Ja się nigdy nie gubię…

Okazjonalnie mogę jedynie nie wiedzieć gdzie jest wszystko inne. Jak babcia Weatherwax.  Zacznijmy jednak od początku. Czyli tak…

Poranny bieg, plus trochę ćwiczeń na drążku. To co robią 50-letni Chińczycy na drążku zawstydza mnie i sprawia, że od razu ustępuję im miejsca.

Po tej krótkiej porannej przebieżce postanowiłem wskoczyć na rower i pojechałem sobie nad jeziorko w drodze do Xuzhou. To raczej nie jest to jezioro o którym mówili mi uczniowie, bo było za blisko i objechałem je calutkie w parę minut. Bardzo dużo ludzi łowiło w nim ryby, w dodatku wokół jeziora jest fajna wybetonowana ścieżka, także można sobie i wygodnie pochodzić i pojeździć rowerem bez problemu. Porządne ławeczki, podobnie molo, mało ludzi (nie licząc wędkarzy), także pełen relaks. Tylko pogoda średnia. Niby 25 stopnie, ale odczuwalne trochę mniej no i trochę pokropiło.

Na jedzenie dzisiaj patrzeć nie mogę, więc przełknąłem jedynie ciacho z księżyca i ruszyłem przed siebie. Nagle postanowiłem skręcić bo drogowskaz powiedział, że półtorej kilometra w prawo i zobaczę coś ciekawego. Nie zobaczyłem, jechałem dalej. I dalej. A potem wjechałem na jakieś pole. I jechałem dalej. W końcu zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak wrócić do Jiawang. Na szczęście widziałem górę z pagodą. I zacząłem kierować się w jej kierunku. Tylko w pewnym punkcie źle odbiłem i dojechałem do jeziora. Do tego jeziora o którym mówili uczniowie. Zrobiłem jedno zdjęcie mostu i stwierdziłem, że wracam bo:
– drogi powrotnej nie pamiętam
– nie mam wody
– nie mam jedzenia
Na szczęście znalazłem swój punkt orientacyjny i jechałem do niego. Jechałem, jechałem i w końcu wyjechałem na skrzyżowanie znane mi z weekendowych wypadów biegowych. Z jakiegoś powodu zamroczyło mnie i zamiast w lewo, pojechałem w prawo. Pod górę. W połowie zdałem sobie sprawę, że to nie ta strona, więc zawróciłem i w paręnaście minut dokulałem się do domu.

A rozmawiając z rodzicami mówiłem, że dzisiaj nad to jezioro nie pojadę bo jest za daleko…

Z rzeczy które widziałem warto wymienić opuszczony park rozrywki, do którego jechać mi się nie chciało, ale który trzeba odwiedzić, stado kóz, oj przepraszam, stada kóz!

Ciekawostka#1 Mapy na google nie pokrywają się ze zdjęciami satelitarnymi.

Według zdjęć z satelity nie dojechałem do żadnego jeziora, tylko Gdzieś.  To nic, że drogowskaz pokazał mi, że to jezioro, to nic, że zrobiłem zdjęcia. Według map byłem Gdzieś.

A to i tak nie jest to jezioro o którym myślałem. Mapa pokazuje, że gdzieś tam na północy znajduje się jezioro. A raczej Jezioro, bo jest ogromne.

Postanowiłem w końcu coś zjeść, ale w restauracji pod domem Pani była bardzo zajęta i nie widziałem tofu, więc poszedłem dalej. Szukałem stoiska z jedzeniem na wagę. I znalazłem. Wziąłem naprawdę sporo orzechów, jakieś ryby (nieświadomie znowu), trochę tofu i od groma czegoś co wyglądało jak glizdy i zażyczyłem sobie więcej ostrego. Jedzenie bardzo dobre, ale z tym ostrym to w końcu się doigrałem bo nie byłem w stanie dokończyć kolacji. Mam za swoje :)

Z dnia dzisiejszego gorąco polecam zdjęcia roweru.

Dzisiejsze trasy:
http://www.endomondo.com/workouts/j5C0qRRRVm4
http://www.endomondo.com/workouts/m83n9ZcITXo
http://www.endomondo.com/workouts/j-wHhagfd7Q

Niedziela i przegapione #4

Bo jak to powiedział na drugim roku wykładowca estetyki: ‘Clubbing estetyczny prowadzi do wyjałowienia percepcji estetycznej’. Co w przełożeniu na język polski oznacza ni mniej ni więcej tylko: co za dużo to niezdrowo. Dlatego też dzisiaj się fizycznie lenię.

Pobudka wcześnie rano i zdjęcia ćwiczących, oraz tańczących. Przy okazji zobaczyłem kilka biegających osób.

Miałem w planach bieg, ale znalazłem sobie wymówkę i odpuściłem. Jutro czeka mnie poszukiwanie dojazdu do świątyni i może rano pójdę pobiegać. Chociaż poranki są tutaj okropnie chłodne. Może właśnie z takiej pogody powinienem skorzystać?

A skoro nie poszedłem biegać to posprzątałem mieszkanie i przygotowałem zajęcia na najbliższe półtorej tygodnia.

Udało mi się obejrzeć pierwszy odcinek siódmego sezonu Dextera i zapowiada się naprawdę, ale to naprawdę porządnie. Mam nadzieję, że cały sezon będzie trzymać wysoki poziom.

A kiedyś to bałem się jechać do Zabrza…

Bo jeszcze przegapiłbym przystanek i co wtedy?
Zacznijmy jednak od śniadania, czyli tradycyjnie domowej owsianki, banana i nietradycyjnie małego ciasteczka księżycowe z bliżej niesprecyzowanym nadzieniem.

Ochoczo ruszyłem na przystanek autobusowy, przesympatyczna Pani kasjerka wzięła ode mnie jedynie 4 RMB (to co? W weekend drożej?). Miałem spore problemy ze znalezieniem miejsca, ale na szczęście kilka siedzeń umieszczono równolegle do szyb, więc sobie poradziłem.

W Xuzhou najpierw odnalazłem punkt orientacyjny, czyli most znany mi z pierwszej wizyty, po czym wróciłem i zapisałem to co napisano na dworcu. Zapisałem z nadzieją, że oznacza to Dworzec Wschodni (lub Zachodni), a potem udałem się na postój taksówek i pokazałem taksówkarzowi adres o jaki mi chodzi. On pokiwał głową i pokazał 2, czyli 20. Cena do zaakceptowania, zwłaszcza że tyle zakładałem. I tak sobie jedziemy, jedziemy. Gorąco zachęcam do obejrzenia zdjęć tych taksówek. Naprawdę gorąco. Przejechaliśmy jedną bramę do czegoś, drugą bramę do czegoś i w końcu taksówkarz zatrzymuje się przy bramie numer trzy, w nienajlepszym miejscu bo zablokował wyjazd innym pojazdom i pokazuje 3. Zgodnie z umową dałem mu 20 RMB i pokazuję 2. On pokazuje 3 i macha ręką sugerując, że zrobił jakiś objazd. Ja już wysiadłem z taksówki i schowałem portfel. Włączyła się w to nagle jakaś Pani z obsługi, która taksówkarza przegoniła a mnie płynnym angielskim poprosiła żebym się przesunął. Podziękowałem jej i poszedłem do kasy. Gdzie skasowali mnie 90 RMB. Nie wierzcie cenom w internecie, są przedatowane…

Jeszcze przed wejściem zauważyłem 4 białe dziewczyny i od razu wiedziałem, że to amerykanki. Nie posiadłem jeszcze biegłości w rozpoznawaniu narodowości, ale obywateli pewnych krajów można poznać zawsze i wszędzie. Cztery tłuste i głośne dziewczyny w Chinach to raczej na pewno cztery tłuste i głośne amerykanki.

Ciekawostka#1 Część osób musiała podawać paszport przy zakupie biletów. I mam okropne wrażenie, że byli to Japończycy.

Po wejściu rzuca się w oczy posąg jakiegoś dowódcy z dynastii Han. I co jeszcze rzuciło się w oczy? 4 białe dziewczyny wkładające jednaj po drugiej głowy w odbyt posągu konia, śmiejące się w niebogłosy i mówiące ‘pewnie pomyślą jakie te amerykański szalone’. No tak, wkładanie głowy w odbyt konia z pewnością normalne nie jest. Na szczęście było to moje  ostatnie spotkanie z tymi Paniami.

Na pierwszy ogień poszedł grobowiec księcia Chu (tego od konia), który jest całkiem spory, całkiem ciepły i bardzo ładnie oświetlony.

Ciekawostka#2 W chińskich muzeach nie ma zakazu używania flesza.

Część grobowca była miała bardzo niskie stropy, nawet jak na chińskie głowy. A to coś co wygląda jak zestaw wieszaków na ubrania to jakiś instrument muzyczny.

Druga na liście była armia terakotowa dynastii Han.

I to był olbrzymi, ale to olbrzymi zawód. A może raczej powinienem napisać malutki? Bo ta armia to nic więcej jak dwie gabloty długości kilkunastu metrów z półmetrowymi figurkami ludzi i koni. Podobnie jak i reszta eksponatów. Nie zrobiło to na mnie wielkiego (ech…) wrażenia. Ciekawa za to była ekspozycja z bronią z czasów dynastii Han. Zupełnie inna od tej do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Bardzo ambitnie wyglądały kusze, a raczej pozostałości po mechanizmach.

Po wyjściu z muzeum można sobie pójść pooglądać terakotową armię dynastii Han w wodnym muzeum.

Następna w kolejce jest galeria rysunków, a raczej rzeźb naskalnych.

A potem trafiłem na to zacne urządzenie do przepowiadani trzęsień ziemi.

Ciekawostka#3 Chińczycy nie mają szacunku do takich rzeczy. Jeżeli nigdzie nie jest napisane, że nie można to będą kopać, macać i sprawdzać co da się z tym zrobić. Najczęściej będą to robić dzieci, a rodzice nawet im nie zwrócą uwagi.

Sam park wygląda przepięknie. Chciałem napisać, że jest super oznakowany i wszędzie można trafić bez problemu, ale skłamałbym. Za żadne skarby nie potrafiłem znaleźć północnej bramy, a doszedłem już do miejsca gdzie nie było żadnej drogi, chociaż być powinna.

Po drodze wstąpiłem do świątyni I zlałem się potem. Bo nie można sobie było tam ot tak wejść. Trzeba było wziąć kadzidełka, zapalić, pokłonić się trzy razy, włożyć do piasku i wrzuć datek. Lub zapalić, poszukać wzrokiem pomocy, zgasić, poszukać wzrokiem pomocy, klęknąć, poszukać wzrokiem pomocy, złożyć ręce do modlitwy, pokłonić się trzy razy, wstać, wrzucić datek.

Potem droga wiodła do Bamboo Temple. Bamboo bo po drodze trzeba minąć las bambusowy. A jak już się tam dokulałem po tych wszystkich schodach postanowiłem porobić zdjęcia dachów, bo są naprawdę piękne. Znalazłem też opuszczoną jaskinię. Znaczy składzik na śmieci ;)

W końcu wróciłem do wejścia i wyszedłem. W planach miałem dojście do parku, ale nie miałem pojęcia w którą stronę się kierować (wiedziałem, że w stronę rzeki), postanowiłem więc skorzystać z komunikacji miejskiej, ale żaden przystanek nie przypominał tego co sobie zapisałem, więc znalazłem taksówkę. Pokazałem taksówkarzowi budynki, oraz napis, pomógł też  Nieprzypadkowy Chińczyk i taksówkarz pokazał 2. Kiwnąłem głową i jedziemy. Jedziemy to mocne słowo na określnie czynności którą wykonywaliśmy. Wlekliśmy się byłoby bardziej akuratne. Co ciekawe, taksówkarz obrał inną drogę, objechał park z drugiej strony i jakoś tak szybciej było. W końcu zatrzymał się i się uśmiecha. Podaję mu 20 RMB, on dalej się uśmiecha, ale nic więcej nie mówi. Ja też się uśmiecham i wychodzę. Pod nosem jedynie marudzę, że nie mam pojęcia gdzie jestem, ale przechodzę 50 metrów i oto widzę znajomą stację. Czyli można dojechać za 20? Można.

Na miejscu można sobie wypożyczyć rower. Nie wiem niestety na jakich zasadach, bo wszystko po Chińsku.

Na zegarze nie było jeszcze 14, więc postanowiłem pójść wzdłuż rzeki. I tak idę i idę i idę i w końcu mnie olśniło, że przecież ja wzdłuż rzeki miałem wrócić idąc od parku/zoo. Poszedłem więc do parku upamiętniającego żołnierzy. W końcu to tylko  ~4 kilometry. Parku całego chyba nie obszedłem, dokulałem się za to do największego pomnika, muzeum wojny chińsko-japońskiej, znalazłem też jeszcze większe muzeum, ale nawet nie wchodziłem bo nie pozwolili robić zdjęć, poza tym słońce miało się już ku zachodowi, więc pora wracać.

W autobusie do Jiawang z sufitu zwisały rośliny, a jak powiedziałem Jiawang to siedzący obok mnie Chińczyk uśmiechnął się.

Dokulałem się do domu, zmęczony okropnie, ale ponownie Pan ze sklepu mnie zaprosił, zaproponowałem mu coś słodkiego, ale odmówił, kupiłem za to piwo, pokazałem zdjęcie Xuzhou, pokazałem że jestem zmęczony i poszedłem.

Wyjąłem z lodówki piwo, które kupiłem w zeszłym tygodniu. Całkiem dobre. Teraz to zasnę jak niemowlę.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/rtPqMxPkw-Q

Jutro wolne, czyli pora przygotować jakieś zajęcia i obejrzeć ten pierwszy odcinek Dextera.

Znowu w domu…

Ostatnie śniadanie w chińskim fast foodzie. Pani za ladą namawiała mnie z jakiegoś powodu na inne pierożki niż poprzednio. A że skory jestem do eksperymentów to ustąpiłem. Czyli tak…ryba z fasolą (kucharz namawiał żebym wziął chleb, ale po co mi chleb?), zupą z fasolą (tym razem dorzuciłem cukru i była jeszcze lepsza), a do tego 6 pierożków. Razem wyszło 6 RMB. A gdy skosztowałem tego polecanego pierożka zrozumiałem dlaczego Pani mi go polecała. Zapamiętała, że poprzednie dwa dni brałem tofu, więc zaproponowała mi pierożka z tofu. Pieróg z tofu, super sprawa.

Potem nastała pora pożegnań, rodzice Lydii odwieźli mnie na dworzec, Lydia pomogła kupić bilet, a chciała mnie wysłać aż do samego Xuzhou, żebym stamtąd złapał autobus do Jiawang. Tak spojrzałem na nią i pytam się czy nie lepiej byłoby wysiąść po prostu na przystanku na którym wsiadałem w sobotę i złapać busa linii 25 do Jiawang. Lydia spojrzała na mnie zaskoczona i mówi, że faktycznie tak byłoby lepiej. Była naprawdę zaskoczona, że zapamiętałem to rondo przesiadkowe. Kurde, pierdzielne rondo na tle którego widać wieżowce z Xuzhou, jak można to przeoczyć? No poważnie, jak? Wsadziła mnie do busa i poprosiła Panią sprzedającą bilety by mnie zawołała jak się będziemy zbliżać do przystanku. No i Pani mnie zawołała, wysiadłem, przeszedłem na drugą stronę i po kilkunastu minutach pojawił się bus linii 25.

Znacie to uczucie gdy wracacie do domu i najdłuższe są te ostatnie kilometry? Cała droga mija błyskawicznie, a ostatni odcinek ciągnie się niemiłosiernie. Jak ‘Moda na sukces’, jak makaron, jak chińskie nudle, jak nowe sznurówki, jak ten okropny moment poszukiwania zagubionego początku taśmy klejącej, jak te niektóre kilometry w czasie biegu, jak zestaw tych porównań. Mniej więcej tak ciągnęło mi się gdy wjechaliśmy do Jiawang. Aż chciałem krzyknąć to kierowcy, żeby skręcił w prawo a na następnym skrzyżowaniu w lewo to wysiądę zaraz pod domem. A co kierowca zrobił? Postanowił zatankować na stacji benzynowej. W końcu jednak dokulaliśmy się do końca trasy. Wysiadłem i ruszyłem do domu. Domu…

Obiad. Zupka i do tego mięso z worka. Takie suszone z jakimś pikantnym sosem. Całkiem dobre.

Ruszyłem pobiegać. Po drodze sąsiedzi znowu się uśmiechają i znowu się witamy. Dom…

Ruszyłem przed siebie. Odbiłem w lewo i pobiegłem.  Pod górę. Pod górę i znowu pod górę. Koło koszar i pod górę. Ciężko było znaleźć trasę i musiałem zacząć chodzić. Dostałem się na pierwszą górę, spojrzałem gdzie jestem i postanowiłem spróbować dostać się do pagody. Dostałem się do pagody mijając po drodze kilka jaszczurek. Wszedłem na pagodę i pomyślałem…to może pobiegnę, na drugie wzgórze. I musiałem iść bo uderzyłem się w kolano. Z  tamtego wzgórza miałem piękne zejście do świątyni buddyjskiej. Oczywiście postanowiłem z niego skorzystać. Byłem ubrany mocno niewyjściowo, a że już samym sobą przykuwałem wystarczająco dużo uwagi zrobiłem tylko kilka zdjęć i postanowiłem spróbować wrócić inną drogą. Po kilkuset metrach uznałem jednak, że nie ma to większego sensu, bo tętno mam okropne, pot się ze mnie leje, nie mam ani pieniędzy, ani wody, ani pojęcia jak wrócić do domu inną drogą. Trzeba więc było wrócić po schodach na górę.

Ciekawostka#1 Co robi się w świątyni buddyjskiej budując schody i widząc na drodze drzewo? Obudowuje się schody wokół drzewa.

Ciekawostka#2 Albo ta świątynia jest bardzo nowa, albo z jakiegoś powodu została całkowicie usunięta z map na google.

Schodziłem taki dzikim, kozim, zejściem. Po drodze minąłem jeszcze więcej tych dziwnych kopców i olśniło mnie. To groby.

Skulałem się w końcu z gór do miast i zauważyłem dwa psy. Husky’ego i jamnika. Gwoli wyjaśnień: uważam, że jamniki to najbardziej wredne, hałaśliwe, nieznośne i uciążliwe psy z wszystkich znanych mi ras. To koty wśród psów tylko nie ma z nich ani żadnego pożytku. Jednym zdaniem: jamników nie lubię.  Postanowiłem zrobić zdjęcia i co? I jamnik zaczyna szczekać. Co tylko udowadnia, że te psy nawet w Chinach wiedzą że ich nie lubię. Husky’ego było mi żal. Bo z takim futrem w taką pogodę męczy się niemiłosiernie. A był to najlepiej wyglądający pies jakiego tutaj widziałem.

Znalazłem też dwa ‘nowe’ koty. Rude! A ten na schodach taki uroczy.

Postanowiłem w końcu sprawdzić te otrzymane ciasteczka księżycowe. To od uczennicy okazało się być z…jajkiem. Jajkiem. No dobrze, samym żółtkiem.

A to drugie z nie wiem czym, ale było bardzo smaczne.

Jutro ruszam do Xuzhou z zamiarem zobaczenia armii terakotowej. Widzę, że na mapie ma być to około 6 kilometrów, więc zaszaleję z taksówką. Chociaż mógłbym spróbować autobus, bo google podaje linie autobusowe…

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/imXGT77kaK4

Święto narodowe

A wszystkie sklepy otwarte i z kupnem jedzenia nie ma żadnego problemu. CO więcej, nawet markety są otwarte. Tylko ludzi w nich mniej. W ‘moim’ sklepie z chińskim fast foodem wziąłem sobie śniadanie podobne jak wczoraj, 3 pierożki, zupa z fasoli, tofu i coś co nie smakowało jak ziemniak. Ponownie 6,5 RMB, ale że się nie najadłem to poszedłem do innego sklepu gdzie wziąłem coś co wyglądało jak zupa z marchwi (ale nią nie było), to tłuste dobre coś i jakąś sałatkę. Wyszło 8 RMB, więc tam już nie wrócę.
Postanowiłem sobie pochodzić i słyszę paradę, to wyciągam aparat i robię zdjęcia dziewczynom z napisami, ale podświadomie czuję, że to coś innego niż myślę i faktycznie bo to najzwyklejsza reklama. Z orkiestrą i trzema samochodami. Zwykła reklama.

O 940 ruszamy na wesele. No i człowiek tak sobie myśli, że skoro wesele to wesele. Jakiś prezent by wypadało wziąć, ale Lydia nic nie mówi, nic nie odpowiada, w końcu sama bierze ze sobą tylko torebkę. No to nic…Jak się w końcu Państwo młodzi przykulali to najpierw poszli do restauracji, a dopiero potem wrócili na miejsce ceremonii (i gorąco zachęcam do oglądania butów zarówno pani młodej jak i druhen, ale to naprawdę gorąco).
Udało mi się zamienić parę słów z Panem Młodym, który jest zawodowym pilotem i dlatego też zaproszenia na ślub miały formę biletu lotniczego.
Sama ceremonia trwała około godziny, nie była bardzo tradycyjna, podobno była takim połączeniem tradycji z nowoczesnością. Mi ta ceremonia przypominała to co u nas dzieje się już po mszy, czyli wspólne nalewanie napojów, wspólne picie, przedstawianie rodziców i inne podobne. Po zakończeniu Pan Młody został rozebrany, ale nie wiem dlaczego. W końcu zasiedliśmy do stołu i tak sobie jedliśmy, jedliśmy, aż nagle pojawili się Państwo Młodzi z napojem procentowym, którym jak tradycja każe, każdego z gości muszą uraczyć osobiście. Spotkał mnie wielki zaszczyt, bo siedząc wśród byłej klasy ze szkoły średniej Pana Młodego to właśnie do mnie podeszli jako do pierwszego. Pan Młody powiedział, że to dla niego wielki zaszczyt, że na jego ślubie pojawił się gość z zagranicy i nalał mi dwa razy, żebym życzył im wszystkiego najlepszego po dwakroć.

Ciekawostka#1 Ich alkohol jest naprawdę smaczny. ~40% i jeszcze nie piłem czegoś co by mi twarz wykrzywiło.
Potem przyszła pora na wszystkich i nawet Lydia się napiła. I wyjaśniła się też kwestia braku prezentów. Każdy wchodzący podpisywał się w ogromnej księdze i dawał pieniądze, a kilka osób je liczyło. Goście dostawali cukierki i papierosy. Ogromne ilości papierosów. Tak jakby tutaj każdy palił. A co ciekawe, nie widziałem jeszcze palącej kobiety.

Gdy już cała impreza w restauracji się skończyła, Lydia nadrabiała zaległości ze znajomymi, a ja cykałem zdjęcia. Ludzi tam było od groma. Właściwie to tak jak u nas na weselach. Tylko rzuca się w oczy całkowity brak kontroli nad dziećmi. One tutaj biegają, skaczą, wchodzą przed aparat, słowem robią co chcą i nikt ich nie upomina.

A potem udaliśmy się ze znajomą Lydii nad jezioro. Do tego odwiedziliśmy wesołe miasteczko i udawaną świątynię. Gdy już samochody i kino 5D nas znudziło ruszyliśmy do restauracji. Restauracji utrzymanej w stylu komunistycznym. Czyli na dzień dobry popiersie Mao, w środku propagandowe plakaty i duże ilości sztucznych warzyw. Tofu, ryż, sok z kukurydzy (SOK Z KUKURYDZY!), kalafior i boczek. Drogo tutaj oj drogo. Dostaliśmy z Lydią po torebce z zapałkami, kubkiem i czymś upamiętniającym Mao.

Internet w hotelu trochę mnie irytuje, bo działa jakby nie mógł i nie wiem czy wrzucą się zdjęcia. A poza tym wczoraj była premiera nowego sezonu Dextera. I przyjdzie mi poczekać aż wrócę do Jiawang żeby go obejrzeć.

Niedziela i przegapione #3

Pobudka i spacer. Na śniadanie: tofu, coś co smakowało jak ziemniaki, odpowiednik naszej zupy mlecznej i trzy pierogi. Wszystko za 6.5 RMB. Ładnie, ładnie.

Potem zacząłem się kulać po Pizhou (dziękuję jakiejś firmie za umieszczenie nazwy miasta) i przeszedłem przez targowisko. Po drodze nie mogłem sobie odmówić ani świeżutkich bułeczek robionych na miejscu, ani kukurydzy.  Pychotka.

Nie mogę również zapomnieć o rozciągającej się Pani w parku, która zgodziła się na zrobienie jej zdjęcia. Raz jeszcze dziękuję.

Co ciekawe, tutaj spotkania rodzinne z okazji wielkich świąt rozpoczyna się w porze lunchu. My udaliśmy się do restauracji gdzie najpierw jeden z wujków Lydii podarował mi paczkę najdroższych chińskich fajek (czyli już nie muszę tacie przywozić tych najtańszych i mówić, że to najdroższe), a potem zaczęło się jedzenie. Jedzenie. Dobry Boże ile było jedzenia. I między bajki można sobie wsadzić te opowieści, że żaden talerz nie może być pusty. Jak jest pusty, to jest pusty. W telewizji puszczają reklamy by jedzenie z restauracji albo brać ze sobą do domu, albo zamawiać mniej, by jak najmniej się marnowało.

Rodzina Lydii jest niezwykle sympatyczna, tak sympatyczna, że nawet trochę z nimi wypiłem. Jeden z wujków zrobił się niezwykle zdolny językowo po kilku kieliszkach i było naprawdę zabawnie. Zjechali się wujkowie, ciotki, kuzyni, kuzynki i było naprawdę, ale to naprawdę swojsko. Chociaż nie rozumiałem ani słowa, to jednak ani przez moment nie czułem się obcy, czy inny. Pomimo tego, że potrzebowali tłumacza by ze mną rozmawiać to rozmawiali i mam wrażenie, że przyjęli mnie jak swojego. I chociaż śmierdzę teraz fajkami to z chęcią bym to powtórzył.

A po lunchu, który trwał 4 godziny udaliśmy się do domu najmłodszego wujka Lydii (tam gdzie wczoraj), gdzie w końcu zobaczyłem jak Chińczycy tradycyjnie parzą herbatę i dostałem dwa pudełka jednej z najdroższych chińskich herbat.  Czarna, ale bardzo delikatna w smaku. Teraz mam powód by kupić ten zestaw do zaparzania, który mi się marzy ;)

Wujek Lydii ciągle mi powtarzał, że Chiny to teraz mój drugi dom. A gdy wczoraj mówiłem, że Pizhou przypomina mi dom Lydia zapytała czy mówię o Jiawang, czy o Polsce. Mówiłem o Polsce. Kurczę…chociaż to prawda, to jest mój drugi dom. Te trzy tygodnie zleciały jak z bicza strzelił, cztery następne miesiące też pewnie zlecą błyskawicznie, ale czuję się tu świetnie. Właśnie tak jakby to był mój drugi dom. Tylko bez rodziny.

Przede mną jeszcze wieczór.

A że nie zanosi się na wspólne oglądanie fajerwerków to wrzucam wpis.

Gry, crossfire, dota, league of legends, world of warcraft
W klasach Viki bardzo często padały pytania o to w jakie gry gram, a raczej czy znam i wymieniali: Crossfire (darmowa strzelanka z 2007 roku), DotA, LoL i WoW. I ja nie mam pojęcia kiedy oni mają czas na granie, ale przypuszczam, że skoro w weekend widziałem kafejkę z kilkunastoma komputerami na których odpalona była jakaś strzelanka to właśnie w weekend nadrabiają tygodniowe zaległości.

Kostka Rubika.
To zdumiewające jak im dobrze idzie układanie kostki Rubika. Są naprawdę, ale to naprawdę dobrzy. Mam filmik jak dziewczyna w  rozprawia się z kostką w niewiele ponad minutę. Pewnie daleko jej do rekordu świata, ale to jak ona pracowała palcami zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. W życiu nie układałem kostki Rubika i pewnie męczyłbym się z tym niemiłosiernie, a ona wzięła i rozprawiła się z tym w oka mgnieniu.

Najlepsi piłkarze z polski.
O podanie najlepszych polskich piłkarzy poprosił mnie jeden z uczniów w poniedziałek. Nie mogłem przestać się śmiać przez ponad minutę. Wyszła ze mnie ta nasza ‘duma’ narodowa. W końcu jednak wymieniłem Lewandowskiego, Błaszczykowskiego, Piszczka i Szczęsnego. Oj współczuję  tym dzieciakom prób wymówienia tych nazwisk.

Napisałem też na tablicy Grzegorz Brzęczyszczykiewicz i to wywołało pogrom. A raczej przerażenie. Prawdziwe przerażenie w ich oczach. Nie wiedzieli co z tym zrobić. Zapytali się mnie jak ja to zapamiętałem, a ja się zapytałem jak oni zapamiętują znaki w swoim alfabecie. Pytaniem nie powinno się odpowiadać na pytanie, ale w tym wypadku taka odpowiedź wyjaśniła wszystko.

A zadam Panu zagadkę, czyli o kwiatach z Polski.
Ponownie moja ulubiona uczennica zaskoczyła mnie swoim pociągiem do wiedzy. Jej ‘dzień dobry’, jest już prawie tak dobre jak moje. We wtorek zadała mi zagadkę o europejskich kwiatach w trzech kolorach. Nie miałem pojęcia o jakie kwiaty chodzi, podała mi angielską nazwę maków i powiedziała, że to symbol Polski. Ja dalej nie mogę wyjść z podziwu.

Polskie alkohole.
A potem umarłem, bo zapytała się mnie czy lubię alkohol, bo Polska z nich słynie. I nic więcej nie napiszę, bo po prostu nie wiem co.

VPN
No tak, obiecałem, więc pora się wywiązać.
Pierwsze zderzenie z krajem z murem chińskim było pozytywne. Skype działa, gogle działa, gmail działa, wiki działa, więc nie ma tak źle.
Bałem się tego i przygotowywałem się na jakieś ogromne problemy, ale wszystko to było strasznie wyolbrzymione. Owszem, czasem gogle nie zaskoczy, facebook nie działa, twitter też nie, podobnie blogspot/wordpress i pewnie kilka innych stron. Tylko że, google wskakuje na google.com.hk i nie ma problemu, wiki działa częściej niż rzadziej, facebooka nie używam, twitter to tylko twitty z endomondo, a blogspot/wordpress zastąpiłem blox.pl, także nic mnie nie boli.
Zabolał mnie za to brak dostępu do zatoki piratów gdy potrzebowałem materiał filmowy na zajęcia. Poradziłem sobie dzięki chomikowi, ale zjadłem na tym za dużo nerwów. Zapytałem się więc Viki jakiego VPN używa. A że używała Astrill, który zbierał dobre oceny postanowiłem wykupić konto na 6 miesięcy. 40$ nie moje, ale było warto. Dzięki temu mam swobodny dostęp do torrentów, google nie przeskakuje na honk kong, nie mam problemów z logowaniem się na Zanzibar (a miałem…), słowem wszystko działa tak jak w domu.
Więcej o VPN można przeczytać na stronie jednego z moich ulubionych podcastów – http://www.howstuffworks.com/vpn.htm

Owca i wilk
A właściwie to koza – http://en.wikipedia.org/wiki/Pleasant_Goat_and_Big_Big_Wolf taka kreskówka, bardzo popularna w Chinach. Już wiem dlaczego na opakowaniu ciastek z numerkami był wilk. Był po to by zachęcić dzieci by zachęciły rodziców. Ha…prawie się udało, dzięki temu zdobyłem tabliczkę mnożenia i chińskie liczby. Lin, yi, ar, san, si, ło, lijo, ci, pa, czy, szy. Ci pa. No po prostu nie ma opcji, żeby jakikolwiek Polak nie zapamiętał jak jest po mandaryński 7 i 8.

My dla nich też wyglądamy podobnie i nie potrafią ocenić naszego wieku.

Gdzie ja jestem…

Czyli 40 minut i godzinę dalej. W mieście w którym rodzina Lydii ma hotel, a którego nazwy nie pamiętam i którego nie doszukam się bez GPSa, którego nie zabrałem ze sobą.
Cały poranek to jedna wielka masakra i poszukiwanie:
– prezentu
– papieru by prezent zapakować
Czemu? Bo Lydia zadzwoniła do mnie o 22 wczoraj i powiedziała, że o 10 odbierze mnie Damon i zawiezie na odpowiedni autobus. Innymi słowy zaprosiła mnie żebym spędził z nią i jej rodziną najbliższych kilka dni.
Markety otwierają dopiero o 8 w soboty…Boleśnie się o tym dzisiaj przekonałem. Zjeździłem pół Jiawang w poszukiwaniu prezentu w postaci herbaty i czerwonego papieru. Jeszcze pojechałem do szkoły by przeprosić Wendy że nie będę mógł jej kibicować na żywo. Mam nadzieję, że poszło jej naprawdę dobrze.

O 6 w Jiawang ludzie wychodzą ćwiczyć, biegają, rozciągają się i wykonują te swoje dziwne zestawy ćwiczeń (nie Tai-Chi). Przyglądałem się grupce starszych osób i po skończonych ćwiczeniach chcieli ze mną rozmawiać, ale się w ogóle nie mogliśmy dogadać. Aż tu nagle pojawia się nauczycielka angielskiego i zaczyn tłumaczyć. Bardzo sympatycznie. I zaraz potem udało mi się kupić herbatę i znaleźć sklep z papierem. Zapakowałem dwa zestawy ciastek księżycowych i pudło herbaty.

Gdy zadzwonił Damon wyszedłem i poszedłem zanieść ciastka ludziom ze sklepu i z restauracji…Niestety restauracja była zamknięta więc ciacha dostali ludzie ze sklepu i Pan przy bramie. Nikt nie chciał się ze mną siłować, tylko brali od razu.

Damon z ojcem zawieźli mnie aż po Xuzhou (już wiem gdzie jest jezioro o którym mówili uczniowie), a stamtąd chiński PKS zawiózł mnie tutaj (ja się nigdy nie gubię bo zawsze wiem gdzie jestem, mogę jedynie okazjonalnie nie wiedzieć gdzie jest wszystko inne).

Lydia zaprowadziła mnie do restauracji na typową dla tego miasta przekąskę (która mogłaby wystarczyć za lunch).

Trochę poszlajaliśmy się po mieście, a potem kima.

A skoro święto śród jesieni to święto rodzinne udaliśmy się do wujka i ciotki Lydii, czyli oto jak wygląda chińskie mieszkanie od środka. Powiedzieć, że nie ma źle to nie powiedzieć nic.

Ponownie uraczono mnie czymś typowym dla tego regionu. Bardzo dobre coś. Przypomina mi to coś z Polski, ale nie mam pojęcia co.

A potem rodzice Lydii zaprosili mnie do restauracji na pierogi. Pierogi, prawie takie jak w Polsce. Zaszalałem i zażyczyłem sobie piwo. Piwo. Piwo. Piaahahahahahahwo. Dwa i pół procenta. Piwo. Jak normalnie nie piję, tak myślę, że tutaj ze swoją słabą głową mogę zacząć. Bo to piwo jest całkiem dobre. Pierogi też były dobre, do tego pycha fasola  i pycha tofu. Podobno zjadłem za mało. Ja nie wiem…nikt już nie jadł, ja praktycznie sam zjadłem całe tofu i aż za dużo pierogów…Mam nadzieję, że jutro w czasie tego rodzinnego spotkania nie dam jakiejś wielkiej kulturowej plamy.

W każdym razie…na dachu mają kurnik i nie są to bynajmniej kury z wolnego wybiegu :D

A potem krótki shopping i do łózia.

Jutro czeka mnie naprawdę rodzinny dzień.