Niedziela i przegapione #2

Dzisiejszy dzień był taki długi, że notkę przygotuję jutro. Na razie tylko napiszę, że galeria na http://rainreborn.minus.com właśnie się uaktualnia.

Zaczynamy od ponad dwudziestominutowego opóźnienia. Trudno, bywa. Na szczęście nasz autobus odjeżdża praktycznie od razu. Praktycznie taki sam jak nasze w Polsce, tylko w oczy rzucają się pokrowce na fotelach i fakt, że Pani Kasa zajmuje dwa miejsca. Pani Kasa wstała gdy wyjechaliśmy z Jiangwa i pozbierała po 4 RMB od każdego. Godzina z hakiem w busie za 4 RMB. Komunikacja publiczna droga nie jest. Nie mam pojęcia jak te bilety działają, ale skoro oni się w tym łapią to jest to najważniejsze.

Widoki z okna różne, od znajomych, poprzez takie typowo kojarzone z Azją aż po strefy wybitnie industrialne nieróżniące się tak bardzo wyglądem od tego do czego jestem przyzwyczajony. No może tylko budynki wyższe.

W tej galerii wyjątkowo jest dużo zdjęć Chinek. Także enjoy.

Oj nachodziliśmy się za wsze czasy. Najpierw dokulaliśmy się do ulicy ze sklepami z telefonami. Ulica. Ze sklepami. Z tylko telefonami. Zdjęcia tego nie oddają, więc ponownie, wyobraźcie sobie tak z 10 marketów większych od Biedronki a w nich tylko telefony komórkowe. Po jednej stronie ulicy. Po drugiej dokładnie to samo. A potem dodajcie drugie piętro w którym sprzedają akcesoria.

Małej czerwonej książeczki nie można kupić, ale zdjęcia pod pomnikiem można zrobić :) Ten ich patriotyzm aż bije po oczach. Nie dość, że w wielu miejscach wiszą flagi to jeszcze widać ludzi z takimi małymi flagami. A przecież nie było żadnego święta.

No tak, Chinki nie chcą się opalać, więc używają parasolek (w sumie…para sol, ma sens).

Galerie handlowe na całym świecie są takie same. Tylko w Chinach większe. I jak zobaczyłem całe piętro z damskimi butami + przeceny stwierdziłem, że tego dnia z dziewczynami spędzić nie chcę. Na szczęście sklepy były na końcu naszej listy rzeczy do zrobienia.

Ruszyliśmy do banku. Lidia miała coś do załatwienia, a ja chciałem założyć konto w ICBC, czyli największym chińskim banku. Zajęło to trochę czasu, więc po drodze skoczyłem do Bank of China by wymienić trochę waluty…Dobry Boże. Euro wymieniałem w jednym okienku, dolary w drugim, w dodatku potrzebowali mój paszport i pierwszy raz się zirytowałem, bo przecież nie wymieniałem nie wiadomo jakiej kwoty, żeby to zapisywać. Na szczęście Pani w okienku rozmawiała po angielsku. Tylko miała małe problemy z przeczytaniem REPUBLIC OF POLAND i zrozumieniem POLAND gdy pytała o to skąd jestem. Musiała zapytać Lidii by potwierdzić.

Kulturowa ciekawostka #1 Podbił do mnie ochroniarz w banku i zaczął coś tam gadać po ‘Ni hłej szła jinjon ma?’ (czy mówisz po angielsku?) pokręcił głową i sobie poszedł.

A skoro sprawa w banku się przeciągała zjadłem na lunch zupę z tofu. Bardzo dobra, tylko mogłaby być ostrzejsza. Bardzo ciekawy motyw z umieszczaniem worków na miskach, dzięki czemu nie trzeba ich myć po każdym kliencie. Stoi sobie taki trzy kołowy samochodzik z bagażnikiem. W bagażniku kilka pojemników, jeden z zupą, kilka z tofu, jajka też sobie można zamówić. Super sprawa.

Wstąpiłem do piekarni. Tylko, że te piekarnie to ciastkarnie. Oczywiście kupiłem coś co pachniało jak kanapką z rybą, ale tylko pachniało. Złe w smaku nie było na szczęście. Po drugiej stronie ulicy zamówiłem mięso z grilla, które jak na moje kubki smakowe okazało się soją i tofu. Może to i lepiej bo mięso w taki gorąc to nie jest najlepszy pomysł.

Po zakupach w carrefour (mleko tu jest okropnie drogie) postanowiłem posilić się babeczką. A potem nakręciłem film z małego saloniku z grami. I grały tam nie tylko dzieci :)

A potem przyszła pora na kebaba. Czyli mięso z taką niezwykle popularną tu słodką przyprawą (pamiętają rodzice tę z Grecji? Ta jest bardzo podobna, ale jeszcze mnie nie wkurza), i sałata. Złe nie było.

Siedząc na ławce w parku przykuwałem uwagę. Przede wszystkim uwagę dzieci. Podbiegały do mnie, niektóre mówiły hello, niektóre się tylko patrzyły z przerażeniem. No i nie wszystkie chciały żelki. Co jest ciekawe, bo które dziecko nie lubi żelków.

Bardzo dużo Chinek chodzi w butach na koturnach, taka ciekawostka.

Ta Pani z balonami na głowie współpracowała z Panią w sukience z baloników i obie reklamowały, o zgrozo, balony imprezowe.

A na koniec zakupy. Kiełbasa (bez cukru ;d), masło orzechowe, płatki kukurydziane, suszone coś, ciacha, suszone banany, orzeszki, wielki słoik płatków owsianych, chleb, mleko, żelki i…

Słuchawki. Moi drodzy. Chciałem kupić słuchawki, bo w moich lewa umarła, a na gwarancji odesłać nie mogę ;) Poszedłem do sklepu, szukam, szukam i mam! Słuchawki.  Stoję nad nimi i zastanawiam się które wybrać. Podchodzi do mnie Pan Sprzedawca i pyta! Po angielsku! Co chcę kupić. Mówię słuchawki i dziękuję bo już wybrałem. Biorę słuchawki i idę do kasy. Przy kasie pokazuję słuchawki, Pani się do mnie uśmiecha, pytam czy mówi po angielsku, zero odzewu, pytam po chińsku czy mówi po angielsku, mówi że nie. Wracam do Pana Sprzedawcy. Wypychają Starszego Pana Sprzedawcę, który przemawia do mnie po angielsku, że musi mi wypisać papierek i zabiera się do roboty. Potrzebuje paszport, żeby zapisać moje nazwisko. Następnie idziemy do kasy. Płacę. Starszy Pan Sprzedawca idzie do magazynu po słuchawki (żebym nie brał tych z wystawki), przynosi, gratuluję mu znajomości angielskiego i wychodzę. W szoku. Ogromnym szoku.

Wracam do parku. Słucham sobie muzyki i nagle widzę, że ktoś do mnie macha. Podchodzę, witam się. Okazuje się, że to też nauczyciel, ale nie angielskiego, tylko niepamiętamczego i wraca dzisiaj do Pekinu bo przyjechał na weekend do domu. Podróż zajmie mu 8+ godzin (ten pociąg kosztuje ~150 RMB). Obecnie pisze pracę magisterską. Po paru minutach dzwoni Lidia i pyta gdzie jestem, bo one prawie skończyły.

Nie. Nie skończyły. Dopiero wyszły z jednego sklepu i udało im się zamówić pizzę w Pizzy Hat (do odbioru zaraz przed powrotem), nie poszły do carrefoura, nie poszły do starbucksa, ale udało im się zrobić zakupy. Kobiety + ulica pełna przecen. A ja czekając na nie uciąłem sobie pogawędkę z innym Chińczykiem, tym razem po chińsku. Znaczy ja mu powiedziałem, że trochę mówię i jestem z Ameryki (bo jeszcze się nie nauczyłem tego nieszczęsnego boran).

Powrót zajął nam krócej. Jeszcze szybkie pranie i koniec. Naprawdę długi dzień.

Pierwszy raz od tygodnia

Poszedłem pobiegać. Dzisiaj w końcu mogę usiąść spokojnie i nie kiwnąć ani palcem. Chociaż niewymownie wkurza mnie to, że nie mogę ściągnąć żadnego filmu…

Dzisiaj pobiegłem w prawo. Droga cały czas biegła prosto. Przez pięć kilometrów ani jednego zakrętu, przez cztery kilometry żadnej górki…Potem skończył się chodnik i postanowiłem zawrócić.
Tętno miałem strasznie wysokie, ale temperatura tutaj jest wysoka już o 8, w dodatku ta wilgotność. Po 30 minutach byłem spocony jak w Polsce po ciężkich 90 minutach. Po drodze mijałem sprzątaczy i ludzi na skuterach, rolników, wędkarzy, większość z nich spoglądała na mnie i odpowiadała na moje ni hao. Bardzo sympatycznie. Na tę górę będę się musiał kiedyś wybrać.

Dowiedziałem się także, że podwójne mycie jabłek nie sprawi, że żołądek zacznie je tolerować. Także jabłka na razie – be.

Chyba też złapałem zdjęcie  informujące o hodowli jedwabników.

Te odległości są niewyobrażalne. A wieś i pola wszędzie wyglądają wszędzie tak samo :) Ci sami spokojnie pracujący ludzie, te same zdezolowane traktory. Wszystko takie samo. Tylko ludzie jacyś tacy bardziej uśmiechnięci.

Dzisiejsze pięć kilometrów w prawo wyglądało tak – http://www.endomondo.com/workouts/j6trpmm3Mqo

Za miesiąc będę mieć pod nosem piętrowy market. Pewnie w przyszłym roku postawią koło mnie ogromny 5* hotel, a ten wielki prac budowy obok szkoły to kolejne osiedle.

Moi drodzy.  Napiszę to jeszcze raz i będzie to raz ostatni. Galeria, jak sugeruje link z prawej strony, znajduje się na http://rainreborn.minus.com tutaj zdjęć wrzucać nie będę. Szkoda mi na to życia. Wolę coś zjeść :)

Ciemność.
Wspominałem o tym już  przy okazji pobytu w Pekinie, ale wczoraj w tej ciemności mnie olśniło. Otóż, tu nie widać ani gwiazd ani księżyca. Lidia mówi, że to z powodu zanieczyszczeń.  Może być i tak, ale u nas na Śląsku  widać i księżyc i gwiazdy.

Imiona.
Bo kilka osób się pytało. Chińczycy mający kontakt z obcokrajowcami wybierają sobie zachodnie imiona by ułatwić nam życie. Także nie, chińscy rodzice nie wpadli na tę polską modę nadawania dzieciom wymyślnych angielskich imion.

Stosy książek na ławkach
Ponownie kilka osób pytało, więc tłumaczę. Dzieciaki mają takie stosy książek, ponieważ wszystkie zajęcia mają w jednej klasie. Jedynie nauczyciele się zmieniają. Czyli wyobrażamy sobie teraz naszą klasę w szkole, którą się zajmujemy, w której wisi to co my chcemy i do której na każde zajęcia przychodzą nauczyciele. Żadnych ciężki plecaków dla dzieci, żadnego targania całego osprzętu ze sobą. Wszystko zostaje w szkole. Nic nikomu nie ginie. I w ten oto sposób przestajemy się martwić o kręgosłupy dzieci noszących nierzadko kilkunastokilogramowe plecaki, albo plecak, torbę i jeszcze siatkę.

Projektory.
Klasy są brudne nie oszukujmy się, ławki są stare, podobnie jak krzesła. Niektóre z krzeseł nie mają nawet oparć. Ot zwykłe taborety. Jak na polskie standardy to kiepsko. Z drugiej strony w każdej sali jest projektor, głośniki i dostęp do internetu. Jak na polskie standardy to bardzo dobrze. Czyli niby wychodzi na zero, prawda? Tylko ilu z nas wybrałoby brudne szafy w zamian za dostęp do internetu i projektor na każdych zajęciach? Przypuszczam, że wszyscy.

Carrefour.
Jutro w Xuzhou odwiedzę Carrefour. Ciekawe czy tutaj też będzie trzeba przebijać się przez stada emerytów…;)

Ach, to dziwne coś w galerii to suszone mięso na ostro. Pycha :)

Dzień dobry, kocham Cię

Dzisiaj nie będzie wielu zdjęć. Normalnie w piątki będzie więcej, ale dzisiaj zapomniałem aparatu na drugą część zajęć, a całą przerwę spędziłem w domu. W dodatku została skrócona o godzinę (nie wiem dlaczego), wszystkie przerwy skrócono do 5 minut (oni tu mają abstrakcyjnie długie przerwy po 10-15 minut!) i skończyliśmy  godzinę wcześniej. Tylko pod koniec myślałem, że moje gardło umrze. Wszyscy mamy takie dni, więc pora na gorące mleko z miodem. Właśnie. Gorące mleko z miodem. Momencik.

IMG_3528 (Copy)

Już.

Pisałem, że mają tutaj wszystko słodkie? W sensie nawet mleko? I słonecznik? No poważnie, słonecznik na słodko. Co za naród. Zmierzam do tego, że mleko jest słodkie. No poważnie. Słodzone mleko. Nie skondensowane. Normalne kartonowe mleko jest docukrzane. A ci ludzie są tacy chudzi.

IMG_3538 (Copy)

Proszę Pana. Chciałbym, żeby nauczył mnie Pan kilku słów po polsku. A jakich? Good morning. Dzień dobry powiedzieli świetnie. Od razu w pierwszej próbie i to bez zająknięcia. I love you. Kocham Cię powiedzieli także bez problemów. Dzień dobry, kocham Cię. Napisałem na tablicy wymowę, żeby sobie łatwiej zapamiętali, ja też zapisałem sobie  ‘hali płotah’ i ‘lo aj dżo go’ (Kocham Chiny, co będę teraz mówił w każdym sklepie przed zapłatą). No pięknie. Aż się wzruszyłem.

Okazało się, że dostałem cztery ciasteczka z których każde miało inne nadzienie…Pychotka kurczę, pychotka.

IMG_3535 (Copy)

Dzisiaj bez wypadów na miasto bo żołądek zaczyna się buntować. Znaczy buntuje się od tej pamiętnej fasoli (dobry Boże, nigdy więcej), ale wczoraj zbuntował się wieczorem po jabłku i dzisiaj też zbuntował się po jabłku. Także jabłka, nawet umyte odpadają na razie. Po słodkim nie. Mam żyć na ciasteczkach i batonach…

Jutro chcę w końcu wyjść pobiegać, tylko żeby to zrobić wypadałoby jakąś lekcję przygotować na wtorek…Mogę to zrobić w poniedziałek, ale w sumie lepiej dzisiaj/jutro.

IMG_3534 (Copy)

Termos ma już kilka dni i ciągle działa.

Ooo Lidia się dzisiaj wyprowadza, więc  pora na pranie.

Szanowni Panowie. Czy przerażają Was pralki? Zapraszam do Chin. Mamy tutaj pralki z trzema pokrętłami. Czas (w minutach), odprowadzanie wody i suszarka.
Wrzucamy pranie, odkręcamy wodę, wrzucamy proszek, zakręcamy wodę, zaznaczamy czas wirowania, wychodzimy. Ja pierdzielę…

Trochę się z Lidią natachaliśmy dzisiaj i myślałem, że zostanie mi ten jej wielki materac…został…wielki materac…z dwudziestocentymetrowymi sprężynami i milimetrowym materiałem nad nimi…

Zainstalowałem chiński odpowiednik gadu gadu, żeby rozmawiać z uczniami. Wszyscy zapisywali, teraz czekam na te setki zaproszeń :) Chcę być dla nich jak najbardziej dostępny. Oho, pranie się skończyło.

Część prania przerzuciłem do suszenia (wirówki zapewne) i pozostaje poczekać parę minut.

IMG_3537 (Copy)

I już…

Wyprało, wywirowało. Pełny serwis. Gorąco polecam chińskie pralki.

Tyle na dzisiaj. Pora wybić herbatę i zabrać się za naukę.

Mnie to nie przeraża…

IMG_3479 (Copy)

Dzisiaj wyjątkowo pies nie skomlał. Wyjątkowo. Nawet ten materac nie był irytujący. I przyszła pora na nową owsiankę, która okazała się całkiem dobra. Naprawdę dobra.

Klasa dziewiąta była super, bardzo ambitne i uzdolnione dzieciaki, aż zrobiłem im wszystkim zdjęcia.

Lidia była dzisiaj zajęta, więc po drugich zajęciach dostałem w zastępstwie Damona, który chce zostać nauczycielem angielskiego.  No i zaproponował, żebym jutro po zajęciach przyszedł pokopać piłkę z innymi nauczycielami na boisku. W sumie czemu nie, wezmę swój strój do biegania i pójdę pokopać. Skoro nie mogę biegać, to przynajmniej pokopię piłkę.

IMG_3486 (Copy)

W naszej sali mamy też listę zasad, które muszą przestrzegać nauczyciele.

IMG_3487 (Copy)

A widok z naszego okna rozciąga się na góry i ogromny plac budowy, ale przede wszystkim na góry. Planuję wybrać się tam w sobotę by sobie trochę pochodzić.

Nawet notatniki w Chinach mówią, że zostały stworzone specjalnie dla Ciebie i lepszych wybrać nie mogłeś.

IMG_3496 (Copy)

W porze na lunch trafiłem na Viki i Lidię czekające przed naszą restauracją. Gdy już odchodziliśmy Viki powiedziała, żebym uśmiechnął się bo ta Pani robi mi zdjęcie. To podszedłem do niej i też sobie zrobiłem. Viki też. A co tam, skoro jesteśmy gwiazdami, to niech ludzie mają z nami zdjęcia. W końcu ilu takich obcokrajowców oni tu widzą.

IMG_3501 (Copy)

Na obiad, i kolację, dzisiaj tofu z papryką i kalafior z papryką. Za 15 juanów. Obiad i kolacja. No ja pierdzielę.

Właśnie. Ja wiem, że to nie wypada, ale kurde, przekleństw brakuje mi okropnie. Mówię tylko po angielsku, myślę po angielsku częściej niż w Polsce i zaczyna mi brakować naszych soczystych przekleństw. Brakuje mi naszych wiązanek. Chleba trochę też…

Na wszystkich większych skrzyżowaniach stoją takie budki z policjantem/policjantką. Siedzą tam 24h/7. Na skrzyżowaniach także panuje wolna amerykanka. Jedziesz jak chcesz i gdzie chcesz.

IMG_3505 (Copy)

Sygnalizacja świetlna jest super bo mówi ile czasu będzie jeszcze jakie światło (żółte też), ale wolna amerykanka i tak rządzi.

Jak widać do wypadków dochodzi.

Dzisiaj postanowiłem spróbować tego słodkiego ze słonecznikiem, to mogą być pomidory…Dalej dobre.

A ten przesympatyczny Pan to już mój znajomy sprzedawca. Dzisiaj kupiłem u niego mniejszy kawałek mięcha niż wczoraj i pokazał mi, że to rogate stworzenie, więc krowa. Dobrze. Czyli to wczorajsze też raczej psem nie było.  Po drugiej stronie ulicy stoi multum, ale to multum kramików ze wszystkim: książki, okulary, skarpety (10 par za 6 juanów to za drogo? To może 10 par za 3 juany?)

U tej Pani zakupiłem mięso, które przygotowała na miejscu, do tego cebula, drugie mięso i nie mam pojęcia co, ale chyba jakieś warzywo. A proponowała mi kałamarnicę. Może następnym razem. Zawinęła to ładnie w chlebek i poprosiła o 4 juany. Pycha. Nawet film nagrałem, ale wrzucić go nie wrzucę.

Krążąc po ‘centrum’ trafiłem do mniejszego marketu (taka nasza Biedronka rozmiarowo) i nie mogłem uwierzyć jak ja za miód przepłaciłem. Trzy półkilowe butelki miodu od 28 do 38 juanów a te za 38 to Delicacy Upgrade.

I ta wódka w przepięknych buteleczkach za ~10. Niesamowite. Przecież to powinna być cena samej butelki.

Jeżdżąc dalej trafiłem na targowisko i kupiłem kilo olbrzymich jabłek. Muszę poszukać jakichś innych, bo mam wrażenie, że ciągle kupuję te same. Były jakieś zielone, ale tak duże, że nie wiedziałem czy to jabłka, więc wolałem nie ryzykować.

W każdym razie potem zażyczyłem sobie jakiegoś mięcha, które trzeba było przygotować w głębokim oleju, więc czekałem sobie cierpliwie gdy obróciłem się i…cieszę się, że tego nie widać najlepiej. Naprawdę się cieszę. A jeszcze bardziej, że było na innym straganie…To z mojego było smaczne.

Kury. Znowu kury puszczone luzem. Dokulałem się nawet do jeszcze większego targowiska. I kolejne ciasteczko księżycowe. A zatrzymałem się po babeczkę, którą Pani chciała mi od razu zapakować do siatki, a ja powiedziałem jej, żeby tego nie robiła i zjadłem natychmiast :)

Kaczki. Na ulicy. Luzem. Może kaczkę zjadłem?  W sumie to było całkiem tłuste, więc mogła być kaczka, albo gęś. A obok kaczek siedziało z 4 szewców z maszynami. 4, obok siebie.

IMG_3504 (Copy)

I kolejne ciasteczko. Chciałem jedno, dostałem 5 i jeszcze jakąś kulkę…No trudno. Może tylko tak sprzedawali. W każdym razie pycha. Z czarnym sezamem i arachidami (z tego co rozpoznaję).

IMG_3522 (Copy)

Oprócz budek policyjnych na skrzyżowaniach można trafić ludzi grających albo w chińskie szachy, albo w karty. I to zawsze z ogromną obstawą.

Na stacjach nie ma podanych cen, ale 93 i 97 oktanów? Zaraz po zrobieniu tego zdjęcia musiałem uciekać, bo pracownik stacji zaczął na mnie pokazywać palcem. A w gruncie rzeczy to co by mi zrobił? Powiedział po chińsku, że nie wolno? Nakrzyczał po chińsku? Może zwyzywał od głupich obcokrajowców, po chińsku?

IMG_3517 (Copy)

Jadąc przed siebie trafiłem w końcu na taką wystawę porcelany. Cen niestety nie było.

A oto i restauracja do której wczoraj zaprosił nas szef. Naprawdę ładnie wygląda z zewnątrz, ale drugi raz bym tam nie poszedł.

Zasadniczo nie wierzę w horoskopy. Bo tak w gruncie rzeczy to żeby traktować je poważnie trzeba by się w tym wszystkim naprawdę dobrze połapać, a jest tego dość sporo , więc jedyne co sobie czasem poczytam to takie małe, które piszą praktykanci w magazynach i gazetach.
Nie wiem kto napisał horoskop dla raka na wrzesień na yahoo.com, ale napisał ‘jesteś urodzonym odkrywcom, początek miesiąca będzie dobrym okresem by rozpocząć odkrywanie miejsc, których jeszcze nie znasz’.

Jeżdżąc dzisiaj po ‘centrum’ zdałem sobie sprawę, że mnie to nie przeraża. Jestem całkowicie inny od tubylców, nie rozumiem ich języka, ale kurczę…nie przeraża mnie to. Jest wręcz dobrze. Znaczy okej, czasem sprzedadzą mi więcej ciastek niż chcę, ale jakbym tyle nie eksperymentował tylko trzymał się sklepów samoobsługowych to nie miałbym takich problemów. Znajomy sprzedawca mówi mi ‘Hello!’ , ludzie na ulicy krzyczą do mnie ‘Hello!’, ochroniarze w sklepach krzyczą do mnie ‘Hello!’. Więcej po angielsku nie powiedzą, ale to ‘Hello!’ jest sympatyczne. Wiem, że sobie żartują, ale to naprawdę fajne. Kupując dzisiaj w budce zapłaciłem Pani banknotem, wydała mi monety. Jedna moneta mi wypadła i wpadła pod budkę. Ani ja, ani ona nie widziała gdzie. I co ta Pani zrobiła? Wydała mi jeszcze jedną monetę, żebym nie był stratny. Karma działa bo chwilę potem inna Pani przechodząca obok podała jej monetę, która przekulała się pod całą budką. Wyobrażacie to sobie w Polsce? Sprzedawcę, który wyda Wam dodatkowo złotówkę, bo Wam upadła w Jego sklepie i nie potraficie jej znaleźć? Publiczne plucie dalej budzi pewien niesmak, ale widać tutaj kultura wyewoluowała w inną stronę i  wolałbym plujących ludzi na ulicy (których i tak mam) w zamian za ‘mogębyćwinnagrosika?’.

Adam, wielkie dzięki za te komentarze. Z przyjemnością mi się je czyta :)

A dzisiejsza trasa do obejrzenia tutaj:
http://www.endomondo.com/workouts/rE-Z694aCIM

Środa

IMG_3445 (Copy)

Czy lubi Pan czekoladę? Bo nasza klasa ma dla Pana prezent.

IMG_3446 (Copy)

Cholera…przeboleję ten cienki materac, piszczącego psa o trzeciej nad ranem i nawet te moje bolące biodro. Wszystko przeboleję.

IMG_3448 (Copy)

Nauczyłem wczoraj Lidię trzymać kciuki na szczęście i dzisiaj jak jej powiedziałem, że ruszam na zakupy zrobiła dokładnie tak jak powinna :)

Te dzieciaki są niesamowite. Bardzo inteligentne, mają ogromną wiedzę, świetne słownictwo. Tylko nie mówią tak dobrze jak by mogły. To inny świat…Oni kochają swój kraj, chcą uczynić go jeszcze lepszym. Jedna dziewczyna powiedziała dzisiaj, że chce być szpiegiem. Szpiegiem :) A ja złośliwie powiedziałem, żeby nie mówiła szpieg, tylko agent wywiadu. Przebili moją złośliwość ucząc mnie ‘ljangzaji’, czyli przystojny.

A jak się nazywa prezydent Polski? Eee…i nikt nie powtórzył.

IMG_3448 (Copy)

Tak wygląda mój chiński rower. Zardzewiały łańcuch, zardzewiała zębatka, przeskakujące przełożenia i na dodatek dzisiaj siodełko postanowiło wypaść. Jeździ? Jeździ.

Wejście do Xuzhou Middle School No.7 wygląda właśnie tak, a kobiety jeżdżące z kurtką na odwrót o tak :)

IMG_3454 (Copy)

Ruszyłem dzisiaj do ‘centrum’ i kulając się po ulicy sklepowej zaszalałem kupując słodkie owoce na patyku (pycha), ostre mięso na patyku (dwa razy bo całkiem dobre) i…ciasteczka księżycowe! PYCHA! To zielone w środku to słodka fasola. I wcale nie smakuje jak fasola.

IMG_3458 (Copy)

A oto i moje zakupy do soboty:
ryby (ryzykuję, oj jak ja bardzo ryzykuję), miód (nie taki słodki jak nasz), słodkie (tym razem truskawkowe), surimi (całkiem całkiem), suszona wołowina na ostro (po raz drugi, pierwszy raz w Pekinie), banany suszone (ale inne niż nasze z karmelem, też dobre, ale inne), słodkie do musli (po raz drugi, a dalej nie wiem co to), arachidy (oni tu chyba do wszystkiego dodają cukier), melon seeds (na słodko), parówki, mamnadziejężetobrzoskwinia, coś jak to co kupiłem po raz drugi, ale chyba innej firmy.

IMG_3462 (Copy)

A wracając natrafiłem na tego sympatycznego pana, który grał sobie w parku.

IMG_3474 (Copy)

Kawałek dalej wisiały te ptaki w klatkach na drzewie.

A to co prawda nie moja klasa, ale bardzo fajna. Kolega z prawej stanął na palcach, a kolega po środku kucnął :)

IMG_3466 (Copy)

No i w końcu poszliśmy na tę kolację z szefem.

Chińczycy piją wódkę, która smakuje jak lekarstwo na żołądek, z kieliszków wielkości naparstków.

IMG_3471 (Copy)

Jedzenie nie było złe, ale dobre na pewno też nie. A restauracja wydawała się ekskluzywna. Potwierdza to moją teorię, że im bardziej obleśne miejsce tym lepsze jedzenie.

Lidia musiała wszystkim lać herbaty i tej ich udawanej wódki.

IMG_3469 (Copy)

A ja sobie gadałem z Viki, która ściągała więcej uwagi niż ja. W końcu usłyszałem, że jestem nieśmiały. No tak, oni sobie gadają po chińsku o polityce (podobno), a ja mam próbować z nimi rozmawiać. Zabawne.

A moja dzisiejsza trasa na rowerze wyglądała o tak: http://www.endomondo.com/workouts/o5GV5tvn1io

Pierwsze koty za płoty

IMG_3433 (Copy)

Nie mogło pójść gorzej…Najpierw odezwała się wczorajsza fasola z kolacji. Odezwała się kilkukrotnie. Potem odezwała się poranna owsianka, więc wziąłem stoperan. I wszystko wydawało się w porządku dopóki nie zacząłem prowadzić zajęć. Może za długo stałem, może za mało zjadłem. Efekt był taki, że nagle zacząłem tracić słuch, potem wzrok, a po chwili miałem otwarte oczy i przed oczami ciemność. Świadomy byłem cały czas, chodzić mogłem, ale nic nie widziałem. Po chwili na szczęście wszystko wróciło do normy. Lekarz powiedział, że za mało zjadłem, dał mi glukozę. Uczniowie odprowadzili mnie do ubikacji, dyrektor i wice dyrektor przyszli sprawdzić jak się czuję, zaproponowali mi whiskey, piwa, a na koniec herbaty. O rety, oni tu o mnie dbają nieprzeciętnie.

IMG_3434 (Copy)

Na szczęście drugie zajęcia poszły bez problemy. Tyle tylko, że siedziałem większość czasu.

W przerwie podskoczyłem kupić trochę słodkiego i wróciłem do domu wszamać lunch. Heh, z biegania na razie nici. Nie ma co szarżować.  Chyba przeceniłem swoje chude ciało. Trzeba się wziąć za siebie bo paść z przemęczenia w Chinach byłoby ze wszech miar niewskazane.

Zajęcia kulają się bardzo przyjemnie. Na początek poznajemy siebie, zadają mi dużo pytań. Często pojawia się pytanie o dziewczynę, o kolor oczu (!), o kraj pytają rzadko, ale za to często o to co myślę o Japonii…i jak ja mam tym dzieciakom powiedzieć, że Japonia jest moim marzeniem skoro im w telewizorze mówią, że Japonia jest be bo chce wyspy, które Chiny uważają za swoje. Biją mi brawo gdy powiem ‘Ło hłej szła idea potongła’ (mówię trochę po chińsku). Fajnie jest :)

IMG_3435 (Copy)

Kupiłem słodkie, w sumie to słodkie nie sycą nigdzie i wszędzie są słodkie. Za to skosztowałem ryby o smaku fasoli. Pyszne i nie powiedziałbym, że to była fasola. A pytałem się Lidii czy mają lody w dziwnych smakach. No mają…

Chińczycy naprawdę są źli na tych nieszczęsnych Japończyków o te wyspy. Nie lubią ich bo to ich wyspy i już, wypad. Nawet nie podejmę się próby wyjaśnienia, że ludzie to nie rząd i nie można nienawidzić kogoś za to co robi jego rząd.

IMG_3437 (Copy)

No nic…dzień zakończyłem owsianką Lidii, która chyba za punkt honoru obrała sobie doprowadzenie mnie do słusznej wagi. Nie powiem, że się z nią nie zgadzam. Tylko muszę połapać dobre jedzenie. Jutro pora na zakupy, a takie poważniejsze ogarnę w sobotę bo ruszamy do Xuzhou.

IMG_3439 (Copy)

Pora na historię, którą zrozumie tylko kilka osób czytających tego bloga…Po tym moim nieszczęśliwym wypadku w czasie którego zlało mnie potem przebrałem koszulkę na taką z napisem Metal Gear Solid 4. I na zajęciach w klasie 8 jeden z chłopaków mówi tak: ‘Zagram Panu film, ciekawe czy zgadnie Pan jaki to film, po czym mówi –Jack, Jack – Rose, Rose’. Cała klasa w śmiech, łącznie ze mną. Tylko cóż, oni się śmieją z niego, ja śmieję się bo staram się nie powiedzieć tego co powiedzieć powinienem. Odpowiadam zgodnie z prawdą ‘Titanic’. I słyszę, że jestem bardzo inteligentny. Po czym pytam co sądzi o tym filmie i kontynuujemy lekcję.
Zapewne nie zauważył związku. Pewnie serii nie zna, ale mi chciało się płakać ze śmiechu.

IMG_3440 (Copy)

Właściwie, mogło pójść gorzej. Mogłem zwymiotować na środku klasy.

Dygresja#1 Słodki Boże, jak te kible śmierdzą…No i faktycznie jest to tylko taka dziura, ale za to taka sprytna, bo wygląda jak rura, każdy ma swoją kabinę i można sobie kucnąć (jestem ogromny zwolennikiem kucania, rozumiem że to nieeuropejskie, ale w nosie mam europejskość gdy w zamian mogę dostać raka prostaty i codzienna zatwardzenia).

Chinki jeżdżąc na rowerze/motorze ubierają rozpinane swetry na drugą stronę (guziki na plecy), żeby chronić skórę przed słońcem i się nie opalić.

IMG_3444 (Copy)

Pierwszy dzień w szkole…

Jest zawsze stresujący. Zarówno dla uczniów jak i nauczycieli. W sumie to nie wiadomo kto kogo bardziej się boi. Zwłaszcza w Chinach :)

IMG_3386 (Copy)

Zacznijmy jednak od podwójnego banana na śniadanie. Pół przed, pół po. Podwójny banan, a nawet w sklepie nie zwróciłem na niego uwagi.

IMG_3387 (Copy)

Szkoła jest olbrzymia. OLBRZYMIA! Osobny budynek dla uczniów, osobny budynek dla nauczycieli, osobny budynek dla pracowni chemicznych, fizycznych itd., dwa akademiki, sklepik szkolny przypominający wielkością biedronkę, bieżnia, park i olbrzymia hala sportowa. A Lidia mówi, że to mała szkoła. W jej szkole w jej roczniku było 2500 uczniów. I w tym momencie szczęka mi opadła. 30 klas po 80+uczniów. No dobrze, a pocztówek i tak nie kupisz można powiedzieć. W nosie mam pocztówki…Wystarczy spojrzeć na wyposażenie gabinetu nauczycieli. Nie dość, że mamy osobne piętro tylko dla siebie, nie dość, że mamy osobną ubikację tylko dla siebie, to jeszcze mamy swój własny internet i skórzany fotel z kanapą. No ja pierdziele.

IMG_3399 (Copy)

Oczywiście w parku znajduje się pomnik Konfucjusza, a ja pozuję na tle napisu głoszącego ‘Nauka jest drogą do mądrości’ (miałem nadzieję, że znaczy to ‘toaleta’, bo stało dokładnie przed nią, ale niestety nie tym razem). Rzecz jasna szkoła nie obeszłaby się bez pięknego wiersza Mao. I ponownie zaskoczyłem Lidię mówiąc płynnie Mao Ze Dong.

IMG_3409 (Copy)

Wspomniałem o kilkunastu koszach do streetballa? KILKUNASTU! No do jasnej cholery…oczywiście przed szkołą czuwa strażnik, brama jest zamykana i w ogóle bezpieczeństwo przede wszystkim. A Ci panowie na motorze przywożą świeże jedzenie do stołówki. Jutro jem lunch z uczniami, nie ma opcji. Świeże jedzenie dla uczniów, nie 50-letnia szwedzka mielonka.

IMG_3403 (Copy)

Oczywiście mapa świata umieszcza Azję w centrum.

IMG_3419 (Copy)

A na lunch dzisiaj mięso. Inna fasolka niż wczoraj do tego wołowinka pokrojona bardzo cieniutko i bardzo delikatna. Do tego z papryką. Dzisiaj dali już normalną ilość przypraw i ciągle nie kopnęło. Aż właścicielka i główna kucharka podeszła i się zapytała. Mam obiecane, że następnym razem będzie jeszcze ostrzej. Lidia mówi, że takie ostre potrawy są typowe dla Jiangsu, podczas gdy w reszcie Chin nie dają tyle papryki. No to chyba wylądowałem w odpowiednim dla siebie miejscu. Oj bardzo odpowiednim. W dodatku zostało na kolację, więc moje zupki będą musiały jeszcze poczekać.

IMG_3413 (Copy)

A przed mieszkaniem suszy się bawełna.

Ach tak…papryka w restauracji suszy się przed mieszkaniem, bo jest zbierana z krzaka, który rośnie przed mieszkaniem. I wiadomo, że nie będą dodawać żadnego świństwa bo przecież jak komuś nie będzie smakować to pójdzie do innej knajpy, która stoi dwa metry dalej. Lub do jeszcze innej stojącej 5 metrów dalej. Proste jak konstrukcja cepa, więc działa.

A to morze czarnych głów to uczniowie w czasie lekcji wychowania seksualnego. Chłopcy siedzą minimum metr od dziewczyn. Nie mogą mówić o miłości dopóki nie skończą się uczyć.

Uczyć…bo w Chinach jak dziecko się nie nauczy, to jest to jego wina, a nie nauczyciela który źle uczy. Nauczyciel jest ekspertem, trzeba go szanować, nie ma krzyków, nie ma biegania po klasie. Nauczyciel to jest Gość i jego pracę należy szanować. I tego uczą rodzice…

IMG_3429 (Copy)

I kwiatek…kwiatek…
Nie uczę jeszcze, pierwsze zajęcia mam jutro, a mimo to dostałem kwiatek…Bo dzisiaj był dzień nauczyciela. Musiałem przejechać pół świata by dostać kwiatek z okazji dnia nauczyciela. Co z tego, że jeden, to czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym.

Pan Nauczyciel…Niesamowite podejście.

Niedziela i przegapione #1

Rany…oni tu chyba nie uznają materacy. Ani papieru toaletowego…No kurczę…mogę przełknąć ten prysznic bez brodzika, rozumiem wodę wylewającą się z pralki pod prysznic, ale brak papieru?!
Nic to. Na śniadanie zrobiłem sobie płatki…pominę wczorajsze poszukiwania płatków. W końcu stanęło na czymś a’la płatki co w praniu wyszło jak nasza zupa mleczna (chciałem to mam), dodatkowo dorzuciłem coś co wyglądało jak fasola w karmelu i było słone, więc zapewne było fasolą, oraz prawdopodobnie suszone śliwki na słodko. Mam też suszone śliwki, ale to wypróbuję jutro.

Zaraz zbieram się biegać. Chciałbym dzisiaj dobiec do tej nieszczęsnej poczty.

Strasznie mierzi mnie dodawanie zdjęć na blox.pl, więc wrzucam linka do galerii na minus.com

Dzisiaj biegało się potwornie, ale w gruncie rzeczy biegłem żeby znaleźć urząd pocztowy. Najpierw myślałem, że skręciłem za wcześnie i zawróciłem po kilkuset metrach (no bo przecież to nie może być tak blisko!), pobiegłem dalej i znowu skręciłem (bo przecież to skrzyżowanie na mapie wyglądało właśnie tak, a nie takie małe jakie mijałem) i pobiegłem chyba z półtorej kilometra…Nie znalazłem niczego co by przypominało urząd pocztowy, więc zawróciłem. Zaczęło śledzić mnie dwóch młodzieniaszków na motorowerze. Nie dało się ich zgubić, nawet gdy się zatrzymywałem to oni stawali ze mną. A gdy wszedłem do sklepu kupić chleb (bo wczoraj w sklepie nie kupiłem uznając, że skoro nie ma ciemnego pieczywa to pójdę do piekarni i albo w Chinach nie ma piekarni, albo całe ciemne pieczywo mi wykupili i zostało jedynie słodkie, lepszy rydz niż nic) czekali na mnie.

W ogóle w sklepie chcę kupić chleb, ale nie ma ciemnego, więc już zdecydowałem się na tostowy, chociaż jakiś Pan próbował mnie przekonać do pizzy. Pizzę mój drogi to ja mogę kupić wszędzie. Słodkie pieczywo też…w każdym razie przy kasie Pan pokazał mi na palcach 5 i coś powiedział, a ja wydukałem (zapis fonetyczny) ‘ło bo hłej szła potongła’ co powinno znaczyć ‘nie mówię po mandaryńsku’ i chyba mnie zrozumiał, wydał resztę i poszedłem biec dalej. No nie wiem czy to ta pogoda (bo duszno jest O-KRO-PNIE), czy jeszcze jet-lag, czy coś innego.

Gdy wróciłem byłem na chwilę sam więc pocykałem zdjęcia mieszkania, no i nie jest jakieś bardzo brudne, ale do stwierdzenia że jest czyste to ja bym nie użył. Na pewno jest duże, tylko ten brak brodzika aż bije po oczach.

Zaraz ruszam na lunch, mam nadzieję, że mojego budżetu to nie nadszarpnie za bardzo :) Ruszamy w nowe miejsce, do pobliskiej knajpki, akurat na spacerek przed i po. A potem pora zabrać się w końcu za planowanie zajęć, bo z tym to jestem w ciemnej dupie.

No i po obiedzie. Fasolka na ostro, tofu na ostro, coś w rodzaju podpłomyka do którego wkłada się jedzenie, zawija i szama. Ewentualnie wrzuca do zupy. Gratis od szefa kuchni dostałem zupę z baraniny. Smakowała trochę mlekiem, ale była całkiem niezła. Przerażające jest to, że ta restauracyjka u nas nie przeszłaby żadnej kontroli sanepidu. ŻADNEJ. Wszystko wystawione, a za patelnią stoi Starsza Pani, która podrzucą wszystkim radośnie. 100 metrów od mieszkania, więc chyba będę tam częstym gościem, zwłaszcza że było cholernie tanio. Za te dwa talerze wyszło 17 RMB. No, ale nie chciałem mięsa.

A zaraz idziemy pozwiedzać okolicę. Mam godzinę, żeby nakryklać  jakiś plan.

Plan nakryklany.

Zeszliśmy chyba z pół Jiawang w poszukiwaniu rury do pralki. No dobrze, może mniej, ale znaleźliśmy.

Pocztówek w Chinach nie uświadczysz. POCZTÓWEK! Przecież to niemożliwe. Poszliśmy na pocztę i…nie można kupić pocztówek! POCZTÓWEK! Można kupić w połowie grudnia, jak wydrukują nowe. Oni drukują pocztówki tylko z okazji nowego roku? No tak…ale że POCZTÓWKI!? Przecież to niemożliwe…Kurna…możesz postawić budę z jedzeniem, sprzedawać szaszłyki z mięsem nie wiadomo skąd, ale nie wydrukujesz pocztówki? Nie ogarniam tej kuwety jak to powiedział kot idący przez pustynię. Poszliśmy następnie do sklepu. Mój nowy szef podarował mi 100 RMB na zakupy pierwszej potrzeby. Dorwałem za to termos, mocną herbatę i kilka innych przydatnych rzeczy. Kawy niet. Znaczy można kupić 2w1 albo 3w1, albo Nescafe instant, ale…skoro już tu jestem to pora na prawdziwą chińską herbatę. Jak szaleć to szaleć.

Wyobraźcie sobie sklep, taki dwa na dwa na dwa, a teraz dodajcie przed wejściem stolik. Na stoliku postawcie telewizor i Pana w podkoszulku operującego lutownicą na telewizorze LCD. Teraz postawcie ten sklep w towarzystwie trzech budek z jedzeniem, czterdziestu skuterów/motorów/motorowerów/rowerów, hotelu, restauracji, pięciu innych sklepów dwa na dwa na dwa i jakichś dwóch setkach ludzi…a mimo to nie ma pocztówek. No kurna…

Pocztówek…

Znaczy w Polsce kupisz pocztówki gdzie nie kopniesz, a tutaj…no ja rozumiem, że nie ma świątecznych (chociaż na nowy rok to świąteczna), ale że nie ma żadnych z widokami? Nawet Katowice mają z widokami.

Nie ogarniam. Po prostu nie ogarniam.

Nie mam problemu z restauracjami dwa na dwa na dwa, nie mam problemu z autami, które wyskakują z każdego kąta, nie mam problemu z ludźmi, którzy na ulicy mnie macają (bo wtedy też mogę ich pomacać), nie mam nawet problemu z tym, że w tej prowincji jedzą psie mięso (chociaż powinni tego zabronić i podobno chcą), nawet cenzurowany internet to pikuś  (bo można go obejść), ale do jasnej cholery POCZTÓWKI? Po tym poznaję, że jestem w zupełnie innym miejscu.

Ogarnąłem za to świetny termos. Będę mieć w czym nosić herbatę do szkoły. A skoro w szkole mamy lunch, to nie powinno być źle, chociaż trzeba ogarnąć jeszcze jakiś pojemnik na jedzenie gdy w końcu zacznę gotować dla siebie.

Gdy ruszyłem biegać…

To nie wiem czy większym zdziwieniem było to, że jestem biały, czy to że biegam. Chociaż w Polsce też ludzie różnie reagują więc do tego przywykłem. Chińczycy przynajmniej się uśmiechają i pomachają ręką. W parku biegałem według zasady – do tej lampy szybko, lampa spokoju i dwie lampy szybko, taki lampowy fartlek. W Chinach będę biegał – przez tę ulicę, po chodniku, a potem jeszcze raz szybko przed tym autem. CHAOS na drogach! Nie znalazłem jeszcze parku, ale widzę, że jest na mapie także powinienem wkrótce do niego trafić. Podobno przy ‘mojej’ szkole jest bieżnia, więc nie powinno być źle, chociaż żeby jechać do Chin by pierwszy raz biegać na prawdziwej bieżni?
Sporo ludzi ćwiczy Tai-Chi, niektórzy nie chcą by robić im zdjęcia, w sumie to nawet mogę to zrozumieć. Jest fajna droga przy rzeczce w której ludzie łowią ryby (także siatkami, co mnie zdumiało). Jak na razie z biegania mam wrażenia pozytywne, chociaż zajmie mi trochę czasu zanim przyzwyczaję się do biegania z plecakiem, okularami i aparatem w ręce. Przez takie ciągłe zatrzymywanie się i ruszanie chwyciła mnie kolka, na szczęście bardzo delikatna.

LosowyFakt#3 Naprawdę ogromne ilości jedzenia się marnują. Aż żal było z tej restauracji wychodzić. Mieliśmy obrotowy stół, kilka potraw w tym: fasolę w sosie sezamowy, rybę jakiegoś rodzaju, wątróbkę (oczywiście z cebulą), kalafiora na ostro, wołowinę na zimno, wieprzowinę na ostro, czarne jajka (naprawdę były czarne, nikt nie wiedział jak je zrobili), jakieś kiełki, a ja jeszcze sobie zamówiłem nudle. Najeść można się bez ryżu i bez nudli, tylko jak mówią, że jest pikantne  to lepiej wziąć podwójną porcję . Ach – nie mogę biegać po potrawach smażonych, za długo siedzą mi na żołądku. A bieganie gdy ciągle Ci się odbija nie jest przyjemne. Dlatego najlepiej biega mi się rano. Po lekkim śniadaniu.

Jiawang

IMG_3339 (Copy)

Oto jestem w Jiawang. Dzielnicy Xuzhou. No tak, wylądowałem na końcu świata, postanowiłem pojechać jeszcze dalej, a potem uznałem, że to i tak za blisko i ruszyłem jeszcze parę kroków. Pierwsze co, to moje mieszkanie.

IMG_3354 (Copy)

MOJE MIESZKANIE! I będę mieszkać sam, nie robiłem jeszcze zdjęć, bo na razie mam współlokatorkę w postaci mojej TA (Teacher’s Assistant). Mam osobistą asystentkę, która ma rozwiązywać wszystkie moje problemy, prowadzić do sklepu, pomagać przeżyć i jeszcze prowadzić zajęcia. W dodatku studiuje naukę chińskiego jako języka obcego, więc będę musiał być pilnym uczniem :)

IMG_3376 (Copy)

Niemampojęciaco z pociągu okazało się słonecznikiem, ale tak dobrym, ż e nawet nie trzeba go łuskać.

IMG_3378 (Copy)

Dostałem też chiński numer telefonu, niestety polskie Ł przerosło przesympatyczną Panią China Mobile i numer nie jest na mnie. Mam tylko nadzieję, że działa :D

IMG_3379 (Copy)

LosowyFakt#2 Słońce zachodzi tu strasznie wcześnie.