Niedziela i przegapione #1

Rany…oni tu chyba nie uznają materacy. Ani papieru toaletowego…No kurczę…mogę przełknąć ten prysznic bez brodzika, rozumiem wodę wylewającą się z pralki pod prysznic, ale brak papieru?!
Nic to. Na śniadanie zrobiłem sobie płatki…pominę wczorajsze poszukiwania płatków. W końcu stanęło na czymś a’la płatki co w praniu wyszło jak nasza zupa mleczna (chciałem to mam), dodatkowo dorzuciłem coś co wyglądało jak fasola w karmelu i było słone, więc zapewne było fasolą, oraz prawdopodobnie suszone śliwki na słodko. Mam też suszone śliwki, ale to wypróbuję jutro.

Zaraz zbieram się biegać. Chciałbym dzisiaj dobiec do tej nieszczęsnej poczty.

Strasznie mierzi mnie dodawanie zdjęć na blox.pl, więc wrzucam linka do galerii na minus.com

Dzisiaj biegało się potwornie, ale w gruncie rzeczy biegłem żeby znaleźć urząd pocztowy. Najpierw myślałem, że skręciłem za wcześnie i zawróciłem po kilkuset metrach (no bo przecież to nie może być tak blisko!), pobiegłem dalej i znowu skręciłem (bo przecież to skrzyżowanie na mapie wyglądało właśnie tak, a nie takie małe jakie mijałem) i pobiegłem chyba z półtorej kilometra…Nie znalazłem niczego co by przypominało urząd pocztowy, więc zawróciłem. Zaczęło śledzić mnie dwóch młodzieniaszków na motorowerze. Nie dało się ich zgubić, nawet gdy się zatrzymywałem to oni stawali ze mną. A gdy wszedłem do sklepu kupić chleb (bo wczoraj w sklepie nie kupiłem uznając, że skoro nie ma ciemnego pieczywa to pójdę do piekarni i albo w Chinach nie ma piekarni, albo całe ciemne pieczywo mi wykupili i zostało jedynie słodkie, lepszy rydz niż nic) czekali na mnie.

W ogóle w sklepie chcę kupić chleb, ale nie ma ciemnego, więc już zdecydowałem się na tostowy, chociaż jakiś Pan próbował mnie przekonać do pizzy. Pizzę mój drogi to ja mogę kupić wszędzie. Słodkie pieczywo też…w każdym razie przy kasie Pan pokazał mi na palcach 5 i coś powiedział, a ja wydukałem (zapis fonetyczny) ‘ło bo hłej szła potongła’ co powinno znaczyć ‘nie mówię po mandaryńsku’ i chyba mnie zrozumiał, wydał resztę i poszedłem biec dalej. No nie wiem czy to ta pogoda (bo duszno jest O-KRO-PNIE), czy jeszcze jet-lag, czy coś innego.

Gdy wróciłem byłem na chwilę sam więc pocykałem zdjęcia mieszkania, no i nie jest jakieś bardzo brudne, ale do stwierdzenia że jest czyste to ja bym nie użył. Na pewno jest duże, tylko ten brak brodzika aż bije po oczach.

Zaraz ruszam na lunch, mam nadzieję, że mojego budżetu to nie nadszarpnie za bardzo :) Ruszamy w nowe miejsce, do pobliskiej knajpki, akurat na spacerek przed i po. A potem pora zabrać się w końcu za planowanie zajęć, bo z tym to jestem w ciemnej dupie.

No i po obiedzie. Fasolka na ostro, tofu na ostro, coś w rodzaju podpłomyka do którego wkłada się jedzenie, zawija i szama. Ewentualnie wrzuca do zupy. Gratis od szefa kuchni dostałem zupę z baraniny. Smakowała trochę mlekiem, ale była całkiem niezła. Przerażające jest to, że ta restauracyjka u nas nie przeszłaby żadnej kontroli sanepidu. ŻADNEJ. Wszystko wystawione, a za patelnią stoi Starsza Pani, która podrzucą wszystkim radośnie. 100 metrów od mieszkania, więc chyba będę tam częstym gościem, zwłaszcza że było cholernie tanio. Za te dwa talerze wyszło 17 RMB. No, ale nie chciałem mięsa.

A zaraz idziemy pozwiedzać okolicę. Mam godzinę, żeby nakryklać  jakiś plan.

Plan nakryklany.

Zeszliśmy chyba z pół Jiawang w poszukiwaniu rury do pralki. No dobrze, może mniej, ale znaleźliśmy.

Pocztówek w Chinach nie uświadczysz. POCZTÓWEK! Przecież to niemożliwe. Poszliśmy na pocztę i…nie można kupić pocztówek! POCZTÓWEK! Można kupić w połowie grudnia, jak wydrukują nowe. Oni drukują pocztówki tylko z okazji nowego roku? No tak…ale że POCZTÓWKI!? Przecież to niemożliwe…Kurna…możesz postawić budę z jedzeniem, sprzedawać szaszłyki z mięsem nie wiadomo skąd, ale nie wydrukujesz pocztówki? Nie ogarniam tej kuwety jak to powiedział kot idący przez pustynię. Poszliśmy następnie do sklepu. Mój nowy szef podarował mi 100 RMB na zakupy pierwszej potrzeby. Dorwałem za to termos, mocną herbatę i kilka innych przydatnych rzeczy. Kawy niet. Znaczy można kupić 2w1 albo 3w1, albo Nescafe instant, ale…skoro już tu jestem to pora na prawdziwą chińską herbatę. Jak szaleć to szaleć.

Wyobraźcie sobie sklep, taki dwa na dwa na dwa, a teraz dodajcie przed wejściem stolik. Na stoliku postawcie telewizor i Pana w podkoszulku operującego lutownicą na telewizorze LCD. Teraz postawcie ten sklep w towarzystwie trzech budek z jedzeniem, czterdziestu skuterów/motorów/motorowerów/rowerów, hotelu, restauracji, pięciu innych sklepów dwa na dwa na dwa i jakichś dwóch setkach ludzi…a mimo to nie ma pocztówek. No kurna…

Pocztówek…

Znaczy w Polsce kupisz pocztówki gdzie nie kopniesz, a tutaj…no ja rozumiem, że nie ma świątecznych (chociaż na nowy rok to świąteczna), ale że nie ma żadnych z widokami? Nawet Katowice mają z widokami.

Nie ogarniam. Po prostu nie ogarniam.

Nie mam problemu z restauracjami dwa na dwa na dwa, nie mam problemu z autami, które wyskakują z każdego kąta, nie mam problemu z ludźmi, którzy na ulicy mnie macają (bo wtedy też mogę ich pomacać), nie mam nawet problemu z tym, że w tej prowincji jedzą psie mięso (chociaż powinni tego zabronić i podobno chcą), nawet cenzurowany internet to pikuś  (bo można go obejść), ale do jasnej cholery POCZTÓWKI? Po tym poznaję, że jestem w zupełnie innym miejscu.

Ogarnąłem za to świetny termos. Będę mieć w czym nosić herbatę do szkoły. A skoro w szkole mamy lunch, to nie powinno być źle, chociaż trzeba ogarnąć jeszcze jakiś pojemnik na jedzenie gdy w końcu zacznę gotować dla siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.