclone-1-2-zip-4 (nie, nie dostałem jej za darmo :(). Nie dość, że ma odpowiednio długie rękawy (a to jest moja zmora) to ma kieszenie z tyłu, warstwę softshell i windproof z przodu, dziurki na kciuki i rozwijane rękawki dzięki czemu nie muszę biegać w rękawiczkach. A w dodatku jest leciutka. Kupiłem ją przed wyjazdem, razem z cieńszą bluzą i kurtką przeciwdeszczową. Na rozpisywanie się o nich jeszcze przyjdzie czas. Oby, bo boję się że ta cieńsza już mi się na nic nie przyda.

Lunch postanowiłem zrobić sam. Najpierw przegotowałem wodę, wlałem do naczynia sypnąłem przypraw i wrzuciłem tofu. Gotowało się to minut parę. Na tofu zaczęły robić się jakieś bąble, więc zdjąłem z płyty, dodałem bobu i poszedłem szamać. Nie smakowało jak w szkolnej stołówce, ale złe też nie było. Czyli tofu w domu może być.

Oczywiście po jedzeniu trzeba było posprzątać w mieszkaniu.

A potem ruszyłem do sklepu. Nakupowałem się oj nakupowałem się. Obowiązkowo kupiłem nowy kubek, bo stary dzisiaj potłukłem. Niestety upadek na kafelki oznacza śmierć dla kubka. Kupiłem też płyn do mycia naczyń, proszek do prania, standardowe jedzenie w postaci płatków i rzeczy do płatków, oraz sezam w proszku by zrobić napój. A potem pojechałem do drugiego sklepu by zaopatrzyć się w jajka i kupić płatki błyskawiczne (lubię sobie wymieszać), a przy okazji kupiłem też kawę. Kawę rozpuszczalną. Z cukrem. Bo jedyna rozpuszczalna bez cukru to Nescafe. Nie jestem aż tak rozrzutny by płacić 24 RMB za 50 gramów rozpuszczalnej kawy. Co się okazało po otwarciu pudełka z kawą? Że jest tam kubek. No to teraz mam dwa kubki.

No i trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/r0gozR6tBnE

A na zdjęciach widać też moją klatkę. Ja widzę ją codziennie, ale codziennie jej nie fotografuję, więc będę tak wrzucał od czasu do czasu żeby nikt jej nie zapomniał. No bo co z tego, że jest brudna. Jest w moim bloku. Także to moja brudna klatka schodowa.

Barbecue

Zgodnie z duchem postmodernizmu powinienem zacząć od końca, ale skoro postmodernizm ma w nosie wszystkie zasady zacznę od początku. To będzie już postpostmodernizm.

Zaczęło się od zajęć w klasie dziewiątej gdzie Sophia uświadomiła mnie że już wczoraj nauczyłem ich ‘gdy pada to od razu leje’. Rany…a podobno mam taką dobrą pamięć.

Zaraz po zajęciach wróciłem do domu, przebrałem się (teraz powinienem też się przebrać, ale skoro zaraz pójdę się myć to mi się nie chce) i poszedłem biegać. Ruszyłem naprawdę fajnie. Pierwsze dwa kilometry poszły w okolicy 5:15, a potem na stadionie robiłem interwały. 90 sekund mocniej i 90 sekund lżej. Ani razu nie było powyżej 4:15. Czyli było bardzo dobrze. Nogi w ogóle nie bolały, niosły wręcz jak na skrzydłach. A bałem się okropnie. W końcu noc nie przespana (bynajmniej nie po alkoholu, po prostu mój żołądek sobie nie radzi z tak późnymi i obfitymi kolacjami, ale co mam robić gdy zapraszają?), ale biegło się naprawdę świetnie. Uczniowie w międzyczasie grali w piłkę, a ja zapierdzielałem…Brakowało mi takich szybkich treningów. Naprawdę brakowało.  Zawsze gdy robię siłę biegową odliczam tak: jeden i dziewięć, dwa i osiem i tak dalej, a ostatni podbieg zaczynam ‘this one is for the history books’ (a ten trafi do książek do historii – proszę bardzo mamo). To kolejny element mojego spaczenia. Jestem spaczony nieuleczalnie, ale mi z tym naprawdę dobrze. No i tak sobie biegałem dzisiaj i przypomniało mi się pytanie, które zadał mi przyjaciel w czwartek rano ‘a jaki masz rekord na 400 metrów?’ i stwierdziłem, że ostatni to nie będzie 90 sekund tylko 400 metrów plus ewentualnie  te kilka sekund. No i pobiegłem te 400 metrów w 87 sekund. A potem musiałem się zatrzymać, bo nie mogłem złapać tchu. Jednak bieganie w takim tempie to jeszcze nie jest najlepszy pomysł. Żałuję, że mam tak mało czasu na treningi bo bieżnia to świetna sprawa. Wróciłem do domu i wyszła świetna średnia bo 4:58. Tak szybko nie biegałem od sierpnia. Co prawda wtedy było to dla mnie tempo w pierwszym zakresie, a teraz są to interwały, ale biorąc wszystkie czynniki pod uwagę nie jest najgorzej. Wręcz jest dobrze.

Potem ruszyłem na lunch, a że przyszedłem jako pierwszy to sam kucharz mnie przywitał a Pani w stołówce odsłaniała same pyszności. Wszystko aż parowało. Nie wybrzydzałem jednak i wziąłem praktycznie standardowy zestaw. Zjadłem i poszedłem doładować kartę stołówkową o kolejne 100 RMB (moi drodzy, ważna informacja bo coraz więcej głosów do mnie dociera na ten temat – aby otrzymać cenę w złotówkach wystarczy podzielić cenę którą podają przez dwa, juan stoi trochę wyżej, ale tak się to najłatwiej liczy i nie jest dalekie od prawdy).

Kolejne zajęcia i jak widać na zdjęciach cicha rozmowa z uczniem z klasy 11. Znamy się doskonale z boiska do kosza. A widać, że się chłopak o mnie martwi. Nawet lizaka mi dał. Moja miłość do lizaków chyba staje się tutaj powszechną wiedzą. Kurczę naprawdę fajnie, że mogę sobie z nimi tak pogadać i wszyscy chcą mnie traktować jak przyjaciela. Nawet Lidia mi mówiła, że w ankietach często pisali, że jestem jak przyjaciel. No to git.

A dziewczyny z klasy 13 zaprosiły mnie na kolację. I możecie wierzyć lub nie, ale to dziewczyny których bym nie podejrzewał o to bo na lekcjach siedzą cichutko. I sobie porozmawialiśmy o tym jak wygląda edukacja w Polsce, ile to mamy czasu wolnego, kiedy to miałem pierwszą dziewczynę i czy rodzice mieli coś przeciwko. No tak, bo tutaj wszyscy mają się skupiać na nauce, a nie na pierdołach…A przecież hormony buzują.  No tak. I tak sobie rozmawialiśmy, jedliśmy i było naprawdę przyjemnie. No i jak ja mam się tutaj czuć samotny? Ciągle ktoś chce ze mną rozmawiać :)

Wracając do domu trafiłem na Lidię, która akurat wychodziła bo zebrała ze sobą jakieś dokumenty. I co? Nauczyciele w Chinach też narzekają na biurokrację, ilość pracy i niskie zarobki. Poczułem się jakbym znowu był w Polsce.

I nagle, gdy jesteśmy już przy sklepie osiedlowym, rozlega się dzwonek telefonu i po chwili Lidia mówi że jesteśmy zaproszeni na kolację. Drugą kolację, dobry Boże. Nie wypada powiedzieć nie, więc się zgodziłem. I pojechaliśmy do tradycyjnego baru z barbecue. Czyli micha, podzielona na ostro i łagodnie, na palniku gazowym i kilka potraw do wyboru. Mięcho, tofu i warzywka. I można sobie taplać to wszystko. Nie było to najgorsze, ale mówiąc uczciwie sam bym się na to nie zdecydował bo aż takie dobre to nie było. Oczywiście znowu trzeba było swoje wypić. Bo jakżeby inaczej. Tylko dzisiaj czułem się jak piąte koło u wozu bo rozmowa toczyła się głównie wokół poprzedniego nauczyciela, który był dobrym wspólnym znajomym. A że toczyła się po chińsku to nie za bardzo miałem jak się wtrącić. Pozostało mi jedynie jedzenie. I teraz wiem, że w nocy będę cierpiał. Oj będę cierpiał. Znowu obudzę się zlany potem. Bo żołądek nie jest przyzwyczajony do takich kolacji. Dlatego tak bardzo pasuje mi jedzenie w szkole, bo do niego już się przyzwyczaiłem i ciało po nim nie wariuje. Nie wariuje też po tym co sobie sam przygotuję. Także jutro na lunch będę gotować tofu. Tylko zanim do tego dojdzie muszę odwiedzić sklep i zrobić zakupy.

Owoce kupiłem dzisiaj. 5 gruszek, 5 jabłek, 8 mandarynek, 6 bananów i melon za 24 RMB. A to tylko dlatego, że obwoźny Pan sprzedawca czekał na mnie cierpliwie ;) Za jabłka skasował mnie tylko 6 RMB, czyli bardzo, ale to bardzo tanio. A melona wziąłem bo mnie nim poczęstował. No skoro był dobry to przecież nie odrzucę propozycji zakupu. Zwłaszcza że wyszedł mnie niewiele ponad 5 RMB.

W przyszłym tygodniu zaczyna się zjazd partii i już widzę, że jakąś scenę stawiają mi pod domem, trzeba się będzie zainteresować. Może będą mnie chcieli zwerbować? ;)

A dzisiejszy trening wyglądał o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qtrQteId6AY

Poranny trening

Budzik zadzwonił o 605. A od piątej tylko się wierciłem i czekałem, czekałem, bo adrenalina nie pozwalała mi już spać. Umyłem się, przebrałem, zjadłem banana i poszedłem. Garmin pokazuje, że ruszyłem o 621. No to się nie obijałem. Co ciekawe, tak jak normalnie w czasie porannych biegów ‘na głodniaka’ umierałem, tak dzisiaj nie miałem żadnych problemów, żadnych kryzysów, słowem – super. Tylko zimno. Nawet bardzo zimno gdy wiał wiatr. Niby 10 stopni, ale to takie jesienne 10, czyli mniej, dużo mniej. Minąłem kilku Chińskich biegaczy i z wszystkimi witałem się podnosząc  rękę. Większość też podnosiła. Jeżeli biegasz jesteś biegaczem, niezależnie od tego gdzie jesteś. Od razu jakoś tak przyjemniej się na sercu robi. Tak wcześnie rano Jiawang jeszcze śpi, sklepy pozamykane, szkoły pozamykane , ludzi na ulicach jak na lekarstwo, mobilnych sklepów z jedzeniem mało, ale już były, za to stacjonarne sklepy przygotowywały się na pierwszą falę klientów. Piece nagrzane, pierożki przygotowane i odstawione do podgrzewania. Aż chciałoby się zatrzymać przy takim piecu i wsunąć parę pierożków, ale nie ma tak dobrze. Pokrążyłem trochę, zmieniłem trasę i zakończyłem Danielsowym 10 trudnych kroków, 10 łatwych kroków, trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/kkgCH6TGktw

Z dzisiejszych gazetowych ciekawostek – seria alkoholi promowana przez Jacki’ego Chana.

Ze szkolnych ciekawostek, jak widać na zdjęciach, dziewczyna z kocimi uszami na opasce. Jak się wkrótce nie wybiorę do fryzjera to sam będę musiał sobie taką kupić. Tylko może jednak nie z kocimi uszami.

Lunch to zestaw tofu z jajkiem. Za 3.3 RMB w jedynce. Wygląda to okropnie, ale jest bardzo dobre. Chociaż prawdę mówiąc, nie ma znaczenia które tofu się wybierze, wszystkie są wygotowane w tym samym ostrym sosie.

Widok z okna gabinetu nie kłamie. Robota wre. Wkrótce postawią obok szkoły kolejne apartamentowce. Ciekawe co postawią na tym małym polu przed szkołą. Na osiedle jest tam za mało miejsca, ale tutaj żadna przestrzeń się nie może zmarnować, także na pewno jakoś ją wykorzystają.

Budynek szkolny w porze lunchu wygląda jakby był całkowicie opuszczony. Po korytarzach przemykają się jedynie nauczyciele i niedobitki uczniów.

Słońce zza krat. Chociaż dla uczniów tak źle to nie wygląda. W klasach krat nie ma.

Na kolację podobny zestaw jak na lunch, tym razem 3.8 RMB bo wziąłem jeszcze coś. Smakowało jak na lunch. I tak mnie wzięło na tofu, że zakupiłem dziś przyprawy, bób (nie to żeby mi się kończył, ale bobu nigdy za wiele) i w weekend ruszę kupić tofu, które następnie spróbuję sam przyrządzić.

Kulnąłem się jeszcze raz do sklepu i zakupiłem sobie napój o smaku czarnego sezamu. Nie na darmo dorzucili łyżeczkę bo trzeba się było zdrowo namachać, ale w smaku był całkiem niezły.

A teraz tak bardziej życiowo. Z samego rana dostałem smsa od Lidii, że jej siostra musi iść do szpitala, a nie ma się kto nią zająć. No to od razu zadzwoniłem i zapytałem czy może do niej jechać. A ona, że nie bo przecież musi w szkole zlecić wydrukowanie ćwiczeń na jutro dla mnie. Tak, ćwiczenia to kwestia priorytetowa. Powiedziałem jej żeby sobie nie zaprzątała głowy pierdołami i pojechała do siostry. Po południu obie czuły się już lepiej i Lidia wróci wieczorem.

Jutro czeka mnie maraton. Od 750 do 1725. Trzymajcie kciuki.

Bieganie we mgle

No i nadeszło to jutro z ‘jutro pójdę biegać’. Poszedłem. Pierwszy raz biegałem od początku bez okularów (raz już biegałem bez okularów na bieżni). Zostawiłem nawet komórkę w domu. Do kieszeni zapakowałem jedynie klucze i aparat (z umierającymi bateriami). I biegłem. Jak zawsze po takiej długiej przerwie zacząłem za szybko. Pierwszy kilometr zrobiłem w 5:03, czyli zdecydowanie za szybko. Potem stopniowo zwalniałem i średnia z całego biegu wyszła w okolicach 5:35, czyli w granicach przyzwoitości pochorobowej. Takie tempo byłoby dla mnie spacerkiem w Polsce. A tutaj? Sam nie wiem czemu tutaj mam takie wysokie tętno, czemu pocę się jak ruda mysz, czemu łapie mnie kolka. To wszystko nie powinno mieć miejsca. A jednak ma i nic z tym nie potrafię zrobić. Co gorsza, jeżeli zastępca Miguela się nie pojawi to czekają mnie bardzo trudne wtorki. Za to piątki i niedziele będą na 100% biegowe.

Bieganie we mgle, po deszczu, jest inne od biegania bez mgły. Jest owiane szalem tajemnicy, sprawia wrażenie jakby rzeczywistość starała się jednocześnie coś ukryć i odkryć. We mgle jesteśmy jak dzieci stawiające pierwsze kroki. My też odkrywamy zupełnie nową rzeczywistość. Czasem jednak zamiast duchowego odprężenia pojawia się jadący z naprzeciwka samochód. No i co wtedy? Ano pora zrobić skok w bok i uniknąć zderzenia. Na szczęście w Chinach samochody nie jeżdżą. One się wloką. No i są głośne. Bardzo głośne. Chińczycy czerpią prawdziwą przyjemność z używania klaksonu.

Jest także inne skojarzenie które pojawia się za każdym razem gdy biegam w deszczu. Znajduję się wtedy w pewnym miasteczku do którego przywiódł mnie list od żony, która nie żyje od kilku lat…Na szczęście po biegu dalej jestem w pełni władz umysłowych i rzeczywistość, chociaż moja, jest jednak współdzielona z innymi ludźmi. Jestem spaczony podwójnie.

Wróciłem z tej swojej przebieżki, umyłem się, wskoczyłem w suche ciuchy i już wiem, że nie mam co robić na placu zabaw zmęczony po biegu.  I teraz tak myślę, że zamiast biegać we wtorki w czasie przerwy na lunch mogę biegać z samego rana. Tak jak robiłem to w Polsce. Zobaczę w najbliższy wtorek.

Przygotowałem zajęcia na przyszły tydzień. Będzie coś o Halloween, więc dzieciaki powinny być zadowolone.

A potem ruszyłem na zakupy. Pomarańcze, gruszki, miód i na kolację kiełbasa, pochodna ketchupu i jajka (ale żeby gołębie były takie nakrapiane? Pamiętam że były białe). No i wyszło nieźle. Naprawdę nieźle. Co prawda kiełbasa miała smakować czosnkiem, ale to chyba jakiś chiński chwyt reklamowy. Była naprawdę dobra. Tylko te jajka…Już nawet skorupkę i nie obieralność mogę zrozumieć, ale przechowywanie jajek ot tak na półkach to dla mnie coś dziwnego.

Mgła opadła. Jiawang nie jest już zakryte szalem prywatności. Ponownie można patrzeć sąsiadom w okna. Ponownie jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek tajemnic.

Dzwonili uczniowie. Jesteśmy umówieni na 830 pod szkołą. Muszę naładować baterie do aparatu bo się wykończyły bidulki.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/j03MBvGIFfo

Czwartek

Z ciekawostek szkolnych. Na zajęcia do klasy 10 przykuały się dwie nowe nauczycielki angielskiego: Kathy i Tina. Chciały pooglądać jak ja prowadzę zajęcia. Nie ma problemu, tylko moje zajęcia są z założenia inne od ich zajęć, ale hej zawsze można się czegoś nauczyć. Tylko, że ja też się chciałem czegoś dowiedzieć a one zaraz po dzwonku uciekły.

Za to rozwalił mnie jeden z uczniów. Zawsze siedzi z tyłu w samym rogu, rzadko się odzywa, ale widać że radzi sobie z angielskim dobrze. Nie bardzo dobrze, ale w porównaniu do rówieśników dobrze. Tylko trochę się chyba wstydzi/boi. W każdym razie dzisiaj gdy go poprosiłem by mnie o coś zapytał (czasem muszę ich podręczyć bo ileż można czekać aż ktoś sam się zgłosi) spytał się czy jestem zdenerwowany, bo wyglądam na zdenerwowanego. Spojrzałem tak na niego z lekkim niedowierzaniem, a on dyskretnym ruchem podniósł prawą dłoń na wysokość lewego barku i wysunął dwa palce. Cała klasa ryknęła śmiechem, a ja się prawie zakrztusiłem. Tak, trochę byłem nerwowy. Na szczęście zajęcia poszły sprawnie, dzieciaki rozmawiały po angielsku, stworzyły fajne listy i uzasadnienia dlaczego dany wynalazek jest istotny, lub nie. I tylko jedno mnie zastanawia. ‘Żeby chronić Chiny’, ‘Żeby zaatakować Japonię’ przy broni nuklearnej…

Na lunch postanowiłem udać się do stołówki dla nauczycieli. Bardzo pusto, chociaż koleżanka z pracy powiedziała, że dość tłoczno bo przyszli nauczyciele z innych szkół na festiwal sportowy. No tak…Tłoczno. Chciałem pochwalić ilość mięsa w jedzeniu. Bo było dużo i dobre, bo bez kości. Czy inne dania były lepsze od tych dla uczniów? Jeżeli nawet to niewiele. I teraz następuje pytanie. Ile mnie to kosztowało…Nie miałem pojęcia dopóki nie poszedłem na kolację. A kosztowało mnie to…12 RMB! Za tyle to ja lunch mogę zjeść w knajpce pod domem. Lub 3 z uczniami, gdzie może i będzie głośno i tłoczno, ale będzie też bardziej swojsko i zawsze znajdzie się ktoś do rozmowy. Także raczej już tam nie pójdę. Zwłaszcza że wybór był zerowy. Aczkolwiek darmowa zupa to była prawdziwa zupa, a nie woda.

Po szkole kulnąłem się jeszcze kupić owoce. I tak 7 gruszek, 5 jabłek, 8 mandarynek i 6 bananów (nie mam pojęcia ile to wszystko ważyło) wyszło mnie 34 RMB. Znaczy san szy śi. Usłyszałem san szy śi i tak myślę…myślę…przetwarzam to powoli…bardzo powoli…i nagle olśnienie san szy śi to 3 10 4. 34. Jeszcze trochę i będę się targować :) W każdym razie niedrogo.

Wyczytałem w internecie iż w przypadku kuracji lekami ziołowymi warto też brać je po zniknięciu objawów choroby, bo następnym razem same zioła mogą nie wystarczyć. Dlatego też zajechałem do innej, większej, apteki.
Włączamy wyobraźnię.
Zajeżdża biały, wysoki, przystojny, w porze lunchu, pod aptekę. Cztery aptekarki siedzą i szamają lunch. Biały z trudem wstaje z roweru i podchodzi pod drzwi apteki. Aptekarki nerwowo spoglądają po sobie i wysyłają jedną do obsługi. Biały nerwowo grzebie w plecaku, coś z niego wyciąga i wchodzi do apteki. Wita się po chińsku. Aptekarka jest pod takim wrażeniem, że zapomina języka w ustach . Widać, że kamień spada jej z serca. Biały podaje jej kartkę. Aptekarka cała w skowronkach, pozostała trójka parska śmiechem, i rusza po lek.
Wyłączamy wyobraźnię.
W tej dużej aptece ten sam lek wyszedł mnie 10.5 RMB, a w małej pod blokiem 16 RMB. Hmm…no ale w poniedziałek nie miałem wyboru. Rower umarł a nie będę się włóczył po mieście gdy mam grypopodobne objawy.

Swoją drogą Lidia też pociąga nosem i zaczyna kaszleć, tylko patrzeć jak się rozłoży. Aczkolwiek mówi, że należy pić dużo wody i odpoczywać. Powiedziała też, co ciekawe, że bardzo dużo Chińczyków przyjmuje lekarstwa w formie zastrzyków. Znaczy są chorzy, kulają się do doktora, ten coś im wstrzykuje a oni zdrowieją po paru dniach. To ja już chyba wolę tabletki.

Jak widać na zdjęciach, w ping-ponga grają nie tylko uczniowie z uczniami, czy uczniowie z nauczycielami, ale także nauczyciele z nauczycielami.

A kolejne zdjęcie to akademik damski (ten z masą ubrań na balkonach), i akademik męski (ten z mniejszą masą ubrań na balkonach).

Umarły mi dzisiaj oryginalne słuchawki za kilkadziesiąt RMB, więc podjechałem do przeciętnego sklepu i kupiłem jakieś takie za 15 RMB. Jak się zepsują za miesiąc płakać nie będę.

Kolacja w stołówce 1 jak zawsze bardzo dobra. Moja Pani ze stołówki za niedługo w ogóle się mnie nie będzie pytać co chcę tylko będzie mi nakładać to co zawsze. Dzisiaj poszło bardzo sprawnie , ale wymieniłem jedną potrawę mówiąc ‘to’. Do tego owsianka fasolowa.

I to jest właśnie mój normalny dzień w Chinach. Zwyczajny, normalny, przeciętny do bólu czwartek. Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że jestem tu już prawie dwa miesiące i dalej ten kraj mnie zachwyca. Dalej ludzie mnie zdumiewają i chociaż moje Jiawang przestało pachnieć nowością i przeszedł mi ten pierwszy zachwyt (czyli może już wchodzę w drugą fazę szoku kulturowego), to jednak nie ma tutaj rzeczy które by mnie drażniły. No dobrze, wkurza mnie że w klasie 12 nie działa ani projektor ani głośniki, bo jak ja mam z nimi zajęcia prowadzić teraz, hę? Ale tak poważnie…widzę ten brud, bo trudno go nie zauważyć, widzę że to mięso jest przechowywane i sprzedawane tak jak jest i te wszystkie inne drobne rzeczy widzę, ale kurczę…pamiętam co robiliśmy z przeterminowanymi przyprawami na magazynie, wiem co należy i robi się, z mięsem które jest nie pierwszej świeżości a które trzeba jeszcze sprzedać. A tutaj nikt mnie nie robi w bambuko. Kupuję to co widzę.  Nie oczekuję nie wiadomo czego płacąc grosze. A ludzie są naprawdę sympatyczni i chętni do pomocy. Po raz kolejny to piszę, ale są niesamowicie, ale to niesamowicie ludzcy.

Ach…jutro następuje ostateczne rozwiązanie dramatu z Miguelem. Wyjeżdża o 8 zero zero. Dokładniej już tego Lidia nie mogła przekazać. Współczuję jej, że musi go odstawić, ale niestety, na mnie czeka klasa 9.

Trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/kzAV7PHPma4

Jak prawie pobiłem Miguela

Ci którzy mnie znają lepiej wiedzą, że jestem z natury spokojny. Wielu ludziom wręcz to że biegam strasznie kłóci się z tym jak sobie mnie wyobrażają. Zawsze byłem opanowany, egzaminy mnie nie ruszały, stres zabijam śmiechem, więc nawet gdy się stresuję to tego nie daję po sobie odczuć, ani sam nie odczuwam tak mocno. No i na domiar wszystkiego mam hipotensję, więc nawet gdy ktoś mi ciśnienie podniesie to dociera ono do standardowych widełek. Słowem, ciężko mnie wyprowadzić z równowagi. No chyba że jestem zmęczony po treningu, lub w trakcie treningu, wtedy gryzę. A gdy jestem głodny to szczekam i jem :)

Zaczynam trochę od końca, ale hmm…potok myśli tak właśnie działa, prawda?
Dość tych rozważań. Idziemy z Lidią do Miguela (to się wszystko wyjaśni za kilka chwil) i po wyjaśnieniu mu obsługi kuchenki indukcyjnej, pooglądaniu syfu jaki ma w mieszkaniu (no poważnie…ma kilkanaście kubków a cukier kupiony tydzień temu trzyma w połowie w worku w połowie rozsypany na szafce, że o narzekaniu na cieknący wąż pod prysznicem nie wspomnę) zapytałem grzecznie czy mogę zrobić zdjęcie ściany bo chcę pokazać znajomym. Pozwolił, więc zrobiłem. Lidia pyta się dlaczego robię zdjęcie, przecież w moim mieszkaniu też są brudne ściany. No tak, ale moje brudne ściany już znacie, więc pora na tę osławioną ścianę w dawnym mieszkaniu Vicki. I tak sobie gadamy o tym, że jest brudno, a Miguel nagle wyskakuje ‘no ty jesteś przyzwyczajony do mieszkania w syfie, bo tak miałeś w domu’. I w tym momencie ciśnienie podniosło mi się momentalnie. Wiele rzeczy znieść mogę, jestem wręcz pierwszą osobą, która przyzna że mieszkam w chaosie, którego nikt nie rozumie. Oprócz mnie. Jestem pierwszym, który powie ‘ale po co mam ścielić łóżko skoro wieczorem i tak się w nim położę?’, ale stwierdzenie, że w Polsce żyłem w syfie nie jest uderzeniem we mnie. Jest uderzeniem w całą moją rodzinę. A to trochę za dużo osób bym nadstawił drugi policzek. I od razu powiedziałem że nie życzę sobie by mówił takie rzeczy. Miguel stwierdził że nic takiego nie mówił, że nie rozmawiał ze mną, że go nie zrozumiałem. A Lidia próbowała nas obu przegadać trzymając mnie za rękę, bo widziała co chcę zrobić. Po tej intensywnej i jakże jałowej wymianie zdań stwierdziłem, że nie ma sensu się siłować bo facet ewidentnie ma jakiś problem i to zdecydowanie nie ze mną. Czasem po prostu trzeba odpuścić, ale od razu napisałem do Vicki, która stwierdziła że ona by mnie nie powstrzymała i pozwoliła mu przywalić. Potem przyznała, że mówiła Lidii że jej zdaniem to rasista a na dodatek pospolity dupek. Poparcia nie szukałem, ale to że ktoś podziela moje zdanie trochę mnie lepiej nastraja. Lidia stwierdziła, że mam się nie przejmować, a z nim musi porozmawiać by nie zachowywał się jakby wszystko mu się należało.

A teraz na początek.

Poszedłem rano pobiegać. Zimno, niby 17 stopni, ale czułem jakby było 12-14. Dlatego na próbę ubrałem jeden z trzech zakupów przedwyjazdowych. Koszula z długim rękawem z domieszką wełny merino. Wykosztowałem się na to okropnie, ale nie żałuję ani złotówki, bo koszula sprawdziła się dzisiaj świetnie. Idealna na taką pogodę. Nie za ciepła, nie za zimna.

Wróciłem z biegu i pytanie od Lidii: gdzie jestem, bo jedzie do szkoły porozmawiać z dyrektorem. To mówię, że też pojadę. Pokulaliśmy się do dyrektora, z którym rozmawialiśmy o Miguelu i o tym, że mogę wziąć jego zajęcia. Dyrektor pytał się mnie czy wytrzymam te 28 godzin tygodniowo i chyb spodobał mu się mój entuzjazm bo nie stwierdził ‘wynocha’ (a w sumie to mógłby bo szkoła płaci za dwóch nauczycieli, jak mi się coś stanie to zostaną bez żadnego i mogę być trochę wypruty po kilku tygodniach) tylko zaproponował 2 tygodnie pełnego planu na próbę a potem mam powiedzieć jak się czuję. Co jest sensowne bo jakbym, nie daj Boże, nie dał rady to firma ma czas by kogoś znaleźć.

A dlaczego mam być tylko ja? Bo Miguel zostanie z tej szkoły oddelegowany. Każde jego żądanie jest przekazywane do siedziby firmy, wraz z informacjami o jego zachowaniu. To co on chce jest w moim odczuciu tak absurdalne, że zasłużyło na osobną stronę na blogu, bo ogarnąć po prostu tego nie potrafię. Może to kwestia wieku i gdy dobiję do tej szóstki z przodu (no poważnie, ja nie wierzę żeby on miał mniej) też będę chciał stołu i krzesła by oprzeć plecy. Na razie wystarcza mi biurko i łóżko/sofa, ale może za młody jestem.

Skłamałbym mówiąc że ja nie mam wielu wymagań, zwłaszcza że nie miałem ich w Polsce, ale to kwestia podejścia…w Polsce bieganie i praca była dla mnie niezwykle ważna. Potrafiłem wybrzydzać bo nie było mojego ulubionego twarogu. W końcu twaróg musi mieć odpowiednią zawartość białka by podtrzymać te resztki mięśni jakie mi się ostały. Tylko, że tutaj to nie ma znaczenia. Nie jest ważne to żeby przejechać z jednego końca miasta na drugi, ani to żeby zrobić rano trening. Dlatego mogę odpuścić wybrzydzanie na jedzenie (dzisiaj znowu nie spotkałem Pana z mięsem na patyku), ani na cokolwiek innego. Bo nie jestem u siebie. Tutaj nic nie jest takie jak w Domu, a jednak tu jest jak w domu. Chociaż mam brudne ściany, to są to przecież ich nie będę przemalowywał skoro zostanę tu, w najlepszym wypadu, do czerwca, a większość dnia i tak jestem poza domem. Nie będę narzekać, że nie mam telewizji a chcę sobie pooglądać wiadomości, bo przecież mam internet i mogę obejrzeć je w internecie, nie będę się skarżyć na to, że sprzęt w klasie nie działa i nie mogę przeprowadzić zajęć tak jakbym chciał, bo jestem przygotowany na to że coś może nie działać i mam w zapasie kilka planów awaryjnych. Wszystko jest kwestią podejścia i nie można oczekiwać, że świat nagnie się do naszych żądań. Rzadko się nagina. Powiedziałbym wręcz, że się nie nagina.

Za to herbata ryżowa smakuje wyśmienicie. Ciekawe jak smakuje z miodem.

Popołudniu poszedłem pojeździć na rowerze i odkryłem kościół. Akurat był otwarty bo coś w nim przykręcali. Tylko hmm…taki jakiś inny niż te do których jestem przyzwyczajony…

Muszę dokręcić tylne hamulce bo niestety są prawie całkowicie odkręcone, na szczęście znalazłem w jednej z szuflad śrubokręt, więc powinno być dobrze.

Całkiem niezła. Herbata z miodem w sensie.

I może pokulałbym się jeszcze gdzieś wieczorem, ale coś czuję się niewyraźnie, więc wolę zwalczyć to w zarodku niż się rozłożyć na dobre.

Ten napój, to coś z żelkami i w smaku nie przypominało niczego co kiedyś piłem, za to miało przyjemny truskawkowy posmak.

Groszek z białą posypką jest całkiem w porządku.

Nawet cieszę się, że do tego doszło bo mogę Wam siebie przybliżyć nie tylko w sytuacjach pozytywnych, ale także w tych gorszych.

Dzisiejsza trasa biegowa:

http://www.endomondo.com/workouts/r5RmjvDI-9A

Dzisiejsza trasa rowerowa:

http://www.endomondo.com/workouts/ijHxWfG7xrE

Jak poszedłem biegać dwa razy

Są na świecie ludzie którzy odczuwają mocniej. Dla których rzeczywistość jest bardziej wyraźna niż dla innych. Którzy dostrzegają i czują więcej od innych. Których inteligencja emocjonalna jest niezwykle wysoka i z powodu tej swojej wrażliwości są niejednokrotnie skazani na cierpienie. Przypomina mi się taki cytat ‘moje marzenia, moje spojrzenia, kłócą się ze sobą i z chęcią istnienia’. I czasem tak jest, że ten wewnętrzny ból, taki romantyczny ‘weltschmerz’ znajduje swoje ujście w bólu fizycznym. Bo rzeczywistość potrafi przygnieść takie osoby. A czasem zgnieść.  A najgorsze gdy taka wrażliwość trafi się człowiekowi inteligentnemu, który lubi myśleć. Wtedy, cytując Hemingwaya: ‘szczęście wśród ludzi inteligentnych jest najrzadszą rzeczą jaką spotkałem’. Za dużo myślimy i za mało żyjemy?

Podobno pod tą moją oschłą skorupą jest warstwa wrażliwa. Podobno ;)

No ale dość tych enigmatycznych wynaturzeń. Zmierzam do tego, że jedna z bohaterek naszej opowieści (naszej, bo przecież przeżywamy to wszyscy razem, chociaż może ja w pierwszej osobie, a Wy bardziej pośrednio, ale jednak przeżywacie) niezwykle cierpi. Z powodu stresu, z powodu samotności, z wielu innych powodów. I czasem tak jest, że wszystko wydaje się dobrze, prawda? Że wszystko idzie w dobrym kierunku, a potem się wali. Tak właśnie wyglądały ostatnie dni. W poniedziałek wszystko było w porządku, we wtorek Lidia przykulała się z potwornym bólem uszu/głowy i chociaż nie była na wszystkich zajęciach to jednak robiła wszystko by być. Ale dzisiaj przykulała się dopiero na trzecią godzinę, akurat kiedy Miguel miał zajęcia a my mogliśmy się pobyczyć, i powiedziała że rano nic nie słyszała. Była u lekarza, który powiedział jej, że to z powodu bólu wewnętrznego, stresu, zmartwień. I ona bidna chce iść do psychologa. No tak, do psychologa. Tylko ona nie potrzebuje psychologa, a kogoś tutaj. Bo przecież ona tutaj nikogo nie ma. Znaczy jest Vicki i jestem ja, ale Vicki jutro wyjeżdża, a ze mną sobie nie urządzi babskich pogaduch bo primo płeć się nie zgadza, secundo nie znamy się na tyle, terce język nie odda wszystkiego.  Lidia to taka osoba, która potrzebuje innych ludzi i to widać od razu. Jest niesamowicie otwarta, ciepła i wręcz do rany przyłóż. Naprawdę fantastyczna dziewczyna. I ona powie, że nie chce niepokoić swoich przyjaciół i im się nie uskarża. Ona powinna wyjeżdżać co tydzień do domu, a nie siedzieć tutaj i tęsknić za wszystkimi.

W takich chwilach nie możesz za wiele zobić oprócz przytulenia kogoś i powiedzenia kilku ciepłych słów. Oczywiście pamiętając o zamknięciu drzwi by nikt nie widział, bo rozwaga jest niezwykle istotna, prawda? No dobrze, nie zamknąłem tych drzwi od razu, aż taki rozważny nie jestem.

No i się wykulaliśmy ze szkoły razem. I zaszło małe nieporozumienie. Bo Lidia powiedziała, że Jeniffer będzie o 12, a ja zrozumiałem że za 2 godziny i poszedłem biegać. Zrobiłem dwa i pół kilometra po czym słyszę dzwonek telefonu, odbieram i słyszę Lidię mówiącą, żebym zszedł na dół…No to jej powiedziałem co i jak i wróciłem, umyłem się, przebrałem i poszedłem na lunch.

Objadłem się jak rzadko, zwłaszcza że wszystko było HEN LA! Tak Pani w restauracji mówiłem, a ona mówiła BO LA bo tak ostatnio sobie Miguel zażyczył, ale ja cały czas swoje, a ona się śmiała. Lidia wszystko wyjaśniła i zamówiła kurczaka bez papryki. I jaki był kurczak? HEN LA! Wszystko, z wyjątkiem jednego dania na zimno i ryby były HEN LA! No moi drodzy, w Jiangsu musi być bardzo ostre. Musi być. I było :) Może nie bardzo ostre, ale ostre, dokładnie tak jak być powinno. Czyli ostro, ale ani się nie pocisz, ani z nosa nie cieknie. Idealnie. I to co Ona robi z tofu to jest mistrzostwo świata.

A potem poszedłem biegać. I było chłodno. Chociaż tętno było wysokie to biega mi się tu coraz lepiej, chyba w końcu się zaadoptowałem. Coraz mniej mnie boli, coraz dłużej potrafię biec i w końcu sprawia mi to przyjemność, także jest dobrze, a może być tylko i wyłącznie lepiej :)

Na kolację wróciłem do szkoły. Zjadłem kilka rodzajów tofu, jajko i warzywka. Wyszło to bardzo tanio, bo te dwa talerze 3,75 RMB. Tofu jest tu strasznie tanie. A skoro wyszło tak tanio postanowiłem dorzucić ciasteczka. Wziąłem trzy ciasteczka, jedno które znałem i dwa nowe. A potem tak spojrzałem na nie i zdałem sobie sprawę, że ich nie zjem. Spakowałem je do plecaka z myślą, że zjem jutro, ale gdy wsiadłem na rower pomyślałem, że fajnie byłoby posiedzieć trochę z dziewczynami. Po drodze podjechałem też po winogrona, bo Lidia lubi. W drodze do domu spadł mi łańcuch i zablokował się na przełożeniu z tyłu. Naprawdę mam nadzieję, że jutro będzie Pan Rowermistrz, bo bez niego nie dam rady. Znaczy…dać dałbym, ale potrzebuję młotek i smar. O nowym łańcuchu nie marzę. W każdym razie z winogronami i ciastkami zapukałem do Lidii, którą trochę zaskoczyłem, ale oczywiście mnie zaprosiła. Bardzo ucieszyła się z winogron, a Vicki z ciastek. Obie uznały, że te brązowe (któremu wczoraj nie zrobiłem zdjęcia bo było ciemno) było najsmaczniejsze. Może kiedyś sam będę mieć okazję by je porównać…

No i posiedzieliśmy trochę, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, Lidia się popłakała przy filmie. Vicki to twarda zawodniczka, jej komedie romantyczne nie ruszają. Dobrały się na zasadzie przeciwieństw, też dobrze :)

Ach…po wyjściu ze stołówki nauczycielki angielskiego zaprosiły mnie do stołówki dla nauczycieli, więc będę musiał tam podejść kiedyś. Zwłaszcza, że w poniedziałek mamy spotkanie nauczycieli angielskiego i mam przygotować listę pytań, które chcę zadać i może jakieś tematy do dyskusji. O rany…

A teraz niespodzianka, gorąco zachęcam do kliknięcia w ten link: http://www.cnjww.com/2012/1016/85141.shtml i przeskoczenia do około 11 minuty. Mówię tam mniej więcej tyle, że to drzewko jest niesamowite, bo to duże drzewo, a jest takie małe. A podpisany jestem jako nauczyciel angielskiego. W relacji Pani prezenterka powiedziała, że wystawa w Jiawang przyciągnęła nawet nauczycieli z zagranicy. No tak. Mieszkają po drugiej stronie ulicy, więc musiała ich przyciągnąć. W tym tygodniu też mnie coś przyciągnie bo dzisiaj stawiają jakąś scenę.

Dzisiejsza trasa biegowa:

http://www.endomondo.com/workouts/oZyBWXjUSJQ

Chciałem coś jeszcze dzisiaj napisać, ale zostawię na niedzielę bo i tak wyszła mi ściana tekstu. Za to gdybyście mieli jakieś pytania do nauczycieli w Chinach to walcie :)

Czemu Pan tego nie umyje?

Ogoli moja droga, ogoli. Ale za inwencję muszę pochwalić. Staram sobie wyobrazić takie zajęcie z nauczycielem angielskiego z innego kraju w polskim ogólniaku. W polskim publicznym ogólniaku. Nie powinienem porównywać, ale brak mi informacji o tym jak to wygląda w Chinach, więc mimowolnie porównuję do tego co widziałem w kraju. Ciężko mi wyobrazić sobie by po pierwsze takie zajęcia miały miejsce. I to mnie trochę smuci, bo przecież co to za problem w gruncie rzeczy. A efekty, nawet jeżeli nie stricte językowe, to takie życiowe jak poznanie innej kultury są nie do ocenienia. Poza tym dzieciaki są zmuszone do mówienia w języku którego się uczą. Czyli skupiamy się na jednym języku i staramy się go nauczyć dobrze, a nie uczymy dwóch po łebkach przez dwie-trzy godziny tygodniowo. Inna sprawa jest taka, że chińska edukacja jest oparta na ciągłym powtarzaniu słówek. Także uczniowie nie mają większych problemów ze słownictwem czy gramatyką, ale mówienie stanowi dla nich prawdziwe wyzwanie. Muszę w końcu się wybrać na jakieś chińskie zajęcia z angielskiego. Może nawet jutro, w końcu 7 godzinę mam wolną.

A teraz zacznijmy od Pana w pidżamie…Naprawdę ładnej pidżamie.

Szkoła wywiesza gazetę co rano, także każdy może sobie poczytać co dzieje się na świecie. Jak widać jest jakiś żart z USA, coś o tych spornych wyspach i oczywiście o nobliście, z którego są strasznie dumni.

Te przepiękne napisy po chińsku były nie do odszyfrowania dla uczniów, ponieważ: to kaligrafia, to starochiński.

Zdjęcie z drugiego piętra, damska, więc nie wchodziłem.

Szperając po szufladach w biurkach byłych nauczycieli znalazłem kilka magazynów. W tym magazyn o grach (w którym jakieś 90% to gry online a pozostałe 10% to gry na komórki), jakiś magazyn dla młodzieży z Totoro na okładce, oraz jakiś magazyn o koszykówce,

Po zajęciach z klasą trzecią dostałem tę kartkę i naprawdę, ale to naprawdę się wzruszyłem. Dostałem ją bo powiedziałem im, że już ich uczyć nie będę. W końcu klasy na dole przejmuje Miguel. Im się też zrobiło smutno jak widać.

Pamiętacie gdy pisałem o kolejności stawiania znaków i moim zaskoczeniu, że tutaj się tym nie przejmują? To dzisiaj zrobiłem zdjęcie w jakiej kolejności powinny być stawiane kreski w ‘naszych’ literach. I teraz się zastanówcie proszę, stawiacie je tak jak na zdjęciu?;)

Na obiad kiełki, kiełki, tofu, tofu, sałata i dwie bułki, które dzisiaj wcale nie ciążyły. A siedziałem sobie spokojnie i jadłem gdy nagle słyszę ‘Buu’ i co? Wendy próbowała mnie przestraszyć, ale zauważyłem że trzyma w siatce taką kulkę podobną do tej którą wczoraj zjadłem. No to po obiedzie podszedłem pooglądać co mają na deser i wziąłem kulkę (pycha) i ciacho (jeszcze większa pycha). Razem wyszło mnie 6,6 RMB.

Poszedłem pobiegać, bo okazało się że nie muszę brać popołudniowych godzin za Miguela. Wskoczyłem na bieżnię, czasy wyszły gorsze niż tydzień temu, ale zamiast kręcić minutówki zrobiłem piramidkę do 4 minut. W sam raz na początek.

Gdy wróciłem zdałem sobie sprawę, że jestem tu już ponad miesiąc a jeszcze własnego osiedla nie obszedłem. Znam chyba wszystkie drogi do centrum, ale nie znam własnego podwórka. Zrobiło mi się trochę wstyd i poszedłem pocykać zdjęcia. Przy okazji postanowiłem porobić zdjęcia samochodów. Normalnie auta mnie nie ruszają ani trochę. Tutaj jednak zwrócono mi na coś uwagę. Wszystkie auta są nowe. Praktycznie nie ma tutaj starych aut. Tak jakby wymieniali auta gdy te mają ~5 lat.

Na kolację ponownie do stołówki, tofu, ziemniak, sałata, sałata, ziemniak i zupa. A Pani bardzo zależało żebym wziął ryż i kalafior (bo z reguły biorę kalafior). Na szczęście poradziliśmy sobie bez tego. No i wyszło 5 RMB.

Następnie ruszyłem do sklepu. Sklepów. Bo w jednym się nie udało kupić wszystkiego. Kupiłem grzebień (a myślałem, że zgubiłem i było mi naprawdę smutno), mandarynki, banany i gruszki, a do tego chleb, fasolę i napój herbaciany bo ileż można tę samą herbatę pić.

I znalazłem sklep z żelkami na wagę! Jeszcze tylko ta fasola…A właściwie to bób. Chociaż bób to też fasola.

Trasa biegowa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/hkS_5itHyy8

Piątek, piątek, weekendu początek

Dzisiejsza owsianka zasłużyła na zdjęcie bo została wzbogacona o miód! Smaku nie zmieniło, ale co tam, jest miód to trzeba korzystać.

Takie dziwne stworzenie przywitało mnie w szkole, a jako gratis dorzucam zdjęcia stołów do ping-ponga. Zajęcia poszły szybko i sprawnie :)

To pora ruszać biegać, jeszcze przed wyjściem zobaczyłem, że dziwactwa budowlane i ‘w dupie mam bhp’ to nie tylko Polskie podejście.

Dwa kilometry dalej poczułem się jak w domu. Węgiel :) Nie mój, Śląski, ale czarne złoto wszędzie świeci tak samo. A parę metrów dalej poczułem się znowu jak w domu i zrobiło mi się miękko. Bo oto owczarek niemiecki. Aki na niego nawet by nie zwróciła uwagi bo taki jakiś wychudzony, ale też skory do zabawy.

Kukurydziany sezon jest w pełni bo rozsypują kukurydzę wszędzie, na drodze, na placach zabaw, na chodnikach, ciężko jest się przemieszczać. Czuć, po prostu czuć, że to od zawsze był teren rolniczy i dopiero od kilkunastu/dziesięciu lat to wszystko się zmienia. .

Po lewej stronie skrzyżowania – pustostany. Po prawej stronie – w większości pustostany.

Teraz patrząc na zdjęcia z satelity widzę, że są one bardzo stare i jak wiele się tutaj zmieniło przez te kilka lat. Tyle pól zniszczonych, tyle budynków postawionych. Wszystko w imię rozwoju Jiawang. Ciekawe jak tu będzie za lat kilkanaście. Bo pieniądze jakie tu są pompowane małe nie są. I dobrze, bo jak widać, tereny są przepiękne, a ludzie bardzo sympatyczni.

Co było widać chociażby w porze lunchu, gdy pojawiłem się jako jeden z pierwszych i Pani w stołówce po nałożeniu mi dwóch rzeczy chciała mi już podać tackę a ja twardo walczyłem o jeszcze i jeszcze! I wywalczyłem sobie paski czegoś co smakuje ziemniakowato, tofu, sałatę, paprykę, kiełki i coś co nie było mięsem. No i bułeczka. Standardowa cena w jedynce – 4 RMB. Wszyscy się patrzyli jak jadłem, nawet kucharz przyszedł, więc go pochwaliłem. Bo było za co. Niby stołówkowe żarcie, niby uczniowie narzekają, że drogo i niesmacznie, ale mi smakuje.

A jeszcze przed lunchem podszedł do mnie jeden z nauczycieli i zapytał się dlaczego na jednym z budynków jest napis ‘Let’s get ready to rumble’ i co on oznacza. To mu wyjaśniłem, że to hasło które jest wygłaszane przede wszystkim przed walkami różnej maści i w gruncie rzeczy oznacza, że należy się do tej jatki przygotować. To się zapytał dlaczego to jest w szkole, odrzekłem, że nie wiem, zaczął się śmiać, że kto ma wiedzieć skoro nie ja. A potem powiedział, że skoro to mówią przed walkami to tego być nie powinno.  Na tym dyskusja się zakończyła i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Vicki powiedziała mi, że o to samo pytał się ją wczoraj.

Po lunchu, dorzuciłem sobie jeszcze dwie bułki z tą zieleniną, podjechałem pod budynek pod blokiem, przed którym ludzie tańczą co rano, bo widziałem że coś tam się dzisiaj dzieje. Nie myliłem się, trafiłem na jakąś wystawę/konkurs bonsai/kamieni/korzeni, no każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie, zwłaszcza że niektóre przedmioty/drzewa były świetne. Niektóre drzewka były mocno średnie, ale to pewnie tylko lokalny konkurs, więc poziom nie mógł być bardzo wysoki. Jedna z sędzin zaczęła ze mną rozmawiać po angielsku, pytała skąd jestem, a nawet skąd konkretnie w Polsce…oczywiście Katowice nic nikomu nie powiedziały, w każdym razie wyjaśniłem, że jestem nauczycielem angielskiego i jako jedyny biały w okolicy zostałem poproszony do udzielenia wywiadu. Telewizji. Tak, mamy w Jiawang własną telewizję. Wywiadu w sieci jeszcze nie ma, ale Xu (reporterka) obiecała że mi powie jak będzie. Jakby ktoś był niecierpliwy może sobie klikać F5 na stronie – http://www.cnjww.com/ i może w końcu trafi na wywiad ze mną.

Standardowo zostałem poproszony o pozowanie do zdjęć. Strasznie dużo chińczyków ma iPhone’y. Naprawdę strasznie dużo.

A potem zrobiłem zdjęcia rybkom pływającym pod budynkiem. I ponownie trafiłem na rudzielca pod blokiem. Koty w Chinach też reagują na kici kici i także są niemile widziane w stołówkach.

Jak pokazuje trzystapiątka do domu mam niecałe 7700 kilometrów, więc dobiec nie dobiegnę, ale może na rowerze…;)

W akademikach na balkonach wiszą ubrania.

A w stołówce na kolację: ziemniak, tofu, coś co smakuje jak ziemniak, mięso z czymś co przypomina wodorosty, oraz…owsianka z fasolą! Pyycha! Ponownie jedynka i tym razem 5 RMB, bo wziąłem owsiankę.

Na koniec zasłużone piwo. Piwo…2,5% więc w Polsce – bezalkoholowe.

Dzisiejsza trasa biegowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/rVkdgJcSG9A

I chociaż biegłem rano to tętno było paskudne. Średnie tempo niby nie jest wysokie, ale trzystapiątka rzadko kiedy pokazywała mniej niż 150. Za to prędkość przyzwoita i co najważniejsze – czułem się bardzo dobrze.