Sobota w Jiawang

Jest coś niezwykle poruszającego w ludziach spędzających czas samotnie na otwartej przestrzeni. Podobno jest nawet coś poruszającego w ludziach spędzających czas w ogóle samotnie. Ciężko mi to ocenić bo nie byłem świadkiem takiego zjawiska, ale tak podobno jest. Takie podglądanie samotności, lub pozornej samotności zmusza do przemyśleń, nawet jeżeli nie autorefleksji to przynajmniej chwili refleksji. Patrząc na kogoś kto siedzi samotnie najczęściej myślimy że jest samotny i w konsekwencji smutny. Tak jakby samotność i smutek były nierozerwalnie połączone. A przecież tak wcale być nie musi. Przypomina mi się gdy Ruby powiedziała jak jedna z jej uczennic widziała mnie siedzącego na ławce i pomyślała że muszę być bardzo samotny bo siedziałem sam i to bardzo długo. Wygląda na to że w Chinach nie możesz nawet rozwiązywać sudoku nie będąc podejrzanym o bycie samotnym i smutnym. Tutaj nie ma chwili wytchnienia od ludzi. Nawet w Jiawang, malutkiej mieścinie godzinę drogi do średniej wielkości miasta, miejscu typowo rolniczym, pełnym pustych budynków, mało ruchliwych dróg i pól nie można liczyć na chwilę samotności. Ciągle ktoś się przewija. To nie jest park o 7 nad ranem, to nie jest park o 3 w nocy, to nie jest park o 9 rano w zimie gdy nie ma nikogo tylko ja i droga. Nawet ślady na śniegu są tylko moje. Tutaj zawsze ‘ktoś’ jest. Dlatego dzisiaj tak bardzo poruszył mnie ten Pan siedzący w małym parku na tym składanym taboreciku. Siedział i patrzył przed siebie. I można sobie pomyśleć że siedział tam samotny i smutny bo umarła  Jego żona, dzieci się wyprowadziły i został teraz sam jeden na świecie więc przychodzi do parku gdzie kiedyś razem z Nią przychodzili na spacery bo było to miejsce pełne  ciszy, w tych burzliwych dla nich dniach gdy uciekli od swoich rodzin by potajemnie wziąć ślub po tym jak zakochali się w sobie gdy On stał przy drodze sprzedając ziemniaki a Ona przejeżdżała obok na rowerze. A może zamiast tego przychodzi tam by uciec od domowych obowiązków, które w Chinach przypadają kobietom a dzisiaj akurat nie miał ochoty pójść na ryby. Tylko właściwie to dlaczego nie miałby tam siedzieć i czekać na swoją żonę z którą się umówili że spotkają się w miejscu w którym poznali się wiele lat temu i urządzą sobie piknik na trawie łapiąc promyczki grudniowego słońca? Każda wersja jest równie prawdopodobna.

To teraz trochę o tym jak mi mija sobota. A dziękuję dobrze. Poleniłem się do 12, chociaż to nie do końca prawda bo w końcu wziąłem się za rozpisanie planów do końca mojego pobytu w Chinach i mam to z głowy. Zostało mi już tylko sześć tygodni, czyli dwanaście zajęć. Mało, bardzo mało. A poza tym posprzątałem. Po tym jak tydzień temu olałem sprzątanie w związku z moim kiepskim samopoczuciem w tym tygodniu wyczyściłem podłogi na błysk. Biegać nie poszedłem, postanowiłem dać sobie trochę luzu i zastanawiam się kiedy pójść biegać. Czy lepiej wyskoczyć w poniedziałek po zajęciach czy we wtorek pomiędzy nimi. Wtorek rano odpada zupełnie.  A może…Ale raczej między zajęciami.

Po lunchu, niezwykle ostrym swoją drogą czyli Chińska przyprawa dała radę, poszedłem na spacer. Postanowiłem też wstąpić do sklepu i dokupić orzeszków i kupić wkładki do butów. Nie spodziewałem się kupić swojego rozmiaru i oczywiście nie kupiłem bo nie było. Mam za to krótsze więc palce, albo pięty, będą trochę wystawać, ale z tym mogę żyć.

Tak spacerując po Jiawang natrafiłem na tego psiaka marznącego na dworze. To ten sam który parę tygodni temu tak uroczo ‘pozował’. Strasznie mi go żal bo biedak aż się trząsł z zimna. Nogi dzisiaj zaniosły mnie do nowego centrum gdzie odbywała się promocja czajników elektrycznych i ta Pani na scenie wiła się we wszystkie strony, ale nie śpiewała.

‘Odnalazłem’ także kościół, przed którym Pani uderzała w bębenek.

Idąc dalej trafiłem na taką bramę koło której przejeżdżałem kiedyś, ale tym razem postanowiłe ją przekroczyć i odnalazłem malutki park. Początkowo chciałem przez niego przejść i wyjść na prostą drogę do domu. Niestety po drugiej stronie parku znajdował się mur za którym płynęła rzeka więc nawet gdybym go przeskoczył to nic by mi to nie dało. Obszedłem więc park i dochodząc do wyjścia natrafiłem na tego Pana który mnie tak poruszył.

Tak chodząc po tym olbrzymim placu budowy który na mapie widnieje jako Jiawang natrafiam czasem na drzwi. Drzwi oczywiście są zamknięte, stoją w murowanym ogrodzeniu za którym powinna być budowa, ale nawet jeżeli za ogrodzeniem jest budowa to co jest za drzwiami? Dlaczego zniszczono budynki i zostawiono drzwi? Bo te drzwi prowadzą do czegoś innego niż to co kryje ogrodzenie.
Przez ogrodzenie możesz  przeskoczyć możesz sprawdzić co jest po drugiej stronie wystawiając rękę i robiąc zdjęcie, albo chociażby podciągając się i patrząc, ale drzwi? Nawet jeżeli spojrzymy przez dziurkę od klucza lub szparę w drzwiach to czy zobaczymy to co jest naprawdę za nimi? To co zobaczymy będzie jedynie częścią prawdy, niczym więcej jak wycinek rzeczywistości, jej maleńki fragment. A gdy je otworzymy to wszystko co jest za nimi przestanie być tajemniczą i stanie się rzeczywistością. Tylko wtedy pojawia się pytanie, kto tak naprawdę jest po drugiej stronie drzwi…

Zdjęcia z kolacji nie ma bo chociaż ją zjadłem to jej nie przygotowałem. Ot wyjąłem paczkę kiełbasy z sezamem i zjadłem. Do tego jeden kawałek tofu i już. Za to jutro będą zdjęcia bo jutro tofu będzie przygotowane. Mam nadzieję że dzisiejsze zdjęcia psów wynagrodzą Wam ten brak pożywienia.

Gwiazdy na niebie

Adam!
Deszcz odrodzony…gdy zacząłem pisać tego bloga chciałem od razu wyjaśnić o co chodzi, potem uznałem że wyjaśnię gdy nie będę miał o czym pisać, a teraz myślę że może wyjaśnię gdy wydrukuję bloga i wyjaśnię to we wstępie…a może nie wyjaśnię? Bo to przecież jest trochę intrygujące, dlaczego deszcz i dlaczego odrodzony…Podoba mi się Twoja wersja, bardzo prawdę mówiąc. Pisałem że Lawrence to teraz ‘śnieg odrodzony’? Chyba pisałem…

Teraz przypomniała mi się taka historią z, chyba, czerwca. Biegłem sobie w swoim parku, a żeby nie zwariować zmieniłem trochę trasę i biegnę…a tu nagle z naprzeciwka biegnę ja. Tylko starszy. Czapka ta sama, spodnie te same, buty to moje wysłużone lunarglide’y w których przebiegłem pierwszy maraton, nawet koszula z drugiego biegu rodzinnego z obciętymi rękawami (po tym poznałem że to ja, bo tylko ja mam koszulę z obciętymi rękawami) i tak biegliśmy po przeciwnych stronach, ja w jedną stronę, drugi ja w drugą. Młodszy ja z niedowierzaniem patrzył na starszego zamiast pod nogi i zaliczyłem korzeń, pozbierałem się, spojrzałem za siebie, ale starszego mnie już tam nie było.

Nieplanowana przerwa, przepraszam, już wracam do tematu.
W tym co mówisz może być wiele prawdy, zwłaszcza że mnóstwo, ale to mnóstwo uczniów mówi że szkoła/klasa to ich rodzina, bo to przecież z nimi jedzą, śpią i spędzają cały czas. Rodzinę spotykają tylko raz w miesiącu (a teraz raz na tydzień, ale wyjeżdżają w soboty popołudniu i wracają w niedziele popołudniu) i tak przez 9 miesięcy w roku (miesiąc wakacji zimowych i 2 miesiące letnich), więc szkoły stają się takim małymi koszarami przygotowującymi ich do pracy.
Zasadniczo to Oni tutaj pewnie znają jedno słowo –  ‘friend’, ale chyba im więcej nie potrzeba bo tutaj naprawdę każdy dla każdego stara się być przyjacielem. Chociażby ten szalik, albo te wieczorne spacerowanie po szkole i rozmowy o życiu. To po prostu jest jedna wielka rodzina w której każdy o każdego dba. Za to nadużywają ‘love’, ale to jest wina języka chińskiego w którym ‘kochać’ i ‘lubić’ są niezwykle blisko siebie znaczeniowo. Bardzo mnie to ciekawiło więc zapytałem się i Lidii i uczniów i ładnie mi to wyjaśnili, a teraz ja wyjaśniłem i wszyscy  już to rozumiemy.
I tak między nami mówiąc, cieszę się że nic Ci się nie stało, pamiętam z początków naszej znajomości że też byłeś po solidnym wypadku, więc chłopie uważaj na siebie.

A w klasie 9 zagadała mnie Brigitte:
– Będzie nas Pan długo uczył?
– Taką mam nadzieję.
– Ale Pan nie wie…
– Bardzo chcę…
– My też chcemy.
– Ale…
– To skomplikowane?
– Tak, to skomplikowane. Bo w dalszym ciągu nie mam kontraktu na kolejny semestr, ale naprawdę bardzo chcę tu zostać.

A potem poszedłem biegać i zapomniałem o tym wszystkim…o tym że nie mam kontraktu, że chciałbym już wrócić i pobiegać po parku, że wkurzył mnie ten tydzień i o innych rzeczach. Przez tę godzinę z małym hakiem byłem znowu wolny. I owszem łapała mnie kolka, ale to chińska kolka do której przywykłem i w ogóle nie czułem zmęczenia mięśniowego. Ciało też już się nie mogło doczekać.

Lunch w domu i najadłem się porządnie. Lubię te swoje domowe obiady. Nikt mnie tak nie nakarmi jak ja się sam karmię.

Powrót do szkoły i 13/11/12/14. W 13 nie udało się odtworzyć filmu więc sobie porozmawialiśmy, w 11 nawet nie próbowałem tylko od razu rozmawiałem, za to 12 dostała ten film i ponownie Śnieżka skończyła się w najmniej oczekiwanym momencie. Czternastka też dostała film, w końcu obiecałem bo dzieciaki spisały się ostatnio na medal.

Po zajęciach oczywiście na kolację do jedynki i trafiłem uczniów z klasy numer dwa (a może to jedynkowcy? Chyba dwójka jednak, bo jedynka to Nobby), zapytałem czy mogę się przysiąść:
– Oczywiście.
– Nie lubi Pan warzyw?
– Jadłem to wczoraj…
– Pyszne nie jest…
– Ano nie jest.
– Słyszałem że prezydent Polski zginął w samolocie dwa lata temu.
– Tak.
– A razem z nim ponad 90 osób.
– Tak jest chłopaki. To był bardzo smutny dzień.
– A ten nowy prezydent to taki gruby jest…
– Hahaha…no nie da się temu zaprzeczyć.

Gdy tak sobie jadłem czekał na mnie Lawrence i ponownie poszliśmy sobie pochodzić po szkole.
– Będzie mi smutno w czasie wakacji zimowych.
– Czemu?
– Bo tu wszyscy jesteśmy jak wielka rodzina, poza tym ciebie też nie będzie.
– Ale wrócę, a jak nie wrócę to mam twoje qq i będziemy w kontakcie nawet gdy będę w Polsce, muszę ci podrzucić linka do strony z moimi zdjęciami to będziesz mógł oglądać co robię.

Pożegnaliśmy się i popatrzyłem w niebo…a tam gwiazdy. Pierwszy raz w Chinach zobaczyłem gwiazdy. To dobry znak więc ruszyłem na zakupy. Najpierw sklep pod domem. Bób, mleko i inne pierdoły. Do domu, zapakować wszystko i kolejny sklep: orzechy, warzywa i sklep trzeci: mięso, reszta warzyw, picie, inne mięso, tofu, przyprawa (w końcu zdecydowałem się na jakąś przyprawę) i można wracać do domu. A raczej do Pana Obwoźnego, który nie miał ani jabłek ani mandarynek, więc musiałem zadowolić się bananami, gruszkami, limonkami, słonecznikiem (został mu już tylko jeden worek…) i niczym więcej. Po jabłka i mandarynki poszedłem do sklepu pod domem. Także piątkowe wieczory są niezwykle pracowite. Trzeba obskoczyć tyle sklepów żeby kupić tylko kilka rzeczy. A w gruncie rzeczy mógłbym na to machnąć ręką i wszystko kupować pod domem, ale nie można się aż tak ograniczać.

Z niepokojem patrzę na jutrzejszą prognozę pogody bo zapowiada się naprawdę chłodny dzień a aż chciałoby się wyjść pobiegać. A w sumie to czemu nie…Zobaczymy jak to będzie jutro. A teraz już kończę bo chciałem napisać tylko kilka zdań a skończyło się na półtorej strony i ciągle siedzę w ubraniu w którym przyszedłem z zakupów. To już nałóg. Dobrze chociaż że ktoś tego bloga czyta bo inaczej byłby bo nałóg pisany do szuflady.

Niedziela i przegapion #12

Skurcze dopadają nas wszystkich, idąc razu pewnego na lunch zauważyłem że dopadł jednego chłopaka i to w łydce. Jak przystało na doświadczonego w radzeniu sobie ze skurczami pokazałem mu co ma zrobić. Zrobił dokładnie tak i od razu pomogło. I to wszystko bez słowa po chińsku/angielsku.
Oto skuteczna komunikacja niewerbalna.

Impreza u Lidii
W poniedziałek dowiedziałem się że Lidia zaprosiła uczniów do siebie do mieszkania. Jak się dowiedziałem? Gdy jedna z uczennic przyszła do niej rano i zapytała kiedy mają się pojawić. Lidia chyba poczuła się niezręcznie i wyjaśniła o co chodzi mówiąc: ‘Wiesz zaprosiłam ich żeby przyszli do mnie do mieszkania. No i oczywiście ty też powinieneś.’ W Polsce poczułbym się jak piąte koło u wozu, ale tutaj nie zwracam na to uwagi.

Jeszcze o poniedziałku, bo pojechaliśmy do tej szkoły średniej i oczywiście uczniowie pytali się ile mam lat. A że odpowiedzi bezpośrednie dobre są jedynie okazjonalnie odpowiadałem pytaniem ‘a na ile wyglądam?’, ale gdy pierwszy dwunastolatek odrzekł ‘tak na czterdzieści’ uznałem że gdybym się tym przejmował to zgoliłbym brodę i poszedł do fryzjera.

Marynarka
Wręcz się nie mogłem opędzić od uczniów mówiących jak niesamowicie wyglądam. Tylko jeden Nobby, jeden jedyny Nobby powiedział ze gdybym miał krawat to bym wyglądał jeszcze lepiej. A przecież mam krawat. Wziąłem ze sobą bo nie wiedziałem jak to tutaj będzie z ubraniami.

Nowy nauczyciel
W poniedziałek zadzwoniła do mnie Jennifer z pytaniem czy może podac mojego maila jednemu z kandydatów. No jasne, bo czemu nie. Facet imieniem Adam pochodzi z Nowej Zelandii i zadawał takie dość standardowe pytania o regularność wypłat, przygotowywanie zajęć, mieszkanie, zanieczyszczenie, koszt życia. Gdy ja poprosiłem o kontakt do któregoś z nauczycieli usłyszałem że sa niezwykle zajęci i nie ma takiej możliwości, nie rozmawiałem wtedy z Jennifer, a możliwości nie było bo nie było nauczycieli. Graham z żoną dali dyla po semestrze.

5 przedmiotów
Dokładnie tyle mają uczniowie w klasie trzeciej. W klasie pierwszej mają 9, a w trzeciej już tylko pięć i dodatkowo jeden WF w tygodniu. Wyobrażacie sobie 14 godzin matematyki w tygodniu? Przecież to się zajechać można. Nie dość że masz olbrzymi materiał do opanowania to masz go opanować w krótkim czasie. Książka, książka i jeszcze raz książka.

Praca…
Oprócz naprawdę fajnych ofert trafiają się też kwiatki typu uczenie dzieci w przedszkolu na dalekiej północy. Uczenie dziecku w przedszkolu to coś co może być ciekawe, niezwykle męczące nie pokazujące rezultatów w takim stopniu jakiego bym oczekiwał, ale to tylko moje przypuszczenia.  Co do dalekiej północy mam pewność – tam jest zimno. Nie, nie zimno. Zimno. Tam zimno zamienia się w Zimno. To miejsce w którym zimno nie jest jedynie brakiem ciepła, jest zimnem które poszło o krok dalej, wyewoluowało do poziomu drugiego, trzeciego i czwartego.  A potem porzuciło poziomy drugi i trzeci mówiąc że to zaledwie przymrozki. To Zimno które przed którym nie można się ukryć bo dociera wszędzie, to nie jest jakieś tam -10 czy -15, to Zimno w okolicach -25 stopni jako średnia temperatura minimalna…i -15 jako średnia temperatura maksymalna w styczniu. To nie jest pitu pitu, to jest praktycznie Syberia. Owszem, blisko Korei i Rosji, ale Zimno mnie zniechęca skutecznie do pracy. Bardzo skutecznie.

Szczęśliwy gdy…
Czyli po całym tygodniu męczarni z trudnym tekstem przyszła kolej na element dialogowy czyli seria prostych pytań z których jedno bardzo mi się podobało: kiedy jesteś szczęśliwy? Gdy jestem z rodziną, gdy jestem ze znajomymi, gdy śpię, gdy gram w badmintona, gdy rozmawiam ze znajomymi, gdy słucham muzyki. Czyli tak jak u nas :)

Aczkolwiek…
Nie ma tak dobrze jeżeli chodzi o rodzinę jednak. Sporo uczniów nie cieszy się że może wracać co weekend do domu. Dlaczego? Bo mogą wrócić tylko na jeden dzień i jest to marnotrawstwo czasu i pieniędzy. Bo przecież muszą dojechać, muszą wrócić. A wyjechać mogą dopiero w sobotę po porannych zajęciach i wrócić w niedzielę na popołudniowe. W domu jedynie śpią/grają i spędzają czas z rodziną. Czyli wychodzi na to że większość uczniów woli spotykać się z rodziną rzadziej ale na dłużej.

Vicki
Rozmawiałem niedawno z Vicki, która siedzi sobie teraz na południu i pogoda jej dopisuje. Cieplutko, cieplutko, w dodatku nie musi przygotowywać planów zajęć, zarabia więcej, ma fajne mieszkanie, jest tylko jedno ale…uczy w przedszkolu. I jak sama powiedziała nie jest to lekka praca. Aczkolwiek w ciepłym miejscu zajęcia w przedszkolu są łatwiejsze do zniesienia.

Pierwsze wyłapane zdanie na ulicy
W czwartek gdy Lidia wróciła z Pizhou poszedłem ją odebrać z przystanku i wracając już rozmawiamy sobie po czym słyszę ‘ło bo czy dał’ i mówię Lidii ‘nie wiem’, a ona zaczyna tłumaczyć, ale niekulturalnie jej przerywam i mówię że ten chłopak powiedział ‘nie wiem’. ‘Tak, to właśnie powiedział’ po czym pozornie wróciliśmy do dyskusji, ale ja myślami byłem gdzieś indziej. Bo teraz to już nie jest ‘dzień dobry’, to nie jest ‘nie ma za co’, ani nawet ‘bardzo dobrze mówisz po mandaryńsku’, to ‘nie wiem’, czyli zdanie które pojawia się o wiele rzadziej. A nie dość że jej wyłapałem to jeszcze zrozumiałem. Od razu skoczyła mi pewność siebie.

Niech mi pan pokaże jak się pisze
To jest jak dla mnie żart roku, chociaż nie…
– Wie pan, moja nauczycielka angielskiego powiedziała że mam brzydki charakter pisma.
– Tak? Niech no spojrzę (normalne czytelne pismo).
– I czy mógłby pan mi coś napisać, jako wzór, bo myślę że pan ładnie piszę (to jest dowcip roku).
– Eee…móc mogę, ale piszę bardzo niewyraźnie i lepiej się na mnie nie wzorować.
– Bo dostałam też takie kartki, o tutaj z wzorem i muszę to przepisać. Dużo ćwiczeń przede mną.
– Oj tak, dużo.
Taa…prosić kogoś kto pisze wszystko drukowanymi, nie używa łączeń między literami, a na dodatek uczy się w Chinach pisać alfabet łaciński, o pomoc w nauce pisania to dość kiepski pomysł.
A ona przecież normalnie czytelnie pisała. Gdybym ja musiał pisać…chociaż zaraz…musiałem i wcale mi to pisma nie wyrobiło.

Niedziela…
Czyli ostatni dzień tygodnia i wycieczka biegowa. Uzależnienie to straszna rzecz…tym straszniejsza im to mocniejszy kop od tego co nas uzależniania. Dlatego dzisiaj walczyłem ze sobą by pójść biegać, ale czasem lepiej powiedzieć nie.  Zwłaszcza gdy samopoczucie trochę nie dopisuje. To wszystko przez ten deszcz. Zawsze gdy jest przed deszczem, lub po deszczu, robi się tutaj niezwykle chłodno. No i tak się wczoraj wychłodziło że coś mnie zaczęło chwytać. Mam nadzieję że dzień i noc w ciepłym łóżku, oraz gorąca herbata z miodem postawią mnie na nogi. Może być tak że będę musiał zrezygnować z wtorkowego biegu…nie chcę nawet o tym myśleć.

Musiałem się jednak ruszyć z domu i pokulać się po miód. Kulnąłem się do nowootwartego sklepu, a raczej starego sklepu z nową nazwą. Miód mają w tej samej cenie co w ‘moim’ tanim sklepie i są o wiele bliżej. Niestety inne rzeczy mają drożej, a i wybór mają mniejszy. Szkoda. Kupiłem także coś na kolację. Coś czyli kratkowane tofu. Gdy przyjechałem do Jiawang Lidia pokazała mi przyprawę którą chyba zostawił poprzedni nauczyciel bo była ostra i miała opis przygotowania po angielsku. W związku z tym postanowiłem ją wykorzystać na kolację. Okazuje się że cztery plastry tofu to dla mnie za dużo…Dużo za dużo.

Jeszcze tak o tym stoisku które wziąłem za herbaciane a okazało się napojowym: otóż to jakiś taki napój z orzeszkami, fasolą i innymi cudami. Tyle tylko że tutaj nawet biali muszą czekać i nawet biali mówiący do kogoś po angielsku że chcą spróbować muszą czekać, nawet biali mówiący że chcą kupić muszą czekać i to właśnie w takich chwilach żałuję że nie znam chińskiego bo bym się  upominał o swoje, a tak stałem jak kołek  i czekałem, ale w końcu się doczekałem i…żałuję że czekałem bo napój smakował spalenizną. Tragedii nie było ale cudów też nie. Zdecydowanie nie warto było wydać te 3 RMB.

Po kolacji odzywa się telefon. Dzwoni Damon i pyta czy może wpaść. Mówię że może gdzieś pójdziemy bo mam bałagan (w ogóle dzisiaj nie sprzątałem), ale w końcu przekonuje mnie obecne na co najmniej dwóch kontynentach ‘nie jestem dziewczyną, sam mam bałagan w mieszkaniu’. No i pogadaliśmy sobie, pooglądaliśmy sobie filmy, pokopiowaliśmy sobie filmy…
– Zapisuję się do partii.
– Tak?
– Tak, niektórzy pracodawcy wolą zatrudniać ludzi należących do partii.
– To w sumie całkiem podobnie.
– Tak?
– No tak, gdy byliśmy krajem komunistycznym to było podobnie.
– Teraz przynajmniej macie wybór. A my nie…
W Polsce straciłem wiarę w demokrację, w tych ‘komunistycznych’ Chinach jej nie odzyskuję. Wybór…
– Zaraz, ta strona jest u nas zablokowana.
– No tak…
– To jak ty…?
– Oj tam, wystarczy takie coś. Tylko jak będziesz w partii to nie mów nikomu. Bez tego nie wiem jakbym sobie z zajęciami poradził. Nie mogę używać Waszych stron bo one są po chińsku.
– No tak.

I tak wzbogaciłem się o kilkanaście filmów :)

Adam!
Będę czekać :) Tylko na spokojnie i mam taką radę, bo w tym temacie mam jakieśtam doświadczenie, nie próbuj odwzorować tego co pisałeś wtedy, to się rzadko udaje. Nastrój umyka, myśli się zmieniają, świat nie stanął w miejscu z powodu błędu w telefonie, zamiast próbować wskrzesić stare, lepiej stworzyć coś nowego.

Lingwistyczna ciekawostka: chińskie znaczki są trudne i wiemy o tym wszyscy. Przykładowo by napisać ‘wiele’, trzeba postawić na sobie dwa razy znak oznaczający ‘zmierzch’. Dwie góry na sobie to ‘wyjście’. ‘Elektryczność’ i ‘cień’ to ‘film’, ‘król’ z ‘kroplą’ to ‘żad’, który z w połączeniu z ‘otoczony’ da nam ‘królestwo’. Jeżeli ‘królestwo’ poprzedzimy ‘środek’ otrzymamy ‘Chiny’. A co otrzymamy jeżeli połączymy ‘trupa’ i ‘chochlę’? ‘Zakonnicę’.

Chińskie gimnazjum

Adam!
Włosy Lidii poszły do śmieci, wiedziałem że włosy mogą narobić niezłego ambarasu w rurach, ale nie sądziłem że czyszczenie przypadnie mi.
Ja wiem że ta kolacja wyglądała jak wyglądała, ale była bardzo smaczna. Trzeba czasem odpocząć od jajecznicy.
Czy się kłócą? Jasne, przezywają się, robią samolocik (jak zostało mi to wyjaśnione potrzeba czterech chętnych i jednej ofiary, chętni chwytają za ręce i nogi po czym huśtają ofiarą), zabierają krzesła gdy ktoś wstaje, podstawiają nogi, bójek nie widziałem ale jakieś kuksańce są codziennością (i bardzo często widać że dziewczyny biją chłopaków gdy ci sobie żartują, rzadziej chłopaki się atakują). Tylko tak myślę że masz rację, to jest strasznie takie cukierkowe, strasznie odrealnione, nie widać ujścia negatywnych emocji. Oni w ogóle starają się unikać mówienia o tym co negatywne przynajmniej po angielsku. Bez lepszej znajomości języka ciężko mi coś więcej powiedzieć.
Adamie nie mogę się z Tobą bardziej zgodzić co do tego jaki powinien być nauczyciel, tylko tutaj te konkretne zajęcia są najogólniej mówiąc inne. A tak bardziej szczegółowo: z mojego przedmiotu nie ma ocen, Lidia mówi że uczniowie mogą też czasem spać, że nie ma problemu jeżeli robią coś innego na moich zajęciach, a Jej twarz rozświetla uśmiech zadowolenia gdy uczniowie mówią że na zajęciach można się zrelaksować. Dyrektor z kolei mówi że mam więcej pracować z książką (mówi to przez Lidię). Książką której nie wybierałem i która jest za trudna dla większości uczniów. To ja czy faktycznie dostaję sprzeczne komunikaty? ;) Ja się do tego wszystkiego tak naprawdę dopiero dopasowuję bo przecież to jest coś niespotykanego w Polsce w jakiejkolwiek szkole. Staram się to łączyć, czyli przeplatam te zajęcia typowo szkolne z zajęciami typowo zabawowymi, ale siedzę tu dopiero trzeci miesiąc i nie wiem jeszcze wielu wielu rzeczy.
Wyszedłem z tego ‘dołka’ na kolejnych zajęciach bo się spodobały, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Poza tym nie da się wszystkich zawsze zadowolić Pytać się Ich nie ma co bo i tak po angielsku powiedzą że wszystko było w porządku.
Za to dzisiaj popytam o weekend bo mieli możliwość wrócić do domu i teraz podobno mogą wracać co tydzień (a przedtem mogli raz w miesiącu).
Mama jest najważniejsza? Tak, ale…już jej rodzina nie. Bardzo ładny artykuł na Wikipedii mówi o okresie żałoby po śmierci członka rodziny. Przykładowo po śmierci dziadka i babci od strony ojca żałoba powinna trwać rok, a po śmierci dziadka i babci od strony matki zaledwie pięć miesięcy. Kobiety są tu tradycyjnie traktowane jako ‘gorsze’ przykładowo: śmierć kuzyna (powiedzmy syna siostry matki) to żałoba trwająca 3 miesiące, a śmierć kuzynki (powiedzmy córki siostry matki) w ogóle nie wymaga żałoby. Idźmy dalej: umrze wnuk (syna syna) dziedzic – rok, umrze wnuczka (córka syna) – rok, umrze wnuk (syn córki) – trzy miesiące,  umrze wnuczka (córka córki) – żałoba? A dlaczego?
Dlaczego ojciec Lidii zdecydował się na trójkę dzieci? Dopiero za trzecim razem trafił się syn, który będzie w stanie przejąć rodzinny interes czyli hotel. Córki muszą iść na uniwersytet, znaleźć męża, bo interesu rodzinnego dostać nie mogą.

Przy okazji, masz bardzo mądrego syna :) Perfekcjonizm to czasami poważna wada, dobrze że o tym wie. Prędzej czy później musimy się w czymś wyspecjalizować, nie każdy z nas może być da Vincim.

A dzisiaj Lidia przyszła i powiedziała że musi iść bo zmienili jej terminy egzaminu na prawo jazdy i sama nie wie kiedy będzie zdawać…wróci może w czwartek, może w piątek. Masakra jakaś…tysiąc osób w małej szkole jazdy bo od stycznia wchodzą nowe przepisy i będzie trudniej zdać (brzmi to ze wszech miar znajomo).

Minął tydzień i na drzewach przed gabinetem nie ma już liści wszystkie spadły na dach garażu rowerowego. No to zima…

A gdy pisałem te słowa o zimie pojawiła się w moim gabinecie Stokrotka, w sensie Daisy, i zaprosiła do swojej szkoły. Maleńkiej szkoły ponadpodstawowej, naszego gimnazjum (maleńkiej bo na 600 osób), umiejscowionej niecały kilometr od mojej szkoły. Prawdę mówiąc to ta szkoła znajduje się w starym miejscu i przebiegam koło niej przynajmniej raz w tygodniu a w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego że jest tam szkoła, bo jest gdzieś tam ukryta w zakamarkach Jiawang. Nie napiszę już ‘mojego’ Jiawang bo zdałem sobie sprawę, że chodzę tylko głównymi ulicami a nie zaglądam do zaułków, nie staram się już zgubić tylko korzystam z wydeptanych ścieżek i trochę mnie to przygniotło że ten mój duch podróżniczy został trochę przytępiony. Tłumaczę to sobie pogodą, która naprawdę nie zachęca do wędrówek.
W każdym razie pojechaliśmy do szkoły, tam dyrektor robił mnóstwo zdjęć, a ja rozmawiałem z dzieciakami. Wrażenia? Wrażenia?! Rany boskie…dwunastolatkowie zadający mi nienaganną angielszczyzną pytania. Owszem, podstawowe typu: ile masz, skąd pochodzisz, jak się nazywasz, jaki jest twój zawód, jakie jest twoje hobby, jakie jest twoje ulubione święto (spojrzałem i akurat przerabiali ten temat w książce) i takie podstawowe odpowiedzi wyłapywali bez problemu, z trudniejszymi nie dawali rady, ale to zrozumiałe. Odniosłem wrażenie (ale wrażenia tutaj są bardzo złudne jak się okazuje) że operują angielskim nie gorzej niż niektórzy uczniowie w mojej szkole, ale nie chciałem o tym nikomu mówić. Bo dwóch godzinach nieustannego gadania gdy głos mi już wysiadał udaliśmy się na kolację. Przy okazji, klasy w szkole drugiego stopnia są malutkie, tak na 20 uczniów. Na kolacji głównie rozmawiałem z Daisy i spożywałem alkohol, starałem się za dużo nie jeść bo to co się działo ze mną po ostatnich zapraszanych kolacjach przechodzi ludzkie pojęcie.
– Dlaczego zostałaś nauczycielką?
– Uczyłam się angielskiego, a pracę magisterską zrobiłam z edukacji (niech będzie że pedagogiki).
– Hmm…wiesz mogłabyś zostać tłumaczką.
– Nie, mój angielski jest za słaby.
– A lubisz uczyć?
– Tak średnio, ale w Chinach ciężko o dobrą pracę.
– Ja z wykształcenia jestem tłumaczem i nie sądziłem że będę uczyć. Ale w gruncie rzeczy sprawia mi to mnóstwo przyjemności, a uczniowie mnie lubią i się uczą, więc jest dobrze.
– A dlaczego właściwie przyjechałeś do Chin?
– Wiesz, w Polsce też byłem nauczycielem i prawdę mówiąc miałem tego dość. Miałem dość ciągłych problemów z motywacją, dyscypliną i brakiem szacunku. Tutaj jest zupełnie inaczej…
Takie tam nauczycielskie gadanie ludzi z zupełnie innych kontynentów mających w gruncie rzeczy ze sobą mnóstwo wspólnego jeżeli chodzi o decyzje życiowe.
Tak sobie piłem to chińskie lekarstwo na ból brzucha zwane tutaj winem (pewnego dnia nauczę się chińskiego na tyle dobrze że wytłumaczę Im że wino jest alkoholem pochodzącym z fermentacji a to co my pijemy jest alkoholem pochodzącym z destylacji) i po któryśtam kieliszku powiedziałem dość i mówię Daisy że więcej nie piję bo jutro mam zajęcia i nie mogę być zmęczony. Mój dyrektor spojrzał na mnie i pokiwał głową ze zrozumieniem. Sam jeszcze trochę wypił. Dyrektor tej drugiej szkoły powiedział że bardzo chętnie zawiezie mnie do innej prowincji i pokaże inne miejsca, co brzmiało zachęcająco ale potem przypomniałem sobie że mam tylko dwa dni wolnego w tygodniu i nie za bardzo chcę je obecnie poświęcać na podróże. Powiedział też żebym wpadał do szkoły jak najczęściej. I ponownie bardzo chętnie, ale kiedy…Powiedziałem że gdybym miał więcej czasu to bardzo chętnie (dyrektor ponownie pokiwał głową ze zrozumieniem), no to się zapytali czy bym nie wpadł w sobotę albo w niedzielę…no to zgodnie z prawdą odrzekłem że to jedyne dni kiedy mogę na spokojnie porozmawiać z rodzicami. Bo o ile dla znajomych nie ma problemu iść spać gdy ja się budzę, tak dla rodziców jest to już pewne wyrzeczenie. Spotkało się to ze zrozumieniem i nie było już kolejnych nacisków. Bardzo chętnie bym się pojawiał tam częściej, ale naprawdę czas jest towarem deficytowym.

Chciałbym przy okazji nadmienić że będę wyjątkowo bogatym człowiekiem bo do babci nie poznającej mnie na ulicy, taty nie poznającego mnie na zdjęciach dołączyła mama która nie poznała mnie po głosie gdy do niej zadzwoniłem.

Problem z GPSem

Adam!
Oczywiście rozciągam się po biegu to coś czego nauczyłem się na początku mojej poważniejszej przygody z bieganiem. Ostatnie dwa miesiące trochę zawaliłem i już czuję to w czworogłowych, ale teraz rozciągam je co rano i po biegu i powoli wszystko wraca do normy.
Na samym początku też się nie rozciągałem, ale to były czasy gdy wychodziłem na godzinę i wracałem do domu w takim stanie że od drzwi do łazienki chodziłem na czworakach bo tak mnie nogi bolały. Cierpiałem niemiłosiernie, ale hej to był mój wybór i było mi z nim psychicznie dobrze (chociaż fizycznie wyłem z bólu niejednokrotnie). Rozpoczęcie biegowej przygody od biegania/truchtania przez godzinę może nie było najrozsądniejsze ale zahartowało mnie.
I ja się nie krępuję, a najzwyczajniej w świecie nie chcę tutaj zanudzać. Aczkolwiek, skoro nieobecni nie mają głosu i swojej opinii nie wyrazili, będę pisać o bieganiu. O ile będzie o czym, bo niektóre biegi są zupełnie bez historii, do takiego wniosku doszedłem pisząc dzienniczek przez ostatnie dwa lata. Chociaż dwa lata temu gdy spisywałem wrażenia z treningów na komórce siedząc w tramwaju/autobusie opisałem chyba każdy trening. Mogę to nawet udostępnić gdy wrócę do kraju bo tych kilkadziesiąt stron siedzi gdzieś na kompie. Mam tam rozpisane cele, wrażenia z treningów i podsumowania każdego miesiąca i całego roku.
Hmm…word pokazuje że nabazgrałem już ~51k słów. Czyli całkiem całkiem. A naprawdę myślałem że będą dni kiedy nie będę miał co napisać…A tutaj zawsze coś się dzieje, chociaż to wioska…Na przykład ten Li Yang wczoraj. Dużo uczniów mówi że on przyjechał tylko sprzedać książki, ale niektórzy wierzą w to co mówi i piszą do niego list z prośbą o materiały. Aż się pod tym listem podpisałem, bo skoro dzieciakom zależy to czemu im nie pomóc? I tak się teraz zastanawiam czy one są naiwne czy ja jestem cyniczny…Bo chociaż bardzo mi się podoba to że chcą się uczyć (praca nauczyciela tutaj jest bardzo, ale to bardzo przyjemna) to jednak nie przekonuje mnie takie wybiórcze podejście do języka. Bo to język to coś więcej niż tylko komunikaty a ten Pan sprowadza naukę do głośnego czytania i zapamiętywania zdań. Tak to przynajmniej wygląda z ulotek, tego co dzieciaki mówią i co wyczytałem w sieci.
Tylko to co zdziwiło mnie najbardziej to że taki człowiek, sławny na całe Chiny, przedsiębiorca, milioner itd. pojawił się w takiej malutkiej szkole! Przecież tu jest raptem 3k uczniów. Pewnie zahaczy też o inne szkoły, ale to jest malutka wioska w Chinach. To bardzo dobrze świadczy i o nim jak i o przyszłości Jiawang. Lidia powiedziała że to najlepsza szkoła w okolicy, ale i tak nie oszukujmy się, to jest wioska…

Nie napisałem, a to dwóch nastolatków się o siebie opierało. Nastolatków w sensie chłopaków.  U nas? Na całą szkołę wyzwiska od ‘pedałów’. W Chinach, normalny widok.
Tak, na tych taboretach siedzą całymi godzinami. Niektórzy mają na nich poduszki, ale nie wszyscy. Również niektórzy mają krzesła z oparciami, ale jakieś 95% siedzi na taboretach. Wady postawy? Nie żartujmy sobie.

Lidii ukradli wczoraj telefon. Miała takiego ładnego HTC i jej go dziabli. A raczej dziabły bo zostawiła go na moment w damskiej ubikacji koło kranu i gdy wróciła to stały tam trzy dziewczyny które zaraz potem zniknęły. I co na to Lidia? Że ona nie chce tego zgłaszać na policję bo to młode dziewczyny i mogą mieć problemy…Czytałem o tym braku asertywności w Azji, ale to już chyba lekka przesada. Powiedziałem jej że straciła listę kontaktów, zdjęcia, ważne informacje, a przede wszystkim telefon który kosztował kupę kasy (no poważnie ona za tego HTCka dała tyle co ja za swój rower, za tyle to można auto kupić…) i powiedziała że może zgłosi…

Budzę się w ciemnym pokoju i od razu przypomina się piosenka o Marku Hłasce ‘Wiem że można zmusić się do snu, w małym pokoiku ciemniejszym niż grób (…)’. Nie znoszę tych ciemnych poranków. To słońce powinno mnie budzić a nie odwrotnie. Na szczęście po chwili słońce wstaje i już się robi przyjemniej.

Na lunch do 4 i dzisiaj coś nowego: kulki mięsne, albo z tofu? W każdym razie bardzo dobre.
Po lunchu kulnąłem się wziąć deserek. To takie dziwne coś to ziemniak słodki, a to drugie to rodzaj ciastka. Całkiem przyjemny w smaku.

Dostałem też odpowiedź od Jennifer, bo wysłałem jej maila w piątek z informacją że chcę zostać na kolejny semestr. No i zostaję, także projekt Deszcz Odrodzony będzie kontynuowany. A kto wie może gdy będę w domu przeniosę bloga na coś bardziej przyjemnego niż blox.pl

A po szkole udałem się na targ kupić mandarynki i banany. Pan Sprzedawca bardzo chciał żebym kupił świeże mandarynki, które są bardzo dobra jak mnie zapewniał, a ja z upartością godną lepszej sprawy pakowałem te tańsze i ‘gorsze’. Sęk w tym, że te ‘lepsze’ były maciupcie i więcej czasu poświęciłbym na to żeby je obrać niż na to żeby je zjeść. A te ‘gorsze’ były duże i dojrzałe. Muszę coś wyjaśnić – ja nie znoszę mandarynek, śmierdzą i są niesmaczne. Pomarańcze mogę jeść do oporu ale mandarynek nie cierpię. Mandarynki nie można obrać niepostrzeżenie bo zawsze ktoś ją wyczuje. I nie jest to zapach który mi odpowiada. Tylko tutaj mandarynki nie śmierdzą, są słodziutkie ale nie przesłodzone, mają bardzo delikatny zapach, są pełne miąższu, nie  są suche tylko soczyste, no słowem przepyszne.

Pokazywałem dziś uczniom moje stare zdjęcia i też mnie nie poznali (także spoko tato, wstydu nie ma), ale bez ogródek powiedzieli że byłem gruby, chociaż mówili też – wielki. Taaaa…A jedna dziewczyna dała mi swoje zdjęcie i poprosiła żebym jej przegrał tamte stare…To mi się jeszcze nie zdarzyło.

Gdy tak jeździłem po mieście zauważyłem trzy zbiegowiska ludzi. Jedno w okolicy standardowego miejsca rozgrywek szachowych, ale tym razem Panowie grali w karty i chyba na poważnie bo mieli takie bloczki kamienne jakie są czasem pokazywane w japońskich filmach w kasynach.
Drugie było przy szkole, ale to standardowo o tej godzinie. Bo szkoła podstawowa pełna jest dzieci i rodziców odbierających dzieci po zajęciach.
A trzecie było kawałek dalej, cała ulica została zablokowana bo z ogromnego auta rozdawano (raczej nie sprzedawano bo nie zauważyłem wymiany pieniędzy) kapustę pekińską.

A teraz o tych problemach z GPSem – nie umiał mnie znaleźć farfocel jeden, szukał szukał, pytał się czy jestem w mieszkaniu, czy się nie przeniosłem na inny kontynent, nawet pytał o dzień, ale nie potrafił…Gdy wróciłem do domu położyłem go na oknie w kuchni i złapał sygnał od razu…Także od teraz garmin będzie szukał sygnału właśnie tam, żebym potem nie stał na dworze jak kołek.

Popołudniowy spacer

Adam!
Dziękuję, dziękuję i raz jeszcze dziękuję. Aż mi się tak ciepło na sercu zrobiło bo tak mnie zmotywowałeś. To bardzo pomaga :) Okropnie, ale to okropnie żałuję że mój malutki komputerek ma problemy z endomondo. W sensie literki w komentarzach pojawiają się z kilkunastosekundowym opóźnieniem i napisanie jakiegokolwiek komentarza zajmuje mi nieporównywalnie więcej czasu niż zwykle. Takie moje wytłumaczenia na znikomą ilość komentarzy. O wypadku nie chciałem pisać na endo, ale czemu Ci w ogóle nie odpisałem to nie wiem…trochę mi teraz głupio, może przeoczyłem komentarz? A może nie chciałem czymś takim przyciągać uwagi? Pewnie to drugie bo komentarze staram się sprawdzać (chociaż powiadomienia przychodzą na rzadko sprawdzaną skrzynkę).  A teraz do tekstu właściwego.

Murakamiego uwielbiam. 1Q84 na pewno Ci się spodoba, bo to świetna opowieść i wcale się nie ciągnie czego się bardzo obawiałem, bo w końcu ma trzy tomy. Co prawda bardziej zżyłem się z Kafką i musiałem sobie tę książkę dawkować bo nie chciałem by się skończyła, ale 1Q84 ma piękny motyw który od września stał mi się bardzo, ale to bardzo bliski. (Omiń poniższy paragraf jeżeli boisz się spoilerów)

Podobnie jak bohaterowie książki i ja czuję że znalazłem się w równoległym świecie. Podobnym do tego z którego wyszedłem, ale jednak zupełnie innego. Tylko poznałem to nie poprzez pistolety u  pasów policjantów a poprzez ludzi na ulicach.

Odpowiedź jest banalnie prosta nie zamieściłem żadnego zdjęcia ‘patologii’ bo nie zauważyłem żadnej. Gdy wracaliśmy z Lidią w środku nocy znad jeziora pojawił się Pan, który śpiewał na ulicy. No i mówię Lidii, nauczony doświadczeniem z kraju rodzinnego, że on pewnie jest pijany. A ona, nauczona doświadczeniem z kraju rodzinnego, że on nie jest pijany tylko chory psychicznie. Ona ma więcej doświadczenia w tym kraju niż ja, więc wypada mi jej zaufać. Wikipedia, powołując się na artykuł z 2007 roku z The Economist, mówi że w Chinach na jakąś chorobę psychiczną cierpi 100 milionów ludzi. A WHO w raporcie podaje informacje że ilość samobójstw wynosi ~22 na 100k ludzi (w Polsce ~15 na 100k), czyli 9 miejsce na świecie. Ponownie, stan zdrowia psychicznego jest gorszy na terenach wiejskich, przynajmniej tak się uważa. A teraz ostatnia ciekawostka, bo w gruncie rzeczy tylko przepisuję wikipedię, w Chinach jest zaledwie 17k psychologów uprawnionych do wykonywania zawodu. Hmm…skoro gro absolwentów psychologii nie znajdzie pracy w zawodzie (zwłaszcza dzięki tym ogólnodostępnym i szeroko reklamowanym tabletkom szczęścia) to może najwyższa pora popracować nad nauką języków w czasie studiów i eksportować ich do Chin? I na Litwę, gdzie ilość samobójstw jest zatrważająca.

Czytałem za to bloga jakiegoś Amerykanina, który przyjechał do Chin, jako niepijący alkoholik, i ponownie zaczął pić. Bo alkohol był na każdym rogu. Tutaj naprawdę łatwo wpaść w alkoholizm. Piwo za niecałe 2 RMB, najtańszy destylat w cenie piwa (100ml). Tutaj nawet nie ma sensu produkować wina marki wino, bo po co skoro za ~30 RMB kupisz 5 litrów destylatu które Cię sponiewiera. Nie kupiłbym tego nawet żeby zmywać farbę prawdę mówiąc, ale skoro zostało dopuszczone do sprzedaży to jakieś normy spełnia. No i weź tu poskrom swe żądze. W kraju gdzie jak Ci będzie głupio kupować ciągle w tym samym sklepie skręcisz za róg i kupisz w drugim, albo i trzecim. Dla takich osób to musi być prawdziwe piekło.

Japończycy, zresztą Chińczycy też, mają prawdziwego jobla na punkcie jedzenia. Przez kilka lat tłumaczyłem, z angielskiego oczywiście, blog japońskiego twórcy gier (prawdziwego geniusza, którego dzieła wykraczają poza ramy narzucane przez słowo ‘gra’, człowieka który poszedł nie krok, ale dwa kroki dalej, był jednym z tych którzy zmienili branżę gier i chociaż ostatnio mój entuzjazm w stosunku do gier osłabł to jednak Hideo Kojima jest jednostką wybitną i to nie tylko jako producent/scenarzysta/reżyser) i nie dość że wrzucał świetne zdjęcia z restauracji to jeszcze opisywał jedzenie na tyle dobrze że czuło się iż to dla niego coś więcej. A może po prostu trafił na dobrego tłumacza ;) Ja się nie rozpisuję ostatnio bo stołówkowe jedzenie jest dosyć wtórne. Aczkolwiek! Jest dobre, dobrze przyprawione i można sobie je urozmaicić dokładając sosu na ostro, albo mieszając potrawy. I to wszystko biorąc pod uwagę, że gotują dla kilku tysięcy ludzi.

A co zrobię po powrocie? Kurczę…strasznie dużo ostatnio (czyli ostatnie dwie notki) piszę o powrocie, a przecież mam jeszcze tutaj dwa miesiące i tydzień do spędzenia. Więc nie ma co o tym rozmyślać. No dobrze…przyznam się, dzisiaj powiedziałem że chcę zostać na kolejny semestr, na razie droga mailową, a w przyszłym tygodniu przyjdzie mi zadzwonić. Także gdy wrócę…to po paru tygodniach wylatuję z powrotem. W ogóle to jestem bardzo zaskoczony że to już 71 dzień (oczywiście że liczę, jak się ma wizę na 180 dni to warto wiedzieć kiedy się zbliża koniec) a ja ciągle piszę. I chociaż niektóre notki są krótsze i słabsze, to jednak zawsze znajdzie się coś do napisania. Naprawdę bardzo się z tego cieszę.

To teraz do…dzisiaj.
Wstałem wyjątkowo późno. O 721. Pierwszy raz od…bardzo dawna wstałem po 630. Zjadłem śniadanie, poćwiczyłem wymowę, spojrzałem na prognozę pogody (okazało się że nie będzie padać), przebrałem się i poszedłem. Postawili nowy budynek przy sklepie, ciekawe co to…w sumie, najbliższy posterunek policji jest ~300 metrów stąd a potem pustynia, ale to pewnie będzie coś innego.
Pobiegłem do szkoły. Trochę pokropiło, ale żaden to deszcz. Na bieżni biega się zupełnie inaczej, wręcz fruwa, pisałem już o tym, więc nie będę przynudzać…Wszystkie trzyminutówki wyszły w tempie <4:47, a ostatnia w 4:28, czyli fajnie. Gryzłem się czy robić tę 7 czy zostać przy 6, ale stwierdziłem że skoro za tydzień chcę zrobić piramidkę do 5’ a jak nie zrobię 7 to skończę bieg w mniej niż godzinę, to dokręcę tę siódma trójkę. Dokręciłem. Uczniowie, w przerwie między egzaminami, dopingowali, mówili że wyglądam ‘cool’, więc banan na pysku i do boju. Trzeba wydłużać czas wysiłku bo jak ja mam wrócić do formy, biegając same minutówki?
Koniec, nie będę Was tu zanudzał bieganiem (aż do niedzieli), za to wrzucę tekst który napisałem jakiś czas temu, paru osobom się spodobał, a tyczy się on mojego pierwszego maratonu. Gdzieś w domu na dysku mam zapiski z mojego pierwszego i drugiego roku startów. Z trzeciego też, ale ucina się gdzieś w połowie.

A po biegu do domu, umyć się i…zjeść olbrzymią gruszkę. Naprawdę olbrzymią, ledwo mi się w dłoni mieściła, a to coś znaczy. Potem pora przygotować obiad, czyli bób (czemu w Polsce nie ma bobu przygotowywanego w ten sposób?), orzeszki, surimi, jajko i pomidor. No i oczywiście papryka. Jestem z siebie bardzo, ale to bardzo zadowolony. Mistrzem patelni nie zostanę, boję się tutejszych przypraw, ale z tą papryką to był strzał w dziesiątkę, bo nadaje jedzeniu zupełnie inny smak i od razu czuć że jest ‘hen la’.

W ogóle to zdałem sobie sprawę, że pomijam zupełnie fakt rozmów z rodzicami. A przecież z mamą rozmawiam codziennie. Albo w przerwie między zajęciami albo po obiedzie. Dzwonię wcześniej niż budzik ;)

Postanowiłem sobie trochę dzisiaj pochodzić, otarłem się o kilka sklepów ale kupiłem jedynie lizaka i trzy napoje w saszetkach. Na razie wypiłem ten pomarańczowawy.

Zauważyłem tę dziewczynę z kapturem na głowie siedzącą nad rzeką. Komórka odstawiona na bok i tak sobie siedziała i patrzyła. Jesienne rozmyślania widać dotykają wszystkich niezależnie od kraju. Naprawdę zaimponowało mi to że odłożyła komórkę. Może chciała ją wyrzucić bo ją zirytowała, albo zirytował ktoś kto dzwonił, ale w ostatniej chwili się powstrzymała i odłożyła? A może nie chciała żeby jej przeszkadzała gdy spoglądała na spokojną rzekę? W końcu jeżeli coś uwiera w kieszeni to ciężko się skupić na czymś innym.

A teraz siedzę i czekam aż wybije 19 by ubrać spodnie i pójść kupić owoce od obwoźnego sprzedawcy owoców. Tylko co zrobić jeżeli on zawiedzie? Pójdę na wieczorny spacer na ulicę  obwoźnych sklepikarzy i kupię gruszki, jabłka i mandarynki.

I wróciłem. Nie musiałem iść na ulicę obwoźnych sklepikarzy. Gdy wyszedłem mój Sprzedawca dopiero się rozkładał więc poszedłem do sklepu, kupiłem pomidory, ogórki i marchewki. Wyszedłem i kupiłem mnóstwo mandarynek, gruszki, jabłka i…pitaję.

A dzisiejszy bieg wyglądał o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/tNW2wxPcVzQ

A spacer o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/lIvpkshgIrI

Czwartek

Adam! Do patelni się przymierzam, ale z drugiej strony – ja gotuję dla siebie powiedzmy cztery potrawy w tygodniu i nie jest mi potrzebna aż tak bardzo, ale pooglądać sobie mogę.
Te grzejniki oglądam z ciekawości bo przecież klimę mam, ich mnogość tylko utwierdza mnie w przekonaniu że nie tylko moje mieszkanie jest zimne jak jasna cholera.
A mamę wkurzam mandarynkami bo takich w domu nie ma. Ja za to nie mam kawy i się wyrównuje :)

Poszedłem biegać. W czwartek! Poszedłem biegać w czwartek! W gruncie rzeczy mógłbym biegać co czwartek…Wychodziłbym o 13, wracał trochę po 14, i na ostatnie trzy godzinki do pracy…Mógłbym, nie robię tego bo to trochę kuszenie losu. W sumie to mógłbym dodać czwarty dzień w sobotę, albo w poniedziałek popołudniu. Na upartego mógłbym…dość! Trzy razy w tygodniu wystarczy, jak będzie potrzeba to się zastanowię nad sobotą, ale nie ma co szaleć. Muszę to swoje uzależnienie kontrolować.
No to poszedłem…musiałem odpowiednio dobrać ubranie (czytaj ubrać się trochę chłodniej, bo nie mam pojęcia jak to jest ze schnięciem tych ubrań), wziąłem rękawiczki (bardzo dobra decyzja) i pobiegłem. Na początku trochę wiało, ale co to dla mnie. Pokrążyłem trochę po centrum, czyli taka typowo wtorkowa trasa z kilkoma udziwnieniami typu powtórki, powroty, zmiany ulic, ale zgubić się? To praktycznie niemożliwe. Te ulice są znajome. Nie jestem jeszcze jak Vimes i nie poznaję ulic po rodzaju nawierzchni, ale poznaję po budynkach. Biegło się bardzo przyjemnie, temperatura odpowiednia, prędkość w porządku, w końcu to tylko przyjemna przebieżka. I już takie 12 kilosków to nie problem. Takie moje małe zwycięstwo :) I uśmiech na gębie na cały dzień.

Na obiad poszedłem do szkoły i znowu byłem pierwszy, więc mogłem sobie powybierać :) No i rzecz jasna jedzenie było super. A po obiedzie doładowałem swoją szkolną kartę o kolejne 100 RMB i mam teraz  ~160 RMB. No to teraz jest naprawdę, naprawdę w porządku jeżeli chodzi o kasę na karcie.

A skoro miałem trochę czasu zrobiłem kilka zdjęć bieżni, która czeka mnie jutro. Już się nie mogę doczekać, tylko padać ma jutro, a interwałów w deszczu nie lubię…Cóż…nic z tym nie zrobię więc muszę sobie jakoś poradzić. I tak mnie kusi by zrobić 7-8×3’ a nie 6×3’, by jeszcze skrócić przerwy…Zawsze jak mam za dużo czasu wolnego to myślę o bieganiu. Tylko muszę się trochę przyhamować, jest w końcu dopiero listopad a ja już mam się rozpędzać i wydłużać biegi? Jeszcze nie…spokojnie…a zresztą, jak będę się dobrze czuł jutro to czemu nie :)

Następnie ruszyłem w stronę ulicy odwiedzanej we wtorek i zakupiłem cztery…cosie…jak dla mnie to jest to ciasto wylane na olej. Świetne na gorąco, nietakświetne na zimno. Lidia mówi, że to specjalność z jej miasta i praktycznie nie można tego dostać nigdzie indziej. Hmm…hmm…z drugiej strony Lidia mieszka tu półtorej roku i nie zna niektórych ulic. Ani kodu pocztowego…a to już jest dziwne.

Ach…kupiłem też słonecznik. Bo tak przejeźdzałem i widzę, że jest kilka worków to się zatrzymałem i wszystkie worki były ze słonecznikiem. Nie za bardzo wiedziałem który wybrać, ale zasugerowano mi jakiś, okazał się słodki, to go wziąłem. Tak z pół kilo. I chyba tylko tak będę kupować słonecznik bo wyszło tanio i smacznie. Tylko jak ja spamiętam które nasiona już kosztowałem, a które jeszcze nie?

I naprawdę słonecznik był pycha. Pożarłem też CCLKA, które okazało się melonem.

Kolacja to zgodnie z obietnicą tofu, do tego papryczki (wrzuciłem 4, trzeba wrzucić więcej) i pomidor. Szybko i smacznie. Idealna odmiana od stołówkowego jedzenia. Następne dwie kolacje także pochłonę w domu, dopiero niedzielna będzie w szkolnej stołówce. Z obiadami jeszcze się zastanawiam, sobotni raczej w szkole, a jutrzejszy i niedzielny? Wszystko zależy od tego jak pójdzie z treningami. Bo nie chcę skracać dystansu tylko po to by zjeść w szkole. A tego się trochę boję gdy myślę o piątkowych treningach…ale przecież w piątki też mogę jeść w domu.

Pół notki o bieganiu, ale musicie mi wybaczyć. Naprawdę brakuje mi takiego porządnego biegania, tylko z drugiej strony pod koniec sierpnia wyłem z bólu na treningach, a teraz jest wszystko w porządku. Widać byłem mocno przeciążony. Także jest dobrze.

Jest nawet bardzo dobrze, rozpisałem plany zajęć aż do ostatniego tygodnia grudnia. Na ten tydzień chcę przygotować coś świątecznego i końcoworocznego.  Ale mam jeszcze mnóstwo czasu, także spokojnie przygotuję coś fajnego. A potem tylko 3 tygodnie w styczniu…pewnie nawet nie bo trzeba doliczyć egzaminy semestralne…i wracam do Domu…

Pokręcona trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/ldOBS0WI214

Poniedziałek

ASC, od teraz będę Ci odpowiadał na blogu ;)
I dziękuję za komentarz, aż się muszę odnieść (do niego, nie na miejsce).

Jak robiłem rozeznanie to wszyscy są bardzo praktyczni jeżeli chodzi o przyszłość. Muzykiem rockowym? ASC proszę…tutaj nawet chłopaki proszą o Biebera. A mi się serce kroi, że nie mogę im puścić czegoś typowo rockowego. Tylko tak uczciwie to oni mają te 14-15 lat, więc z jednej strony będą mówić o czymś ambitnym jak nauczyciel (bardzo dobry zawód w Chinach), pracownik socjalny (bardzo dobry zawód w Chinach), lekarz (nie aż tak dobry zawód w Chinach) i tak dalej. A z drugiej to to jest coś co powiedzą mi. A jaka jest prawda? Ja mając 14 lat chciałem studiować historię. I co?
Tutaj jest olbrzymia konkurencja, dlatego oni muszą od małego tak zapierdzielać, bo jeżeli nie będą zapierdzielać to nie znajdą dobrej pracy, nie pomogą rodzinie i wstyd będzie…

Powiem Ci tak, bo zdziwiło mnie to okropnie, ale tak zdziwiło że aż ukłuło. Byłem na tym spacerze z uczniami i ta uczennica (którą Ruby określiła jako zawsze najlepszą, więc pewnie tak jest) stwierdziła że ona chce być nauczycielką. Najlepiej małych dzieci. I ta mnie to ukłuło, że jak to…najlepsza uczennica chce być przedszkolanką? Absolutnie nic nie mam do przedszkolanek, wręcz przeciwnie szanuję je niezwykle bo ja bym z dzieciakami nie wytrzymał. Tylko w moim odczuciu to nie jest praca o której marzą najlepsi uczniowie.  Poza tym bardzo się żaliła, że chce coś zmienić w swoim życiu bo nie ma hobby i chce coś robić. Także z jednej strony jest ta ogromna presja otoczenia by zapierdzielać, a z drugiej taki wewnętrzny pociąg do robienia czegoś co się pragnie, co daje przyjemność.

Ostatnio poprawiałem CV i list od przyszłej doktorantki na Beijing Institute of Technology, która była niesamowita. Naprawdę niesamowita. Najlepsze wyniki na studiach, stypendia Państwowe, granty na badania i…uważaj ASC…gotowy? Siódme miejsce w ogólnokrajowym (ponad 500k zgłoszeń) konkursie na opowiadanie! Nie dość, że umysł ścisły to jeszcze utalentowana pisarka.

Tak pytasz o tę poezję – to jest temat, który tutaj przewija się bardzo często w końcu Chiny wydały na świat wielu wspaniałych poetów. No bo nie oszukujmy się ale jak w Chinach tworzono poezję to my…hmm…nas to w ogóle nie było bo to wiek XI p.n.e.  Głównie czytają wiersze klasyków (czyli od II do X wieku). Ciężko doszukać się jakichś polskich tłumaczeń, więc z przykrością ich nie wrzucam.
Pisarstwo? Jasne, mam co najmniej dwie uczennice które chcą zostać pisarkami, z czego jedna ma już na koncie trzydziestostronicową nowelkę.

Chodzą ze sobą. Może nie widać tego w szkole, ale gdy się ich podpyta to dziewczyny mają chłopaków a chłopaki mają dziewczyny. Nie wszyscy, ale jednak jakiś tam procent ma. Na pewno więcej z nich ma parę niż okulary.

Przypuszczam, że jest tak jak mówisz że Ci kończący edukację na poziomie obowiązkowym idą do fabryk i może gdzieś na budowę. Aczkolwiek jak spoglądam na te budowy to nie widzę tam nikogo młodego z twarzy. Wszyscy tak pod 40 i zmęczeni życiem. Zaskakująca jest ilość kobiet na tych budowach. Jeżeli o to chodzi to feministki z całego świata powinny zjechać się do Chin,  bo tutaj kobiety pracują przy budowaniu dróg, budowaniu domów, zasypywaniu dziur w drogach, oraz przy praktycznie wszystkim innym. Z drugiej strony z kolei – nie ma tutaj ani jednego nauczyciela angielskiego. Same nauczycielki ;)

Nie wiem czy to kwestia wykształcenia, może, ale też kwestia pokoleniowa. Kulturowo jest przyjęte że ludzie w pewnym wieku mają się ubierać tak a nie inaczej. I na przykład jeżeli przypominasz /cie sobie zdjęcie dziadka Lidii (taki sympatycznie wyglądający starszy Pan w białej koszuli) to okaże się, że Lidia nie jest z niego zadowolona bo on nie ubiera się adekwatnie do wieku, tylko tak jakby miał lat 40-50.

Inna sprawa, o której wyczytałem, to to że tutaj kobiety mają ogromne parcie na to by wyjść za mąż przed 28 rokiem życia. Potem są określane mianem ‘straconych’. Bardzo źle odbierane są w Chinach kobiety które zamiast znaleźć męża zostają na uniwersytecie i dalej się edukują. Także jeżeli chodzi o równouprawnienie w pracy fizycznej to jak najbardziej, ale poza tym to ‘baby do garów’.

A teraz już o poniedziałku :)

Zostałem pomiziany po brodzie. Bo dziewczyna chciała ją dotknąć i powiedziała, że jest bardzo ciepła. Jakby nie była ciepła to bym jej nie zapuszczał co roku. I powiedziała też, że ‘chciałabym zjeść ciastko na Pana weselu’. Także nie pozostaje mi nic innego jak znaleźć żonę w Chinach ;)

Dostałem też ciasteczko chińskie. Naprawdę jestem tutaj rozpieszczany.

Lunch to standardowo jedynka, ale tak myślę że jutro pora pójść gdzieś indziej bo ciągle to samo i to samo. Trzeba trochę zmienić otoczenie.

Zajęcia poszły bezproblemowo, a spodziewałem się problemów, także tutaj wielki plus.

Po zajęciach dowiedziałem się od Lidii, że:
– nie zapłaciła za prąd i nam odcięli
– ale już zapłaciła i mamy z powrotem
– zamknęła swoje klucze w domu i musiała zapłacić 80 RMB za otwarcie drzwi

Na kolację nie poszedłem do stołówki tylko poszliśmy z Lidią na barbecue objezdne. Zamówiliśmy, odstaliśmy i rozjechaliśmy się. Zjadłem w domu rezygnując z naleśnika. Nie mogę sobie pozwolić na to by jutro cierpieć. Czyli kolacja wyszła mnie 4.5 RMB i była bardzo ostra.

Na minus za to pogoda, która strasznie się popsuła i jest już zimno. Lidia mówi, że to już praktycznie zima. No dobrze, zima. Na szczęście udało mi się opanować klimatyzację w pokoju i wiem jak włączyć ogrzewanie (chociaż czasem się nie włączy). Także zamarznąć pewnie nie zamarznę. Z resztą i tak większość dnia siedzę w szkole, więc co to za problem.

Także z dzisiejszego dnia wieści mało, za to jeszcze raz dziękuję Adamowi za komentarz. Mam nadzieję, że te nasze internetowe dysputy sprawiają Ci tyle frajdy co mnie. A rozmawiałem dzisiaj z dzieciakami i im naprawdę zależy na tym żeby być z kimś, tylko regulamin szkoły nie pozwala. Autentyk. Jest to zabronione. Jak tylko będzie okazja pogadam z Lidią i się wypytam jak to tak ogólnie wygląda.