Wróciłem

Rozumiecie o co chodzi, więc nawet nie będę wyjaśniał. Bo rozumiecie, prawda?

Aki nawet na mnie nie szczekała gdy wszedłem do domu. Chyba była za bardzo zaskoczona bo przeszedłem obok niej a ona stała i nic. Dopiero gdy ją zawołałem przybiegła uradowana i szła wszędzie za mną. Oczywiście oprócz mojego pokoju (może kiedyś to wyjaśnię).

I wszystko pięknie, tylko jakoś tak ta pierwsza noc…jakoś tak obco się czułem. Wszystko znajome, ale jakieś takie…no jednak nie do końca. Dzisiaj (nocy drugiej) już jest lepiej.

Tyle tylko że dalej jestem na czasie chińskim i piszę te słowa o 2 w nocy bo poszedłem spać o 18. Mam nadzieję że tak koło 3-4 uda mi się zasnąć. Chociaż nie wiem, bo pisanie tych notek nigdy mnie nie nudziło.

Niedziela i przegapione #21

Dyrektor
Lidia rozmawiała ostatnio z dyrektorem i stwierdził że często mnie widać jak chodzę po Jiawang, a potem przyznała że Jiawang znam chyba lepiej od niej. Pewnie tak…głównie dlatego że obojętnie co zrobię nigdy nie będę w pełni zintegrowany z tą społecznością, po prostu z samego założenia nie mogę być w pełni zintegrowany, ale przecież nie mogę z tego powodu w ogóle nie próbować i nie oglądać tego co to malutkie miasteczko ma do zaoferowania. Lidia z samego założenia będzie wszędzie w Chinach w pełni zintegrowana, niezależnie od tego czy będzie się starać, czy też nie.

Kreskówki
W tym tygodni oglądaliśmy ‘Potwory i spółka’. Więcej o tym filmie trochę poniżej, ale najbardziej zszokowało mnie to co usłyszałem od wielu uczniów ‘nie lubię kreskówek’. I mogę poniekąd zrozumieć że rodzice Ich zniechęcają a w dodatku jakość chińskich kreskówek jest hmm…średnia (wnioskując po tych kilku seansach z ‘Kozą i złym wilkiem’), więc kreskówki są dla Nich nieinteresujące. Nie mogę za to zrozumieć całkowitego zamykania się na tę formę przekazu. Kreskówki to nie tylko filmy dla dzieci, ale żeby to zrozumieć trzeba kilka z nich obejrzeć.

Sudoku
Odkąd przyjechałem do Chin układałem sudoku na swojej komórce. Doszedłem do ~75 planszy z 100 gdy pokazałem Lidii…i uznałem że trzeba pokazać także prostsze, więc skasowałem zapis gry i musiałem zaczynać od nowa…Z jednej strony zrobiło mi się smutno bo musiałem zaczynać od nowa, ale uznałem że skoro i tak po dojściu do 100 zacząłbym od nowa to może to i lepiej. W tym tygodniu dobiłem już do ~50 planszy, ale pokazałem Brigitte i…ponownie skasowałem bo najwyższy poziom był trochę za trudny. I znowu zaczynam od nowa, ale to dobrze, będę mieć co robić w drodze powrotnej. No i przy okazji mogę kilka rekordów pobić. Sudoku nie jest w Chinach jakoś bardzo popularne, za to kostki Rubika są chyba w każdej klasie i mnóstwo dzieciaków radzi sobie z układaniem błyskawicznie.

Potwory i spółka
Jedna z moich ulubionych amerykańskich kreskówek. Może nawet jedną z w ogóle ulubionych, chociaż biorąc pod uwagę japońskie to konkurencja robi się naprawdę spora. To w sumie taki film który można nawet odczytać jako pragnienie dorosłego mężczyzny do posiadania dziecka. Dopóki James nie poznaje Boo liczy się dla niego tylko praca, ale jest na tyle dobrym stworzeniem że pamięta o swoim najlepszym przyjacielu. Gdy pojawia się Boo której na początku się boi (co można odczytać jako strach kogoś kto dowiaduje się że będzie ojcem a nie czuje się jeszcze na to gotowy), następnie próbuje pozbyć (lęk przed akceptacją faktu), po czym nazywa (akceptacja), a ostatecznie zaczyna o nią walczyć i stawia ją przed swoim najlepszym przyjacielem. Mike (przyjaciel) początkowo się wkurza bo wydaje mu się, że traci przyjaciela, ale w końcu zaczyna rozumieć że teraz dla Jamesa najważniejsze jest dobro Boo i chowa własną urażoną dumę i robi wszystko by  mu pomóc. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim dostajemy przekaz że krzyk dziecka jest nieporównywalnie gorszy od śmiechu, także nie dość że dostajemy lekcję jak radzić sobie z wiadomości o staniu się ojcem to jeszcze dowiadujemy się że dziecko lepiej jest rozśmieszać niż wywoływać u niego płacz.
Oczywiście nie trzeba się w ten film wczytywać tak głęboko by go docenić, bo jest pełen humory i podobał się nawet tym dzieciakom które mówiły że nie lubią kreskówek, w dodatku są momenty gdy chwyta za serce. Miał tylko pecha bo trafił na rok Shreka i Oskara nie dostał. Tak jakby Oskar był jakimś wyznacznikiem jakości filmu.

Niedziela
Dzisiaj lenię się niemiłosiernie. Po biegu (o tym za chwilę) już się w ogóle z mieszkania nie ruszałem. Musiałem tylko raz jeszcze się spakować bo zapomniałem o tym ogromnym kapeluszu. Na szczęście udało się go zmieścić do walizki razem z całą resztą bez większych problemów.

Bieg był za to dzisiaj taki sobie. Znowu to potworne tętno, ale na szczęście nie łapała mnie kolka i dało się oddychać. Może deszcz miał z tym coś wspólnego bo padało cały czas. Gdzieś tak po 20 minutach miałem dość, ale zacisnąłem zęby i biegłem dalej. Zrobiłem 12 kilosków i jestem z siebie bardzo, ale to bardzo dumny bo po pokonaniu tego potwornego kryzysu w okolicach 20 minuty biegło mi się bardzo przyjemnie, a to jest w końcu najważniejsze. By czerpać z biegu przyjemność.

Adam!
Napisałeś coś bardzo smutnego o czym na razie nie chcę myśleć, ale co jest ze wszech miar prawdziwe i przez to jeszcze bardziej smutne. Chociaż nie! Bo rozstania nigdy nie są wieczne, nawet jeżeli takie się wydają to przecież zostaje w nas cząstka tych osób z którymi się rozstajemy fizycznie.
Hahaha…przyznam się zupełnie szczerze że przez pierwsze dwa miesiące sam miałem problem się w tych klasach połapać, ale teraz jest już o wiele lepiej, oczywiście wszystkich uczniów nie kojarzę (zapamiętaj ~700 osób) to jednak dużą część wyłapuję. Dzisiaj nawet napisał do mnie na maila (bo mnie poprosił) przewodniczący klasy 7 i przesłał zdjęcie ze mną. Mam obiecane u Niego lekcje ping ponga więc tylko czekam na lepszą pogodę.

Gdy alkohol krąży w żyłach…

(…)czuje drzemie we mnie taka siła(…) i potem jest już trochę wulgarnie w piosence Bladych Loków.
Czyli zacznijmy od końca. Oglądając drugą część ostatniej części ‘Zmierzchu…’ zadzwoniła do mnie Lidia i zapytała czy mam ochotę wyskoczyć na kolację bo stawia Jej znajomy który podwoził nas w Pizhou i z którym poszliśmy na zakupy. Oczywiście zgodziłem się , chociaż dostałem smsa od tajemniczego ucznia czy będę w stołówce numer jeden w porze kolacji i odpowiedziałem twierdząco. Oczywiście zaraz odpisałem że przepraszam, ale mnie nie będzie. Tajemniczy uczeń jest z klasy trzecie i zapewne jest jakimś znajomym Lawrence’a. Ja za to z Lidią ruszyłem na kolację. Podano zupę z owcy, oraz tofu z krwią owcy, krewetki prosto z rzeki, jakąś rybę i wszystko to na ostro, na szczęście podano też orzeszki na słodko. A jak wiadomo to cukier pomaga najbardziej gdy w ustach mamy ogień.
Okazuje się, że znajomy Lidii pracuje dla Pana sprzedającego alkohol w Jiawang. Tylko w sklepie dość drogim. Bo jeżeli jedna butelka potrafi tam kosztować i 20000 RMB a ceny oscylują w okolicach 1000 RMB to jest to sklep z wyższej półki.
W czasie kolacji trochę sobie pogadałem po chińsku, nawet zaciekawiłem kelnerkę i uznano że mogę sobie spokojnie znaleźć chińską dziewczynę.  Cudnie.

Wszystkie zajęcia dzisiaj to kompletna nuda dla mnie i wielka odmiana dla uczniów. Nie zrozumcie mnie źle uwielbiam ‘Potwory i spółka’ i mógłbym ten film oglądać tak często jak go oglądam, ale nie za każdym razem da się z niego coś nowego wyciągnąć, przynajmniej ja przy takim skupisku nie potrafię.

Z rzeczy ciekawszych i to tak w dużym skrócie bo mimo wszystko alkohol nie jest dla mnie najlepszym przyjacielem. Lidia pokazała mi dwie butelki po 100 ml i zapytała:
– Na jak długo starcza to w Polsce?
– …
W Chinach wystarczy wypić 150ml i jesteś Gość. Szacun na dzielni i tak dalej.

W klasie 11 puszczałem ‘Śnieżkę…’ i widząc kabel od głośników wiszący na jednym trucie zapytałem ‘na pewno?’ odpowiedź była twierdząca więc włożyłem drania do prądu i po chwili usłyszałem bum, zobaczyłem malutki płomień i oto nastąpił kres głośników w klasie 11. Nie ma opcji, z Polski przywiozę ze sobą głośniki, bo te chińskie w Chinach są droższe od tych chińskich w Polsce.  Na szczęście klasa 11 była bardzo zmotywowana by obejrzeć film więc pożyczyła głośniki i obejrzeliśmy sobie film w spokoju.

Oczywiście pochwał mojego ‘nowego’ wyglądu nie ma końca. Tylko w Polsce z tego powodu będę marznąć…

We wtorek skończyły mi się pomysły na tytuły

Na szczęście został jeszcze piątek a potem weekend.
Dzisiaj zaszalałem ze słówkami i zostały mi jeszcze tylko 3 lekcje, plus dzisiaj dwie do odrobienia i wszystko wskazuje na to że od przyszłego tygodnia będę jedynie powtarzał tych moich pierwszych 400 słówek. Znaków wyjdzie tak w okolicach 200-250, czyli tyle ile wymagają na pierwszym poziomie HSK. Jak się jeszcze z tym wszystkim osłucham i wykuję je naprawdę solidnie to za parę miesięcy będę już na poziomie małego chińskiego dziecka. Które co prawda paskudnie pisze, ale radzi sobie jak może z mówieniem.

Hmm…dotarło właśnie do mnie że mamy czwartek a ja nie jestem zmęczony, to bardzo dobry znak. Jutro pędzę do klasy 9 a potem jak wicher wracam do mieszkania, wskakuję w ciuchy do biegania i pora na przyjemny godzinny bieg.

Lidia ponownie dostała moją wypłatę, ale ruszyła już dzisiaj ją przelać na moje konto. Poszła tez odebrać zdjęcia dzieciaków z konkursu, tak żeby każdy dostał jakąś pamiątkę. I z własnych pieniędzy za to zapłaciła. No masakra jakaś, jakby szkoła nie mogła tego zapłacić. Jak na potwornego obcokrajowca przystało uznałem że zapłacimy po połowie i od razu uprzedziłem że nie chce się bawić w ten cały chiński cyrk z walką o pieniądze.

Nie mam pojęcia co to się dzieje przed tymi egzaminami, ale w stołówce coraz więcej ludzi i trzeba coraz dłużej czekać w kolejkach a jedzenia tylko ubywa. Dzisiaj znowu dosiadł się Lawrence, bo Shawnowi sam zająłem miejsce i znowu olbrzym zamknął się w sobie i jadł w ciszy patrząc w miskę z ryżem. I nagle usłyszałem muzykę z ‘Pingwinów z Madagaskaru’.
L: To tylko kreskówka dla dzieci.
B: To ulubiona kreskówka moich rodziców.
A potem Shawn powiedział że więcej nie może zjeść i idzie.
L: Dlaczego on wszędzie nosi tę torbę?
B: Ja też wszędzie noszę swój plecak.
L: Tak, ale jak wiesz my nie musimy nosić ze sobą książek, ani nic.
B: Nie wiem, zapytaj Jego nie mnie.
A potem powiedziałem Mu, że Shawn jest moim kolegą i powinien Go traktować z szacunkiem, bo widać że chłopak jest trochę nieśmiały. A może najzwyczajniej w świecie Shawnowi nie podchodzi Lawrence jako człowiek i dlatego nie chce z nim rozmawiać? Tak też  przecież może być.

W każdym razie Lidia właśnie przelała mi pieniądze i zabieram się za przelew na moje konto w Polsce. Trzymajcie kciuki Moi drodzy.

I dupa…Przyjdzie mi poprosić o pomoc Lidię.

Narnia

Jedne z moich najnudniejszych wakacji miały miejsce na wsi. Na kompletnej wsi gdzie z każdej strony wiało Nudą. Wywieźcie 12-latka przyzwyczajonego do telewizji i komputera w miejsce gdzie nie ma ani jednego ani drugiego, żadnych rówieśników a jedynie pola i hej, może nie będzie się nudzić ale ja wręcz umierałem z nudów. Mieszkaliśmy w takim niedokończonym piętrowym domu na piętrze którego była szafa. Stara szafa. Niestety nie było w niej ani Lwa, ani Czarownicy, a jedynie niemiecka maszyna do pisania. Opowieści Nudy: stara szafa i niemiecka maszyna do pisania. Nawet papieru nie było. Mogłem więc sobie jedynie postukać w y zamiast z i z zamiast y. No i popatrzeć na umlauty. Nuda jeszcze większa niż w polskich filmach. Zawsze mi się to przypomina gdy oglądam lub czytam pierwszą część ‘Opowieści…’ Pierwsza część jest przesycona chrześcijaństwem, ale jeżeli ogląda/czyta się ją bez tej informacji to jest naprawdę przyjemna. Jak na mój gust to Lewis mógł przestać pisać gdzieś tak po trzeciej części i wielkiej tragedii by nie było, ale to też kwestia gustu. Najdziwniejsze dla mnie jest jednak to że Hollywood jest tak wyprane z pomysłów że chce zekranizować wszystkie siedem części. Parę lat temu przeczytałem je wszystkie i zapamiętałem cztery. Trzy pierwsze jako taką swoistą trylogię słabnącą z części na część i ostatnią część która była zwyczajnie w świecie słaba i pisana na siłę, takie miałem odczucie. Ach tak, w szkole też zamarzła woda. Klima w gabinecie nie chce wskoczyć powyżej 17 stopni, a Lidia mówi że tak zimno to tutaj jeszcze nie było. Może to ja jestem Białą Wiedźmą? Przepraszam, Białym Czarnoksiężnikiem. Tylko skąd ja wynajdę rachatłukum (chyba jedyne słowo oprócz ‘cembrowina’ które sprawdziłem w słowniku czytając jakąkolwiek książkę)? Lunch to pora walki. Najpierw o…no właśnie, są różne strategie, niektórzy wolą najpierw znaleźć miejsca a potem ruszyć po jedzenie, a inni wręcz odwrotnie. Ja preferuję strategię pierwszą, chociaż z miejscem nie miałbym żadnego problemu. Wolę jednak najpierw położyć plecak a potem pójść po jedzenie. Po prostu w ten sposób zajmuję mniej miejsca no i jest wygodniej. O jedzenie także nie muszę się martwić bo Pani ze stołówki zawsze dołoży mi coś od siebie i mam pełną tackę chińskich stołówkowych pyszności. Są za to uczniowie którzy najpierw zdobywają pożywienie a potem włóczą się po całej stołówce szukając miejsca. To jednak nie jest takie złe. Najgorsze są kilkuosobowe grupy szukające miejsca dla całej trójki/czwórki. Para to nie problem, ale więcej? Spróbujcie znaleźć miejsce dla wszystkich gdy większość już jest pozajmowana. Trzeba wtedy krążyć w kółko i wypatrywać miejsca, lub czekać aż się zwolni. Na szczęście w Chinach wszyscy po napełnieniu brzuszków zbierają się z miejsca. Stołówka to miejsce do spożycia posiłku, nie do rozmowy. A jeżeli rozmawiają, to między kolejnym kęsami, nigdy po opróżnieniu miski. Zresztą tak jest nawet w czasie spotkań rodzinnych czy firmowych. Rozmowa trwa w trakcie posiłku a po skończeniu wszyscy wstają i wychodzą. A dostałem wczoraj wieczorem smsa od Shawna (tego wielkoluda z którym byłem na ‘górskiej’ wyprawie parę miesięcy temu), od czasu do czasu łapie mnie w stołówce i rozmawiamy. Zawsze się pyta czy mi nie przeszkadza i rozmawiamy o filmach. Wypadałoby dzisiaj napisać że jest sobota, której w ogóle nie czuć. Może inaczej. Staram się nie myśleć o dzisiejszym dniu jako o sobocie bo tylko bym się denerwował, a tak ‘to kolejna środa, jutro czwartek’. Tylko że po tym czwartku przyjdzie poniedziałek. Czyli taka dziwna ta środa. A wczoraj była podobno jakaś szczególna data w chińskim kalendarzu i strasznie dużo par brało ślub bo taka data wydarzyła się po raz pierwszy w historii i nie wydarzy się już nigdy. Lidia nie chciała mi jej zdradzić więc mogę jedynie przypuszczać że było tam bardzo dużo dwójek. Ach…więc jutro będę musiał opisać przegapione z całego tygodnia. Dużo się tego nie zebrało i z pewnością będzie to ciekawe bo przecież już tak dawno nie pisałem ‘przegapionych’ w szkole. Dzieciaki dzisiaj przykulały się na konsultacje, chociaż Lidia powiedziała że mogę je odwołać. Hej, nie przyjechałem tu po to by odwoływać konsultacje a po to by uczyć te dzieciaki. Zostałem więc a Lidia się zmyła, ale miała dobry powód bo przyjechała jej siostra i chciały spędzić trochę czasu razem. A wracając do domu kupiłem dwa metry trzciny cukrowej i 6 bananów. 7,5 RMB. No dobrze, trzcinę cukrową i banany kupuje się na wagę, ale prawdę mówiąc nie patrzyłem ile co waży.

Sobotnie zakupy

Nie lubię robić zakupów w soboty. Nie dlatego że w sklepach roi się od ludzi (tak samo jak w Polsce), ale jakoś tak soboty stały się dla mnie synonimem pisania planów i wylegiwania się w łóżku. A tutaj trzeba się ruszyć bo obiecałem Lidii że kupię słodycze na Wigilię. Słodycze. Na Wigilię. Jak to w ogóle brzmi.
Niestety wczoraj Pana Owocowego nie spotkałem więc skierowałem się w stronę starego centrum. Zdałem sobie sprawę, że to trasą jaką biegam, jaką kiedyś jeździłem na rowerze, ale którą szedłem chyba tylko raz czy dwa, dlatego pora to zmienić. Zacząłem od owoców, które wyszły drożej niż normalnie by mnie wyszły, ale byłem na to przygotowany. Zrobiłem kilka kroków i trafiłem na Pana który ma takie swoje małe stoisko z paskami, pierdołami i takimi cosiami przypominającymi baty. Kiedyś pozwolił mi nawet sobie z takiego bata postrzelać. Indiana Jones ze mnie nie będzie, ale to zrozumiałe, w końcu ja nie mam awersji do węży. I tak spojrzałem co tam sprzedawał, a tam leży sobie kupka kalendarzy na rok 2013. Po chińsku, a kalendarz gregoriański. No to nie mogłem sobie odmówić i kupiłem.
A potem poszedłem dalej i dalej i raz skręciłem tak że nie znalazłem wyjścia po drugiej stronie, więc  zawróciłem i kogóż to ja widzę? Strażnika ze szkoły. Zapytał się mnie co ja tutaj robię, ale cóż…odpowiedziałem jedynie standardowo że nie rozumiem , uśmiechnąłem się i poszedłem.
Ach…po drodze jeszcze zjadłem kukurydzę, no bo co z tego że obiad był bardzo dobry skoro nie było w nim gotowanej kukurydzy kupionej na ulicy, a na takie coś zawsze jest miejsce w żołądku.

Zajrzałem do sklepu po drodze, ale ceny wydały mi się zawyżone więc wyszedłem i ruszyłem w stronę domu. Stanąłem wtedy na rozdrożu i w głowie kiełkowało pytanie wracać do domu i kupić wszystko pod domem, czy iść dalej i kupić w nowym centrum. Postanowiłem pójść w stronę nowego centrum i tam zrobić zakupy.  Nachodziłem się więc dzisiaj nieprzeciętnie, ale w końcu to był nieprzeciętny dzień. Tak ciepło nie było już dawno. Jutro za to termometry mają nie wskazywać więcej niż -2 stopnie, czyli będzie mrozić. Mam tylko nadzieję że słońce będzie świecić tak jak dzisiaj i będzie to taki przyjemny mróz. Tak żeby klasnąć w rękawiczki, krzyknąć przecinek i ruszyć. Nie nastawiam się na niedzielne 90 minut, bo nie chcę się wychłodzić za bardzo. Zwłaszcza że coś mnie dzisiaj zaczyna w gardle…nie.

Szlajałem się więc z tymi wszystkimi owocami (jabłka, gruszki, banany, mandarynki i melonowy słonecznik, naprawdę – melonowy, słodziutki jak dobry dojrzały melon) i kupiłem słodycze i czipsy na Wigilię. Ciężko mi to przez palce przechodzi.

To już za dwa dni i ciężko mi to sobie uzmysłowić, a jeszcze trudniej gdy myślę nad tym jak ja się z tym wszystkim zabiorę w poniedziałek rano. Plus choinka. Mam za swoje. Chciałem wszystko zostawić na ostatni moment to zostawiłem i teraz pozostaje mi wypić to piwo.

Tak mijając jeden z placów budowy zauważyłem antenę satelitarną w blaszakach robotników.  Każdemu należy się odrobina luksusu i odskocznia od rzeczywistości.

Jest takie zdjęcie z budynkiem dość ponurym wyglądającym na opuszczony. Otóż on nie jest opuszczony, przynajmniej nie całkowicie, ludzie tam mieszkają, pranie się suszy a strażnik pilnuje.

Te brązowe kamienie wśród tych grafitowych są fałszywe i mają w sobie lampę oświetlającą coś innego. Te grafitowe też są fałszywe, ale niczego nie oświetlają.

Z powodu moich problemów z aparatem nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia tego chłopaka stojącego na bagażniku, ale macie za to dwa średnie, mam nadzieję że jesteście pod takim samym wrażeniem jak i ja.

I na deser trasa z dzisiaj, bo dawno już nie wrzucałem:

http://www.endomondo.com/workouts/114226180

PS. Adam! No jest ‘trochę’ siermiężnie. Bardzo mnie to dziwi że była kasa na ten olbrzymi niewykorzystywany budynek, że jest kasa na przycięcie drzew (chociaż podobno jakaś kontrola była), na postawienie tych zupełnie bzdurnych nazw ulic  (nazwy ulic na terenie szkoły?!) i na te tablice z ‘Crazy English’ (no bo jakie jest prawdopodobieństwo że je dostali?) a nie ma kasy na ogrzewanie. Chociaż kibelki maja nowe kafelki. Za to okien w kibelkach chyba nie pokazywałem i chyba pokazywać nie chcę bo to trochę szokujące było dla mnie. Nie ma też kasy na jakieś podstawowe odmalowanie tych sal, ale z drugiej strony każda sala ma projektor, wyświetlacz, głośniki więc może zamiast w pójście pod  publiczkę i pokazywanie jaką to mają odnowioną szkołę pokazują jaką to mają szkołę wyposażoną? Tylko to ogrzewanie…chociaż tak uczciwie mówiąc to najcieplejszym pokojem w szkole jest chyba ‘mój’ gabinet, bo tam klimatyzacja chodzi zawsze gdy ja jestem. Lidia jej czasem nie włączy i siedzi i marznie, w innych pokojach nauczycielskich także szału nie ma. Nauczyciele chodzą w swetrach i marynarkach, nauczycielki w kurtkach. Wszyscy marzniemy po równo. Zima tutaj nie wybiera, starszy, młodszy, nauczyciel, uczeń, nikt się przed zimnem nie ukryje.

Mafia

Zacznijmy jednak od smsa o 740, bo Lidia napisała że się spóźni bo musi odebrać przesyłkę. Czyli dwie pierwsze lekcje ponownie prowadziłem sam. Dzieciaki się rozgadały więc duży duży plus. A potem poszedłem do gabinetu i spotkałem Lidię zajadającą jakieś mięso:
– Byłam to odebrać, dostałam od znajomej. Skosztuj.
– Ale to nie jest pies?
– Nie!
– Ani kot?
– Nie!
I tak żuję i żuję…
– Dobre, prawda?
I żuję…zimne mięso przyprawione dość solidnie, ale trochę kościste.
– No dobre…
– To kacza szyja. Wielki przysmak w Wuhan, stolicy Hubei. Jakbyś tam pojechał to mógłbyś to kupić wszędzie, ludzie to jedzą jako przekąskę siedząc przed telewizorem.
– I to naprawdę nie powinno być gorące?
– Nie. Może być, ale chłodne jest bardzo popularne.
Co kto lubi, kacze mięso nigdy mi nie podchodziło, poza tym dzisiaj jestem strasznie, ale to strasznie negatywnie nastawiony do świata. Jakaś taka aura nieprzyjemna…Nie wiem czy to z powodu tej wymuszonej przerwy biegowej (w piątek pójdę biegać na pewno, bo już wszystko jest okej) czy z jakiegoś innego powodu, ale jest tak jak jest i muszę się z tym pogodzić. Jedyne co mogę zrobić to wyrzucić całą tę złość i znowu patrzeć z optymizmem na świat. Innymi słowy nie mogę doczekać się piątku kiedy znowu zawiążę buty i pójdę klepać kilometraż. Interwały w taką pogodę to zdecydowanie nie moja bajka. Nigdy ich nie stosowałem w zimie i zmieniać zwyczajów nie zamierzam.
Zwłaszcza że robi się coraz chłodniej. Rozumiem że nie mogę narzekać bo w Polsce leży już śnieg i można nieźle zmarznąć, ale tutaj też jest zimno. Różnica między dniem a nocą sięga 15 stopni. Straszna sinusoida.

A że to okres chorobowy i dzieciaki padają jak muchy mówić nikomu nie trzeba, najlepszym przykładem jest Lawrence którego dzisiaj nie spotkałem w porze lunchu i tak sobie pomyślałem ‘ciekawe czy się chłopak pochorował’. Odpowiedź uzyskałem od razu po włączeniu komputera i sprawdzenia wiadomości na qq ‘Bart, przeziębiłem się wczoraj, więc do końca tygodnia nie będę chodził z Tobą na lunch, uważaj na siebie.’ To urocze że nawet w stanie chorobowym myśli o mnie i chce żebym uważał na siebie i się nie rozchorował. No to musze uważać, prawda?

A potem mijają kolejne zajęcia i nagle Lidia mówi że boli ją ząb bo ostatnimi czasy je bardzo dużo słodkiego. A wczoraj wieczorem to zjadła trzy czekoladowe batony bo tak jej smakowały…Na moje oko to próchnica ma się tam całkiem dobrze  i cukier jej bynajmniej nie pomaga.
Z ostatnich zajęć się urwała bo musiała iść się uczyć. Jej znajomi tyle się uczą, a ona nie chce pozostać w tyle.

No to tyle o Lidii, jej diecie i pracy. Mówię, jestem strasznie negatywny dzisiaj więc może przedstawiam coś w jakimś niepozytywnym świetle. Jak mi przejdzie to przedstawię raz jeszcze w bardziej pozytywnym.

To właśnie w takie dni najbardziej brakuje mi książek. W takie dni kiedy jest już za zimno by ruszyć wieczorem na rower czy zwyczajnie na spacer. Kiedy pod ręką mogę postawić sobie kubek gorącej herbaty i powoli łyk za łykiem i strona za stronę zanurzać się głębiej w inny świat.

Albo odpalić konsolę i dać się ponieść. Jeżeli tu wrócę to na pewno wrócę z konsolą. Teraz mogę spokojnie odpalić jakąś grę, mogę grać w kilkadziesiąt gier na GBA jakie mam na dysku, tylko kwestia jest taka że mi się zwyczajnie nie chce. Nie czuję się na siłach by uruchamiać cokolwiek i poświęcać swój czas na gry. Nie dlatego że uważam to za marnotrawstwo, bo nigdy nie stwierdzę że gry to marnowanie czasu. Najzwyczajniej w świecie wolę odrzucić głowę do tyłu i obejrzeć jakiś serial, albo odpalić memrise.com i uczyć się chińskiego.

Zdaję sobie sprawę że moje życie tutaj jest dość minimalne, ale w gruncie rzeczy oprócz książek niczego mi nie brakuje. Pewnie gdyby było lato to nawet z internetu mógłbym zrezygnować bo miałbym się czym zająć. Brakuje mi tylko biegania…Ach to uzależnienie.

No dobrze, ale w końcu niech będzie o tej mafii. Jest taka gra zwana mafia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_w_mafię) w którą dzisiaj graliśmy na konsultacjach. Lidii podobała się bardziej niż dzieciakom, ale to pewnie dlatego że było nas tak mało. Raptem sześcioro plus sędzina. Kto wie może jeszcze zagramy.

Czwartek

Adam! Do patelni się przymierzam, ale z drugiej strony – ja gotuję dla siebie powiedzmy cztery potrawy w tygodniu i nie jest mi potrzebna aż tak bardzo, ale pooglądać sobie mogę.
Te grzejniki oglądam z ciekawości bo przecież klimę mam, ich mnogość tylko utwierdza mnie w przekonaniu że nie tylko moje mieszkanie jest zimne jak jasna cholera.
A mamę wkurzam mandarynkami bo takich w domu nie ma. Ja za to nie mam kawy i się wyrównuje :)

Poszedłem biegać. W czwartek! Poszedłem biegać w czwartek! W gruncie rzeczy mógłbym biegać co czwartek…Wychodziłbym o 13, wracał trochę po 14, i na ostatnie trzy godzinki do pracy…Mógłbym, nie robię tego bo to trochę kuszenie losu. W sumie to mógłbym dodać czwarty dzień w sobotę, albo w poniedziałek popołudniu. Na upartego mógłbym…dość! Trzy razy w tygodniu wystarczy, jak będzie potrzeba to się zastanowię nad sobotą, ale nie ma co szaleć. Muszę to swoje uzależnienie kontrolować.
No to poszedłem…musiałem odpowiednio dobrać ubranie (czytaj ubrać się trochę chłodniej, bo nie mam pojęcia jak to jest ze schnięciem tych ubrań), wziąłem rękawiczki (bardzo dobra decyzja) i pobiegłem. Na początku trochę wiało, ale co to dla mnie. Pokrążyłem trochę po centrum, czyli taka typowo wtorkowa trasa z kilkoma udziwnieniami typu powtórki, powroty, zmiany ulic, ale zgubić się? To praktycznie niemożliwe. Te ulice są znajome. Nie jestem jeszcze jak Vimes i nie poznaję ulic po rodzaju nawierzchni, ale poznaję po budynkach. Biegło się bardzo przyjemnie, temperatura odpowiednia, prędkość w porządku, w końcu to tylko przyjemna przebieżka. I już takie 12 kilosków to nie problem. Takie moje małe zwycięstwo :) I uśmiech na gębie na cały dzień.

Na obiad poszedłem do szkoły i znowu byłem pierwszy, więc mogłem sobie powybierać :) No i rzecz jasna jedzenie było super. A po obiedzie doładowałem swoją szkolną kartę o kolejne 100 RMB i mam teraz  ~160 RMB. No to teraz jest naprawdę, naprawdę w porządku jeżeli chodzi o kasę na karcie.

A skoro miałem trochę czasu zrobiłem kilka zdjęć bieżni, która czeka mnie jutro. Już się nie mogę doczekać, tylko padać ma jutro, a interwałów w deszczu nie lubię…Cóż…nic z tym nie zrobię więc muszę sobie jakoś poradzić. I tak mnie kusi by zrobić 7-8×3’ a nie 6×3’, by jeszcze skrócić przerwy…Zawsze jak mam za dużo czasu wolnego to myślę o bieganiu. Tylko muszę się trochę przyhamować, jest w końcu dopiero listopad a ja już mam się rozpędzać i wydłużać biegi? Jeszcze nie…spokojnie…a zresztą, jak będę się dobrze czuł jutro to czemu nie :)

Następnie ruszyłem w stronę ulicy odwiedzanej we wtorek i zakupiłem cztery…cosie…jak dla mnie to jest to ciasto wylane na olej. Świetne na gorąco, nietakświetne na zimno. Lidia mówi, że to specjalność z jej miasta i praktycznie nie można tego dostać nigdzie indziej. Hmm…hmm…z drugiej strony Lidia mieszka tu półtorej roku i nie zna niektórych ulic. Ani kodu pocztowego…a to już jest dziwne.

Ach…kupiłem też słonecznik. Bo tak przejeźdzałem i widzę, że jest kilka worków to się zatrzymałem i wszystkie worki były ze słonecznikiem. Nie za bardzo wiedziałem który wybrać, ale zasugerowano mi jakiś, okazał się słodki, to go wziąłem. Tak z pół kilo. I chyba tylko tak będę kupować słonecznik bo wyszło tanio i smacznie. Tylko jak ja spamiętam które nasiona już kosztowałem, a które jeszcze nie?

I naprawdę słonecznik był pycha. Pożarłem też CCLKA, które okazało się melonem.

Kolacja to zgodnie z obietnicą tofu, do tego papryczki (wrzuciłem 4, trzeba wrzucić więcej) i pomidor. Szybko i smacznie. Idealna odmiana od stołówkowego jedzenia. Następne dwie kolacje także pochłonę w domu, dopiero niedzielna będzie w szkolnej stołówce. Z obiadami jeszcze się zastanawiam, sobotni raczej w szkole, a jutrzejszy i niedzielny? Wszystko zależy od tego jak pójdzie z treningami. Bo nie chcę skracać dystansu tylko po to by zjeść w szkole. A tego się trochę boję gdy myślę o piątkowych treningach…ale przecież w piątki też mogę jeść w domu.

Pół notki o bieganiu, ale musicie mi wybaczyć. Naprawdę brakuje mi takiego porządnego biegania, tylko z drugiej strony pod koniec sierpnia wyłem z bólu na treningach, a teraz jest wszystko w porządku. Widać byłem mocno przeciążony. Także jest dobrze.

Jest nawet bardzo dobrze, rozpisałem plany zajęć aż do ostatniego tygodnia grudnia. Na ten tydzień chcę przygotować coś świątecznego i końcoworocznego.  Ale mam jeszcze mnóstwo czasu, także spokojnie przygotuję coś fajnego. A potem tylko 3 tygodnie w styczniu…pewnie nawet nie bo trzeba doliczyć egzaminy semestralne…i wracam do Domu…

Pokręcona trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/ldOBS0WI214

Poniedziałek

ASC, od teraz będę Ci odpowiadał na blogu ;)
I dziękuję za komentarz, aż się muszę odnieść (do niego, nie na miejsce).

Jak robiłem rozeznanie to wszyscy są bardzo praktyczni jeżeli chodzi o przyszłość. Muzykiem rockowym? ASC proszę…tutaj nawet chłopaki proszą o Biebera. A mi się serce kroi, że nie mogę im puścić czegoś typowo rockowego. Tylko tak uczciwie to oni mają te 14-15 lat, więc z jednej strony będą mówić o czymś ambitnym jak nauczyciel (bardzo dobry zawód w Chinach), pracownik socjalny (bardzo dobry zawód w Chinach), lekarz (nie aż tak dobry zawód w Chinach) i tak dalej. A z drugiej to to jest coś co powiedzą mi. A jaka jest prawda? Ja mając 14 lat chciałem studiować historię. I co?
Tutaj jest olbrzymia konkurencja, dlatego oni muszą od małego tak zapierdzielać, bo jeżeli nie będą zapierdzielać to nie znajdą dobrej pracy, nie pomogą rodzinie i wstyd będzie…

Powiem Ci tak, bo zdziwiło mnie to okropnie, ale tak zdziwiło że aż ukłuło. Byłem na tym spacerze z uczniami i ta uczennica (którą Ruby określiła jako zawsze najlepszą, więc pewnie tak jest) stwierdziła że ona chce być nauczycielką. Najlepiej małych dzieci. I ta mnie to ukłuło, że jak to…najlepsza uczennica chce być przedszkolanką? Absolutnie nic nie mam do przedszkolanek, wręcz przeciwnie szanuję je niezwykle bo ja bym z dzieciakami nie wytrzymał. Tylko w moim odczuciu to nie jest praca o której marzą najlepsi uczniowie.  Poza tym bardzo się żaliła, że chce coś zmienić w swoim życiu bo nie ma hobby i chce coś robić. Także z jednej strony jest ta ogromna presja otoczenia by zapierdzielać, a z drugiej taki wewnętrzny pociąg do robienia czegoś co się pragnie, co daje przyjemność.

Ostatnio poprawiałem CV i list od przyszłej doktorantki na Beijing Institute of Technology, która była niesamowita. Naprawdę niesamowita. Najlepsze wyniki na studiach, stypendia Państwowe, granty na badania i…uważaj ASC…gotowy? Siódme miejsce w ogólnokrajowym (ponad 500k zgłoszeń) konkursie na opowiadanie! Nie dość, że umysł ścisły to jeszcze utalentowana pisarka.

Tak pytasz o tę poezję – to jest temat, który tutaj przewija się bardzo często w końcu Chiny wydały na świat wielu wspaniałych poetów. No bo nie oszukujmy się ale jak w Chinach tworzono poezję to my…hmm…nas to w ogóle nie było bo to wiek XI p.n.e.  Głównie czytają wiersze klasyków (czyli od II do X wieku). Ciężko doszukać się jakichś polskich tłumaczeń, więc z przykrością ich nie wrzucam.
Pisarstwo? Jasne, mam co najmniej dwie uczennice które chcą zostać pisarkami, z czego jedna ma już na koncie trzydziestostronicową nowelkę.

Chodzą ze sobą. Może nie widać tego w szkole, ale gdy się ich podpyta to dziewczyny mają chłopaków a chłopaki mają dziewczyny. Nie wszyscy, ale jednak jakiś tam procent ma. Na pewno więcej z nich ma parę niż okulary.

Przypuszczam, że jest tak jak mówisz że Ci kończący edukację na poziomie obowiązkowym idą do fabryk i może gdzieś na budowę. Aczkolwiek jak spoglądam na te budowy to nie widzę tam nikogo młodego z twarzy. Wszyscy tak pod 40 i zmęczeni życiem. Zaskakująca jest ilość kobiet na tych budowach. Jeżeli o to chodzi to feministki z całego świata powinny zjechać się do Chin,  bo tutaj kobiety pracują przy budowaniu dróg, budowaniu domów, zasypywaniu dziur w drogach, oraz przy praktycznie wszystkim innym. Z drugiej strony z kolei – nie ma tutaj ani jednego nauczyciela angielskiego. Same nauczycielki ;)

Nie wiem czy to kwestia wykształcenia, może, ale też kwestia pokoleniowa. Kulturowo jest przyjęte że ludzie w pewnym wieku mają się ubierać tak a nie inaczej. I na przykład jeżeli przypominasz /cie sobie zdjęcie dziadka Lidii (taki sympatycznie wyglądający starszy Pan w białej koszuli) to okaże się, że Lidia nie jest z niego zadowolona bo on nie ubiera się adekwatnie do wieku, tylko tak jakby miał lat 40-50.

Inna sprawa, o której wyczytałem, to to że tutaj kobiety mają ogromne parcie na to by wyjść za mąż przed 28 rokiem życia. Potem są określane mianem ‘straconych’. Bardzo źle odbierane są w Chinach kobiety które zamiast znaleźć męża zostają na uniwersytecie i dalej się edukują. Także jeżeli chodzi o równouprawnienie w pracy fizycznej to jak najbardziej, ale poza tym to ‘baby do garów’.

A teraz już o poniedziałku :)

Zostałem pomiziany po brodzie. Bo dziewczyna chciała ją dotknąć i powiedziała, że jest bardzo ciepła. Jakby nie była ciepła to bym jej nie zapuszczał co roku. I powiedziała też, że ‘chciałabym zjeść ciastko na Pana weselu’. Także nie pozostaje mi nic innego jak znaleźć żonę w Chinach ;)

Dostałem też ciasteczko chińskie. Naprawdę jestem tutaj rozpieszczany.

Lunch to standardowo jedynka, ale tak myślę że jutro pora pójść gdzieś indziej bo ciągle to samo i to samo. Trzeba trochę zmienić otoczenie.

Zajęcia poszły bezproblemowo, a spodziewałem się problemów, także tutaj wielki plus.

Po zajęciach dowiedziałem się od Lidii, że:
– nie zapłaciła za prąd i nam odcięli
– ale już zapłaciła i mamy z powrotem
– zamknęła swoje klucze w domu i musiała zapłacić 80 RMB za otwarcie drzwi

Na kolację nie poszedłem do stołówki tylko poszliśmy z Lidią na barbecue objezdne. Zamówiliśmy, odstaliśmy i rozjechaliśmy się. Zjadłem w domu rezygnując z naleśnika. Nie mogę sobie pozwolić na to by jutro cierpieć. Czyli kolacja wyszła mnie 4.5 RMB i była bardzo ostra.

Na minus za to pogoda, która strasznie się popsuła i jest już zimno. Lidia mówi, że to już praktycznie zima. No dobrze, zima. Na szczęście udało mi się opanować klimatyzację w pokoju i wiem jak włączyć ogrzewanie (chociaż czasem się nie włączy). Także zamarznąć pewnie nie zamarznę. Z resztą i tak większość dnia siedzę w szkole, więc co to za problem.

Także z dzisiejszego dnia wieści mało, za to jeszcze raz dziękuję Adamowi za komentarz. Mam nadzieję, że te nasze internetowe dysputy sprawiają Ci tyle frajdy co mnie. A rozmawiałem dzisiaj z dzieciakami i im naprawdę zależy na tym żeby być z kimś, tylko regulamin szkoły nie pozwala. Autentyk. Jest to zabronione. Jak tylko będzie okazja pogadam z Lidią i się wypytam jak to tak ogólnie wygląda.

Niedziela i przegapione #8

Na mapie nie ma Japonii
Pierwsze zajęcia jako nowy nauczyciel klasy pierwszej i co? Na mapie całego świata nie ma Japonii. Została zamazana korektorem. A na terytorium USA też coś nabazgrali, ale z racji tego że mój chiński jest bardzo japoński (jako taki) to się nie odczytałem, a pytać nie chciałem.

Kolejka przed szkołą…
Takie coś spotkało mnie pewnego dnia i dlaczego? Okazuje się że uczniowie nie mogą wejść na teren szkoły przed 1330 w czasie przerwy na lunch. Podobne coś widziałem we wtorek rano przy innej szkole. Mnóstwo uczniów czekało aż będą mogli wejść do szkoły. Naprawdę mnóstwo.

Comiesięczne badanie wzroku
Widzę to już po raz drugi, więc zakładam że odbywa się co miesiąc. Otóż pojawia się kilka osób która badają wzrok. Rozstawiają namiot, ustawiają maszynę i schodzą się klasy z całej szkoły. Każdy otrzymuje informacje o stanie swojego wzroku, propozycje oprawek itd.

Zmiany miejsc uczniów
Co jakiś czas gdy wchodzę do klas widzę że uczniowie zmienili miejsca. Doprowadza mnie to do szału bo bardzo przywiązuję się do tego gdzie kto siedzi. Tak jakoś łatwiej mi w ten sposób spamiętać wszystkich uczniów. I tak sobie myślę…Wy mi robicie to na złość, w Polsce to podejrzewałem, ale teraz mam pewność, wszyscy ludzie są z natury złośliwi i Wy mi to teraz udowadniacie…a jednak nie. Otóż zmieniają miejsca by wzrok nie przyzwyczaił się do oglądania tablicy z jednego miejsca. Kurczę. Badania wzroku, ćwiczenia oczu i jeszcze to. Niesamowita praca u podstaw. Takie drobnostki, naprawdę małe rzeczy, a chyba pomagają bo okularników nie ma zbyt wielu. W Polsce ktoś mógłby o tym pomyśleć. No i moja teoria o złośliwości jeszcze musi poczekać. Chociaż coraz bardziej boję się, żeby ta złośliwość nie okazała się jedynie Polską cechą.

Dobranoc, dzień dobry
Tak sobie rozmawiałem ostatnio przez tlena, bo gg jest za duże jak na mojego netbooka i po raz pierwszy uderzyła mnie różnica czasu. Gdy przeczytałem miłego dnia, musiałem odpisać dobrej nocy. To jest doprawdy dla mnie niespotykane. Dobrze że mam w Polsce znajomych którzy idą spać wtedy gdy ja wstaję…

?!
Tak mniej więcej zareagowała Lidia gdy powiedziałem jej że wiem gdzie jest Harbin (miasto blisko granic z Rosją i Koreą Północną) i że wiedziałem o nauczycielce znęcającej się nad uczniami. No kurczę, przecież teraz tu mieszkam, więc muszę się mniej więcej orientować co się tutaj dzieje. A o Harbinie wiedziałem bo sprawdziłem chyba każde większe miasto z którego były oferty pracy i Harbin mi wyjątkowo nie przypasował. Jestem stworzeniem ciepłolubnym a klimat syberyjski zdecydowanie nie jest dla mnie. Co prawda miasto wygląda bardzo europejsko i jedzenie też jest bardzo europejskie, jednak temperatura maksymalna wynosząca minus dwanaście w styczniu nie przekonuje mnie ani trochę.

Warszawa piękne miasto z ogrodami
Tak powiedział Pan Geograf. Głupio mi było wyprowadzać Go z błędu, ale przepraszam bardzo Warszawa z ogrodów i parków nie słynie. Owszem, jest ich tam kilka, ale jako osobnik wychowany 100 metrów od największego parku w Polsce i jednego z największych w Europie (chyba drugiego co do wielkości parku miejskiego, ale nie potrafię się doszukać potwierdzenia) mam trochę wyższe standardy. A najpiękniejszy to przymiotnik bardzo subiektywny i rozumiem że nie każdemu może się śląski industrializm podobać, więc  powiedziałem tylko, że mamy bardziej urokliwe miasta. Na co cała trójka się zaśmiała i Lidia wytłumaczyła, że tak uczą w książkach, więc najwidoczniej rząd ich okłamuje. Kurczę, fajnie że mają taki dystans do tego.

WF
Zgodnie z życzeniem :)
WF wygląda tutaj z jednej strony inaczej, a z drugiej podobnie. Inaczej bo odbywa się na dworze i ciekawi mnie jak to będzie gdy walnie mrozem. Podobnie bo zaczyna się rozgrzewką, czyli truchtem w tempie raz-dwa-raz-dwa  i podobnie bo nauczyciele dają uczniom wolną rękę. Czyli mogą sobie pójść na plac zabaw, pograć w badmintona, kosza, czy ping-ponga. Z tego co zauważyłem starsze klasy mogą wejść na stadion. I tam różnie, czasem grają w piłkę, a czasem biegają na bieżni.
Niby taka samowolka na którą u nas się narzeka, ale kurczę tutaj praktycznie nie ma otyłych dzieciaków. Jest parę dzieciaków bardziej przy kości, ale w porównaniu z Polską to niebo a ziemia. No i te obowiązkowe ćwiczenia w ciągu dnia na przerwie. To mi się bardzo podoba i też uważam że można by to spokojnie przenieść do Polski.

Zmiany w internecie
I bynajmniej nie chodzi mi tu o zniknięcie darmowych portali. Przed 18. Zjazdem partii, który rozpocznie się już 8. Listopada internet w Chinach trochę się zmienił. Zablokowano już nawet gmail.com. Ja odczułem to jedynie kilkoma zerwanymi połączeniami w środę i czwartek. Całe szczęście, że łączę się z internetem trochę  inaczej i wszystko działa bez problemów.

Niedziela
Ból z wczoraj minął i mogłem w końcu coś zjeść. No to zjadłem normalne śniadanie. Utrzymało się, więc poszedłem biegać. Chciałem pobiegać trochę dłużej dzisiaj, ale wczorajsza głodówka dała się odczuć i biegło się ciężko. Nie bardzo ciężko, ale ciężko. Po drodze pogadałem z robotnikami, którzy ustawiają drzewa przy drodze (niektóre już się poprzewracały). Powrót do domu był makabryczny. Cały czas pod wiatr, żałowałem że nie miałem chusty na usta (bo nie wyschła), ale tej z głowy zdjąć nie mogłem. Mając do wyboru ból gardła albo ból zatok wybieram ból gardła.
W tym miejscu chciałbym podziękować firmie Ronhill za stworzenie tej bluzy – http://www.ronhill.com/trail-cyclone-1-2-zip-4 (nie, nie dostałem jej za darmo :(). Nie dość, że ma odpowiednio długie rękawy (a to jest moja zmora) to ma kieszenie z tyłu, warstwę softshell i windproof z przodu, dziurki na kciuki i rozwijane rękawki dzięki czemu nie muszę biegać w rękawiczkach. A w dodatku jest leciutka. Kupiłem ją przed wyjazdem, razem z cieńszą bluzą i kurtką przeciwdeszczową. Na rozpisywanie się o nich jeszcze przyjdzie czas. Oby, bo boję się że ta cieńsza już mi się na nic nie przyda.

Lunch postanowiłem zrobić sam. Najpierw przegotowałem wodę, wlałem do naczynia sypnąłem przypraw i wrzuciłem tofu. Gotowało się to minut parę. Na tofu zaczęły robić się jakieś bąble, więc zdjąłem z płyty, dodałem bobu i poszedłem szamać. Nie smakowało jak w szkolnej stołówce, ale złe też nie było. Czyli tofu w domu może być.

Oczywiście po jedzeniu trzeba było posprzątać w mieszkaniu.

A potem ruszyłem do sklepu. Nakupowałem się oj nakupowałem się. Obowiązkowo kupiłem nowy kubek, bo stary dzisiaj potłukłem. Niestety upadek na kafelki oznacza śmierć dla kubka. Kupiłem też płyn do mycia naczyń, proszek do prania, standardowe jedzenie w postaci płatków i rzeczy do płatków, oraz sezam w proszku by zrobić napój. A potem pojechałem do drugiego sklepu by zaopatrzyć się w jajka i kupić płatki błyskawiczne (lubię sobie wymieszać), a przy okazji kupiłem też kawę. Kawę rozpuszczalną. Z cukrem. Bo jedyna rozpuszczalna bez cukru to Nescafe. Nie jestem aż tak rozrzutny by płacić 24 RMB za 50 gramów rozpuszczalnej kawy. Co się okazało po otwarciu pudełka z kawą? Że jest tam kubek. No to teraz mam dwa kubki.

No i trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/r0gozR6tBnE

A na zdjęciach widać też moją klatkę. Ja widzę ją codziennie, ale codziennie jej nie fotografuję, więc będę tak wrzucał od czasu do czasu żeby nikt jej nie zapomniał. No bo co z tego, że jest brudna. Jest w moim bloku. Także to moja brudna klatka schodowa.