Powrót do Jiawang

Jeszcze nie wróciłem, spokojnie. Pociąg mam o 14:17, ale obiecałem Tracy że już nigdzie nie pójdę, więc nie pójdę…Kurczę, nie sądziłem że to napiszę ale chyba obudziły mnie sroki. W Jiawang nie ma srok, ale są w Pekinie. Trochę na opak.

IMG_0664

W każdym razie, właśnie wgrywają się zdjęcia. Minus wariuje, ale w końcu udało się go przekonać do współpracy i to nawet dobrze bo imgur nie chce zrobić mi galerii. Nie to nie, łaski bez.
(Przypuszczam że nie wiecie co to za syreny wyją w Pekinie właśnie teraz, co?)
Mam nadzieję że te wczorajsze fajerwerki wyszły na zdjęciach w miarę sensownie, bo niektóre wyglądały super, ale tak między Bogiem a prawdą to Chiny w dzień obchodów Nowego Roku muszą być niesamowicie męczące dla uszu. Jeżeli cztery dni po praktycznie na każdym rogu spotyka się ludzi odpalających petardy…chociaż z drugiej strony, wikipedia mówi o kilkunastu dniach obchodów. A w sumie to po co miałaby kłamać?

Rany jak się ten Chilijczyk nazywa…mówił wczoraj że pracuje w takiej wiosce o wdzięcznej nazwie Ganyu, godzinę drogi od Lianyungang, w prowincji Jiangsu. Czyli taka sama wioska jak Jiawang, z tą różnicą że nad morzem! A z Lianyungang można dojechać do Europy pociągiem…
Samo miasteczko wygląda uroczo na zdjęciach i mają górę o wdzięcznej nazwie ‘Góra antyjapońska’, zresztą Jiawang na tych zdjęciach rządowych wygląda jeszcze lepiej. Ha! I w końcu się doszukałem oficjalnej informacji o zaludnieniu – 59k (Dane z 2008) i 80 km kw. Mówiłem że wioska.

Zdjęcia właśnie się wgrały.

Luis! Tak się ten Chilijczyk nazywa. Poszliśmy na lunch i uświadomiłem sobie że wczoraj jedliśmy kaczkę po pekińsku. A ja myślałem  że to jakieś inne mięso. Także: kaczka po pekińsku w Pekinie – zaliczone.

IMG_0667

Dzisiaj na wczesny lunch zjedliśmy kurczaka  kung bao, zupę pomidorową z wołowiną, wołowinę z cebulą i wyjątkowo mało warzyw. Aż zdumiewające.

A potem Tracy i Qinwan (pewnie to zmasakrowałem, ale że Ona ze swojego angielskiego imienia nie korzysta zbyt często to lepiej niech zostanie tak jak jest) odwiozły mnie na dworzec, po drodze sprytnie pozbywając się Luisa. A może faktycznie były przekonane że będą korki i dojazd do dworca zajmie nam dwie godziny a nie 40 minut? No właśnie, Pekin był pusty na drogach, gro sklepów pozamykanych, wszystko z powodu Nowego Roku. Do pracy wszyscy wracają dopiero jutro.

IMG_0678
A to dopiero początek. Oni zaraz ruszą by się wpychać łokciami chociaż miejsca i tak są numerowane.

Pożegnaliśmy się więc na dworcu, dałem dziewczynom bombonierkę (której word nie podkreśla, ale podkreśla bombona), a Tracy herbatę. Mam nadzieję że wytrzyma w tej pracy, ale lekko nie będzie miała. W Pekinie na dworcu rozdają darmową butelkowaną wodę. Bo w końcu ludzie spędzają na dworcu dużo czasu i Im się należy. A w pociągach każdy może sobie nalać wrzątku. Za to pluskiew w przedziałach pierwszej klasy na pewno nie mają!

IMG_0695
Te 300 km/h jeszcze kogoś rusza? W Japonii pomykają jeszcze szybciej.

3 godziny w pociągu, a potem wyjście na dworzec w Xuzhou spojrzenie w niebo i człowiek już wie że opuścił czysty Śląsk.

IMG_0703

Poturlałem się do przystanku autobusowego i zobaczyłem autobus linii 26 który dojeżdża do Jiawang i staje pod szkołą w której uczył Damon, ale nie byłem w nastroju do takich eksperymentów więc wziąłem taksówkę, która wyszła mnie 25 RMB. A była licencjonowana. 7 RMB za pierwsze 3 kilometry i 1,6 za każdy kolejny ale nabija 0,8 co pół kilometra. Panu Taksówkarzowi pokazałem zdjęcie dworca i dowiózł mnie do samego wejścia głównego. Potem wystarczyło tylko przejść parę metrów do dworca autobusowego i poczekać na pustego busa z numer 25 i już w drodze do chińskiego domu. Sklepy pozamykane, ale Pan Obwoźny stoi, Panowie Strażnicy pomachali mi, a w sklepie patrzyli na mnie z niedowierzaniem bo przecież twarz mi się zaokrągliła. Chociaż to dziwne bo przecież Oni akurat to widzieli. Wszystkim opowiedziałem że byłem w Pekinie. Na wiele więcej mój chiński mi nie pozwolił.

Także witamy w Jiawang, nie spodziewajcie się takiego wysypu zdjęć jak przez ostatnie dwa dni.
Plan na jutro to udać się na posterunek policji, zalegalizować się i zrobić zakupy. Ciekawe czy przybiją mi jakąś metkę legalizacyjną.
W galerii jest też zdjęcie czaski i chyba rozwiałem już wszystkie złudzenia.

Świątynia Nieba

Rany…Nowy Rok był cztery dni temu a tutaj dalej nie można się porządnie wyspać bo walą tymi petardami bez opamiętania. W sumie to nawet lepiej bo i tak spałem 11 godzin. I spałbym dalej, w końcu ciało myśli że poszliśmy spać o 13. No właśnie, o 13. Ledwo co zacząłem czytać o tym gdzie iść dzisiaj a zasnąłem. Także zaraz przyjdzie mi znowu zabrać się za czytanie i szukanie czegoś…A raczej wybrania jednej rzeczy bo Pekin jest najzwyczajniej w świecie za duży by mieć problemy ze znalezieniem czegokolwiek.

Wybór padł na Świątynię Nieba, wpisaną na listę UNESCO kiedyśtam (co Wam tu będę wikipedię przepisywał) będącą świątynią taoistyczną zanim jeszcze powstał Taoizm (czyli funkcjonowała sobie świątynia a potem ją zaadaptowano do celów taoistycznych), czyli coś w sam raz dla mnie. A żeby się tam dostać musiałem podjechać metrem ze ‘swojej’ stacji, przesiąść się na linię 1 na stacji Sihui, następnie przesiąść się na linię 5 na stacji Dongdan i jadać w kierunku Songjiazhuang wysiąść na Tiantandongmen (czyli na czymś z niebem i jakiejś bramie bo men to brama, między innymi, a tian to niebo). I potem patrząc na zdjęcia satelitarne google’a miałem oddalać się od drugiego białego budynku (bo wysiądę przy jednym) i w po kilkuset metrach doszedłbym do bramy. Jednej z kilku. No to ruszyłem, z przesiadkami nie było problemów. Metro jest zorganizowane naprawdę dobrze. Nie wiem czy pisałem o tym wczoraj, ale dostajemy komunikaty po angielsku że jesteśmy w takiej i takiej linii, jedziemy w taką stronę, nasz następny przystanek to, oraz że już na nim jesteśmy. Co więcej: nad drzwiami wyświetlone są wszystkie przystanki tej konkretnej linii, a jak już jesteśmy kompletnie roztrzepani (jak mój owczarek) to mamy napisy w wagonie po angielsku, oraz na wszystkich głównych liniach (czyli nie dojazdowych) nad drzwiami mamy trasę metra oraz lampki mrugające sygnalizujące gdzie jesteśmy, oraz gdzie jedziemy. Nie wiem jak tu było przed IO, ale wypada mi cieszyć się że przykulałem się właśnie po nich.

Także dokulałem się do Tiantandongmen i ruszyłem w jedną stronę pomimo Pewnej Pani mówiącej że park jest w drugą, ‘O nie Droga Pani, ja się nie dam oszukać, muszę znaleźć duży biały budynek.’ Nie znalazłem, ale znalazłem autobus linii 6.

IMG_0381
Wiedziałem że 6 to jedna z tych krajobrazowych, ale żeby jechała aż do Pekinu?

Rada praktyczna#1 Nie ufajcie ani zdjęciom satelitarnym google maps, ani tym bardziej mapom. Nawet bym radził bardziej ufać zdjęciom z satelity niż mapom, ale życiem nie ryzykujcie.

Zawróciłem więc i co się okazało? Wschodnia brama do parku Świątyni Nieba znajduje się 5 metrów za stacją metra.  I teraz tak: wejście do parku jest płatne – 10 RMB i pozwala nam obejrzeć piękne drzewa i cudowne ogrody (jeżeli wierzyć zdjęciom i przewodnikom bo w zimę tego się nie uświadczy). Za 30 RMB otrzymujemy bilet pozwalający nam wejść do wszystkich świątyń, oraz na ‘okrągły ołtarz nieba’ (polskie nazwy będę wrzucał w oparciu o przewodnik National Geographic). I to niby byłoby wszystko, ale żeby wbić  ‘Pawilonu postu’, oraz ‘cesarskiego urzędu muzycznego trzeba dopłacić 10 RMB (o czym wyżej wspomniany przewodnik nie wspomina), także lepiej się wykosztować bo w innym wypadku należy traktować te 10 RMB jako opłatę za wejście do parku.
Druga sprawa praktyczna, o której się nie doczytałem to przemarsz cesarskiego pochodu, który odbywa się co kilka godzin. Przypuszczam że trzy razy, bo dwa razy widziałem, a jeszcze było dość czasu by ten trzeci zmieścić. Dlaczego o tym wspominam? Bo przejście przez park jest wtedy bardzo, ale to bardzo utrudnione. Trzeba albo się uśmiechać do strażników, albo przechodzić  tak by nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Część pochodu jest dostępna nawet dla tych którzy kupili bilet za 10 RMB, ale reszta odbywa się już na terenie świątyni.

IMG_0398
Hej, zapłaćmy dzisiaj po 10 RMB żeby sobie pograć w szachy w spokoju.

Jeżeli chcecie zrobić zdjęcie pawilonowi modłów o pomyślny rok, to nie ma problemu, ale jeżeli chcecie zrobić zdjęcie środka budynku to zapomnijcie, chyba że chcecie przepychać się przez tłum ludzi z nadzieją że uda się zrobić dobre zdjęcie. Nie, nie uda się, zapomnijcie o tym i nacieszcie oczy tym co macie w internecie.

IMG_0413

Znowu krążyłem, krążyłem i w samym parku nachodziłem z 12 kilometrów. A i tak będę próbował wrócić w lato żeby zobaczyć ogród róż. Mam co prawda niesamowity kilometr od domu (do bramy ZOO kilometr, do pelikanów dwa, a potem to jakoś już leci), ale fajnie byłoby zobaczyć jak sobie radzą z różami w innych krajach.

Oglądajcie te dachy bo to coś niesamowitego, te zdobienia niby typowe dla świątyń taoistycznych (niby bo na świątyni buddyjskiej też widziałem). Ach…niektóre zdjęcia mają bardzo żywe barwy, nie chciałbym żebyście myśleli że tak to wygląda w rzeczywistości (bo nie wygląda), chciałem tylko zobaczyć jak to ustawienie sprawdza się na zdjęciach i sprawdza się całkiem nieźle. Czyli jak będę chciał Was oszukać i pokazać że Chiny wcale nie są takie szare jakie są (no bo są, nie tak jak Sosnowiec, ale jednak…) to wiem jak.

IMG_0451
’Takie tam w Chinach’ – opis każdego zdjęcia aż do lipca.

I tak sobie chodziłem, zwiedzałem, ludzie niezwykle uprzejmi – nie wchodzili w kadr, ba gdy robiłem zdjęcia bramie to nawet przesunęli się i czekali aż skończę. No Chiny. Tylko taka mentalność wyłącza się natychmiast gdy pojawia się kilkanaście osób. Wtedy zaczyna się wchodzenie w kadr, przepychanie i BRAK KOLEJEK! A że zrobiłem zdjęcia pokazujące ile tam jest ludzi to rozumiecie że lekko czasami nie ma. Także chińczyków należy izolować i załatwiać pojedynczo.

IMG_0479
Chiński mur

Nie będę tutaj pisał o świątyni bo całą historię i opisy znajdziecie bez problemu w internecie, odpowiem tylko na jedno pytanie ‘Czy warto?’:
– Jak najbardziej, ale raczej w lato gdy cały ten park żyje i jest pełen zieleni. Sama świątynia jest bez dwóch zdań warta zobaczenia, te dachy i kolory są niesamowite. Z jednej strony ostatnia renowacja miała miejsce przed IO, ale warto byłoby znowu w nią zainwestować i przy takiej ilości personelu oddelegować kogoś do odkurzenia eksponatów bo to trochę wstyd by w gablotach pokazywać kurz a pod nim coś.

IMG_0584

Warto również dla tego pochodu bo fajnie tak popatrzeć ze świadomością że przez setki lat nikt nie mógł tego oglądać.

Ach…jeżeli widząc ‘seven meteors’ spodziewacie się siedmiu meteorów, to zapomnijcie. To nic więcej jak siedem głazów symbolizujących 7 głównych narodów w Chinach (teraz to byśmy powiedzieli mniejszości narodowych), a po podbiciu Chin (NIE! Zjednoczeniu pod nowym cesarzem!) przez dynastię Qing  (z Mandżurii) postawiono gdzieś ósmy symbolizujący że Mandżurowie także są częścią Chin.  Tyle lekcji historii na dzisiaj.

Wracając do hotelu napotkałem obwoźnego sprzedawcę czegoś co reklamował jako pizza, a oczywiście nią nie było, ale było w miarę syte, więc nie było co narzekać. Pierwszy raz widziałem białych ludzi sprzedających cokolwiek w Chinach, a już w ogóle to sprzedających jedzenie. Kiedyś co prawda przeczytałem artykuł o białym facecie sprzedającym jedzenie w Pekinie (miał podobno taki elektryczny rower z bagażnikiem i własną piosenkę odgrywaną przez megafon (co akurat jest dość normalne)), ale to miał być jakiś rodzynek. A tutaj takie coś…Kiedy człowiek zaczyna myśleć że może odnajdzie sobie w Chinach własną niszę to dostaje taką oto wiadomość. Na tym rzecz jasna przygody nie mogą się skończyć. Wszedłem do metra i nie chciało mi skasować biletu. Ktoś z tłumu krzyknął żebym poszedł do biura co też zrobiłem, skasowało mi 2 RMB i mogłem wrócić do barierek. Dlaczego mi skasowało? Bo wyszedłem z metra nie płacąc. Myślałem że skasowała się moja karta, ale to jednak karta poprzednika. Widać zdarza się to całkiem często bo nikt nie robił problemów. Dojechałem do stacji przesiadkowej i co? Bójka w metrze! Aż wrzucę na youtube, bo mnie zaskoczyło. Także oto i mamy pierwsze rozładowanie agresji. A ochrona cośtam na początku próbowała zrobić, ale po chwili dali sobie spokój i pewnie na następnej stacji będzie już czekać policja.
Końcówka – http://youtu.be/uSXZBQJTxYY
‘Nagrywanie filmu po naciśnięciu jednego przycisku nigdy mi się nie przyda’

IMG_0637

Ach…Hobbit w Chinach już w następny piątek i całe metro pełne reklam.

Wróciłem do pokoju i po godzinie zadzwoniła Susan (teraz to i ja się gubię) i powiedziała że Tracy przyjedzie trochę później i żebym czekał w pokoju. No nie ma sprawy, dzisiaj i tak się już nigdzie nie ruszę.

Chciałbym jeszcze tylko nadmienić, że bardzo lubię swój nowy aparat bo dopiero w okolicach 500 zdjęć zaczął narzekać na baterie, a potem i tak zrobił jeszcze 100 i dalej trzyma.

I po kolacji z Susan, Tracy, tym Chilijczykiem którego imienia zapomniałem i przesympatyczną dziewczyną od spraw administracyjnych. Dla wszystkich zastanawiających się: w dalszym ciągu jestem wysoki, przystojny, biały a teraz doszło jeszcze ‘silny’. Zostaniemy jednak przy tych trzech pierwszych.

IMG_0662
Chilijczyk faktycznie nie robi najlepszego wrażenia, tak jak mówiła Jennifer, a Tracy bardzo, ale to bardzo ładnie próbuje Go nagiąć. Aż mi się uśmiech na twarzy robił bo próbowała naprawdę różnych chwytów. Zdjęcia z kolacji jakie są każdy widzi. Polecam również obadać panoramki bo robię je komórką i nie wiem czy jest sens się z nimi bawić. Po prostu netbook sobie z nimi radzi. Wiecie na co narzekają nauczyciele  angielskiego w Chinach? Mój obecny numer jeden – muszę pisać kredą. Oj rety.

Widzę że galeria na minusie nie działa, więc chyba przyjdzie Wam poczekać na zdjęcia.

Zapomniałem

Kabla USB -> Mini USB, który jest mi potrzebny tylko i wyłącznie do jednego urządzenia. Wiecie jakiego? Mojego Garminka. Poobijanego, porysowanego Garminka. Kiepsko przypomnieć sobie takie coś na lotnisku we Frankfurcie i pewnie niektórzy odczytaliby to jako zły omen. Dla mnie to jednak znak by do biegania w tym półroczu podchodzić bez zbędnej spiny, oraz by w Jiawang w końcu odwiedzić sklep komputerowy i spróbować dogadać się na migi ze sprzedawcą. Zawsze lubię myśleć że ludzie pracujący w sklepach komputerowych legitymują się chociaż podstawową znajomością angielskiego, w końcu angielski jest wszechobecny w tej dziedzinie naszego życia. A jeżeli się nie dogadam pisząc USB->Mini USB to pokażę wejście w tej kołysce do Garminka (której nie zapomniałem) i końcówkę USB z kabla USB->Micro USB. Jeżeli to nie zadziała w Jiawang to zawsze pozostaje mi wizyta w Xuzhou. Bo chociaż do biegania Garminek aż tak potrzebny mi nie będzie (~2,2km do bieżni w szkole, a każde okrążenie po torze zewnętrznym to ~450m) to jednak do chodzenia chciałbym go używać.  W końcu bardzo pomógł mi poznać Jiawang w poprzednim semestrze.

IMG_0066

A to lotnisko we Frankfurcie jest olbrzymie, naprawdę olbrzymie, ma tylko jeden poważny minus, nie ma tutaj darmowych napojów które były w Monachium. I ciocia miała rację, Frankfurt to chyba największy hub przesiadkowy do Azji.
Kolejnej notki wyczekujcie jutro. To jest w końcu Dzień 0, a od jutra wszystko powinno wrócić do normy, czyli wieczorami, czasu polskiego, możecie zaglądać i powinno być coś do czytania. Jeszcze tak z ‘ogłoszeń parafialnych’ : zmieniłem adres galerii, także teraz nie będą wyświetlać się wszystkie zdjęcia na jednej stronie a katalogi z poszczególnymi dniami. Mam nadzieję że ułatwi Wam to trochę nawigację.

IMG_0068

No dobrze, w teorii kabel USB->Mini USB jest mi także potrzebny do zrzucania zdjęć z aparatu. W teorii, bo na szczęście netbook ma wbudowany czytnik kart SD. Nie sądziłem że będzie mi kiedykolwiek potrzebny, a jednak. Czasem rzeczy które wydają się nam zupełnie nie potrzebne okazują się całkiem przydatne.

IMG_0071

Ach…dla wszystkich zainteresowanych – uratowałem galaktykę, ale im dłużej nad tym myślę tym bardziej zastanawiam się czy było warto. Z jednej strony na pewno, w końcu galaktyka została ocalona, ale cena jaką przyszło zapłacić…to podobno jedno z siedmiu możliwych zakończeń, ale mówiąc zupełnie szczerze: nie wiem czy chcę zobaczyć inne. W dodatku moja postać musiała postąpić wbrew sobie bo gra się skończyła. Gra wymusiła na mnie wybór sprzeczny z sumieniem zarówno moim jak i sumieniem kierowanej przeze mnie postaci. Cały czas sumienie gracza i sumienie postaci się pokrywało, a nagle jak grom z jasnego nieba uderza mnie żądanie zrobienie czegoś nieoczekiwanego grożąc porażką. Jak gra w której cały czas wybieram czy chcę być dobry czy zły może w punkcie kulminacyjnym fabuły narzucić mi tylko jedną opcję? Dużo osób narzekało na zakończenie i podszedłem do niego bez żadnych oczekiwań, nie spodziewałem się że będzie dobra, ani że będzie złe. A mimo to się zawiodłem. Może podświadomie oczekiwałem czegoś kiepskiego, ale z pewnością nie czegoś takiego.

Bezsenność

Leżę w łóżku w hotelu w Pekinie. I po raz drugi z rzędu budzę się o 3 nad ranem. Minęło już pół roku odkąd wstawałem o trzeciej nad ranem i pewnie teraz powinienem mówić ‘trzecia w nocy’, ale jakoś nie potrafię się przestawić. Dla mnie będzie to jeszcze bardzo długo trzecia nad ranem.

Nie potrafiłem zasnąć wczoraj przed wyjazdem do Xuzhou. Wstałem o trzeciej i napisałem maila do znajomego. A teraz nie mogę bo internet mam tylko w kablu i musiałbym się ruszyć z łóżka.
W pokoju mam chyba 30 stopni i kaloryfera nie można przykręcić. Udało mi się złapać jakieś 5 godzin snu, ale pomimo tego dalej jestem zmęczony. Tylko co z tego że jestem zmęczony skoro nie potrafię zasnąć.
I wmawiam sobie że to nie jest reisefieber, ale chyba jednak jest. Chyba jednak stresuje mnie ten wylot. Im dłużej nad tym myślę tym mniej wiem i mniej rozumiem, ale z drugiej strony jest trzecia nad ranem a wtedy rzadko cokolwiek rozumiem.

Lubiłem wstawać w niedziele tak wcześnie. Jedną z naszych rodzinnych tradycji jest wspólne śniadanie w każdą niedzielę. A że rodzice wstają dopiero koło 7-8 to ja musiałem wstawać odpowiednio wcześniej jeżeli chciałem klepnąć te 30+. Nie lubię biegać w okolicach południa. A już bieganie w parku w okolicę południa to jest jedna z moich najmniej ulubionych biegowych czynności. Z reguły się wtedy nie biega a bardziej uprawia biegowy slalom, a nigdy tego nie lubiłem bo gdzieś tak w okolicach 30 kilometra naprawdę chcę być sam ze sobą.

Czasem widywałem w parku zające, czasem próbowały się ze mną ścigać, ale przecież nie mam z nimi najmniejszych szans. Raz wracając przez rosarium trafiłem na zamkniętą bramę z drugiej strony i musiałem się wracać. Zamiast 32 kilometrów wyszły 34. W następnym tygodniu gdy miałem już 34 kilometry w nogach i znowu brama była zamkniętą przeszedłem przez płot. Rozumiem że rosarium otwiera się dopiero o 9, ale skoro o 7 otworzyli już jedną bramę to mogli też otworzyć drugą.

W pół do czwartej. Jeszcze pół godziny i ‘Jest czwarta w nocy miasto śpi, dym unosi się nad Wisłą(…)’

Koniec

Tę notkę publikuję trochę wcześniej niż inne ale to dlatego że zakładam że po przyjeździe do Pekinu nie będę mieć ani siły ani ochoty walczyć o dostęp do internetu tylko od razu pójdę spać. Także dla mnie jest to ostatnia notka pisana i wrzucana w Chinach,

Zakończył się pierwszy rozdział mojej przygody z Chinami. Chciałbym teraz na początku zaznaczyć coś czego nie zaznaczyłem na początku tego bloga. Gdzieś tam o tym wspomniałem ale teraz chciałbym się rozpisać.
Chiny nigdy mnie fascynowały. Owszem przeczytałem o tym kraju trochę w paru książkach do historii, wiedziałem trochę o wojnach o opium, ale kultura była mi całkowicie obca. Znaczy obejrzałem parę filmów, chociaż najbardziej z kina ‘chińskiego’ lubię  filmy z Hong Kongu i to bardziej filmy akcji niż dramaty. Także kulturowo Chiny były dla mnie jedną wielką niewiadomą. Dalej są, ale już mniejszą. Głównym źródłem informacji był internet, który wielokrotnie mnie zawiódł, czy to w sprawach tak przyziemnych jak wymiana waluty czy też w tak istotnych jak nieprzychylność ludzi. Czytając to wszystko trzeba pamiętać że Chiny to blisko półtorej miliarda ludzi, więc spotka się tu zarówno tych dobrych jak i tych złych. Jak do tej pory miałem to szczęście że trafiałam na dobrych, więc poprzeczka jest ustawiona wysoko.
Język chiński nigdy mnie nie interesował. Z języków azjatyckich najpierw chciałem się nauczyć japońskiego, a potem koreańskiego (bo alfabet koreański jest prostszy a język brzmi przepięknie), gdybym miał wybrać trzeci to wybrałbym wietnamski. O chińskim nawet nie myślałem. A przez ostatnie dwa miesiące poświęcałem mu co najmniej godzinę dziennie i radzę sobie jak dziecko uczące się mówić.

Bez problemu mogę wybrać to co najbardziej zapamiętam z tych pierwszych kilku miesięcy – ludzi, a przede wszystkim Ich życzliwość. Bo z czymś takim nie spotkałem się jeszcze nigdy. Tyle uśmiechów i życzliwości nie widziałem nigdzie indziej.

Tęsknić nawet chyba nie zacznę, bonie będzie mnie tu raptem kilkanaście dni, które przelecą zanim zdążę się obejrzeć.

Chciałbym podziękować wszystkim tym którzy tego bloga czytali, którzy polubili go na fejsie i którzy komentowali, tutaj olbrzymie podziękowania dla Adama, który dzielnie  się udzielał. Nie ukrywam że pisałem tu głównie dla siebie, ale widząc że Wy też czytacie zawsze jakoś dodatkowo się nakręcałem, także dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i mam nadzieję że w czasie drugiego półrocza także uda mi się prowadzić tego bloga regularnie. Regularnie chyba wręcz do bólu o czym świadczy chociażby to zdanie:
– Nie przeczytałem wczorajszej notki…(chwila przerwy)…a sobota była, czyli zakupy robiłeś.
Ale to dobrze, to bardzo dobrze :)

Adam!
Mówisz stres? Ale żeby tak długo? I od początku? Znaczy był okres kiedy to tętno było niższe, ale wtedy też bez problemu widziałem wzgórza Jiawang. Za parę dni będziemy mądrzejsi :)
5 par? A masz na nie stojaczek? ;)

Zakupy!

Chciałem pójść skromnie i kupić tylko owoce, ale potem pomyślałem, że skoro w tym miesiącu i tak jestem na sporym plusie to pójdę zrobić jakieś większe zakupy. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Efekt jest taki, że muszę plecak zaszyć bo mi pęknie.

Trzeci raz kupowałem mleko i trzeci raz kupiłem inne. Były worki, były buteleczki, teraz przyszła pora na kartoniki. No ale w końcu jakaś normalna cena. 6 litrów za 36 RMB. Tutaj naprawdę tańszego mleka nie ma.

Stwierdziłem też, że może warto byłoby kupić jakiś olej (to jest zdumiewające, że olej tutaj przede wszystkim sprzedaje się w kilkulitrowych baniakach a jego cena jest powalająca), jakieś jajka (żeby jajka kupować na wagę a nie na sztuki to tego jeszcze nie widziałem, w dodatku jak wziąłem te osie to Pani ważąca zapytała się mnie co tak mało (a przynajmniej tak myślę)), parówki, surimi, chleb (chociaż jeszcze mam, ale nie wiem jak to będzie w przyszłym tygodniu, więc wolę się zabezpieczyć), oraz mnóstwo rzeczy do owsianki, czyli płatki owsiane (taką mam nadzieję), kukurydziane, grillowane banany, orzeszki ziemne, daktyle chińskie…no chyba tyle.

Potem ruszyłem kupić owoce. Wybrałem największe gruszki jakie mieli, do tego jabłka, banany i mandarynki. Owoce są tu strasznie tanie, więc muszę z tego korzystać, bo przyjdzie zima i się ta przystępność skończy.

Gdy jechałem do sklepu drugi raz (bo przecież z tym wszystkim się nie pomieszczę na raz) zakupiłem oprócz chleba i jajek, kulki z nadzieniem fasolowym i cosie, które okazały się cosiami słonymi. A że słone chodzi za mną od jakiegoś czasu to się niezwykle uradowałem.

Czyli mam ogromny zapas owsianki, owoców, mięsa i oleju.

A gdy to piszę i tak sobie rozmyślam jaki film obejrzę wieczorem rozlega się telefon. Dzwoni Lidia i pyta czy nie pojechałbym z nią nad jezioro do znajomych. No jasne.

Dojechaliśmy bez problemu. Mnóstwo ludzi przyjechało na te pierwsze zawody MTB połączone z ogromną promocją jeziora Dulong. Oczywiście co chwila ktoś chciał zdjęcie, co chwile ktoś robił zdjęcie. I było super. Naprawdę było super, nawet gdy Joseph zaprosił mnie na kolację i oczywiście się zgodziłem, a Lidia z jakiegoś powodu pojechała ze mną. Chociaż Joseph bardzo dobrze mówił po angielsku. Oj nie była zadowolona, że zamiast wieczoru ze znajomymi spędziła wieczór w restauracji. Przy kolacji poznaliśmy dwóch studentów z Zachodu, którzy myśleli że jestem Francuzem.

A potem odstawili nas nad jezioro. Potańczyliśmy, pośpiewaliśmy i mam nadzieję, że pewne filmy nie ujrzą światła dziennego, poza tym było ciemno i na pewno nic nie widać…

Na noc zostać nie mogliśmy bo nie było ani namiotów ani posłań, więc wracaliśmy przy blasku ulicznych latarń. Przez pierwsze 5 kilometrów na rowerach, a potem pieszo bo mój w końcu odmówił posłuszeństwa i nie ma opcji jutro musi się spotkać ze specjalistą. W drodze powrotnej spotkaliśmy ponownie Josepha i tym razem uległem i zgodziłem się na udział w jutrzejszych zawodach. Pożyczą mi rower, a 24 kilometry na porządnym sprzęcie powinny być prawdziwą przyjemnością.

Trasa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/lSpvOElS7lI

W Xuzhou po raz kolejny

Tym razem w planach było dojście do jeziora (co ja mam z tymi jeziorami), ale na miejscu dałem sobie spokój bo a) poszedłem kupić pamiątki i się spłukałem, b) cały dzień jestem zmęczony. Zrobiłem więc mały spacer i wróciłem.

Za to wykosztowałem się na najdroższy lunch do tej pory…28 RMB w fast foodzie chińskim. Strasznie drogo, chociaż smacznie.

Pochodziłem trochę wokół dworca, pokupowałem różnych specjałów i znowu spotkałem faceta, który chciał sprzedać iPhone’a. Nie wiem czy to ten sam facet i ten sam iPhone, ale stał w tym samym miejscu, więc podejrzewam, że tak.

Następnie, jak na białego przystało, odwiedziłem carrefoura i zakupiłem importowane masło orzechowe, żelki (ja nie mogę kupować żelków), fasolę (na wagę), słonecznik, kubek dla Wendy i sfermentowane mango (nigdy więcej).

O nowym nauczycielu wiem tyle, że nazywa się Miguel, pochodzi z francuskiej części Kanady i przykulał się tu z Kantonu. Teraz następuje pytanie, co oni mu powiedzieli, że przeniósł się do Jiawang. Zapytał się mnie ilu ludzi z zachodu jest w Jiawang :) Odpowiedź go nie zadowoliła.

Ach, zapomniałbym, ruszyłem wysyłać pocztówki. Pierwsza odwiedzona poczta nie miała, ale druga taka naprawdę duża miała i to nawet kilka. Zakupiłem dwie, dowiedziałem się,  że muszę dokupić znaczek i poszedłem do drugiego okienka. Tam sobie czekałem, czekałem, aż w końcu Pan kasjer powiedział że idzie do domu i mam sobie usiąść. Przyszedł drugi Pan kasjer i rozpoczęła się kłótnia bo chciał, żebym zapłacił, a ja przecież już zapłaciłem. Co się okazało po 10 minutach dyskusji i małego przestawienia? Wysyłka pocztą lotniczą jest droższa niż się spodziewała Pani od pocztówki. Droższa niż ja się spodziewałem Za wysłanie dwóch pocztówek miałbym 3 obiady w szkole…I teraz nie wiem, czy to jedzenie jest takie tanie czy poczta taka droga…

Dorwałem też kubek dla Wendy, ale na zdjęcia będziecie musieli poczekać.

Jutro zabawię się w przewodnika. Lidia wraca wieczorem i pewnie spotka Miguela dopiero w pracy.

Aaa…kolacja! Prawie, że Polska. Olej, kiełbasa i trochę fasoli. Wyszło bardzo swojsko, tylko brakowało cebuli :)

A dzisiejsza trasa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/jgfLpEMFHVk

PS. Specjalnie dla Adama, toaleta publiczna po Chińsku. Ciekawostka: dziury mają zamykane drzwi, toaleta siedząca nie ma drzwi w ogóle.

To już sobota?

Ten tydzień zleciał strasznie szybko.
Żeby tylko ten ból brzucha minął równie szybko. By temu trochę pomóc w drodze z zakupów wstąpiłem do apteki. Pani aptekarka, jedna z czterech, powiedziała ‘heloł?’, więc zapytałem się jej czy mówi po angielsku (po mandaryńsku) i powiedziała ‘soso’, wyciągnąłem więc iPoda ze słownikiem angielsko-chińskim i pokazałem jej ‘stomachache’, przeczytała, pokazała na brzuch, pokiwałem głową i od razu ruszyła do apteczki bo jakieś chińskie cudo.

Zginąć nie zginę, teraz już to wiem :)

Na zakupach wrobiłem się z mlekiem bo zamiast kupić w torebkach kupiłem w butelkach, mam tylko nadzieję, że smak będzie ten sam.

Przebiłem się przez drugie śniadanie i obiad, ale kolacja to już nie dla mnie. Jutro znowu dzień kompletnie w domu. Może w końcu się  pozbieram, bo na bieganie w takim stanie się tutaj nie odważę. W domu by mi to nie przeszkodziło, ale tutaj nie mam żadnych kryjówek, więc wolę nie ryzykować.

Po obiedzie  ruszyłem w poszukiwaniu dojazdu do świątyni (aczkolwiek wikipedia próbuje wyprowadzić mnie z błędu i przekonać mnie, że to jest klasztor). Z drobnymi problemami, ale znalazłem. Gdy wszedłem do jednego z budynków by się rozejrzeć, zauważyłem z prawej strony Mnicha i Panią i garnuszek na datki. No cóż, to wypada się pokłonić skoro już tu wszedłem. Potem Pani poprosiła mnie, żebym się wpisał…hmm nie mam pojęcia dlaczego, może żeby zamówić coś w rodzaju modlitwy? W każdym razie powiedziałem jej, że sobie nie radzę z mandaryńskim, wrzuciłem pieniążka do garnuszka i chcę iść, a mnich podaje mi bransoletkę. Tak oto zostałem właścicielem oryginalnej buddyjskiej bransoletki (mali).

A przy okazji udało mi zrobić zdjęcie mnichowi z telefonem komórkowym. Tak, telefonem komórkowym. Tak mnie to zszokowało, że musicie wybaczyć mi jakość i kąt.

Z powrotem wracałem inną trasą, bo rozpoznałem drogą, którą kiedyś już jechałem.

A dzisiejsze trasy wyglądały o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/o0yDNvqCemg
http://www.endomondo.com/workouts/p34psnjUP2w

Ja się nigdy nie gubię…

Okazjonalnie mogę jedynie nie wiedzieć gdzie jest wszystko inne. Jak babcia Weatherwax.  Zacznijmy jednak od początku. Czyli tak…

Poranny bieg, plus trochę ćwiczeń na drążku. To co robią 50-letni Chińczycy na drążku zawstydza mnie i sprawia, że od razu ustępuję im miejsca.

Po tej krótkiej porannej przebieżce postanowiłem wskoczyć na rower i pojechałem sobie nad jeziorko w drodze do Xuzhou. To raczej nie jest to jezioro o którym mówili mi uczniowie, bo było za blisko i objechałem je calutkie w parę minut. Bardzo dużo ludzi łowiło w nim ryby, w dodatku wokół jeziora jest fajna wybetonowana ścieżka, także można sobie i wygodnie pochodzić i pojeździć rowerem bez problemu. Porządne ławeczki, podobnie molo, mało ludzi (nie licząc wędkarzy), także pełen relaks. Tylko pogoda średnia. Niby 25 stopnie, ale odczuwalne trochę mniej no i trochę pokropiło.

Na jedzenie dzisiaj patrzeć nie mogę, więc przełknąłem jedynie ciacho z księżyca i ruszyłem przed siebie. Nagle postanowiłem skręcić bo drogowskaz powiedział, że półtorej kilometra w prawo i zobaczę coś ciekawego. Nie zobaczyłem, jechałem dalej. I dalej. A potem wjechałem na jakieś pole. I jechałem dalej. W końcu zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak wrócić do Jiawang. Na szczęście widziałem górę z pagodą. I zacząłem kierować się w jej kierunku. Tylko w pewnym punkcie źle odbiłem i dojechałem do jeziora. Do tego jeziora o którym mówili uczniowie. Zrobiłem jedno zdjęcie mostu i stwierdziłem, że wracam bo:
– drogi powrotnej nie pamiętam
– nie mam wody
– nie mam jedzenia
Na szczęście znalazłem swój punkt orientacyjny i jechałem do niego. Jechałem, jechałem i w końcu wyjechałem na skrzyżowanie znane mi z weekendowych wypadów biegowych. Z jakiegoś powodu zamroczyło mnie i zamiast w lewo, pojechałem w prawo. Pod górę. W połowie zdałem sobie sprawę, że to nie ta strona, więc zawróciłem i w paręnaście minut dokulałem się do domu.

A rozmawiając z rodzicami mówiłem, że dzisiaj nad to jezioro nie pojadę bo jest za daleko…

Z rzeczy które widziałem warto wymienić opuszczony park rozrywki, do którego jechać mi się nie chciało, ale który trzeba odwiedzić, stado kóz, oj przepraszam, stada kóz!

Ciekawostka#1 Mapy na google nie pokrywają się ze zdjęciami satelitarnymi.

Według zdjęć z satelity nie dojechałem do żadnego jeziora, tylko Gdzieś.  To nic, że drogowskaz pokazał mi, że to jezioro, to nic, że zrobiłem zdjęcia. Według map byłem Gdzieś.

A to i tak nie jest to jezioro o którym myślałem. Mapa pokazuje, że gdzieś tam na północy znajduje się jezioro. A raczej Jezioro, bo jest ogromne.

Postanowiłem w końcu coś zjeść, ale w restauracji pod domem Pani była bardzo zajęta i nie widziałem tofu, więc poszedłem dalej. Szukałem stoiska z jedzeniem na wagę. I znalazłem. Wziąłem naprawdę sporo orzechów, jakieś ryby (nieświadomie znowu), trochę tofu i od groma czegoś co wyglądało jak glizdy i zażyczyłem sobie więcej ostrego. Jedzenie bardzo dobre, ale z tym ostrym to w końcu się doigrałem bo nie byłem w stanie dokończyć kolacji. Mam za swoje :)

Z dnia dzisiejszego gorąco polecam zdjęcia roweru.

Dzisiejsze trasy:
http://www.endomondo.com/workouts/j5C0qRRRVm4
http://www.endomondo.com/workouts/m83n9ZcITXo
http://www.endomondo.com/workouts/j-wHhagfd7Q

A kiedyś to bałem się jechać do Zabrza…

Bo jeszcze przegapiłbym przystanek i co wtedy?
Zacznijmy jednak od śniadania, czyli tradycyjnie domowej owsianki, banana i nietradycyjnie małego ciasteczka księżycowe z bliżej niesprecyzowanym nadzieniem.

Ochoczo ruszyłem na przystanek autobusowy, przesympatyczna Pani kasjerka wzięła ode mnie jedynie 4 RMB (to co? W weekend drożej?). Miałem spore problemy ze znalezieniem miejsca, ale na szczęście kilka siedzeń umieszczono równolegle do szyb, więc sobie poradziłem.

W Xuzhou najpierw odnalazłem punkt orientacyjny, czyli most znany mi z pierwszej wizyty, po czym wróciłem i zapisałem to co napisano na dworcu. Zapisałem z nadzieją, że oznacza to Dworzec Wschodni (lub Zachodni), a potem udałem się na postój taksówek i pokazałem taksówkarzowi adres o jaki mi chodzi. On pokiwał głową i pokazał 2, czyli 20. Cena do zaakceptowania, zwłaszcza że tyle zakładałem. I tak sobie jedziemy, jedziemy. Gorąco zachęcam do obejrzenia zdjęć tych taksówek. Naprawdę gorąco. Przejechaliśmy jedną bramę do czegoś, drugą bramę do czegoś i w końcu taksówkarz zatrzymuje się przy bramie numer trzy, w nienajlepszym miejscu bo zablokował wyjazd innym pojazdom i pokazuje 3. Zgodnie z umową dałem mu 20 RMB i pokazuję 2. On pokazuje 3 i macha ręką sugerując, że zrobił jakiś objazd. Ja już wysiadłem z taksówki i schowałem portfel. Włączyła się w to nagle jakaś Pani z obsługi, która taksówkarza przegoniła a mnie płynnym angielskim poprosiła żebym się przesunął. Podziękowałem jej i poszedłem do kasy. Gdzie skasowali mnie 90 RMB. Nie wierzcie cenom w internecie, są przedatowane…

Jeszcze przed wejściem zauważyłem 4 białe dziewczyny i od razu wiedziałem, że to amerykanki. Nie posiadłem jeszcze biegłości w rozpoznawaniu narodowości, ale obywateli pewnych krajów można poznać zawsze i wszędzie. Cztery tłuste i głośne dziewczyny w Chinach to raczej na pewno cztery tłuste i głośne amerykanki.

Ciekawostka#1 Część osób musiała podawać paszport przy zakupie biletów. I mam okropne wrażenie, że byli to Japończycy.

Po wejściu rzuca się w oczy posąg jakiegoś dowódcy z dynastii Han. I co jeszcze rzuciło się w oczy? 4 białe dziewczyny wkładające jednaj po drugiej głowy w odbyt posągu konia, śmiejące się w niebogłosy i mówiące ‘pewnie pomyślą jakie te amerykański szalone’. No tak, wkładanie głowy w odbyt konia z pewnością normalne nie jest. Na szczęście było to moje  ostatnie spotkanie z tymi Paniami.

Na pierwszy ogień poszedł grobowiec księcia Chu (tego od konia), który jest całkiem spory, całkiem ciepły i bardzo ładnie oświetlony.

Ciekawostka#2 W chińskich muzeach nie ma zakazu używania flesza.

Część grobowca była miała bardzo niskie stropy, nawet jak na chińskie głowy. A to coś co wygląda jak zestaw wieszaków na ubrania to jakiś instrument muzyczny.

Druga na liście była armia terakotowa dynastii Han.

I to był olbrzymi, ale to olbrzymi zawód. A może raczej powinienem napisać malutki? Bo ta armia to nic więcej jak dwie gabloty długości kilkunastu metrów z półmetrowymi figurkami ludzi i koni. Podobnie jak i reszta eksponatów. Nie zrobiło to na mnie wielkiego (ech…) wrażenia. Ciekawa za to była ekspozycja z bronią z czasów dynastii Han. Zupełnie inna od tej do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Bardzo ambitnie wyglądały kusze, a raczej pozostałości po mechanizmach.

Po wyjściu z muzeum można sobie pójść pooglądać terakotową armię dynastii Han w wodnym muzeum.

Następna w kolejce jest galeria rysunków, a raczej rzeźb naskalnych.

A potem trafiłem na to zacne urządzenie do przepowiadani trzęsień ziemi.

Ciekawostka#3 Chińczycy nie mają szacunku do takich rzeczy. Jeżeli nigdzie nie jest napisane, że nie można to będą kopać, macać i sprawdzać co da się z tym zrobić. Najczęściej będą to robić dzieci, a rodzice nawet im nie zwrócą uwagi.

Sam park wygląda przepięknie. Chciałem napisać, że jest super oznakowany i wszędzie można trafić bez problemu, ale skłamałbym. Za żadne skarby nie potrafiłem znaleźć północnej bramy, a doszedłem już do miejsca gdzie nie było żadnej drogi, chociaż być powinna.

Po drodze wstąpiłem do świątyni I zlałem się potem. Bo nie można sobie było tam ot tak wejść. Trzeba było wziąć kadzidełka, zapalić, pokłonić się trzy razy, włożyć do piasku i wrzuć datek. Lub zapalić, poszukać wzrokiem pomocy, zgasić, poszukać wzrokiem pomocy, klęknąć, poszukać wzrokiem pomocy, złożyć ręce do modlitwy, pokłonić się trzy razy, wstać, wrzucić datek.

Potem droga wiodła do Bamboo Temple. Bamboo bo po drodze trzeba minąć las bambusowy. A jak już się tam dokulałem po tych wszystkich schodach postanowiłem porobić zdjęcia dachów, bo są naprawdę piękne. Znalazłem też opuszczoną jaskinię. Znaczy składzik na śmieci ;)

W końcu wróciłem do wejścia i wyszedłem. W planach miałem dojście do parku, ale nie miałem pojęcia w którą stronę się kierować (wiedziałem, że w stronę rzeki), postanowiłem więc skorzystać z komunikacji miejskiej, ale żaden przystanek nie przypominał tego co sobie zapisałem, więc znalazłem taksówkę. Pokazałem taksówkarzowi budynki, oraz napis, pomógł też  Nieprzypadkowy Chińczyk i taksówkarz pokazał 2. Kiwnąłem głową i jedziemy. Jedziemy to mocne słowo na określnie czynności którą wykonywaliśmy. Wlekliśmy się byłoby bardziej akuratne. Co ciekawe, taksówkarz obrał inną drogę, objechał park z drugiej strony i jakoś tak szybciej było. W końcu zatrzymał się i się uśmiecha. Podaję mu 20 RMB, on dalej się uśmiecha, ale nic więcej nie mówi. Ja też się uśmiecham i wychodzę. Pod nosem jedynie marudzę, że nie mam pojęcia gdzie jestem, ale przechodzę 50 metrów i oto widzę znajomą stację. Czyli można dojechać za 20? Można.

Na miejscu można sobie wypożyczyć rower. Nie wiem niestety na jakich zasadach, bo wszystko po Chińsku.

Na zegarze nie było jeszcze 14, więc postanowiłem pójść wzdłuż rzeki. I tak idę i idę i idę i w końcu mnie olśniło, że przecież ja wzdłuż rzeki miałem wrócić idąc od parku/zoo. Poszedłem więc do parku upamiętniającego żołnierzy. W końcu to tylko  ~4 kilometry. Parku całego chyba nie obszedłem, dokulałem się za to do największego pomnika, muzeum wojny chińsko-japońskiej, znalazłem też jeszcze większe muzeum, ale nawet nie wchodziłem bo nie pozwolili robić zdjęć, poza tym słońce miało się już ku zachodowi, więc pora wracać.

W autobusie do Jiawang z sufitu zwisały rośliny, a jak powiedziałem Jiawang to siedzący obok mnie Chińczyk uśmiechnął się.

Dokulałem się do domu, zmęczony okropnie, ale ponownie Pan ze sklepu mnie zaprosił, zaproponowałem mu coś słodkiego, ale odmówił, kupiłem za to piwo, pokazałem zdjęcie Xuzhou, pokazałem że jestem zmęczony i poszedłem.

Wyjąłem z lodówki piwo, które kupiłem w zeszłym tygodniu. Całkiem dobre. Teraz to zasnę jak niemowlę.

A trasa z dzisiaj wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/rtPqMxPkw-Q

Jutro wolne, czyli pora przygotować jakieś zajęcia i obejrzeć ten pierwszy odcinek Dextera.