Prokrastynacja

Trudne słowo. A chodzi najzwyczajniej w świecie o odkładanie tego co się powinno zrobić poprzez ciągłe znajdywanie innych czynności do wykonania. Czyli przykładowo zamiast zabrać się za pisanie planów zajęć pisanie bloga.

Zgodnie z przypuszczeniami w nocy cierpiałem okropnie. Na kolejną kolację nie dam się zaprosić, a jak dam to nie będę nic jadł. Nic nie jest warte tych katuszy.

A czy prokrastynacją można nazwać oglądanie kreskówek z których chce się przygotować zajęcia?

Chciałem iść do sklepu kupić kilka rzeczy. Nie byłem w stanie. Cały dzień padam. Jestem zmordowany. Nie wiem czy to coś co zjadłem wczoraj czy dzisiejsze płatki na śniadanie, ale jest okropnie. Nawet to chińskie lekarstwo na ból brzucha nie pomaga. Jedynie woda się we mnie jako tako utrzymuje. Z drugiej strony nie to żebym próbował coś innego. Także calutką sobotę spędziłem w łóżku śpiąc i oglądając Igrzyska Śmierci.

A może amerykańską wersję Battle Royale? W końcu to dokładnie ten sam motyw.

W każdym razie to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.

Barbecue

Zgodnie z duchem postmodernizmu powinienem zacząć od końca, ale skoro postmodernizm ma w nosie wszystkie zasady zacznę od początku. To będzie już postpostmodernizm.

Zaczęło się od zajęć w klasie dziewiątej gdzie Sophia uświadomiła mnie że już wczoraj nauczyłem ich ‘gdy pada to od razu leje’. Rany…a podobno mam taką dobrą pamięć.

Zaraz po zajęciach wróciłem do domu, przebrałem się (teraz powinienem też się przebrać, ale skoro zaraz pójdę się myć to mi się nie chce) i poszedłem biegać. Ruszyłem naprawdę fajnie. Pierwsze dwa kilometry poszły w okolicy 5:15, a potem na stadionie robiłem interwały. 90 sekund mocniej i 90 sekund lżej. Ani razu nie było powyżej 4:15. Czyli było bardzo dobrze. Nogi w ogóle nie bolały, niosły wręcz jak na skrzydłach. A bałem się okropnie. W końcu noc nie przespana (bynajmniej nie po alkoholu, po prostu mój żołądek sobie nie radzi z tak późnymi i obfitymi kolacjami, ale co mam robić gdy zapraszają?), ale biegło się naprawdę świetnie. Uczniowie w międzyczasie grali w piłkę, a ja zapierdzielałem…Brakowało mi takich szybkich treningów. Naprawdę brakowało.  Zawsze gdy robię siłę biegową odliczam tak: jeden i dziewięć, dwa i osiem i tak dalej, a ostatni podbieg zaczynam ‘this one is for the history books’ (a ten trafi do książek do historii – proszę bardzo mamo). To kolejny element mojego spaczenia. Jestem spaczony nieuleczalnie, ale mi z tym naprawdę dobrze. No i tak sobie biegałem dzisiaj i przypomniało mi się pytanie, które zadał mi przyjaciel w czwartek rano ‘a jaki masz rekord na 400 metrów?’ i stwierdziłem, że ostatni to nie będzie 90 sekund tylko 400 metrów plus ewentualnie  te kilka sekund. No i pobiegłem te 400 metrów w 87 sekund. A potem musiałem się zatrzymać, bo nie mogłem złapać tchu. Jednak bieganie w takim tempie to jeszcze nie jest najlepszy pomysł. Żałuję, że mam tak mało czasu na treningi bo bieżnia to świetna sprawa. Wróciłem do domu i wyszła świetna średnia bo 4:58. Tak szybko nie biegałem od sierpnia. Co prawda wtedy było to dla mnie tempo w pierwszym zakresie, a teraz są to interwały, ale biorąc wszystkie czynniki pod uwagę nie jest najgorzej. Wręcz jest dobrze.

Potem ruszyłem na lunch, a że przyszedłem jako pierwszy to sam kucharz mnie przywitał a Pani w stołówce odsłaniała same pyszności. Wszystko aż parowało. Nie wybrzydzałem jednak i wziąłem praktycznie standardowy zestaw. Zjadłem i poszedłem doładować kartę stołówkową o kolejne 100 RMB (moi drodzy, ważna informacja bo coraz więcej głosów do mnie dociera na ten temat – aby otrzymać cenę w złotówkach wystarczy podzielić cenę którą podają przez dwa, juan stoi trochę wyżej, ale tak się to najłatwiej liczy i nie jest dalekie od prawdy).

Kolejne zajęcia i jak widać na zdjęciach cicha rozmowa z uczniem z klasy 11. Znamy się doskonale z boiska do kosza. A widać, że się chłopak o mnie martwi. Nawet lizaka mi dał. Moja miłość do lizaków chyba staje się tutaj powszechną wiedzą. Kurczę naprawdę fajnie, że mogę sobie z nimi tak pogadać i wszyscy chcą mnie traktować jak przyjaciela. Nawet Lidia mi mówiła, że w ankietach często pisali, że jestem jak przyjaciel. No to git.

A dziewczyny z klasy 13 zaprosiły mnie na kolację. I możecie wierzyć lub nie, ale to dziewczyny których bym nie podejrzewał o to bo na lekcjach siedzą cichutko. I sobie porozmawialiśmy o tym jak wygląda edukacja w Polsce, ile to mamy czasu wolnego, kiedy to miałem pierwszą dziewczynę i czy rodzice mieli coś przeciwko. No tak, bo tutaj wszyscy mają się skupiać na nauce, a nie na pierdołach…A przecież hormony buzują.  No tak. I tak sobie rozmawialiśmy, jedliśmy i było naprawdę przyjemnie. No i jak ja mam się tutaj czuć samotny? Ciągle ktoś chce ze mną rozmawiać :)

Wracając do domu trafiłem na Lidię, która akurat wychodziła bo zebrała ze sobą jakieś dokumenty. I co? Nauczyciele w Chinach też narzekają na biurokrację, ilość pracy i niskie zarobki. Poczułem się jakbym znowu był w Polsce.

I nagle, gdy jesteśmy już przy sklepie osiedlowym, rozlega się dzwonek telefonu i po chwili Lidia mówi że jesteśmy zaproszeni na kolację. Drugą kolację, dobry Boże. Nie wypada powiedzieć nie, więc się zgodziłem. I pojechaliśmy do tradycyjnego baru z barbecue. Czyli micha, podzielona na ostro i łagodnie, na palniku gazowym i kilka potraw do wyboru. Mięcho, tofu i warzywka. I można sobie taplać to wszystko. Nie było to najgorsze, ale mówiąc uczciwie sam bym się na to nie zdecydował bo aż takie dobre to nie było. Oczywiście znowu trzeba było swoje wypić. Bo jakżeby inaczej. Tylko dzisiaj czułem się jak piąte koło u wozu bo rozmowa toczyła się głównie wokół poprzedniego nauczyciela, który był dobrym wspólnym znajomym. A że toczyła się po chińsku to nie za bardzo miałem jak się wtrącić. Pozostało mi jedynie jedzenie. I teraz wiem, że w nocy będę cierpiał. Oj będę cierpiał. Znowu obudzę się zlany potem. Bo żołądek nie jest przyzwyczajony do takich kolacji. Dlatego tak bardzo pasuje mi jedzenie w szkole, bo do niego już się przyzwyczaiłem i ciało po nim nie wariuje. Nie wariuje też po tym co sobie sam przygotuję. Także jutro na lunch będę gotować tofu. Tylko zanim do tego dojdzie muszę odwiedzić sklep i zrobić zakupy.

Owoce kupiłem dzisiaj. 5 gruszek, 5 jabłek, 8 mandarynek, 6 bananów i melon za 24 RMB. A to tylko dlatego, że obwoźny Pan sprzedawca czekał na mnie cierpliwie ;) Za jabłka skasował mnie tylko 6 RMB, czyli bardzo, ale to bardzo tanio. A melona wziąłem bo mnie nim poczęstował. No skoro był dobry to przecież nie odrzucę propozycji zakupu. Zwłaszcza że wyszedł mnie niewiele ponad 5 RMB.

W przyszłym tygodniu zaczyna się zjazd partii i już widzę, że jakąś scenę stawiają mi pod domem, trzeba się będzie zainteresować. Może będą mnie chcieli zwerbować? ;)

A dzisiejszy trening wyglądał o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qtrQteId6AY

Halloween

Halloween. Rany, jak ten czas zleciał. Od klasy trzynastej dostałem cukierki :) I nawet zrobiłem zdjęcie…które potem aparat usunął przy okazji całościowego resetu. Nie dość, że skubany  zdecydował się usunąć wszystkie ustawienia, to jeszcze wymazał zdjęcia z dzisiaj. I tak niestety nie zobaczycie dzisiaj mojego obiadowego szaleństwa.
A byłoby co oglądać, oj byłoby. Bo nie dość, że wziąłem normalny obiad na tacy to, wzbogacony o wiedzę  z wczoraj, zaszalałem i wziąłem jeszcze talerz tofu. Mam wrażenie że ceny tego tofu są przydzielane losowe. Bo dzisiaj wziąłem tyle samo co wczoraj a zapłaciłem więcej. Ogółem to moje szaleństwo wyszło mnie 8.3 RMB. Jakby nie patrzeć burżujstwo.

A potem poszedłem jeszcze do szkolnego sklepiku z zamiarem zakupu słonecznika. Tak chodzę i chodzę, szukam tego słonecznika i nagle czuję coś na pasku z plecaka, po chwili znowu…zerkam w dół i widzę jak jakaś uśmiechnięta starsza Chinka ciągnie mój pasek z plecaka. Patrzę na nią z, mam nadzieję, wyraźnym niezrozumieniem, a ona ciągnie ten pasek i się uśmiecha. Nagle mnie olśniło. Ona chce żebym ściągnął plecak. Uśmiecham się, z mam nadzieję, wyraźnym niezrozumieniem, ale odkładam plecak i ruszam kupić słonecznik. Trochę drożej niż w centrum, co dziwnym nie jest, ale nie mam dziś czasu na wyjazdy. Kupiłem. Wziąłem plecak i poszedłem do gabinetu.

Lidia zostawiła karteczkę. I będzie popołudniu. To fajnie.

Ciąg dalszy zajęć. Dzisiaj. Jutro. Pojutrze. Będę męczył siebie i dzieciaki przygodami Charliego Browna w Halloween. To jest największy minus prowadzenia 14 klas. 14 razy robi się to samo. Pomiędzy poszczególnymi klasami są zbyt małe różnice by całkowicie zmieniać zajęcia.

Po wszystkich zajęciach pora na konsultacje. Na początku Lidia poświęciła kilka minut na wyjaśnienie niejasności związanych z konkursem z angielskiego. No tak, bo organizujemy konkurs. W sensie nie my a szkoła, ale my zajęliśmy się organizacją. My w sensie Lidia. Bo ja mam tylko siedzieć i oceniać. Lidia wymyśliła, że konkurs zacznie się w przyszłym tygodniu, z każdej klasy wyłonimy dwie osoby które pójdą dalej. Podobno nie zgłosiło się zbyt wiele osób, ale Lidia zapomniała, że za 2 tygodnie są egzaminy śródsemestralne co częściowo tłumaczy te braki. A wymyśliła, że będą musieli nauczyć się na pamięć jakiejś historii i będą ją wygłaszać. Piękny pomysł, naprawdę piękny. Poćwiczą wymowę i pamięć. Nawet będą jakieś nagrody :)

Lidia też poczytała mi trochę ankiet od uczniów. Ankiet w których uczniowie pisali czy podobają im się zajęcia ze mną, co chcieliby zmienić, czy chcieliby mieć te zajęcia przez całą szkołę. No i wszyscy chwalą mnie ogromnie, uwielbiają, lubią, mówią że zajęcia są świetne, uczą i pozwalają się zrelaksować. Lidia powiedziała, że nie ma negatywnych opinii, wszystkie są świetne. Pokaże je szefowi i dyrektorowi i może zajęcia z języka mówionego będą też w klasie drugiej. Byłoby fajnie :)
A te wszystkie opinie były tak pozytywne, że poprosiłem Lidię by przestała czytać, bo zacząłem się rumienić. Padały propozycje by robić trochę więcej ćwiczeń z mówieniem i taki jest plan by je powoli wprowadzać. Cieszy mnie to że udaje mi się ich i zrelaksować i czegoś nauczyć. Bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy :)

Padło pytanie ‘czy będzie inny nauczyciel?’ zadała je ‘zdrajczyni’. I powiedziałem jej że wiedziałem że to ona zada to pytanie. Oczywiście żartowałem bo pewnie więcej z nich nad tym myślało. W końcu wszyscy się martwią o to czy sobie poradzę z tyloma klasami. No nie mam innego wyjścia, muszę sobie poradzić.

A potem wróciłem do domu. Zdecydowałem sobie dzisiaj odpuścić stołówkę i zrobić sobie jajecznicę. No i wyszło całkiem dobrze, ale ciągle mam problemy z tą płytą indukcyjną. Opanuję ją! Opanuję bo nie dam się takiemu urządzeniu pokonać!

Niedziela i przegapione #7

Góry wszędzie są takie same. Niezależnie od tego czy pojedziemy w Alpy, Beskidy, czy będziemy się wspinać po chińskich pagórkach. Wszędzie góry są takie same. No może z tym wyjątkiem, że w Chinach można wejść na pagórki wybetonowaną drogą. Czyli wjechać też można. Super, no nie? Tak też dzisiaj zrobiliśmy. Najpierw dojechaliśmy do skrzyżowania, odbiliśmy w prawo, pojechaliśmy kawałeczek, odstawiliśmy rowery i ruszyliśmy w górę na wieżę telewizyjną. No i faktycznie ta wieża nie wydaje się być tak bardzo odległa od pagórków z pagodami. Spokojnie można sobie tam pobiegać.

Wysoko nie było, ale Jenn i Shawn zlali się potem okropnie. Chociaż Jenn skakała niczym kózka po tych górach zostawiając nas z tyłu (podobno po to by Shawn mógł poćwiczyć angielski, ale nawet jeżeli to cisnęła do przodu naprawdę mocno). A widoki z górki przepiękne. Nie są to nasze Beskidy, ale i tak fajnie sobie pochodzić po górach. Nawet jeżeli na górę można wejść po schodach (nie wiem czy gdziekolwiek indziej na świecie są góry na które można jednocześnie wjechać samochodem, wejść ścieżką, szlakiem, oraz po schodach). Cisza, spokój, ptaki fruwające w miejscu, ludzie uprawiający sezam (to coś co się suszyło jakiś czas temu pod domem to był właśnie sezam), ale ponownie żadnych zwierząt. Tylko kury, żadnych krów czy kóz, albo owiec. Tylko uprawy. Mam nadzieję, że jeszcze znajdę czas i siły by dokulać się  tu samotnie, bo widok był naprawdę cudowny. Tylko trochę za bardzo wiało. W końcu szczyt całkowicie odsłonięty, ani krzaczka żeby się schować. A byłem mokry po tej wspinaczce. Zresztą nie tylko ja. ‘Wspinaczce’ bo górka miała jakieś  ~300 metrów, może nawet nie. I schodziło się o wiele gorzej niż wchodziło, beto jest pomocny przy wchodzeniu, ale przy schodzeniu jest, jak dla mnie, irytujący.

Ze szczytu było też widać świątynię. Jenn powiedziała, że nie lubi świątyń. Dlaczego? ‘Bo jestem chrześcijanką i mama powiedziała mi, że nie powinnam chodzić do świątyń modlić się’. Hmm…No tak, to na co ja patrzę jak na atrakcję turystyczną i co traktuję jako okazanie szacunku dla innej religii dla Niej, jako Chińskiej chrześcijanki, będzie złamaniem pierwszego przykazania. Mogłem się zapytać co w takim razie z trzecim, skoro dzisiaj musi iść do szkoły i odrabiać zadanie. No właśnie, co z trzecim!?

Za dwa tygodnie uczniów czekają egzaminy środkowo semestralne. I tym razem mają one trwać trzy dni. Rany…Masakra. Całe uczniowskie życie jest podporządkowane nauce. A przecież ta szkoła, szkoła średnia w sensie, jest nieobowiązkowa. Po skończeniu odpowiednika naszego gimnazjum, nie ma potrzeby dalszej edukacji. Uczą się bo chcą. I podporządkowują się całkowicie. Nie mają praktycznie czasu wolnego, bo co to za czas wolny tych kilka 6-7 godzin przeznaczonych na sen i może godzinka-dwie między lekcjami/odrabianiem zajęć. A jednak godzą się na to. Ilu uczniów w Polsce by się na coś takiego zdecydowało? A oni się decydują i co więcej, mogą sami zdecydować że chcą powtarzać daną klasę. Nawet jeżeli nauczyciele pozwalają im przejść do następnej. ‘Tak, chcę zostać w tej klasie bo czuję, że nie opanowałem jeszcze tego materiału.’

No dobrze, pospacerowaliśmy, pojeździliśmy i wracając do domu dostałem cosie. Nie ziemniaki, ale cosie są podobno słodkie i mam je przez parę dni suszyć. Więc ułożyłem na oknie i suszę.

Dzisiejsza trasa chodzona:
http://www.endomondo.com/workouts/jSkb054639A

Supergwiazda w supermarkecie
A w tym tygodniu w supermarkecie…zostałem obfotografowany i to w dodatku trzymając dziecko. Ja się na dzieciaka patrzę, dzieciak na mnie i obaj mieliśmy miny mocno zdziwione. On chyba jednak bardziej.

soft kitty, warm kitty, little ball of fur
Gdy Lidia rozmawiała z Miguelem I powiedziała że jego głos brzmi jak kołysanka dwie Chinki spojrzały na jedynego Chińczyka a on zaintonował piosenkę z ‘Big Bang Theory’. Mało się ze śmiechu nie popłakałem. Muszą naprawdę się przykładać do nauki, jeżeli są w stanie oglądać seriale w oryginale.

Cygaro na tablicy
Moja nauka chińskiego idzie w coraz lepszym kierunku. Nie mam już problemu by napisać na tablicy ‘cygaro’, albo ‘bomba atomowa’.

Mleko
No i jakoś tak doszło do tego, że zrobiłem małe koapnie w internecie i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy dotyczących produktów mlecznych. Otóż po pierwsze produkty mleczne były przez wiele lat uznawane za produkty spożywane jedynie przez ludy barbarzyńskie mieszkające na obrzeżach imperium i dwór nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Dlatego w kulturze chińskiej nie ma zwyczaju spożywania mleka, sera, masła czy innych produktów mlecznych. A druga sprawa to fakt, że ponad 30% dorosłych Chińczyków w jakimś stopniu nie toleruje laktozy. Czyli na produkty mleczne nie ma zapotrzebowania. Dopiero niedawno rząd zaczął wspierać reklamami przemysł mleczarski i zachęca rodziców do pojenia dzieci mlekiem.

Niedziela i przegapione #4

Bo jak to powiedział na drugim roku wykładowca estetyki: ‘Clubbing estetyczny prowadzi do wyjałowienia percepcji estetycznej’. Co w przełożeniu na język polski oznacza ni mniej ni więcej tylko: co za dużo to niezdrowo. Dlatego też dzisiaj się fizycznie lenię.

Pobudka wcześnie rano i zdjęcia ćwiczących, oraz tańczących. Przy okazji zobaczyłem kilka biegających osób.

Miałem w planach bieg, ale znalazłem sobie wymówkę i odpuściłem. Jutro czeka mnie poszukiwanie dojazdu do świątyni i może rano pójdę pobiegać. Chociaż poranki są tutaj okropnie chłodne. Może właśnie z takiej pogody powinienem skorzystać?

A skoro nie poszedłem biegać to posprzątałem mieszkanie i przygotowałem zajęcia na najbliższe półtorej tygodnia.

Udało mi się obejrzeć pierwszy odcinek siódmego sezonu Dextera i zapowiada się naprawdę, ale to naprawdę porządnie. Mam nadzieję, że cały sezon będzie trzymać wysoki poziom.

Zawody sportowe dzień pierwszy

No to skulałem się z łóżka o piątej. Przed siódmą byłem w szkole, więc przy okazji posprzątałem pokój. Zapomniałem zabrać dzisiaj bambusa, będę musiał zrobić to jutro, bo jeszcze nam uschnie bidulek. I jeszcze przed siódmą pojawiła się przedstawicielka klasy trzeciej z takim wysokim chłopakiem i wyjaśniła mi, że jak on mówi go to go, jak turn right to turn right i tak dalej. Urocze to było :)
Zaraz potem zeszliśmy do klasy trzeciej i mnie pomalowali, co widać na kilku zdjęciach. Wszyscy mówili, że wyglądam ‘cool’ także wypada im wierzyć.
Wychowawczyni klasy poczęstowała mnie pierożkiem z mięsem (pycha) i ruszyliśmy do boju. Czekałem chyba z pół godziny na bieżni, a potem dumnie maszerowałem z napisem ‘KLASA 3’ (oczywiście w języku, którego nie rozumiem). Najbardziej aktywna dziewczyna z klasy była tak podekscytowana, że nie mogła zasnąć. No i ja im się nie dziwię, to ogromne wydarzenie w ich życiu. Większość klas przygotowała kilkuminutowy pokaz dla dyrekcji, udało mi się nakręcić z tego kilka filmów i porobić dość sporo zdjęć.

Jak widać większość klas miała jakieś fajne stroje, niektóre miały mundurki, inne tylko jednakowe koszulki, jeszcze inne kompletne stroje, a inni przyszli po prostu w stroju szkolnym (czyli tym biało niebiesko pomarańczowym dresie). Niektórzy śpiewali, większość tańczyła, a jedna klasa wypuściła gołębie, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie, ale rany Boskie, ile oni musieli te ptaki trzymać w rękach.

Po całym przedstawieniu (które trwało z dobre półtorej godziny) Wendy (ta mała okularnica z czarnym włosami (ahahaha), która ciągle mnie zasypuje prezentami i ratuje mi tyłek w jadłodajni jak wczoraj gdy skończył się ryż a chciałem dokładkę) zaprosiła mnie, żebym z nimi usiadł, a że to moja ulubiona klasa 9 to jasne że się zgodziłem.
To było najdłuższe 400 metrów w moim życiu. Co dwa metry ktoś chciał zrobić sobie ze mną zdjęcie i żeby to jedno, a ja też nie chciałem być gorszy i prosiłem wiele osób o zdjęcia.
Także teraz tak: ta mała okularnica w czerwonej polówce z długim rękawem i balonem to główna szycha klasy numer 3.
Ta nieokularnica w fioletowo czerwonej bluzie i torebce to szycha z klasy numer 2, lub 4 (ale raczej dwa, to ta która mnie uderzyła w ramię na stołówce).
Ta okularnica, która trzymając koguta zasłoniła mi twarz to psiapsióła Wendy.
Wendy to ta okularnica we flanelowej koszuli.
Nieokularnica w żółtej koszulce z logiem myszki Micky to nie kto inny jak dziewczyna od bigosu :)
Wszystkie dziewczyny z napisem ‘Smile’ są z klasy 8.
A reszty no cóż, przykro mi, ale nie kojarzę aż tak dobrze.

No to robili mi te zdjęcia i robili i robili i robili i narobili ich trochę, aż w końcu mogłem sobie usiąść. Od klasy 3 dostałem jeszcze cukierki i słonecznik. No i mydło, żeby się umyć. A gdy szedłem się umyć to znowu zdjęcia. Zdjęcia i zdjęcia, ach ta sława :) Bardzo to wszystko miłe i nawet jeżeli trochę męczące (zwłaszcza gdy chciałem iść na lunch), to jednak nikomu nie odmówiłem bo rozumiem, że chcą sobie zrobić zdjęcie :)

Na obiad zupa. Za 3 RMB. Zapytałem się Wendy co to stoi na blacie w kuchni, a ona mówi, że to przyprawa na ostro, to dałem sobie z dwie łyżki, a z tyłu tylko słychać jęk przerażenia. Jak zjadłem i wypiłem to uznałem, że jednak trzecia łyżka by nie zaszkodziła.

Następnie szybki powrót do domu i spokojny bieg. Chyba zacznę biegać po lunchu bo biegło się o wiele przyjemniej niż rano.

Chwilka przerwy i powrót do szkoły, bo przecież kontynuacja zawodów. Ponownie zdjęcia i zdjęcia. Wychowawca klasy trzeciej powiedział przedstawicielom szkoły, że jestem jednym z jego uczniów :) Pośmialiśmy się i już.

Obiecałem chłopakom z 8 i 9 grę w kosza, więc słowa wypadało dotrzymać. Są zdecydowanie mocniejsi od tamtych, zdecydowanie. Poza tym ja jestem już stary i nawet piłka mi przeszkadza…

Na kolację ponownie do stołówki, tym razem stołówka numer 1. Zupa…bo nie było ryżu. Rany boskie, nie wiem czy Wendy ich poprosiła, czy oni tak sami z siebie, ale ta zupa była ostra. Oj była ostra. Aż się popłakałem. Dawno już nie jadłem czegoś tak ostrego i jednocześnie smacznego. Pyszotka. Aż musiałem napić się wody.

A gdy wyszedłem…pierwszy raz zobaczyłem tutaj księżyc. Aż byłem w szoku i to nielada szoku. Może jednak na festiwal będzie księżyc. Już się nie mogę doczekać.

Jeszcze tak odnośnie zawodów. Tutaj nie ma Pań i Panów WueFistów krzyczących na uczniów bo nie mają czerwonych spodenek, białych koszulek i trampek, nie ma stawiania za to pał czy czegokolwiek innego. Biegniesz, skaczesz, pchasz kulą w tym w czym Ci wygodnie. Chcesz biec w jeansach? Biegnij w jeansach. Twoja sprawa.

Razi trochę brak konkurencji zespołowych, chociaż są dwie: przerzucanie piłki przez 15 osób (stają gęsiego, przerzucają do tyłu, ostatni z piłką biegnie do przodu i od nowa), oraz sztafeta. Taki tutaj komunizm że największy nacisk kładzie się na wynik indywidualny, a nie drużyny.

Ma Pan koszulkę z gry…

Czy gra Pan w gry komputerowe?
Wiedziałem! Wiedziałem! W końcu! I w ten sposób klasa 9 staje się moim numero uno. Nie tylko z powodu prezentów (dzisiaj dostałem lizaka), ale z powodu niesamowicie gadatliwych uczniów i właśnie znajomości MGSów.

Postanowiłem kupić dzisiaj owoce. A że owoców kupuję dużo, bo tak blisko 3 kilogramy gruszek (wychodzi ~4RMB za kilo), ponad 3 kilogramy jabłek (nie mam pojęcia), półtorej kilograma mandarynek (~6.5 RMB za kilo), ponad 1 kilogram bananów (~4RMB a kilo) i kupiłem dziś z pół kilo innych daktyli (innych bo zielonych i okrągłych),  to lubię kupować w jednym miejscu, żeby się nie rozdrabniać. Podjechałem więc dzisiaj na targ gdzie kupowałem dwa ostatnie razy i…wybierałem, wybierałem, sprzedawca już się śmiał, ale gdy przyszło do zapłaty to nie chciał ode mnie pieniędzy. Uznał, że są niedobre. Nie to nie, już się u Pana nie pojawię.
Pojechałem gdzie indziej. Przerwałem Starszej Pani posiłek, wybierałem, wybierałem, nawet poszła do wagi elektronicznej a nie do swojej ręcznej (taką stara wahadłowa waga z odważnikami, ale wahadło to wielki patyk) i…ponownie, moje pieniądze nie są dość dobre. Skoro jednak przerwałem jej obiad to wyciągnąłem wszystkie drobne jakie miałem i zabrałem jabłka, daktyle i trochę mandarynek.
Po resztę zakupów pojechałem do marketu pod domem. Wybierałem długo oj długo, przesympatyczna Pani sprzedawczyni pomagała wybrać mandarynki (bo wiesz, trzeba wybierać te miękkie, takie jak ta, nie takie jak ta), wszystko mi ładnie poważyła i ponaklejała ceny, no to wziąłem jeszcze kawałek udawanej szynki i poszedłem do kasy. W kasie śmichy, chichy, w końcu w południe w sklepie są tylko kasjerki, a ja tylko mówię, że słabo mi idzie po mandaryńsku, ale kiwam głową gdy słyszę ‘english teacher’. Panie się śmieją, ja się uśmiecham. Pieniądze jednak są dobre.  No kurczę pieczone, muszą być dobre skoro dostałem je w automacie w Pekinie.

Klasa 3 poprosiła mnie żebym poprowadził ich jutro w czasie prezentacji klas. W sumie, żadna inna klasa mnie o to nie prosiła, więc dlaczego nie. Będę musiał być w szkole godzinę wcześniej, co oznacza godzinę mniej byczenia się, ale hej, będę częścią tego dnia sportu. Zrobię swoje, poprowadzę ich, a potem wracam w swoje ciuchy (bo dostałem specjalną klasową koszulkę) i robię zdjęcia innym klasom (z naciskiem na klasy 8-14, bo to ‘moje’ klasy).

Na obiad dzisiaj ryż i tofu. Dwa razy, bo raz to dla mnie za mało. Dostałem łyżkę, żeby nie męczyć się pałeczkami, a dziewczyny też jadły łyżką, więc się nie krępowałem. Z drugą porcją ryżu był problem, ale moja uczennica (z niezwykle trudnym imieniem dla której trzeba wymyślić imię związane z przyjaźnią) mnie poratowała i zdobyła dla mnie drugą porcję. Pochwaliłem kucharza i od razu urósł o kilka centymetrów. Dostałem też od niej lizaka i cukierka. Urocze dziecko.

Kolacja wyjątkowo w domu, ale nie zdążyłbym już do szkoły, pora więc na nową zupkę (bardzo ostra).

Wieczorny spacer do sklepu po masło orzechowe zakończony z jednej strony powodzeniem, bo udało się masło znaleźć w końcu. Miałem co prawda ze sobą pudełko po poprzednim maśle i pokazałem o co mi chodzi. Panie pokazały mi, że mam iść na dół. Zacząłem szukać i znalazłem. Przy rybach. Wziąłem też bułki. I jakieś takie inne bułki…Pewnie będą słodkie.

Wracając do domu kopnąłem w kamień i japonka mi się rozwaliła…Do domu wracałem boso, a żeby to sobie wynagrodzić szarpnąłem się na daktyle. W domu igła i nitka w dłoń i japonka naprawiona.

Także dzisiaj wcześniej do łóżka i trzeba odpoczywać przed jutrzejszym dniem pełnym wydarzeń.

A trasy z dzisiaj wyglądały o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/mS0YDN5sV5k

http://www.endomondo.com/workouts/vZeRfP89UAg

http://www.endomondo.com/workouts/h7pnzUagpwQ

Ach…mamo, wyczucia nie straciłem. Nawet w Chinach zawsze, ale to zawsze, trafiam na świeżo umytą podłogę.

A to ostatnie zdjęcie to moja półka z owocami w lodówce. Jedna gruszka się nie zmieściła. Bo jest OLBRZYMIA!

Garbaty dzień

Garbaty, bo środa to dzień w połowie. Jak się przez ten garb przebijesz to już blisko weekendu. Mi właściwie został tylko jeszcze czwartek.
Już jestem umówiony z klasą 3, że przyślą po mnie swoją reprezentantkę o 8 w piątek, żebym pooglądał ich w czasie festiwalu sportowego.

Postanowiłem, że będę robił zdjęcia chińskich prób napisania czegoś po angielsku. My potrafimy zrobić aferę z powodu naprawdę drobnych błędów w przekładzie, a chińczykom nawet takie cuda jak te na zdjęciach nie przeszkadzają. Grunt, że wygląda fajnie i są ładne słowa.

Dostałem dziś zaproszenie na festiwal śródjesienny do rodziny jednej z moich uczennic. Miała się zgłosić na konsultacjach, żebym jej odpowiedział. W końcu muszę porozmawiać z Lydią by się wywiedzieć jak to wygląda. Czy nie jest to niezgodne z jakimś zwyczajem. Okazało się, że nie, w końcu jestem specjalnym nauczycielem i mogę iść. Niestety nie przyszła, więc problem niby sam się rozwiązał. Może jutro ją złapię i zapytam czy propozycja dalej aktualna, bo kurczę , nie powiem że nie byłoby fajnie zobaczyć jak ten festiwal wygląda od środka.

Zauroczyła mnie ta koszulka dla dziewczynki z napisem ‘No Pain No Gain’.

Oni tu spędzają 16 godzin w szkole. Zaczynają o 550, kończą o 2150. Oczywiście nie wszystko to zajęcia. Jest przerwa na lunch, przerwa na kolację, ale codziennie mają 9 godzin zajęć. No i to chyba najlepiej tłumaczy dlaczego biją cały świat w wynikach edukacji. Tutaj nie ma czegoś takiego jak praca w grupach, każdy pracuje sam. Dopiero na angielskim uczą się jak pracować w grupach, o ile trafią na mnie ;)

Klasa 6 chciała żebym zrobił sobie zdjęcie w ich koszulce. Bo mają przygotowaną specjalną koszulkę na zawody. A klasa trzecia ma przygotowane butelki z kamieniami by robić hałas…Podchodzą do tego bardzo poważnie, już się nie mogę doczekać piątku.

Na obiad poszedłem do dwójki, którą zachwalała Lydia. Hmm…a poszedłem dlatego, że podeszła do mnie uczennica z klasy 3 (w sensie 3, a nie naszych ABC, to strasznie mylące, więc może tak, gdy piszę normalnie o klasach 1-14 myślcie o nich jak o naszych ABCDEFGHIJKLMN), czyli zupełnie nie mój rewir, ale chciała porozmawiać i zapytała się dlaczego zawsze chodzę po jedzenie do numeru 4, powiedziałem, że tak z przyzwyczajenia i zapytałem gdzie jest dobre jedzenie, z tyłu pojawili się jej znajomi i powiedzieli, że w 3, zapytałem gdzie to, pokazali i poszedłem. Tylko czemu nad 3 był numer 2? W każdym razie poszedłem dzisiaj zjeść obiad gdzieś indziej. Wybrałem ryż, tofu z marchewką i jakieś mięso. Wyszło 4 RMB, ale się nie najadłem, więc wziąłem jeszcze mięso w bułce za 3 RMB.

Na życzenie Doki (trochę tęsknię, ale smutno? No co Ty, poczta działa – więcej napiszę o tym w weekend, także uderzaj śmiało) wrzucam zdjęcie obolałej, ale uśmiechniętej, Lydii, która robiła dzisiaj furorę z powodu tego szalika. Dziewczyna nie robiła sobie przerw od nauki i w końcu odezwały się plecy, od dwóch dni chodzi na masaże, wczoraj poszła do szpitala bo nie mogła z bólu zasnąć i chciała środki przeciwbólowe. A żadna apteka nie była otwarta. No tak, całodobowych tutaj nie ma zapewne. Od lekarza nic nie dostała, bo stwierdził, że jest taka młoda, że powinna ćwiczyć i odpoczywać a nie brać leki. To jest zdrowe podejście :)

A ta przesympatyczna dziewczynka z czerwonym krawatem podarowała mi ciastko księżycowe, bo jutro jej nie będzie.

Dokulałem się jakoś do tych moich nieszczęsnych konsultacji na godzinie 8.
Lydia poszła i stwierdziła, że też mogę iść bo nikt nie przyjdzie, wszyscy przygotowują się do spotkania sportowego. No dobrze, ale obiecałem dziewczynie, że będę na konsultacjach to będę.
Przyszła za to inna – Wan Cie (to się na pewno inaczej pisze…) i zaskoczyła mnie bardzo płynnym angielskim. Naprawdę zaskoczyła, bo zupełnie jej nie kojarzyłem (jak się ma 350 uczniów to ciężko zapamiętać wszystkich po 3 tygodniach). Porozmawialiśmy sobie i też obiecałem jej angielskie imię. Skoro Cie (to się na 100% inaczej pisze…) oznacza ‘piękna’ to niech będzie Sophia, w końcu dziewczyna jest nie tylko piękna, ale i mądra.
No i tak sobie gadaliśmy gadaliśmy, a ona co chwilę zerka na zegarek, więc pytam gdzie jej tak śpieszno. Odpowiada, że pora kolacji, no to hej, czemu nie, kolacji w szkole jeszcze nie jadłem. Poszliśmy do dwójki, po drodze przyłączyły się dwie koleżanki i super. Naprawdę fajnie mówią po angielsku. I to dziewczyny, które w klasie się nie rzucają w oczy. Widać takie środowisko bardziej im odpowiada. To też dobrze, bo przynajmniej mogą na spokojnie, w naturalnym otoczeniu poćwiczyć żywy język. No i zjeść coś.

Zamówiłem sobie nudle z pomidorem i dolałem sosu na ostro. Usłyszałem, że będzie za ostre…Nie było za ostre. Jutro się poprawię.

Zjedliśmy i co? I dziewczyny wyciągają siatkę pełną słodyczy i jabłko. Dla mnie. Bo mnie lubią, bo jestem słodki, mam fajny uśmiech i robią mi się super dołeczki gdy się uśmiecham. I co ja mam na to powiedzieć? Dziękuję, bardzo dziękuję. Kurczę…Ech, nie będę kolejny raz pisać jak bardzo mi się to podoba, bo wszyscy to wiecie. Wrażenie to na mnie robi i robić nie przestanie. Powiem uczciwie bałem się, że one chcą mi kupić kolację, a on zrobiły jeszcze więcej…

A wracając postanowiłem pojechać na targ kupić Lydii ciastka księżycowe. Oczywiście wszyscy się już zbierali, ale na szczęście z mojego ulubionego stoiska jeszcze nie. Wziąłem więc dwie paczki po cztery. A co mi tam ;)

Okej…to coś małego czarnego, czego nie widać najlepiej na zdjęciu to czarne jajko. JAJKO! Tylko chyba nie kurze, bo nie smakowało jak kurze.

Odpowiadając na pytania z Endo…Panowie, jak mi ukradną rower, to policja zaraz go znajdzie bo przecież ‘to rower tego białego wielkoluda’ ;) A do łańcucha na kierownicy się przyzwyczaiłem, psuje on aeordynamikę, ale pewnie nie bardziej niż zardzewiały łańcuch. W Polsce to bym powiedział, że to dodatkowe zabezpieczenie, zawsze można komuś przyłożyć, a tutaj…sielanka :)

Dzisiejsza trasa:

http://www.endomondo.com/workouts/qNlTId6Hy9o

Miętowy słonecznik

Dzisiaj dostałem zadanie specjalne, a właściwie to kontynuację zadania specjalnego z wczoraj – wyjąć jogurt dla Lydii. Wczoraj musiałem włożyć puste opakowanie, dzisiaj musiałem je wyjąć.

Rano powiedziałem uczniom na zajęciach, że jestem zmęczony. I co? O 16 Irene łapie mnie na korytarzu i mówi, żebym się nie przejmował, że nauczanie w Chinach jest trudne, ale mam się nie zrażać tylko szukać energii i będzie dobrze.

Na lunch prawie standardowo dwie bułki, pomidory z jajkiem, dynia (chyba w dwóch rodzajach) i niewiemco. Jutro wybiorę się do innej stołówki. Taki mam plan.

Dzień drugi maratonu nie wydaje się taki zły, jeszcze tylko jedne zajęcia i koniec. No prawie, bo obiecałem chłopakom godzinkę na boisku. Nie można się teraz wycofać, więc wziąłem koszulkę na zmianę.

W ogóle to w klasie szóstej robili mi masę, ale to masę zdjęć. Chyba do gazetki, ale mogłem ich źle zrozumieć.

Fasolki o dziwnych smakach okazały się fasolkami na ostro – jednym słowem pychotka.

Co do dzisiejszych zakupów to tak: słonecznik (ten zielony ma smak mięty, słonecznik o smaku mięty!), chybagroszek o smaku cebuli i urządzenie niezwykle znane w Polsce a zmodyfikowane w Chinach. I proszę nawet nie pytać po co mi to, ja po prostu jestem za duży dla tego kraju pod wieloma względami.

Mecz z chłopakami wyszedł bardzo fajnie, pojawił się jeden naprawdę dobry aparat, ale jak to w przypadku tych naprawdę dobrych grał pod siebie. Po drugiej stronie boiska był drugi bardzo dobry aparat, ale nie miałem okazji z nim dzisiaj pograć.

W ogóle to przyszli do mnie uczniowie z klasy 6 i przy pomocy Lydii przeprosili, że nie mogą dzisiaj ze mną grać, ale musza się przygotowywać do zawodów sportowych. To się nazywa szacunek do nauczyciela.

Aaa…ASC, jak kiedyś nie będę mieć o czym pisać to wyjaśnię dlaczego właśnie ‘Deszcz Odrodzony’, ale na razie nie chcę tym zanudzać. Nawet w takie pozornie zwykłe dni coś się dzieje.  O właśnie, muszę sprawdzić dzisiaj QQ (taki chiński komunikator) bo jeden z uczniów zaprosił mnie na wycieczkę rowerową po górach w weekend.  Uczniowie tutaj nawet w czasie długiego weekendu myślą o nauce. Niewyobrażalne…

Dzień drugi maratonu także nie był zły. Za to jutro będzie osiem godzin. Już się nie mogę doczekać, a moje gardło wręcz błaga o pomoc.

Zapomniałbym o tym jak tu się zabezpiecza rowery! Otóż nie przypina się ich do niczego, a jedynie zapina się łańcuch na tyle koło i przypina do ramy. U nas to by zabrali rower a potem głowili się co zrobić z łańcuchem.

Gdy ruszyłem biegać…

To nie wiem czy większym zdziwieniem było to, że jestem biały, czy to że biegam. Chociaż w Polsce też ludzie różnie reagują więc do tego przywykłem. Chińczycy przynajmniej się uśmiechają i pomachają ręką. W parku biegałem według zasady – do tej lampy szybko, lampa spokoju i dwie lampy szybko, taki lampowy fartlek. W Chinach będę biegał – przez tę ulicę, po chodniku, a potem jeszcze raz szybko przed tym autem. CHAOS na drogach! Nie znalazłem jeszcze parku, ale widzę, że jest na mapie także powinienem wkrótce do niego trafić. Podobno przy ‘mojej’ szkole jest bieżnia, więc nie powinno być źle, chociaż żeby jechać do Chin by pierwszy raz biegać na prawdziwej bieżni?
Sporo ludzi ćwiczy Tai-Chi, niektórzy nie chcą by robić im zdjęcia, w sumie to nawet mogę to zrozumieć. Jest fajna droga przy rzeczce w której ludzie łowią ryby (także siatkami, co mnie zdumiało). Jak na razie z biegania mam wrażenia pozytywne, chociaż zajmie mi trochę czasu zanim przyzwyczaję się do biegania z plecakiem, okularami i aparatem w ręce. Przez takie ciągłe zatrzymywanie się i ruszanie chwyciła mnie kolka, na szczęście bardzo delikatna.

LosowyFakt#3 Naprawdę ogromne ilości jedzenia się marnują. Aż żal było z tej restauracji wychodzić. Mieliśmy obrotowy stół, kilka potraw w tym: fasolę w sosie sezamowy, rybę jakiegoś rodzaju, wątróbkę (oczywiście z cebulą), kalafiora na ostro, wołowinę na zimno, wieprzowinę na ostro, czarne jajka (naprawdę były czarne, nikt nie wiedział jak je zrobili), jakieś kiełki, a ja jeszcze sobie zamówiłem nudle. Najeść można się bez ryżu i bez nudli, tylko jak mówią, że jest pikantne  to lepiej wziąć podwójną porcję . Ach – nie mogę biegać po potrawach smażonych, za długo siedzą mi na żołądku. A bieganie gdy ciągle Ci się odbija nie jest przyjemne. Dlatego najlepiej biega mi się rano. Po lekkim śniadaniu.