Nowy nauczyciel…

Pojawi się w weekend. I to jest bardzo ciekawe, bo jakim cudem załatwili wszystko tak szybko. No nic, grunt, że będzie mógł zacząć od poniedziałku. Lub będzie mogła. Lub, jak to Lidia powiedziała, będzie mogło. Lidia zażartowała. Myślę, że to znak. Nie wiem jeszcze czego, ale czegoś znaczącego.

Dzisiejsze śniadanie zostało wzbogacane o słodzone suszone chińskie daktyle. Które potem całe zjadłem. Dlatego też dzisiaj ruszyłem do sklepu by je kupić ponownie. Do tego zakupiłem banany, normalne chińskie daktyle, gruszki, mandarynki i płatki owsiane. No i fasolę na ostro, która wygląda jak kukurydza, ale kto tam wie…

Coraz więcej uczniów pyta się mnie o to czy mi zimno…Kurczę. Oni tu wszyscy już zamarzają.

I jak widać na zdjęciach – przysypiają. Trzeci dzień po takiej przerwie jest okropny, na szczęście od przyszłego tygodnia powinni się pozbierać do kupy.

Bardzo mi się podobają te udawane prawdziwe materiały z których korzystają na zajęciach z angielskiego. Co prawda nie ma tam innych ćwiczeń niż czytanki i gramatyka, ale wygląda to jak prawdziwa gazeta i na pewno jako dodatek bardzo ciekawi uczniów.

Adam, specjalnie dla Ciebie, ubikacja – budynek nauczycieli, piętro 3.

Na lunch dzisiaj jednak bułka, tofu, papryka, kalafior i coś…Wyszło 5 RMB. Super.

A po lunchu poszedłem biegać i odwiedziłem inny plac zabaw. Fajnie sobie tak połączyć biegi z ćwiczeniami na placu zabaw.

A kolacja to: tofu, fasola z mięchem, ziemniaki i chyba też tofu…wyszło 6 RMB i myślę, że Pan się pomylił, albo to mięso było droższe…No nie wiem nie wiem.

Wyjeżdżając ze szkoły wczoraj zauważyłem, że zaczęto podświetlać inną ulicę, więc postanowiłem porobić trochę zdjęć. A zaraz potem ruszyłem na zakupy.

Uczniowie dalej uwielbiają Biebera ;)

A dzisiejsza trasa biegowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qijcC6Dm8p4

Poniedziałek

Gdy w kwietniu pierdzielnął mnie samochód i straciłem przytomność leżałem sobie i czułem się jak na chmurce, zacząłem otwierać oczy i pierwsze co ujrzałem to światło, a zaraz potem zobaczyłem uśmiechniętego starszego pana z białą brodą i długimi białymi włosami. W dodatku mówił ‘Nic się nie martw, wszystko jest w porządku.’ Tak…i ten widok moi drodzy nie był tak przerażający jak to co dzisiaj zmroziło mi krew w żyłach. Zdjęcia pokazują to najlepiej. I tak gwoli wyjaśnień: nie ma mojego roweru. Na szczęście ktoś go tylko przestawił. Na szczęście.

Specjalnie dla ASC…nie mam pojęcia :) Za wcześnie chyba żebym poznał ich tak dokładnie. Jeszcze odnośnie tych ubikacji, znajomy z Szanghaju mówi, że i tam i w Pekinie i w innych większych miastach jest dużo lepiej. Mają diametralnie inne podejście do higieny to nie ulega wątpliwości. Zawsze po meczu w kosza ja się przebieram, a oni w tych samych przepoconych ubraniach wracają do szkoły, a przecież mogą spokojnie się przebrać. To mnie bardzo uderzyło. Chociaż kurczę, jak miałem 14 lat też było mi wszystko jedno ;)
Poza tym, to nie jest tak, że dzieciaki nie wiedzą że jest brudno. One wiedzą bo mnie się pytają co myślę o tym i same mówią, że jest brudno. Poza tym ubikacje nauczycieli wyglądają zupełnie inaczej. Są czyściutkie.

Inna sprawa to coś na co zwróciła mi uwagę Vicki wczoraj. Strasznie dużo kobiet nosi ubrania ewidentnie nie pasujące do sytuacji. Typu eleganckie sukienki gdy idą do sklepu. I to takie naprawdę eleganckie.

Odnośnie zajęć ze sztuki – jak najbardziej mają coś takiego, wiersze oczywiście też czytają i teraz mnie naszło żeby zapytać czy też muszą mówić ‘co autor miał na myśli?’.

Także jeszcze się do tego odniosę, tylko musisz być cierpliwy :)

A teraz tak…na lunch poszedłem do stołówki i myślałem, że miska ryżu to znowu za mało, ale dwie to zdecydowanie za dużo, więc pora wrócić do jedzenia na tacy. W końcu jedzenie nie powinno się marnować. A było bardzo dobre.

Po lunchu okazało się, że jestem 20 minut spóźniony. Bo od dzisiaj zajęcia po lunchu zaczynają się 20 minut wcześniej. Jakoś nikt nie pomyślał by mnie o tym uprzedzić. Bywa…

Po zajęciach poszedłem pobiegać. Postanowiłem wziąć się za trening. Na razie taki delikatny. Jeden akcent w tygodniu i dwa spokojne. Czyli w poniedziałek na speedzie a reszta tygodnia spokojnie. Chociaż to jeszcze wyjdzie w praniu. Brakowało mi trochę tych interwałów. Znaczy biegło się okropnie ciężko przez te półtorej miski ryżu (no tak, nie biegam już tyle, więc ciało nie potrzebuje) i w dupę dałem sobie strasznie, ale brakowało mi tego. Mam ogromny problem wytrzymać tutaj dłużej niż godzinę. Udało mi się za to wbiec dzisiaj na bieżnię szkolną. Co prawda w czasie zajęć z WF-u, ale nauczyciel nie miał nic przeciwko, więc sobie nakręciłem kilka kółek. Jeden z uczniów, kurczę pamiętam go bo kiedyś już rozmawialiśmy, zaczął biec ze mną gdy robiłem szybszą część i spokojnie ze mną rozmawiał i powiedział coś o czym w sumie każdy z nas wie, ale o czym czasem zapominamy (przynajmniej ja), że bieganie to sport który zmienia coś w naszych sercach. I więcej mówić nie trzeba :) Przy drugim kółku powiedziałem mu jeszcze, że maraton, bieganie w ogóle, jest w głowie, sercu, a nie w mięśniach, że to właśnie głowa jest najważniejsza. Podziękował za rozmowę i poszedł odpoczywać. A zaraz reszta uczniów chciała trochę porozmawiać, popytać się skąd jestem, ale nikt nie chciał się ścigać. A bieganie po bieżni jest takie przyjemne. Zupełnie inaczej niż po tym nieszczęsnym asfalcie, betonie i kostce. Takich czasów to nawet w domu nie kręciłem gdy byłem w formie, więc miejsce do treningów szybkościowych mam wymarzone. ~2 kilometry od domu, w sam raz na rozgrzewkę i schłodzenie. Lepiej się po prostu nie da.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/oncDwY22P-g

To już sobota?

Ten tydzień zleciał strasznie szybko.
Żeby tylko ten ból brzucha minął równie szybko. By temu trochę pomóc w drodze z zakupów wstąpiłem do apteki. Pani aptekarka, jedna z czterech, powiedziała ‘heloł?’, więc zapytałem się jej czy mówi po angielsku (po mandaryńsku) i powiedziała ‘soso’, wyciągnąłem więc iPoda ze słownikiem angielsko-chińskim i pokazałem jej ‘stomachache’, przeczytała, pokazała na brzuch, pokiwałem głową i od razu ruszyła do apteczki bo jakieś chińskie cudo.

Zginąć nie zginę, teraz już to wiem :)

Na zakupach wrobiłem się z mlekiem bo zamiast kupić w torebkach kupiłem w butelkach, mam tylko nadzieję, że smak będzie ten sam.

Przebiłem się przez drugie śniadanie i obiad, ale kolacja to już nie dla mnie. Jutro znowu dzień kompletnie w domu. Może w końcu się  pozbieram, bo na bieganie w takim stanie się tutaj nie odważę. W domu by mi to nie przeszkodziło, ale tutaj nie mam żadnych kryjówek, więc wolę nie ryzykować.

Po obiedzie  ruszyłem w poszukiwaniu dojazdu do świątyni (aczkolwiek wikipedia próbuje wyprowadzić mnie z błędu i przekonać mnie, że to jest klasztor). Z drobnymi problemami, ale znalazłem. Gdy wszedłem do jednego z budynków by się rozejrzeć, zauważyłem z prawej strony Mnicha i Panią i garnuszek na datki. No cóż, to wypada się pokłonić skoro już tu wszedłem. Potem Pani poprosiła mnie, żebym się wpisał…hmm nie mam pojęcia dlaczego, może żeby zamówić coś w rodzaju modlitwy? W każdym razie powiedziałem jej, że sobie nie radzę z mandaryńskim, wrzuciłem pieniążka do garnuszka i chcę iść, a mnich podaje mi bransoletkę. Tak oto zostałem właścicielem oryginalnej buddyjskiej bransoletki (mali).

A przy okazji udało mi zrobić zdjęcie mnichowi z telefonem komórkowym. Tak, telefonem komórkowym. Tak mnie to zszokowało, że musicie wybaczyć mi jakość i kąt.

Z powrotem wracałem inną trasą, bo rozpoznałem drogą, którą kiedyś już jechałem.

A dzisiejsze trasy wyglądały o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/o0yDNvqCemg
http://www.endomondo.com/workouts/p34psnjUP2w

Ja się nigdy nie gubię…

Okazjonalnie mogę jedynie nie wiedzieć gdzie jest wszystko inne. Jak babcia Weatherwax.  Zacznijmy jednak od początku. Czyli tak…

Poranny bieg, plus trochę ćwiczeń na drążku. To co robią 50-letni Chińczycy na drążku zawstydza mnie i sprawia, że od razu ustępuję im miejsca.

Po tej krótkiej porannej przebieżce postanowiłem wskoczyć na rower i pojechałem sobie nad jeziorko w drodze do Xuzhou. To raczej nie jest to jezioro o którym mówili mi uczniowie, bo było za blisko i objechałem je calutkie w parę minut. Bardzo dużo ludzi łowiło w nim ryby, w dodatku wokół jeziora jest fajna wybetonowana ścieżka, także można sobie i wygodnie pochodzić i pojeździć rowerem bez problemu. Porządne ławeczki, podobnie molo, mało ludzi (nie licząc wędkarzy), także pełen relaks. Tylko pogoda średnia. Niby 25 stopnie, ale odczuwalne trochę mniej no i trochę pokropiło.

Na jedzenie dzisiaj patrzeć nie mogę, więc przełknąłem jedynie ciacho z księżyca i ruszyłem przed siebie. Nagle postanowiłem skręcić bo drogowskaz powiedział, że półtorej kilometra w prawo i zobaczę coś ciekawego. Nie zobaczyłem, jechałem dalej. I dalej. A potem wjechałem na jakieś pole. I jechałem dalej. W końcu zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak wrócić do Jiawang. Na szczęście widziałem górę z pagodą. I zacząłem kierować się w jej kierunku. Tylko w pewnym punkcie źle odbiłem i dojechałem do jeziora. Do tego jeziora o którym mówili uczniowie. Zrobiłem jedno zdjęcie mostu i stwierdziłem, że wracam bo:
– drogi powrotnej nie pamiętam
– nie mam wody
– nie mam jedzenia
Na szczęście znalazłem swój punkt orientacyjny i jechałem do niego. Jechałem, jechałem i w końcu wyjechałem na skrzyżowanie znane mi z weekendowych wypadów biegowych. Z jakiegoś powodu zamroczyło mnie i zamiast w lewo, pojechałem w prawo. Pod górę. W połowie zdałem sobie sprawę, że to nie ta strona, więc zawróciłem i w paręnaście minut dokulałem się do domu.

A rozmawiając z rodzicami mówiłem, że dzisiaj nad to jezioro nie pojadę bo jest za daleko…

Z rzeczy które widziałem warto wymienić opuszczony park rozrywki, do którego jechać mi się nie chciało, ale który trzeba odwiedzić, stado kóz, oj przepraszam, stada kóz!

Ciekawostka#1 Mapy na google nie pokrywają się ze zdjęciami satelitarnymi.

Według zdjęć z satelity nie dojechałem do żadnego jeziora, tylko Gdzieś.  To nic, że drogowskaz pokazał mi, że to jezioro, to nic, że zrobiłem zdjęcia. Według map byłem Gdzieś.

A to i tak nie jest to jezioro o którym myślałem. Mapa pokazuje, że gdzieś tam na północy znajduje się jezioro. A raczej Jezioro, bo jest ogromne.

Postanowiłem w końcu coś zjeść, ale w restauracji pod domem Pani była bardzo zajęta i nie widziałem tofu, więc poszedłem dalej. Szukałem stoiska z jedzeniem na wagę. I znalazłem. Wziąłem naprawdę sporo orzechów, jakieś ryby (nieświadomie znowu), trochę tofu i od groma czegoś co wyglądało jak glizdy i zażyczyłem sobie więcej ostrego. Jedzenie bardzo dobre, ale z tym ostrym to w końcu się doigrałem bo nie byłem w stanie dokończyć kolacji. Mam za swoje :)

Z dnia dzisiejszego gorąco polecam zdjęcia roweru.

Dzisiejsze trasy:
http://www.endomondo.com/workouts/j5C0qRRRVm4
http://www.endomondo.com/workouts/m83n9ZcITXo
http://www.endomondo.com/workouts/j-wHhagfd7Q

Znowu w domu…

Ostatnie śniadanie w chińskim fast foodzie. Pani za ladą namawiała mnie z jakiegoś powodu na inne pierożki niż poprzednio. A że skory jestem do eksperymentów to ustąpiłem. Czyli tak…ryba z fasolą (kucharz namawiał żebym wziął chleb, ale po co mi chleb?), zupą z fasolą (tym razem dorzuciłem cukru i była jeszcze lepsza), a do tego 6 pierożków. Razem wyszło 6 RMB. A gdy skosztowałem tego polecanego pierożka zrozumiałem dlaczego Pani mi go polecała. Zapamiętała, że poprzednie dwa dni brałem tofu, więc zaproponowała mi pierożka z tofu. Pieróg z tofu, super sprawa.

Potem nastała pora pożegnań, rodzice Lydii odwieźli mnie na dworzec, Lydia pomogła kupić bilet, a chciała mnie wysłać aż do samego Xuzhou, żebym stamtąd złapał autobus do Jiawang. Tak spojrzałem na nią i pytam się czy nie lepiej byłoby wysiąść po prostu na przystanku na którym wsiadałem w sobotę i złapać busa linii 25 do Jiawang. Lydia spojrzała na mnie zaskoczona i mówi, że faktycznie tak byłoby lepiej. Była naprawdę zaskoczona, że zapamiętałem to rondo przesiadkowe. Kurde, pierdzielne rondo na tle którego widać wieżowce z Xuzhou, jak można to przeoczyć? No poważnie, jak? Wsadziła mnie do busa i poprosiła Panią sprzedającą bilety by mnie zawołała jak się będziemy zbliżać do przystanku. No i Pani mnie zawołała, wysiadłem, przeszedłem na drugą stronę i po kilkunastu minutach pojawił się bus linii 25.

Znacie to uczucie gdy wracacie do domu i najdłuższe są te ostatnie kilometry? Cała droga mija błyskawicznie, a ostatni odcinek ciągnie się niemiłosiernie. Jak ‘Moda na sukces’, jak makaron, jak chińskie nudle, jak nowe sznurówki, jak ten okropny moment poszukiwania zagubionego początku taśmy klejącej, jak te niektóre kilometry w czasie biegu, jak zestaw tych porównań. Mniej więcej tak ciągnęło mi się gdy wjechaliśmy do Jiawang. Aż chciałem krzyknąć to kierowcy, żeby skręcił w prawo a na następnym skrzyżowaniu w lewo to wysiądę zaraz pod domem. A co kierowca zrobił? Postanowił zatankować na stacji benzynowej. W końcu jednak dokulaliśmy się do końca trasy. Wysiadłem i ruszyłem do domu. Domu…

Obiad. Zupka i do tego mięso z worka. Takie suszone z jakimś pikantnym sosem. Całkiem dobre.

Ruszyłem pobiegać. Po drodze sąsiedzi znowu się uśmiechają i znowu się witamy. Dom…

Ruszyłem przed siebie. Odbiłem w lewo i pobiegłem.  Pod górę. Pod górę i znowu pod górę. Koło koszar i pod górę. Ciężko było znaleźć trasę i musiałem zacząć chodzić. Dostałem się na pierwszą górę, spojrzałem gdzie jestem i postanowiłem spróbować dostać się do pagody. Dostałem się do pagody mijając po drodze kilka jaszczurek. Wszedłem na pagodę i pomyślałem…to może pobiegnę, na drugie wzgórze. I musiałem iść bo uderzyłem się w kolano. Z  tamtego wzgórza miałem piękne zejście do świątyni buddyjskiej. Oczywiście postanowiłem z niego skorzystać. Byłem ubrany mocno niewyjściowo, a że już samym sobą przykuwałem wystarczająco dużo uwagi zrobiłem tylko kilka zdjęć i postanowiłem spróbować wrócić inną drogą. Po kilkuset metrach uznałem jednak, że nie ma to większego sensu, bo tętno mam okropne, pot się ze mnie leje, nie mam ani pieniędzy, ani wody, ani pojęcia jak wrócić do domu inną drogą. Trzeba więc było wrócić po schodach na górę.

Ciekawostka#1 Co robi się w świątyni buddyjskiej budując schody i widząc na drodze drzewo? Obudowuje się schody wokół drzewa.

Ciekawostka#2 Albo ta świątynia jest bardzo nowa, albo z jakiegoś powodu została całkowicie usunięta z map na google.

Schodziłem taki dzikim, kozim, zejściem. Po drodze minąłem jeszcze więcej tych dziwnych kopców i olśniło mnie. To groby.

Skulałem się w końcu z gór do miast i zauważyłem dwa psy. Husky’ego i jamnika. Gwoli wyjaśnień: uważam, że jamniki to najbardziej wredne, hałaśliwe, nieznośne i uciążliwe psy z wszystkich znanych mi ras. To koty wśród psów tylko nie ma z nich ani żadnego pożytku. Jednym zdaniem: jamników nie lubię.  Postanowiłem zrobić zdjęcia i co? I jamnik zaczyna szczekać. Co tylko udowadnia, że te psy nawet w Chinach wiedzą że ich nie lubię. Husky’ego było mi żal. Bo z takim futrem w taką pogodę męczy się niemiłosiernie. A był to najlepiej wyglądający pies jakiego tutaj widziałem.

Znalazłem też dwa ‘nowe’ koty. Rude! A ten na schodach taki uroczy.

Postanowiłem w końcu sprawdzić te otrzymane ciasteczka księżycowe. To od uczennicy okazało się być z…jajkiem. Jajkiem. No dobrze, samym żółtkiem.

A to drugie z nie wiem czym, ale było bardzo smaczne.

Jutro ruszam do Xuzhou z zamiarem zobaczenia armii terakotowej. Widzę, że na mapie ma być to około 6 kilometrów, więc zaszaleję z taksówką. Chociaż mógłbym spróbować autobus, bo google podaje linie autobusowe…

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/imXGT77kaK4

Ma Pan koszulkę z gry…

Czy gra Pan w gry komputerowe?
Wiedziałem! Wiedziałem! W końcu! I w ten sposób klasa 9 staje się moim numero uno. Nie tylko z powodu prezentów (dzisiaj dostałem lizaka), ale z powodu niesamowicie gadatliwych uczniów i właśnie znajomości MGSów.

Postanowiłem kupić dzisiaj owoce. A że owoców kupuję dużo, bo tak blisko 3 kilogramy gruszek (wychodzi ~4RMB za kilo), ponad 3 kilogramy jabłek (nie mam pojęcia), półtorej kilograma mandarynek (~6.5 RMB za kilo), ponad 1 kilogram bananów (~4RMB a kilo) i kupiłem dziś z pół kilo innych daktyli (innych bo zielonych i okrągłych),  to lubię kupować w jednym miejscu, żeby się nie rozdrabniać. Podjechałem więc dzisiaj na targ gdzie kupowałem dwa ostatnie razy i…wybierałem, wybierałem, sprzedawca już się śmiał, ale gdy przyszło do zapłaty to nie chciał ode mnie pieniędzy. Uznał, że są niedobre. Nie to nie, już się u Pana nie pojawię.
Pojechałem gdzie indziej. Przerwałem Starszej Pani posiłek, wybierałem, wybierałem, nawet poszła do wagi elektronicznej a nie do swojej ręcznej (taką stara wahadłowa waga z odważnikami, ale wahadło to wielki patyk) i…ponownie, moje pieniądze nie są dość dobre. Skoro jednak przerwałem jej obiad to wyciągnąłem wszystkie drobne jakie miałem i zabrałem jabłka, daktyle i trochę mandarynek.
Po resztę zakupów pojechałem do marketu pod domem. Wybierałem długo oj długo, przesympatyczna Pani sprzedawczyni pomagała wybrać mandarynki (bo wiesz, trzeba wybierać te miękkie, takie jak ta, nie takie jak ta), wszystko mi ładnie poważyła i ponaklejała ceny, no to wziąłem jeszcze kawałek udawanej szynki i poszedłem do kasy. W kasie śmichy, chichy, w końcu w południe w sklepie są tylko kasjerki, a ja tylko mówię, że słabo mi idzie po mandaryńsku, ale kiwam głową gdy słyszę ‘english teacher’. Panie się śmieją, ja się uśmiecham. Pieniądze jednak są dobre.  No kurczę pieczone, muszą być dobre skoro dostałem je w automacie w Pekinie.

Klasa 3 poprosiła mnie żebym poprowadził ich jutro w czasie prezentacji klas. W sumie, żadna inna klasa mnie o to nie prosiła, więc dlaczego nie. Będę musiał być w szkole godzinę wcześniej, co oznacza godzinę mniej byczenia się, ale hej, będę częścią tego dnia sportu. Zrobię swoje, poprowadzę ich, a potem wracam w swoje ciuchy (bo dostałem specjalną klasową koszulkę) i robię zdjęcia innym klasom (z naciskiem na klasy 8-14, bo to ‘moje’ klasy).

Na obiad dzisiaj ryż i tofu. Dwa razy, bo raz to dla mnie za mało. Dostałem łyżkę, żeby nie męczyć się pałeczkami, a dziewczyny też jadły łyżką, więc się nie krępowałem. Z drugą porcją ryżu był problem, ale moja uczennica (z niezwykle trudnym imieniem dla której trzeba wymyślić imię związane z przyjaźnią) mnie poratowała i zdobyła dla mnie drugą porcję. Pochwaliłem kucharza i od razu urósł o kilka centymetrów. Dostałem też od niej lizaka i cukierka. Urocze dziecko.

Kolacja wyjątkowo w domu, ale nie zdążyłbym już do szkoły, pora więc na nową zupkę (bardzo ostra).

Wieczorny spacer do sklepu po masło orzechowe zakończony z jednej strony powodzeniem, bo udało się masło znaleźć w końcu. Miałem co prawda ze sobą pudełko po poprzednim maśle i pokazałem o co mi chodzi. Panie pokazały mi, że mam iść na dół. Zacząłem szukać i znalazłem. Przy rybach. Wziąłem też bułki. I jakieś takie inne bułki…Pewnie będą słodkie.

Wracając do domu kopnąłem w kamień i japonka mi się rozwaliła…Do domu wracałem boso, a żeby to sobie wynagrodzić szarpnąłem się na daktyle. W domu igła i nitka w dłoń i japonka naprawiona.

Także dzisiaj wcześniej do łóżka i trzeba odpoczywać przed jutrzejszym dniem pełnym wydarzeń.

A trasy z dzisiaj wyglądały o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/mS0YDN5sV5k

http://www.endomondo.com/workouts/vZeRfP89UAg

http://www.endomondo.com/workouts/h7pnzUagpwQ

Ach…mamo, wyczucia nie straciłem. Nawet w Chinach zawsze, ale to zawsze, trafiam na świeżo umytą podłogę.

A to ostatnie zdjęcie to moja półka z owocami w lodówce. Jedna gruszka się nie zmieściła. Bo jest OLBRZYMIA!

Garbaty dzień

Garbaty, bo środa to dzień w połowie. Jak się przez ten garb przebijesz to już blisko weekendu. Mi właściwie został tylko jeszcze czwartek.
Już jestem umówiony z klasą 3, że przyślą po mnie swoją reprezentantkę o 8 w piątek, żebym pooglądał ich w czasie festiwalu sportowego.

Postanowiłem, że będę robił zdjęcia chińskich prób napisania czegoś po angielsku. My potrafimy zrobić aferę z powodu naprawdę drobnych błędów w przekładzie, a chińczykom nawet takie cuda jak te na zdjęciach nie przeszkadzają. Grunt, że wygląda fajnie i są ładne słowa.

Dostałem dziś zaproszenie na festiwal śródjesienny do rodziny jednej z moich uczennic. Miała się zgłosić na konsultacjach, żebym jej odpowiedział. W końcu muszę porozmawiać z Lydią by się wywiedzieć jak to wygląda. Czy nie jest to niezgodne z jakimś zwyczajem. Okazało się, że nie, w końcu jestem specjalnym nauczycielem i mogę iść. Niestety nie przyszła, więc problem niby sam się rozwiązał. Może jutro ją złapię i zapytam czy propozycja dalej aktualna, bo kurczę , nie powiem że nie byłoby fajnie zobaczyć jak ten festiwal wygląda od środka.

Zauroczyła mnie ta koszulka dla dziewczynki z napisem ‘No Pain No Gain’.

Oni tu spędzają 16 godzin w szkole. Zaczynają o 550, kończą o 2150. Oczywiście nie wszystko to zajęcia. Jest przerwa na lunch, przerwa na kolację, ale codziennie mają 9 godzin zajęć. No i to chyba najlepiej tłumaczy dlaczego biją cały świat w wynikach edukacji. Tutaj nie ma czegoś takiego jak praca w grupach, każdy pracuje sam. Dopiero na angielskim uczą się jak pracować w grupach, o ile trafią na mnie ;)

Klasa 6 chciała żebym zrobił sobie zdjęcie w ich koszulce. Bo mają przygotowaną specjalną koszulkę na zawody. A klasa trzecia ma przygotowane butelki z kamieniami by robić hałas…Podchodzą do tego bardzo poważnie, już się nie mogę doczekać piątku.

Na obiad poszedłem do dwójki, którą zachwalała Lydia. Hmm…a poszedłem dlatego, że podeszła do mnie uczennica z klasy 3 (w sensie 3, a nie naszych ABC, to strasznie mylące, więc może tak, gdy piszę normalnie o klasach 1-14 myślcie o nich jak o naszych ABCDEFGHIJKLMN), czyli zupełnie nie mój rewir, ale chciała porozmawiać i zapytała się dlaczego zawsze chodzę po jedzenie do numeru 4, powiedziałem, że tak z przyzwyczajenia i zapytałem gdzie jest dobre jedzenie, z tyłu pojawili się jej znajomi i powiedzieli, że w 3, zapytałem gdzie to, pokazali i poszedłem. Tylko czemu nad 3 był numer 2? W każdym razie poszedłem dzisiaj zjeść obiad gdzieś indziej. Wybrałem ryż, tofu z marchewką i jakieś mięso. Wyszło 4 RMB, ale się nie najadłem, więc wziąłem jeszcze mięso w bułce za 3 RMB.

Na życzenie Doki (trochę tęsknię, ale smutno? No co Ty, poczta działa – więcej napiszę o tym w weekend, także uderzaj śmiało) wrzucam zdjęcie obolałej, ale uśmiechniętej, Lydii, która robiła dzisiaj furorę z powodu tego szalika. Dziewczyna nie robiła sobie przerw od nauki i w końcu odezwały się plecy, od dwóch dni chodzi na masaże, wczoraj poszła do szpitala bo nie mogła z bólu zasnąć i chciała środki przeciwbólowe. A żadna apteka nie była otwarta. No tak, całodobowych tutaj nie ma zapewne. Od lekarza nic nie dostała, bo stwierdził, że jest taka młoda, że powinna ćwiczyć i odpoczywać a nie brać leki. To jest zdrowe podejście :)

A ta przesympatyczna dziewczynka z czerwonym krawatem podarowała mi ciastko księżycowe, bo jutro jej nie będzie.

Dokulałem się jakoś do tych moich nieszczęsnych konsultacji na godzinie 8.
Lydia poszła i stwierdziła, że też mogę iść bo nikt nie przyjdzie, wszyscy przygotowują się do spotkania sportowego. No dobrze, ale obiecałem dziewczynie, że będę na konsultacjach to będę.
Przyszła za to inna – Wan Cie (to się na pewno inaczej pisze…) i zaskoczyła mnie bardzo płynnym angielskim. Naprawdę zaskoczyła, bo zupełnie jej nie kojarzyłem (jak się ma 350 uczniów to ciężko zapamiętać wszystkich po 3 tygodniach). Porozmawialiśmy sobie i też obiecałem jej angielskie imię. Skoro Cie (to się na 100% inaczej pisze…) oznacza ‘piękna’ to niech będzie Sophia, w końcu dziewczyna jest nie tylko piękna, ale i mądra.
No i tak sobie gadaliśmy gadaliśmy, a ona co chwilę zerka na zegarek, więc pytam gdzie jej tak śpieszno. Odpowiada, że pora kolacji, no to hej, czemu nie, kolacji w szkole jeszcze nie jadłem. Poszliśmy do dwójki, po drodze przyłączyły się dwie koleżanki i super. Naprawdę fajnie mówią po angielsku. I to dziewczyny, które w klasie się nie rzucają w oczy. Widać takie środowisko bardziej im odpowiada. To też dobrze, bo przynajmniej mogą na spokojnie, w naturalnym otoczeniu poćwiczyć żywy język. No i zjeść coś.

Zamówiłem sobie nudle z pomidorem i dolałem sosu na ostro. Usłyszałem, że będzie za ostre…Nie było za ostre. Jutro się poprawię.

Zjedliśmy i co? I dziewczyny wyciągają siatkę pełną słodyczy i jabłko. Dla mnie. Bo mnie lubią, bo jestem słodki, mam fajny uśmiech i robią mi się super dołeczki gdy się uśmiecham. I co ja mam na to powiedzieć? Dziękuję, bardzo dziękuję. Kurczę…Ech, nie będę kolejny raz pisać jak bardzo mi się to podoba, bo wszyscy to wiecie. Wrażenie to na mnie robi i robić nie przestanie. Powiem uczciwie bałem się, że one chcą mi kupić kolację, a on zrobiły jeszcze więcej…

A wracając postanowiłem pojechać na targ kupić Lydii ciastka księżycowe. Oczywiście wszyscy się już zbierali, ale na szczęście z mojego ulubionego stoiska jeszcze nie. Wziąłem więc dwie paczki po cztery. A co mi tam ;)

Okej…to coś małego czarnego, czego nie widać najlepiej na zdjęciu to czarne jajko. JAJKO! Tylko chyba nie kurze, bo nie smakowało jak kurze.

Odpowiadając na pytania z Endo…Panowie, jak mi ukradną rower, to policja zaraz go znajdzie bo przecież ‘to rower tego białego wielkoluda’ ;) A do łańcucha na kierownicy się przyzwyczaiłem, psuje on aeordynamikę, ale pewnie nie bardziej niż zardzewiały łańcuch. W Polsce to bym powiedział, że to dodatkowe zabezpieczenie, zawsze można komuś przyłożyć, a tutaj…sielanka :)

Dzisiejsza trasa:

http://www.endomondo.com/workouts/qNlTId6Hy9o

Nowe klasy, lub maratonu dzień pierwszy

Na pierwszy ogień poszła naprawdę fajna klasa, w której wszyscy wstawali by czytać odpowiedzi (chociaż nie musieli) i w której wszyscy uczniowie wstali na koniec zajęć by mnie pożegnać.

Następnie Lydia mnie opuściła i 3 zajęcia prowadziłem sam. Och moja radości gdy pierwsze dwie ciągle zasypywały mnie pytaniami, a od uczennic dostałem żurawia z papierka po cukierku, wielbłąda na szczęście i kawałek placka, żebym z głodu nie umarł. Bardzo sympatyczne klasy. Aż się człowiekowi głupio robi, że nie może się jakoś odwdzięczyć. Wierzę jednak, że na wszystko przyjdzie pora i się odwdzięczę. Lydia rano powiedziała, że kupiła mi ciastka księżycowe w ramach prezentu na nadchodzące święto. Prezentu od firmy ;) W piątek podskoczę na targ i może nie kupię jakiś  ładnych, fikuśnych ciasteczek, ale kupię te które mi bardzo smakowały.

Na czwartek mam obiecane od innej uczennicy ciasteczka ;) No naprawdę, uczniowie tutaj rozpieszczają nauczycieli na każdym kroku. Już praktycznie nie muszę mówić skąd jestem bo wszyscy wiedzą.

Wyjątkowo porę ćwiczeń poświęcono na jakieś oficjalne wystąpienie, chyba z okazji zbliżającego się święta narodowego. Każda klasa wbiegała na boisko po kolei, co robiło niesamowite wrażenie. A potem jeszcze podniosłe wciąganie flagi i śpiewanie hymnu.

Gdy zrobili sobie przerwę, ja skorzystałem z okazji i wyskoczyłem zrobić kilka zdjęć w toalecie dla uczniów, która nie wygląda zachęcająco mówiąc delikatnie. Ogólnie rzecz biorąc klasy także są brudne, nie do tego stopnia, ale brak sprzątaczek jest dość widoczny. No właśnie, tu nie ma sprzątaczek, sprzątają sami uczniowie. Z klasy korzystają tylko rok więc chyba za bardzo się nie przywiązują. A te kibelki śmierdzą, oj śmierdzą.

A w porze lunchu najpierw jedna z uczennic mnie zaatakowała ciosem w ramię, a potem zawołała, żebym się do niej dosiadł. No i ponownie sobie pogadaliśmy. Oczywiście pojawił się Money i też się przyłączył do rozmowy. Pierwsze zdjęcie z dzisiaj pokazuje moją kartę z pieniędzmi na jedzenie/zakupy w sklepiku szkolnym. Fajna sprawa, bo nie trzeba nosić przy sobie gotówki. A karty są podpisane, więc teoretycznie jak komuś się zgubi/ukradną to nie będzie problemów.

A na lunch dzisiaj dwie bułki, chybadynia, dynia z mięsem, papryka z boczkiem i pomidory z jajkiem. Wyszło 7, w końcu dwie bułki i dwa razy mięso. Chociaż prawdę mówiąc tego mięsa jest tyle co kot napłakał. Lepiej brać tofu.

Te balony, które wczoraj pokazałem, faktycznie zwiastują wesele, które ma odbyć się  dopiero dzisiaj. Dlatego dorzuciłem zdjęcie bramy z pawiem i ze smokiem.

Ten chiński nacjonalizm i niechęć do Japonii jest widoczny nie tylko w szkole, nie tylko na ulicy, ale także w reklamach. Od polityki się odcinam, ale marketingowe podejście muszę pochwalić.

Bardzo fajne mają te materiały swoje. Takie niby prawdziwe gazety, a jednak chińskie.

Ten jeden uczeń, którego chwyciłem na zdjęciu robił mi zdjęcie. Nie chciałem, żeby poczuł się gorszy :)

Kulnąłem się też po zakupy i wrzucam zdjęcia z poprzednich. Także oto i miód, chociaż miałem w rękach już droższy, bardziej ekskluzywny, a w sklepie pod domem znalazłem jeszcze tańszy…Ten kosztował 28 za ~1kg. Masakra cenowa. Potem kiełbasa, oj dużo kiełbas kupiłem bo nie było masła orzechowego, a uznałem że nie będę codziennie chodzić do sklepu. Kupiłem też długą która powinna być jak sucha…I tak będzie na słodko. Zaszalałem i kupiłem sobie pałeczki, nie mam nic przeciwko tym stołówkowym, ale zawsze to lepiej jak się ma własne. I herbata w ładnej puszcze. Nie mam pojęcia co z kotem na pudełku, ale było na słodkim, więc będzie słodkie. To z pandą na pudełku nazywa się ‘fasolki o dziwnym smaku’, więc nie mogłem nie kupić. Potem fasola na ostro. Skittlesy, ale są tu strasznie drogie. Słonecznik, tym razem zielony, mamnadziejężetożelki, zupki (ponownie inne firma), smoked ham, czyli niby szynka wędzona, ale kogo oni chcą oszukać…, inna szynka która wygląda jak sucha, kiełbaski z wieprza, chleb (mały razy dwa), bułki prawie jak ze stołówki (następnym razem kupuję na stołówce bo są tańsze).

A dzisiaj w sklepie podeszła do mnie Pani i zapytała się czy mówię po chińsku bo chodziłem i szukałem tego masła orzechowego. Po angielsku zapytała. Będę musiał tam podejść ze słoikiem :) I dostałem od kogoś granat, miałem go zjeść na kolację, ale Pan Sprzedawca Mięsa na Patyku gdy mnie zobaczył od razu podniósł mięso i nie mogłem mu już odmówić.

Dzisiejsza trasa rowerowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jI2Fs6s3wGA

Dzień pierwszy maratonu nie był najgorszy.

ASC, bardzo fajny komentarz mi nakryklałeś :) Już się do niego odnoszę. Nie wiem czy w Polsce w małej wiosce ktoś całkowicie odmienny spotkałby się z taką życzliwością. Przypuszczam wręcz, że nie, ale bardzo chciałbym się mylić.  Zasadniczo w Chinach znaczna większość wyznaje Buddyzm, potem Taoizm, ale u mnie na wiosce nie widziałem żadnego rodzaju świątyni. Miałem się o to zapytać Lydii i zapytam, a potem zdam relację.
Na procesji nie płakali, ale prawdę mówiąc trafiłem na samą jej końcówkę. Nie wiem jak to wyglądało z przodu, gdzie pewnie szła najbliższa rodzina. Ludzie sprawiali wrażenie smutnych, ale zupełnie tego wszystkiego nie pokojarzyłem.
Hahaha, Lydia mi ciągle mówi, że ludzie są dla mnie mili bo ja jestem dla nich miły, ale przecież oni czasem są pierwsi mili :)  Nadziwić się nie potrafię, ale bardzo mi się to podoba. Aż chciałoby się to jakoś przenieść na Polską ziemię.

Cytat z dzisiaj: ‘Widziałam wczoraj Pana w sklepie. Byłam z mamą. Powiedziała, że jest Pan bardzo przystojny.’

Ach te leniwe soboty

Jutro ma padać, więc chyba z wycieczki nici. Poza tym zauważyłem, że cały tydzień mam zapełniony. Ciągle albo biegałem, albo jeździłem na rowerze, albo jedno i drugie. Także chyba najwyższa pora zrobić sobie jeden dzień przerwy i przygotować się do nadchodzącego maratonu zajęciowego. Także źle nie ma.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jST565GGD7o

Trasa w prawo ciągnie się jeszcze dalej i cały czas jest chodnik, ale dzisiaj jeszcze nie pora by zobaczyć gdzie się kończy. Trochę czułem się jak Sam z Władcy Pierścieni. ‘Jeszcze jeden krok i będę dalej od domu niż byłem kiedykolwiek.’ W końcu każda podróż rozpoczyna się od tego pierwszego kroku :)
No i te drzewka. Patrząc na zdjęcia nie powiedziałbym, że to nie jest Grecja.

Wracając z treningu zahaczyłem o osiedlowy plac ćwiczeń na którym były dzieciaki. Przyglądały mi się bardzo bacznie. Zwłaszcza ta mała. A gdy sobie poszedłem jeden z nich zapytał jak mam na imię, on sam przedstawił się jako Frank i zaczęli mnie śledzić :) W końcu wielu obcokrajowców tutaj nie widzą.

Lunch. A na lunch kalafior, mięcho z fasolą, tofu z fasolą i orzeszki. Orzeszki tutaj podają jakieś takie dziwne mokre, ale są pycha. W dodatku suszą je pod moim oknem. Najpierw suszą, a potem moczą ;)

A potem w końcu przerwa. W końcu mogłem chwilę odsapnąć i pooglądać Futuramę. Nakreśliłem plany lekcji na najbliższy tydzień i jestem gotowy.

Po szybkim podwieczorku (jak można słodzić parówki? Na szczęście surimi nie jest słodzone) ruszyłem na spacer. W ogóle to przypomniała mi się historia z wczoraj. Miałem ochotę na żelki i znalazłem w sklepie coś co je przypominało. Włożyłem jednego cosia do ust i mało co go nie wyplułem, a Pani Sprzedawczyni tylko się śmiała i kiwała przecząco głową. Ruszyłem w poszukiwaniu bananów i chińskich daktyli. Znalazłem i jedno i drugie już po 20 minutach, ale postanowiłem szukać dalej. No i znalazłem w drodze powrotnej. Zakupiłem i wracając do domu natrafiłem ponownie na Pana, któremu bardzo zależy bym u niego kupował, więc kupiłem jeszcze trochę bo te daktyle są naprawdę dobre.

A pod sklepami są parkingi dla rowerów. DLA ROWERÓW!

Wracając do domu postanowiłem w końcu spróbować piwa. Wielkim piwoszem nie jestem, ale co mi tam. Skoro już się dokulałem do Chin i spróbowałem tej udawanej wódki to pora spróbować czegoś prostszego. Zakupiłem w sklepie pod domem u jednego z Panów, który zawsze mówi mi heloł. 2 RMB za 600 ml piwa o mocy co najmniej 3,1%. Tożto nie piwo…

No i tak sobie wracam z bananami, dwoma siatkami daktyli i piwem, a tutaj właściciel sklepu w którym kupuję wodę zaprasza mnie żebym sobie usiadł z nim. No to sobie usiadłem z nim, chyba jego mamą i córką. Poczęstowałem ich daktylami, dziecku bardzo smakowały i sobie porozmawialiśmy moim marnym mandaryńskim i jego kiepskim angielskim. Posiedziałem trochę, posprowadzałem mu chyba klientów po czym się pożegnałem i poszedłem wypić to udawane piwo.

A trasa z wieczornego spaceru wygląda o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jW9MOodD9Yc

Jutro otwierają supermarket, ale nie mam po co się do niego wybrać, widzę za to, że będzie przez tydzień promocja na banany, tani słonecznik, zupki w ceneie podobnej jak w sklepie w centrum. W ogóle to chyba większość cen jest podobnych.

A piwo nie było najgorsze. Powiem więcej, smakuje mi bardziej niż te nasze gorzkie. Wiadomo, że do dobrego pszenicznego się nie umywa, ale za taką cenę w Polsce piwa się nie kupi, nie wspominając o piwie zdatnym do wypicia (podobno).

Pana

Na początek trasa z dzisiaj i kilka słów o niej:

http://www.endomondo.com/workouts/tljY5dRAz-w

Dzisiaj chciałem dokulać się do góry z pagodą (właściwie to co najmniej dwoma), no i ruszyłem. Było kilka takich podjazdów, że do teraz czuję je w udach. Oj ciężko się tu jeździ.

Raz musiałem się zatrzymać w pobliżu ludzi i od razu przykulał się wesoły Pan Chińczyk. Wesoły bo uznał, że 14 to odpowiednia pora na zanurzenie się w chińskich trunkach alkoholowych. Bardzo chciał ze mną porozmawiać, ale niestety nie szło nam. Ja z tym swoim bo hłej szła potonghła i on ze swoim heloł inglisz. No, ale sobie porozmawialiśmy.

Ruszyłem dalej i jadąc w stronę góry natrafiłem na zamkniętą bramę. No nic, trzeba pojechać inaczej. Kolejny podjazd…I zjazd…Na tym rowerze boję się zjazdów bardziej niż czegokolwiek innego. Hamulce skrzypią jak stereotypowe drzwi w horrorach, łańcuch skacze jak Liu Xiang (uwielbiany przez tutejsze dzieciaki), więc szaleć nie mogę.

Tak się kulałem powoli, robiąc zdjęcia okolicznościom przyrody. Dotarłem do drugiej bramy, która chyba była do tego samego terenu co tamta zamknięta.

A potem…trafiłem na oddział wojska. Widziałem ciężarówki wymalowane w kamuflaż, oraz żołnierzy. Tym razem powstrzymałem się od robienia zdjęć. Oni by mogli być bardziej niezadowoleni niż ten Pan ze stacji benzynowej. Wracając pojechałem po prostu przed siebie i dotarłem do znanej mi już starej części miasta. Ponownie postanowiłem porobić zdjęcia prawej stronie ulicy i sklepom.  Powiedziałbym, że jest tu dużo zakładów fryzjerskich, ale skoro w mojej maleńkiej dzielnicy jest ich 5 lub 6 (albo i 7) to tych kilka na jednej ulicy nie robi na mnie wrażenia.

Te przesympatyczne Panie grały w karty. Czyli nie tylko mężczyźni mogą się rozerwać w ten sposób.

A dzisiaj z jedzenia:
– owsianka z słodkim suszonym czymś
– obiad w szkolnej stołówce (fasola, jajka z pomidorami, coś z ogórkami i chybawodorosty, oraz bułka), za całe 4,3 RMB. Jadłem w życiu gorsze rzeczy, jadłem też lepsze. Nie ma czego wymagać od szkolnej stołówki.
– nowa zupa, tym razem z suszonymi kawałkami mięsa (nie zgadniecie, na słodko!)
– oraz nie mam pojęcia co, ale większość tego to pestka i było słodkie

Wracając z góry spojrzałem na przednie koło, które było zupełnie płaskie. Do domu się dokulałem, koło napompowałem i mam nadzieję, że to jednak nie poszła dętka. A jak poszła to czeka mnie mała przeprawa w sklepie :)