Niedziela i przegapione #6

Zacznę od końca. Czyli od smsa który wysłałem Lidii. Napisałem w nim ‘Jesteś moim OGROMNYM dłużnikiem’. I teraz wypadałoby się wytłumaczyć, chociaż jej wytłumaczę się jutro.

Czasem w życiu jest tak, że pewne osobowości po prostu nie klikają. Poznajesz kogoś i po prostu wiesz, że tutaj nic dobrego nie będzie, chociaż nie poddasz się bez prób. Bo przecież to mogą być ‘złe miłego początki’. Może tak będzie, może tak będzie.

Tylko na razie…tak nie jest i Miguel sprawia wrażenie okropnej zrzędy. 15 minut piechotą do szkoły? Za daleko. 15 minut piechotą do sklepu? Za daleko. Pomalowane ściany w mieszkaniu? Trzeba zamalować (a przecież zostaje tylko do stycznia). Nie ma światła w pokoju? Trzeba kupić lampę. I poszliśmy kupić lampę. Nie kupiliśmy. Za to w drodze powrotnej rzuciłem takie głupie pytanie, bo jestem z wychowania człowiekiem zadającym tego rodzaju pytania, ‘czy spróbowałeś wymienić żarówkę?’. ‘A wiesz, że nie? To dobry pomysł.’  Są dwa biurka i niski stół? Trzeba kupić stół przy którym można usiąść i coś zjeść. Telewizor nie działa? Trzeba coś z tym zrobić i jak Ty możesz żyć bez telewizji? Dodajmy do tego stereotypowo latynoskie przechwałki o ilości podbitych kobiecych serc w innym miejscu i oto mamy mojego nowego compadre. Starszego od taty.

Czuję jak bije ode mnie teraz gorycz, może to jakaś nagromadzona gorycz, która teraz znalazła ujście. Mam nadzieję, że tak i Miguel okaże się naprawdę fajnym gościem. W końcu ma ogromne doświadczenie jako nauczyciel, od roku pracuje w Chinach, zna podstawy języka. Także na pewno czegoś się będziemy mogli nauczyć.

Cały dzień minął nam razem, na jedzeniu, na robieniu zakupów. Opisałbym jak wyglądały zakupy z Miguelem, ale nie było to na tyle fascynujące by Was zanudzać. Dość powiedzieć, że mieliśmy problemy z kupnem tego co potrzebował.

O lunchu wspomnę tylko tyle, że nie lubi ostrego i bardzo dziwnie to wyglądało gdy zamówione jedzenie podsunął sobie pod nos. Nic więcej!

Jak widać dzisiaj jedzenie robiłem też sobie sam i ponownie wyszło super, zwłaszcza dzięki fasoli. Muszę tylko pamiętać, że płyta indukcyjna nagrzewa się błyskawicznie bo patelnia już stała w płomieniach…

Wrzucam też zdjęcia z jaskini graczy około 18.

Pora na przeoczone. W tym tygodniu krótko bo starałem się pisać wyczerpująco by uniknąć takiej ściany jak tydzień temu.

Przystojny tata

A co tam, połaskoczę ego taty. Padre, Chińscy uczniowie i uczennice mówią, że byłeś i jesteś bardzo przystojny. O mamie też mówią, że jest ładna.

Taka sama coca-cola

Dla wszystkich ciekawskich: cola i pepsi smakuje dokładnie tak samo jak w Polsce.

Numer od Wan Cie

To jak na razie jedna z najdziwniejszych rzeczy jakie mi się przydarzyły. Przed świętem narodowym jedna z uczennic podała mi swój numer telefonu i powiedział, że zadzwoni. Zadzwoniłem by sprawdzić czy numer działa. Działał. Uczennica nie zadzwoniła. Może nie miała czasu, może nie było okazji. Czasem tak jest i tyle.
W zeszłym tygodniu byłem w świątyni, jak powszechnie wiadomo, i naszedł mnie tam pewien Pan. Zawołał mnie. Przedstawił się jako Micheal Lee, biznesmen z Xuzhou. Handlarz stalą, który ma klientów nawet w Polsce (pięknie). I podał mi numer telefonu. Gdy chciałem numer zapisać…wyświetliło się ‘Numer przypisany do Wan Cie’, czyli Sophie, czyli tej uczennicy.

Atmosfera się zagęszcza ;)

W Xuzhou po raz kolejny

Tym razem w planach było dojście do jeziora (co ja mam z tymi jeziorami), ale na miejscu dałem sobie spokój bo a) poszedłem kupić pamiątki i się spłukałem, b) cały dzień jestem zmęczony. Zrobiłem więc mały spacer i wróciłem.

Za to wykosztowałem się na najdroższy lunch do tej pory…28 RMB w fast foodzie chińskim. Strasznie drogo, chociaż smacznie.

Pochodziłem trochę wokół dworca, pokupowałem różnych specjałów i znowu spotkałem faceta, który chciał sprzedać iPhone’a. Nie wiem czy to ten sam facet i ten sam iPhone, ale stał w tym samym miejscu, więc podejrzewam, że tak.

Następnie, jak na białego przystało, odwiedziłem carrefoura i zakupiłem importowane masło orzechowe, żelki (ja nie mogę kupować żelków), fasolę (na wagę), słonecznik, kubek dla Wendy i sfermentowane mango (nigdy więcej).

O nowym nauczycielu wiem tyle, że nazywa się Miguel, pochodzi z francuskiej części Kanady i przykulał się tu z Kantonu. Teraz następuje pytanie, co oni mu powiedzieli, że przeniósł się do Jiawang. Zapytał się mnie ilu ludzi z zachodu jest w Jiawang :) Odpowiedź go nie zadowoliła.

Ach, zapomniałbym, ruszyłem wysyłać pocztówki. Pierwsza odwiedzona poczta nie miała, ale druga taka naprawdę duża miała i to nawet kilka. Zakupiłem dwie, dowiedziałem się,  że muszę dokupić znaczek i poszedłem do drugiego okienka. Tam sobie czekałem, czekałem, aż w końcu Pan kasjer powiedział że idzie do domu i mam sobie usiąść. Przyszedł drugi Pan kasjer i rozpoczęła się kłótnia bo chciał, żebym zapłacił, a ja przecież już zapłaciłem. Co się okazało po 10 minutach dyskusji i małego przestawienia? Wysyłka pocztą lotniczą jest droższa niż się spodziewała Pani od pocztówki. Droższa niż ja się spodziewałem Za wysłanie dwóch pocztówek miałbym 3 obiady w szkole…I teraz nie wiem, czy to jedzenie jest takie tanie czy poczta taka droga…

Dorwałem też kubek dla Wendy, ale na zdjęcia będziecie musieli poczekać.

Jutro zabawię się w przewodnika. Lidia wraca wieczorem i pewnie spotka Miguela dopiero w pracy.

Aaa…kolacja! Prawie, że Polska. Olej, kiełbasa i trochę fasoli. Wyszło bardzo swojsko, tylko brakowało cebuli :)

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jgfLpEMFHVk

PS. Specjalnie dla Adama, toaleta publiczna po Chińsku. Ciekawostka: dziury mają zamykane drzwi, toaleta siedząca nie ma drzwi w ogóle.

Piątek, piątek, weekendu początek

Dzisiejsza owsianka zasłużyła na zdjęcie bo została wzbogacona o miód! Smaku nie zmieniło, ale co tam, jest miód to trzeba korzystać.

Takie dziwne stworzenie przywitało mnie w szkole, a jako gratis dorzucam zdjęcia stołów do ping-ponga. Zajęcia poszły szybko i sprawnie :)

To pora ruszać biegać, jeszcze przed wyjściem zobaczyłem, że dziwactwa budowlane i ‘w dupie mam bhp’ to nie tylko Polskie podejście.

Dwa kilometry dalej poczułem się jak w domu. Węgiel :) Nie mój, Śląski, ale czarne złoto wszędzie świeci tak samo. A parę metrów dalej poczułem się znowu jak w domu i zrobiło mi się miękko. Bo oto owczarek niemiecki. Aki na niego nawet by nie zwróciła uwagi bo taki jakiś wychudzony, ale też skory do zabawy.

Kukurydziany sezon jest w pełni bo rozsypują kukurydzę wszędzie, na drodze, na placach zabaw, na chodnikach, ciężko jest się przemieszczać. Czuć, po prostu czuć, że to od zawsze był teren rolniczy i dopiero od kilkunastu/dziesięciu lat to wszystko się zmienia. .

Po lewej stronie skrzyżowania – pustostany. Po prawej stronie – w większości pustostany.

Teraz patrząc na zdjęcia z satelity widzę, że są one bardzo stare i jak wiele się tutaj zmieniło przez te kilka lat. Tyle pól zniszczonych, tyle budynków postawionych. Wszystko w imię rozwoju Jiawang. Ciekawe jak tu będzie za lat kilkanaście. Bo pieniądze jakie tu są pompowane małe nie są. I dobrze, bo jak widać, tereny są przepiękne, a ludzie bardzo sympatyczni.

Co było widać chociażby w porze lunchu, gdy pojawiłem się jako jeden z pierwszych i Pani w stołówce po nałożeniu mi dwóch rzeczy chciała mi już podać tackę a ja twardo walczyłem o jeszcze i jeszcze! I wywalczyłem sobie paski czegoś co smakuje ziemniakowato, tofu, sałatę, paprykę, kiełki i coś co nie było mięsem. No i bułeczka. Standardowa cena w jedynce – 4 RMB. Wszyscy się patrzyli jak jadłem, nawet kucharz przyszedł, więc go pochwaliłem. Bo było za co. Niby stołówkowe żarcie, niby uczniowie narzekają, że drogo i niesmacznie, ale mi smakuje.

A jeszcze przed lunchem podszedł do mnie jeden z nauczycieli i zapytał się dlaczego na jednym z budynków jest napis ‘Let’s get ready to rumble’ i co on oznacza. To mu wyjaśniłem, że to hasło które jest wygłaszane przede wszystkim przed walkami różnej maści i w gruncie rzeczy oznacza, że należy się do tej jatki przygotować. To się zapytał dlaczego to jest w szkole, odrzekłem, że nie wiem, zaczął się śmiać, że kto ma wiedzieć skoro nie ja. A potem powiedział, że skoro to mówią przed walkami to tego być nie powinno.  Na tym dyskusja się zakończyła i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Vicki powiedziała mi, że o to samo pytał się ją wczoraj.

Po lunchu, dorzuciłem sobie jeszcze dwie bułki z tą zieleniną, podjechałem pod budynek pod blokiem, przed którym ludzie tańczą co rano, bo widziałem że coś tam się dzisiaj dzieje. Nie myliłem się, trafiłem na jakąś wystawę/konkurs bonsai/kamieni/korzeni, no każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie, zwłaszcza że niektóre przedmioty/drzewa były świetne. Niektóre drzewka były mocno średnie, ale to pewnie tylko lokalny konkurs, więc poziom nie mógł być bardzo wysoki. Jedna z sędzin zaczęła ze mną rozmawiać po angielsku, pytała skąd jestem, a nawet skąd konkretnie w Polsce…oczywiście Katowice nic nikomu nie powiedziały, w każdym razie wyjaśniłem, że jestem nauczycielem angielskiego i jako jedyny biały w okolicy zostałem poproszony do udzielenia wywiadu. Telewizji. Tak, mamy w Jiawang własną telewizję. Wywiadu w sieci jeszcze nie ma, ale Xu (reporterka) obiecała że mi powie jak będzie. Jakby ktoś był niecierpliwy może sobie klikać F5 na stronie – http://www.cnjww.com/ i może w końcu trafi na wywiad ze mną.

Standardowo zostałem poproszony o pozowanie do zdjęć. Strasznie dużo chińczyków ma iPhone’y. Naprawdę strasznie dużo.

A potem zrobiłem zdjęcia rybkom pływającym pod budynkiem. I ponownie trafiłem na rudzielca pod blokiem. Koty w Chinach też reagują na kici kici i także są niemile widziane w stołówkach.

Jak pokazuje trzystapiątka do domu mam niecałe 7700 kilometrów, więc dobiec nie dobiegnę, ale może na rowerze…;)

W akademikach na balkonach wiszą ubrania.

A w stołówce na kolację: ziemniak, tofu, coś co smakuje jak ziemniak, mięso z czymś co przypomina wodorosty, oraz…owsianka z fasolą! Pyycha! Ponownie jedynka i tym razem 5 RMB, bo wziąłem owsiankę.

Na koniec zasłużone piwo. Piwo…2,5% więc w Polsce – bezalkoholowe.

Dzisiejsza trasa biegowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/rVkdgJcSG9A

I chociaż biegłem rano to tętno było paskudne. Średnie tempo niby nie jest wysokie, ale trzystapiątka rzadko kiedy pokazywała mniej niż 150. Za to prędkość przyzwoita i co najważniejsze – czułem się bardzo dobrze.

Wierszyk

tóu shàng hóng guān bú yòng cái
头上红冠不用裁,
mǎn shēn xuĕ bái zŏu jiāng lái
满身雪白走将来。
píng shēng bù gǎn qīng yán yǔ
平生不敢轻言语,
yí jiào qiān mén wàn hù kāi
一叫千门万户开。

A Picture of the Rooster

A crimson comb untrimmed on the head,
All in white, a rooster walks nearby.
In his life seldom a single sound he’s made,
But thousands of doors soon open to his cry.

http://www.china.org.cn/learning_chinese/ancient_poems/2011-07/21/content_23037471.htm – mi nie działa, ale może komuś.

A dlaczego kogut? Bo Chiny wyglądają na mapie jak kogut. Chociaż Lidia mówi, żeby tym się nie przejmować bo kiedyś mówili, że wyglądają jak świnia. Kogut to dobry znak.

Adam, tę szkołę założono pod koniec Drugiej Wojny Światowej, pewnie budynki zmieniano, ale  widać gołym okiem, że budynki uczniowskie są starsze od budynku nauczycielskiego. Ja jestem ogromnym zwolennikiem kucania. Brak zaparć, hemoroidów, że o raku jelit nie wspomnę. Sedes jest o wiele wygodniejszy to prawda, ale jednak ta wygoda słono kosztuje.

Czwartki są niesamowicie leniwe jak dla mnie. Dwa zajęcia, oddzielone ogromną dwugodzinną przerwą i to wszystko przed lunchem. No żyć nie umierać. Także dzisiaj wsiadam na rower i jadę przed siebie.

Na śniadanie do owsianki suszone daktyle. Lidia mówi, że muszę się z nią wybrać na poranne nudle do restauracji pod domem bo są tanie, dobre i sycące. No to trzeba będzie kiedyś spróbować, może w niedzielę?

Kilka zdjęć z książki i zeszytu do angielskiego z zaznaczonymi błędami.

A na lunch poszedłem do 1, gdzie tofu, tofu, kiełki, kiełki i tofu, oraz bułka wyszły mnie 4 RMB. No to chyba polubię 1 :) Postanowiłem to dobić bułeczką z czymś co wyglądało jak szpinak za 0,5 RMB.

Dokulałem się dzisiaj do fabryki. Jeszcze daleka droga przede mną. W końcu chcę się dokulać do rzeki. A potem do tego ogromnego jeziora.

Na kolację wróciłem do szkoły. Gdzie przypadkiem trafiłem na Wendy (na którą przypadkiem trafiłem po lunchu i dostałem cukierki), która ma urodziny w przyszłą sobotę i zastanawiam się czy by jej czegoś nie sprezentować, a raczej co by jej tu sprezentować. A zjadłem ryż z tofu i kulkami mięsnymi, oraz warzywka. Ryż na kolację to niby kiepski pomysł przy braku ryżu na obiad, więc postanowiłem jeszcze pokręcić się trochę po mieście i porobić zdjęcia,

Na zdjęciach nie widać tego najlepiej, ale znalazłem grupę tańczących kobiet w Jiawang. Czyli tańczą nie tylko w Xuzhou. Taki wieczorny darmowy fitness to super sprawa.

Znalazłem również kolejny sklep, pierwszy w którym widziałem żelazka i postanowiłem pokazać te kilkulitrowe plastikowe baniaki z alkoholem. Oraz te ładniejsze butelki z alkoholem. Jak widać taki baniaczek kosztuje ~25 RMB, czyli jakieś 13-14 złotych…Przy takich cenach alkoholu w Polsce…no to chyba każdy sobie może sam wyobrazić.

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/oGv-as3gKhk

Vicki jutro ma moje popołudniowe zajęcia, więc przed lunchem idę biegać, a potem się byczę.

W sobotę pewnie pojedziemy do Xuzhou, znaczy ja i Vicki. Lidia rusza tam już jutro, bo chce to miasto odkryć na nowo. A raczej jedzie do znajomego i razem będą odkrywać  ;)

Nowy nauczyciel…

Pojawi się w weekend. I to jest bardzo ciekawe, bo jakim cudem załatwili wszystko tak szybko. No nic, grunt, że będzie mógł zacząć od poniedziałku. Lub będzie mogła. Lub, jak to Lidia powiedziała, będzie mogło. Lidia zażartowała. Myślę, że to znak. Nie wiem jeszcze czego, ale czegoś znaczącego.

Dzisiejsze śniadanie zostało wzbogacane o słodzone suszone chińskie daktyle. Które potem całe zjadłem. Dlatego też dzisiaj ruszyłem do sklepu by je kupić ponownie. Do tego zakupiłem banany, normalne chińskie daktyle, gruszki, mandarynki i płatki owsiane. No i fasolę na ostro, która wygląda jak kukurydza, ale kto tam wie…

Coraz więcej uczniów pyta się mnie o to czy mi zimno…Kurczę. Oni tu wszyscy już zamarzają.

I jak widać na zdjęciach – przysypiają. Trzeci dzień po takiej przerwie jest okropny, na szczęście od przyszłego tygodnia powinni się pozbierać do kupy.

Bardzo mi się podobają te udawane prawdziwe materiały z których korzystają na zajęciach z angielskiego. Co prawda nie ma tam innych ćwiczeń niż czytanki i gramatyka, ale wygląda to jak prawdziwa gazeta i na pewno jako dodatek bardzo ciekawi uczniów.

Adam, specjalnie dla Ciebie, ubikacja – budynek nauczycieli, piętro 3.

Na lunch dzisiaj jednak bułka, tofu, papryka, kalafior i coś…Wyszło 5 RMB. Super.

A po lunchu poszedłem biegać i odwiedziłem inny plac zabaw. Fajnie sobie tak połączyć biegi z ćwiczeniami na placu zabaw.

A kolacja to: tofu, fasola z mięchem, ziemniaki i chyba też tofu…wyszło 6 RMB i myślę, że Pan się pomylił, albo to mięso było droższe…No nie wiem nie wiem.

Wyjeżdżając ze szkoły wczoraj zauważyłem, że zaczęto podświetlać inną ulicę, więc postanowiłem porobić trochę zdjęć. A zaraz potem ruszyłem na zakupy.

Uczniowie dalej uwielbiają Biebera ;)

A dzisiejsza trasa biegowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qijcC6Dm8p4

Te włosy tutaj o…o…

To broda moja droga Irene. W Chinach niezwykle rzadko spotykana. Lidia zaczęła się śmiać i powiedziała, że kozy mają brody. Owszem, kozy mają kozie bródki. A gdy jej wyjaśniłem, że zapuszczam bo zbliża się zima i nie chcę zamarznąć uznała, że to niezwykle zabawne. W Polsce niewielu mężczyzn stosuje tę technikę. A przecież w te kilka zimowych miesięcy nie ma lepszego ratunku dla nas niż  właśnie broda, w końcu po to zostaliśmy w nią wyposażeni. Chińczycy nie mają bród bo ich zimy są miłe, lekkie i przyjemne. Lydia stwierdziła, że najzimniej może być -8. Minus osiem. Minus osiem to nie jest zima. Minus osiem to chwilowa niedogodność. To nie są 3 pary rękawiczek, to nie są palce pozbawione czucia, to nie jest krzyk z bólu gdy do rąk wraca krążenie, to nie jest też siedzenie opatulonym trzema kocami, kołdrą z rękami na kubku po gorącej herbacie (bo herbata już została wypita). Minus osiem. Zima. I to jeszcze bez śniegu.

Dzisiaj przy 25, PLUS DWUDZIESTU PIĘCIU!, padło pytanie ‘a Panu nie ma zimno?’ (bo byłem w krótkim rękawku i krótkich spodniach). Nie, nie jest. A Wam jest? ‘TAK!’. Moi drodzy, to nie jest zimno. Zimno jest gdy marzycie o tym, żeby się położyć, gdy szczęka skacze Wam na wszystkie strony, gdy nie potraficie myśleć o niczym innym niż o ciepłej herbacie, o ciepłym łóżku, trzech parach skarpet, długich spodniach, grubej kurtce, gdy chałwa smakuje jak niebo, gdy nie przeszkadza Wam popijanie tabletek przeciwbólowych colą, gdy rzeczywistość powoli staje się przereklamowana, a ten kawałek ziemi gdzie przed chwilą upadliście wydaje się cieplutki niczym łóżku w świeżo wypranej pościeli. Zimno poznałem w tym roku w czasie treningów i na Chudym Wawrzyńcu. Wkroczyłem na tereny na które nie chciałbym znowu wkraczać, ale dzięki temu wiem co to znaczy zimno. I jeszcze mocniej odczuwam motto rodziny Starków ‘Nadchodzi zima’. Także nie, to nie jest zimno. To nawet nie jest chłodno. 25 stopni w październiku to dla mojego ciała zaskoczenie.

No dobrze…dzisiaj ponownie na kilku zajęciach nie było Lidii i ponownie trzeba było czasem coś narysować/napisać. Problem jest taki, że od lat próbuję się zabrać za naukę japońskiego i chociaż coś tam powiedzieć potrafię (więcej niż po mandaryńsku, to na pewno) to jednak czytanie i pisanie w ogóle mi nie podchodzi. Zwłaszcza, że ciągle czytam/słyszę że pisanie jest bardzo skomplikowane, kreski należy stawiać w odpowiedniej kolejności w odpowiedni sposób bo można coś przeinaczyć, trzeba więc być bardzo starannym. A skoro Japończycy ukradli jeden z alfabetów Chinom to wydawało mi się, że w Chinach będzie podobnie…Wydawało mi się do dzisiaj. Poprosiłem jednego z uczniów by napisał coś co mu pokazałem. On podszedł do tablicy i wyglądało to tak: dup, dup, dup, dup i odchodzi. A to były dwa znaki po kilkanaście kresek! To co narysował nie przypominało w ogóle tego co było w słowniku a wszyscy zrozumieli. I wtedy zrozumiałem, że to jednak nie ma takiego znaczenia. Że z pismem jest tak jak z mową, najważniejsze jest to, żeby być zrozumianym, nie to w jako sposób.

A z samego rana ruszyłem robić zdjęcia i trochę pobawić się na placu zabaw. No i porobiłem zdjęcia Paniom, które po ćwiczeniach Tai-chi ćwiczyły z mieczami i wachlarzami.

Potem zajęcia i dzisiaj obyło się bez pisków przy piosence Justina Biebera. Za to specjalnie dla Adama zaczynam serię zdjęć toalet. Będę teraz codziennie starał się znaleźć inną toaletę (lub po prostu obskoczę całą szkołę w jeden dzień) i powrzucam zdjęcia.

Na lunch dwie bułki (za dużo), gotowana marchewka i niemampojęcia co, tofu, kalafior na ostro i jeszcze jakieś warzywa. Wszystko za 5 RMB. Czyli naprawdę tanio. A to pewnie dlatego, że wróciłem do 4, a tam mają dla mnie dobre ceny.

Pepsi w Chinach jest taka sama jak u nas, za to cholernie podobają mi się te chińskie napisy :)

Jeszcze w czasie zajęć dostałem od uczniów kartkę z napisem, że przepraszają, ale mają zajęcia i nie mogą dzisiaj zagrać, więc znalazłem na dzisiaj innych partnerów do gry. Pożyczyli też Lidii piłkę, więc też mogła sobie porzucać.

Dzisiaj w końcu udało nam się ruszyć w trójkę na wspólną kolację. Także wzięliśmy: kalafior na ostro, tofu i wieprzowina. Wyszło nas to 43 i w moich oczach trochę drogo, zwłaszcza że tej wieprzowiny sporo nie było.  A przy okazji wrzucam zdjęcia mojej ulicy wieczorową porą, czyli o 19. Ciemność i jeszcze raz ciemność.

Zupełnie na koniec: zdjęcie wieczornego chińskiego biegacza :) Serce mi się raduje. Zwłaszcza, że jutro sam ruszam na trening.

Poniedziałek

Gdy w kwietniu pierdzielnął mnie samochód i straciłem przytomność leżałem sobie i czułem się jak na chmurce, zacząłem otwierać oczy i pierwsze co ujrzałem to światło, a zaraz potem zobaczyłem uśmiechniętego starszego pana z białą brodą i długimi białymi włosami. W dodatku mówił ‘Nic się nie martw, wszystko jest w porządku.’ Tak…i ten widok moi drodzy nie był tak przerażający jak to co dzisiaj zmroziło mi krew w żyłach. Zdjęcia pokazują to najlepiej. I tak gwoli wyjaśnień: nie ma mojego roweru. Na szczęście ktoś go tylko przestawił. Na szczęście.

Specjalnie dla ASC…nie mam pojęcia :) Za wcześnie chyba żebym poznał ich tak dokładnie. Jeszcze odnośnie tych ubikacji, znajomy z Szanghaju mówi, że i tam i w Pekinie i w innych większych miastach jest dużo lepiej. Mają diametralnie inne podejście do higieny to nie ulega wątpliwości. Zawsze po meczu w kosza ja się przebieram, a oni w tych samych przepoconych ubraniach wracają do szkoły, a przecież mogą spokojnie się przebrać. To mnie bardzo uderzyło. Chociaż kurczę, jak miałem 14 lat też było mi wszystko jedno ;)
Poza tym, to nie jest tak, że dzieciaki nie wiedzą że jest brudno. One wiedzą bo mnie się pytają co myślę o tym i same mówią, że jest brudno. Poza tym ubikacje nauczycieli wyglądają zupełnie inaczej. Są czyściutkie.

Inna sprawa to coś na co zwróciła mi uwagę Vicki wczoraj. Strasznie dużo kobiet nosi ubrania ewidentnie nie pasujące do sytuacji. Typu eleganckie sukienki gdy idą do sklepu. I to takie naprawdę eleganckie.

Odnośnie zajęć ze sztuki – jak najbardziej mają coś takiego, wiersze oczywiście też czytają i teraz mnie naszło żeby zapytać czy też muszą mówić ‘co autor miał na myśli?’.

Także jeszcze się do tego odniosę, tylko musisz być cierpliwy :)

A teraz tak…na lunch poszedłem do stołówki i myślałem, że miska ryżu to znowu za mało, ale dwie to zdecydowanie za dużo, więc pora wrócić do jedzenia na tacy. W końcu jedzenie nie powinno się marnować. A było bardzo dobre.

Po lunchu okazało się, że jestem 20 minut spóźniony. Bo od dzisiaj zajęcia po lunchu zaczynają się 20 minut wcześniej. Jakoś nikt nie pomyślał by mnie o tym uprzedzić. Bywa…

Po zajęciach poszedłem pobiegać. Postanowiłem wziąć się za trening. Na razie taki delikatny. Jeden akcent w tygodniu i dwa spokojne. Czyli w poniedziałek na speedzie a reszta tygodnia spokojnie. Chociaż to jeszcze wyjdzie w praniu. Brakowało mi trochę tych interwałów. Znaczy biegło się okropnie ciężko przez te półtorej miski ryżu (no tak, nie biegam już tyle, więc ciało nie potrzebuje) i w dupę dałem sobie strasznie, ale brakowało mi tego. Mam ogromny problem wytrzymać tutaj dłużej niż godzinę. Udało mi się za to wbiec dzisiaj na bieżnię szkolną. Co prawda w czasie zajęć z WF-u, ale nauczyciel nie miał nic przeciwko, więc sobie nakręciłem kilka kółek. Jeden z uczniów, kurczę pamiętam go bo kiedyś już rozmawialiśmy, zaczął biec ze mną gdy robiłem szybszą część i spokojnie ze mną rozmawiał i powiedział coś o czym w sumie każdy z nas wie, ale o czym czasem zapominamy (przynajmniej ja), że bieganie to sport który zmienia coś w naszych sercach. I więcej mówić nie trzeba :) Przy drugim kółku powiedziałem mu jeszcze, że maraton, bieganie w ogóle, jest w głowie, sercu, a nie w mięśniach, że to właśnie głowa jest najważniejsza. Podziękował za rozmowę i poszedł odpoczywać. A zaraz reszta uczniów chciała trochę porozmawiać, popytać się skąd jestem, ale nikt nie chciał się ścigać. A bieganie po bieżni jest takie przyjemne. Zupełnie inaczej niż po tym nieszczęsnym asfalcie, betonie i kostce. Takich czasów to nawet w domu nie kręciłem gdy byłem w formie, więc miejsce do treningów szybkościowych mam wymarzone. ~2 kilometry od domu, w sam raz na rozgrzewkę i schłodzenie. Lepiej się po prostu nie da.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:
http://www.endomondo.com/workouts/oncDwY22P-g

Konkurs? Dzień#1

Siedmiogodzinna środa już nie przeraża mnie…
Człowiek się do wszystkiego może przyzwyczaić. Na szczęście ten tydzień jest bardzo mało angażujący. To dobrze gdy nie muszę wiele mówić a uczniowie wręcz przeciwnie. Tak też minęły pierwsze dwa zajęcia, ale potem rozpoczął się nasz ‘konkursik’.

Na początku szło trochę opornie bo, przykładowo, w klasie trzeciej zgłosiła się jedna osoba i trzeba było resztę zachęcać. Także spędzaliśmy z Lidią, a raczej sama Lidia, bo moja motywacja była średnio skuteczna, po kilka-kilkanaście minut na przekonanie uczniów by wzięli udział.

Niektórzy uczniowie naprawdę dobrze się przygotowali, nie dość że nauczyli się tekstu na pamięć to jeszcze go odegrali bardzo dobrze. Pozwoliliśmy im także czytać, a nawet zaśpiewać. Bardzo dużo dziewczyn ma przepiękny głos. Aż mnie to zdumiało, że kryją się w nich tak piękne głosy. W sensie, że tak dobrze śpiewają po angielsku.

Na lunch ruszyłem do dwójki, bo Lidia chciała zupę, a w dwójce są zupy wyborne. Ja wziąłem tacę z potrawami (tylko trzema!) i dostałem dwie bułki, chociaż pokazywałem że chcę jedną. No ale z drugiej strony każdy dostawał dwie to czemu ja miałbym być poszkodowany? No i obiad wyszedł mnie 2.5 RMB. Lidia zawsze jest w szoku gdy mówię jej ile mnie kosztuje jedzenie w stołówce bo ona płaci więcej i podejrzewa, że to dlatego iż uważają ją za uczennicę. A przynajmniej nie za nauczycielkę.

Wychodząc ze stołówki dalej czułem głód, bo zawaliłem dziś całkowicie i zapomniałem wziąć drugiego śniadania (jabłka i gruszki), więc poszedłem do jedynki i kupiłem dwie kulki na słodko i jeden plaster czegoś co oczywiście nie jest pizzą. A zdjęć nie zrobiłem, ponieważ…

Wychodząc z jedynki trafiłem na nauczycielkę angielskiego i się zagadaliśmy.
Otóż skończyła ona tę właśnie szkołę i gdy zakończyła studia wróciła tutaj by uczynić ją lepszą, zmienić, poprawić, pomóc uczniom i nauczycielom, wprowadzić nowe standardy i tak od pięciu lat po trochu umiera w środku bo się odbiła od ściany. Większość uczniów nie jest na takim poziomie na jakim powinna, nie rozumie co się do nich mówi po angielsku. Nauczycieli ocenia się na podstawie wyników uczniów, a przede wszystkim w oparciu o wyniki na gaokao (chińskiej maturze, która DECYDUJE o przyszłym życiu, bo bez dobrych wyników można o studiach zapomnieć), a jak uczniom nie zależy to choćbyś uczył najlepiej na świecie ich podejścia nie zmienisz. To nie jest ckliwy amerykański film w którym ma się jedną klasę i można sobie pozwolić na eksperymenty, tutaj masz kilkuset uczniów i materiał, który musisz przerobić. Słabe wyniki? Dyrekcja ‘mówi do Ciebie, a nie rozmawia z Tobą’. Poza tym inni nauczyciele też na Ciebie krzywo patrzą.
Uczniowie są pod presją, ale nauczyciele także.  Ja jestem tutaj na naprawdę komfortowych zasadach. Nie muszę się przejmować wieloma rzeczami i bardzo się z tego cieszę. Powiedziałem jej, że wszędzie jest tak samo, wszyscy mamy dokładnie te same problemy i…

– Byłeś kiedyś w stołówce nauczycielskiej?
– Tak, ale teraz chodzę do uczniowskich.
– Dlaczego?
– Bo jest ich więcej, mogę codziennie pójść do innej.
– A wiesz, ja jestem tradycjonalistką. Wolę chodzić do jednej. Ty jesteś odważny, przyjechałeś do Chin i jeszcze zmieniasz stołówki. A ja ciągle tutaj…
– Kiedyś byłem taki sam…
– To co się stało?

No i teraz mógłbym stworzyć historię jak to kwietniowe zderzenie z samochodem, spojrzenie białobrodemu ratownikowi w oczy uświadomiło że życie jest kruche i należy z niego korzystać, że zdałem sobie sprawę jak bardzo ulotne są nasze chwile i jakieś tam inne mądrze brzmiące zdania, które miałyby sens, bo przecież jak człowiek leży na asfalcie myśląc że to puszysta chmurka, a potem dowiaduje się że miał wstrząs mózgu, podejrzewa się złamanie kręgosłupa i ‘w gruncie rzeczy to dopiero po rezonansie będziemy wiedzieć czy nie będziesz sparaliżowany od pasa w dół’ to może mu się pogląd na świat zmienić. Tylko to nie byłaby prawda, więc odrzekłem zgodnie z prawdą:

– Miałem już tego dość, chciałem coś zmienić.
– No ale teraz nie masz czasu dla siebie.
– Owszem, ale nie mam go 10k kilometrów od domu, gdzie wszystko jest przygodą :)

Na takiej rozmowie zeszła nam godzina z hakiem, w końcu nie doszła do punktu doładowującego karty i wróciła do nauczycielskiego akademika (!), a ja poszedłem do gabinetu.
No i ‘konkursu’ ciąg dalszy. Szło bardzo sprawnie. Niektóre dzieciaki spisały się na medal.

Na konsultacjach część oglądała film, a część uczyła się ze mną gramatyki. No i nauczyli się ‘dzień dobry’.

A potem kolacja w czwórce. Tofu, tofu, tofu i jajko. 3.5 RMB. Pięknie.

Wróciłem do domu i co? Kabel do netbooka został w szkole. Siedzę więc teraz i gratuluję sobie zakupu. Bo bateria ma jeszcze wytrzymać trzy i pół godziny. No i zjadłem też owoce. Także nie, nie zostaną na jutro. Nie ma tak dobrze :)

Niedziela i przegapione #5

Syf na targu
To rzuca się strasznie w oczy, a raczej w nos. Warunki w jakich sprzedawane jest tu mięso woła o pomstę do nieba. Tylko tak myślę…przecież ja mięso z takiego targu i tak jem w restauracjach, więc co za różnica w gruncie rzeczy.

Zdjęcia
Wszędzie, ale to naprawdę wszędzie znajdują się zdjęcia pracowników danego miejsca. Począwszy od policji (co jest sensowne), poprzez ochroniarzy przy bramie (co jest niezwykle sensowne), na kierowcach i ludziach sprzedających bilety w autobusie skończywszy (co sens też ma, w końcu autobus mógłby zostać porwany przez kogoś, ktoś inny mógłby próbować pobierać opłaty, a prawdziwy kierowca i sprzedawca byliby w sporym niebezpieczeństwie). Coś podobnego jak w Saturnie i Media Markcie u nas. Tylko na sporo większą skalę.

Dlaczego lubisz herbatę?
Takim oto pytaniem zostałem zabity w poprzednią niedzielę gdy nie zamówiłem niczego do pcia, oprócz darmowej herbaty. Darmowej bo w tych lepszych restauracjach za herbatę się nie płaci.
No właśnie, dlaczego nie chciałem żadnego świeżo wyciśniętego soku tylko herbatę? Ta sytuacja wydała mi się tak abstrakcyjna, że nie mogłem znaleźć odpowiedzi. No bo jak mam wytłumaczyć Chince dlaczego lubię herbatę. Kurczę…czy nam lub Rosjanom tłumaczy się dlaczego lubi się wódkę? Albo Niemcom dlaczego lubi się piwo (chociaż to podobno Egipcjanie wymyślili)? No nie za bardzo. Historia herbaty w Chinach sięga (według wikipedii) 2737 roku p.n.e., a u nas? Do Anglii dostała się pod koniec 17 wieku i dostali takiego pierdzielca, że z jej powodu rozpoczęły się wojny opiumowe. No i w Anglii wytworzyła się kultura picia herbaty. A jak my przy tym wyglądamy? Dla nas herbata jest jak woda, jak główny napój do wszystkiego. Barbarzyństwo ;)

Syf w kiblach publicznych
Odważyłem się wejść do kilku, ale z robienia zdjęć zrezygnowałem. W jednym kibelku zaczęły mi łzy płynąć. A ja przecież w Zoo pracowałem. Przy hipopotamach klatki czyściłem…Węchu jednak wyłączyć się nie da…

Zdjęcia kamieni
Nikt się nie pyta, ale na pewno ciekawość Was zżera o co chodzi z tymi kamieniami? No właśnie…to dobre pytanie. Podobno wszystkie ta kamienie ustawiane na drogach, trzymane w domu są pozostawione w stanie w jakim je wydobyto. A stawia się je z powodów dekoracyjnych. Bo często coś przypominają. Z reguły mają to być coś z chińskiego horoskopu. Mi osobiście większość z tych kamieni przypomina po prostu kamienie, ale może pod jakimś odpowiednim kątem i specjalnym świetle coś tam widać.

Dlaczego nie ma szczurów?
To pytanie też się nasuwa. Przecież tu jest tyle jedzenia na ulicach, w śmietnikach, po prostu wszędzie. A nie ma szczurów. Na takich osiedlach siłą rzeczy muszą być. A nie ma…Są koty, psy, ale nie ma gryzoni. W sumie to pół Europy wybiła dżuma przenoszona przez szczury, więc chyba jednak tak dobrze u nas z czystością nie było i nie ma.

Zasłonięta flaga Japonii w markecie
To rzuciło mi się w oczy w sklepie w Pizhou. Ogromna wydrukowana reklama z hasłem ‘Produkty Importowane’ i flagami USA, Kanady, Korei, Jap…ups Chin ;) Zasłonili flagę Japonii flagą Chin. I to w takim małym mieście.

Sekszop w Xuzhou
To mnie po prostu z nóg ścięło, a przy drugiej wizycie rozbawiło podwójnie (bo obok był drugi). U nas sekszopy poukrywane są gdzieś w bramach, a tutaj są niczym inne sklepy, z całym asortymentem widocznym z ulicy. Przeszłoby w Polsce?

Skłodowska i Szopen
Dwa najczęściej pojawiające się nazwiska gdy mówię, że jestem z Polski. Tylko oczywiście nikt nie mówi Skłodowska, a jedynie Madame Curie. Szopen mnie nie dziwi, ale Skłodowska ogromnie bo nie potrafię sobie przypomnieć żeby w czasie mojej edukacji jakoś szczególnie zwracano na nią uwagę.

Superstar
Jestem w środę w Xuzhou i robię zdjęcia w parku pamięci. Co się dzieje? Jakiś ojciec prosi mnie żebym stanął obok jej córki bo chce jej zrobić zdjęcie. Okej.
W czwartek w Jiawang robię zdjęcia tańczącym ludziom i co? Jakaś dziewczyna z telefonem robi mi zdjęcia, a potem oddaje telefon swojemu dziadkowi.
Sobota, w klastorze/świątyni słyszę jak dzieci wołają ‘Amerykanin, Amerykanin’. A ja jedynie mówię, ‘nie, nie Amerykanin’. Biały tutaj może poczuć się jak gwiazda. Zwłaszcza wśród dzieci, które widząc niebieskie oczy prawie wariują.

Vicki wróciła, ale zostaje tylko do środy/czwartku. Jutro wezmę jej zajęcia, więc z porannego biegania nici, a nie wiem jak to będzie z popołudniowym, ale na pewno bez walki nie odpuszczę. Wróciła tylko żeby dostać wypłatę i zaraz zmywa się do innej prowincji. Skoro zapłacą jej tam więcej i ma lepsze możliwości ubijania interesów to niech z tego korzysta. Kilka nadchodzących tygodni może być ciężkich. Chociaż może nie? Dzieciaki są bystre i sobie poradzą, nawet z książką, która ewidentnie jest dla nich za trudna. Tylko dlaczego ktoś wybrał książkę, która jest za trudna? Nie tłumaczy tego nawet ta sterta tych samych książek na moim balkonie…No dobrze, tłumaczy. Czuję, że już się żaliłem na to jak bardzo przestarzały model nauczania muszę tu uskuteczniać, więc nie będę się powtarzać, poza tym to narzekanie do niczego nie doprowadzi.

Ruszyliśmy z Vicki na kolację, a że ona daleko chodzić nie lubi to pół godziny spędziliśmy w supermarkecie pod blokiem i w przyjeżdzającej do nas budce z grillowanym jedzeniem. Wszamałem tak szybko, że nawet zdjęcia nie zrobiłem. W ogóle to musicie mi wybaczyć ilość dzisiejszych zdjęć, ale moje wyjścia z domu ograniczyłem właśnie do tego jednego. Na szczęście żołądek już się uspokoił.

W poszukiwaniu zimnego napoju udaliśmy się do mojego dobrego znajomego, niestety jego córka nie zrozumiała o co chodzi gdy Vicki pokazała na zamrażarkę. On na szczęście zrozumiał od razu gdy mu pokazałem na iPodzie (rany…ale poważnie rany…chciałem kupić urządzenie do odtwarzania muzyki, kupiłem kombajn) słowo w słowniku i od razu zrozumiał o co chodzi. Słownik bardzo ułatwia życie. Żadnego wyzwania. Co to za przygoda, gdy wszystko można dostać tak łatwo? Gdzie tu ekscytacja? Nawet w sklepie staliśmy pod solą, szukaliśmy cukru, pokazałem słownik i od razu Pani nas zaprowadziła i jeszcze pokazała jaki będzie najlepszy. Przygoda = zero.

To już sobota?

Ten tydzień zleciał strasznie szybko.
Żeby tylko ten ból brzucha minął równie szybko. By temu trochę pomóc w drodze z zakupów wstąpiłem do apteki. Pani aptekarka, jedna z czterech, powiedziała ‘heloł?’, więc zapytałem się jej czy mówi po angielsku (po mandaryńsku) i powiedziała ‘soso’, wyciągnąłem więc iPoda ze słownikiem angielsko-chińskim i pokazałem jej ‘stomachache’, przeczytała, pokazała na brzuch, pokiwałem głową i od razu ruszyła do apteczki bo jakieś chińskie cudo.

Zginąć nie zginę, teraz już to wiem :)

Na zakupach wrobiłem się z mlekiem bo zamiast kupić w torebkach kupiłem w butelkach, mam tylko nadzieję, że smak będzie ten sam.

Przebiłem się przez drugie śniadanie i obiad, ale kolacja to już nie dla mnie. Jutro znowu dzień kompletnie w domu. Może w końcu się  pozbieram, bo na bieganie w takim stanie się tutaj nie odważę. W domu by mi to nie przeszkodziło, ale tutaj nie mam żadnych kryjówek, więc wolę nie ryzykować.

Po obiedzie  ruszyłem w poszukiwaniu dojazdu do świątyni (aczkolwiek wikipedia próbuje wyprowadzić mnie z błędu i przekonać mnie, że to jest klasztor). Z drobnymi problemami, ale znalazłem. Gdy wszedłem do jednego z budynków by się rozejrzeć, zauważyłem z prawej strony Mnicha i Panią i garnuszek na datki. No cóż, to wypada się pokłonić skoro już tu wszedłem. Potem Pani poprosiła mnie, żebym się wpisał…hmm nie mam pojęcia dlaczego, może żeby zamówić coś w rodzaju modlitwy? W każdym razie powiedziałem jej, że sobie nie radzę z mandaryńskim, wrzuciłem pieniążka do garnuszka i chcę iść, a mnich podaje mi bransoletkę. Tak oto zostałem właścicielem oryginalnej buddyjskiej bransoletki (mali).

A przy okazji udało mi zrobić zdjęcie mnichowi z telefonem komórkowym. Tak, telefonem komórkowym. Tak mnie to zszokowało, że musicie wybaczyć mi jakość i kąt.

Z powrotem wracałem inną trasą, bo rozpoznałem drogą, którą kiedyś już jechałem.

A dzisiejsze trasy wyglądały o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/o0yDNvqCemg
http://www.endomondo.com/workouts/p34psnjUP2w