Mgła

Klasa dziewiąta to jak wiecie Brigitte, Lucy, Sophie i chmara innych dzieciaków w tym jeden chłopak który dzisiaj powiedział żebym go nie bił po twarzy czym doprowadził mnie praktycznie do łez. Zresztą wszystkie dzieciaki specjalizują się w doprowadzaniu mnie do łez, na szczęście tylko ze śmiechu a nie z rozpaczy. Od paru dni rozmawiamy o szkole, ulubionych przedmiotach, przedmiotach nielubianych i powodach ich popularności. Częstym przykładem nielubianego przedmiotu jest matematyka z której robi się bardzo dużo zadań domowych, materiał przerabiany jest błyskawicznie i gro uczniów nie łapie go wystarczająco szybko. Nie oszukujmy się, przy dziewięciu godzinach tygodniowo chyba mało kto nadąża. A matma sama z siebie łatwa nie jest. Przykładem przedmiotu lubianego jest za to chiński (nie mam pojęcia dlaczego, muszę się tej przyszłej nauczycielki chińskiego zapytać o powód), oraz…historia a to z powodu niezwykle zabawnego Pana od historii. Tak, tego samego który tydzień temu zaskoczył mnie pijackim oddechem. Dzisiaj mnie też zaskoczył mówiąc do mnie ‘Hello Bart’ a ja wydukałem z siebie tylko ‘Ni hao’. Taką taktykę przyjąłem, że jak nauczyciele mówią do mnie w ‘moim’ języku to ja mówię w Ich języku. Ten system tonalny mnie przeraża, ale przynajmniej ‘dzień dobry’ opanuję.
Aaaa…jeszcze przed pierwszymi zajęciami popsuły się drzwi w gabinecie. To niesamowite, ale najpierw zrobiłem w nich dziurę a teraz doprowadziłem do stanu nieużywalności bo się ich zamknąć nie da a próbowałem chyba wszystkiego. Na szczęście Lidia powiedziała że przekaże sprawę dalej. Do Lidii jeszcze wrócimy, ale na razie przejdźmy do tego co działo się po zajęciach, czyli:
– Do zobaczenia za tydzień.
– Nie! Za tydzień mamy sprawdziany. W czwartek i piątek.
– Czyli nie mamy zajęć?
– Nie…
– To powodzenia na sprawdzianach!
I wróciłem do domu, przebrałem się i poszedłem biegać. Plan był taki żeby dzisiaj pobiegać trochę w nowym centrum bo dawno mnie tam nie było, no i pobiegałem, zobaczyłem że na jednej z ulic nagle zniknął płot i widać olbrzymi plac budowy. Biegłem spokojnie, tak jak sobie obiecałem, żadnych szybkich biegów, nie chcę się pochorować, muszę na siebie uważać, bo ostatnio strasznie zmęczony chodzę.
Tak jak na przykład teraz gdy wróciłem z zakupów, włączyłem wodę, a jeszcze się nawet nie przebrałem chociaż piszę już dobre dwadzieścia minut.
Ostatni kilometr pobiegłem szybciej, ale nie dużo szybciej bo z nim zawsze jest problem gdy wracam z nowego centrum. Ostatnie pół kilometra do domu mam zaraz po ogromnym skrzyżowaniu na którym często przychodzi mi czekać, także nie spinam się wtedy za bardzo. Oczywiście mógłbym ostatni kilometr zaczynać za światłami, ale wtedy musiałbym biec między blokami a dzisiaj nie miałem już na to ochoty. Także wróciłem do domu, umyłem się, przebrałem, zjadłem owoce i o 11 zadzwoniłem do Lidii że możemy iść przenieść pralkę.
Lidia zapomniała kluczy, ale to tylko drobnostka bo gdy weszliśmy do mieszkania okazało się że właścicielka zamknęła łazienkę na klucz i zabrała go ze sobą. Oczywiście pralka stoi w łazience. Bo wiedzieć musicie, że Ona stwierdziła że tej pralki nie da dopóki nie dostanie kluczy i dopóki wszystko nie zostanie uregulowane. No dobrze…Lidia wkurzyła się nie na żarty i zaczęła dzwonić po ludziach, nagle pojawił się Pan Strażnik który trochę się pośmiał, trochę popatrzył i sobie poszedł, a potem przylazła Pani wynajmująca i zaczęły na siebie krzyczeć o opłatę za prąd (co przypuszczałem a co zostało później potwierdzone), w końcu obie pojechały do firmy energetycznej a ja poszedłem zrobić sobie obiad. I tak sobie jem gdy nagle Lidia dzwoni że ma prośbę…no cóż, czasem trzeba przerwać posiłek by komuś pomóc. Także przebrałem się i poszliśmy przenieść szafę i kołdry . Tak, pralka została w tamtym mieszkaniu. Nie, nie chciałem kołder, bo o dziwo nie ma mi zimno w nocy.

A po obiedzie powrót do szkoły i tak jak klasie 11 obiecałem – obejrzeliśmy w końcu film. Już nie mogą na mnie krzywo patrzeć. I jeden taki malutki kwiatuszek który doprowadził mnie do łez w klasie 13:
– Lubię fizykę?
– Dlaczego?
– Bo Pan ma spokojny głos i można szybko zasnąć.
Naprawdę się popłakałem.
I jeszcze coś mi się przypomniało:
– Lubiłem zajęcia komputerowe.
– Dlaczego?
– Bo mogłem grać w gry.
– Zaraz, mogłeś grać w gry na zajęciach. Jak?
– (po chwili zastanowienia) Ostrożnie.
I duma w oczach. W pełni zasłużona bo chociaż wytłumaczył się jednym słowem to bardzo sensownie.

A potem polazłem na kolację. I pojawił się Lawrence, a pojawił się zupełnie znikąd. Położyłem plecak w zupełnie nietypowym dla siebie miejscu, bo nigdzie indziej nie było wolnego siedzenia i gdy wróciłem z talerzem tofu zobaczyłem tam dwa kubki mleka sojowego i tackę jedzenia. Porozmawialiśmy sobie i jedno zdanie:
– Ale widzisz Lawrence, ja nie jestem samotny.
– Ale ja jestem.
To chyba chandra bo przecież tutaj jest tylu ludzi, te klasy są olbrzymie, mnóstwo osób w akademiku, zawsze można do kogoś zagadać. Bardzo dobrze rozumiem że można być samotnym w tłumie, ale to na pewno przejściowe. Pogadaliśmy sobie chwilkę a potem ruszyłem do sklepów.

Zacząłem od osiedlowego w którym wpadłem na bramkę i uruchomiłem alarm…Trochę się zawiodłem bo nie mieli mojego bobu…czyżbym jednak nie tylko ja go kupował? Mieli jednak ten droższy ostrzejszy, więc mówi się trudno wziąłem go. Przeglądając dział mięsny zdałem sobie sprawę że różnice w cenie są niewielkie i lepiej będzie mi tachać olej i mięso stąd niż z innego sklepu. Także główne zakupy zrobiłem pod domem. A potem dokupiłem jeszcze owoców i odłożywszy wszystko w domu ruszyłem do innego sklepu po miód. Oprócz miodu kupiłem tez jeszcze picie i pierdoły do gabinetu, bo ostatnio Lidia ciągle coś kupuje więc najwyższa pora się zrewanżować.
Kulnąłem się też do innego sklepu bo mignął mi przed oczami fajny zestaw do herbaty, ale okazał się wielkości naparstków więc sobie darowałem.

Jest coś takiego w bieganiu we mgle, coś takiego nienamacalnego. W końcu wchodząc w mgłę stajemy się jej częścią, a ona przenika nas. Taka aura tajemniczości panuje gdy widzimy tylko 10 metrów do przodu i nagle coś się wyłania zza rogu. W takich chwilach dobrze jest mieć rzucającą się w oczy kurtkę.

A Japonia…

Skończyłem już zajęcia i tak sobie siedzę i piszę tę dzisiejszą notkę. Zajęcia rozpocząłem od ‘Kopciuszka’, który jednak jest za trudny dla większości klas, więc go sobie odpuścimy i ruszymy bardziej w kierunku rozmów. A w tym tygodniu – ulubiony środek transportu, czyli dlaczego chciałbym mieć samolot.

Jednak za nim dotrzemy do odpowiedzi na to pytanie musimy trochę cofnąć się w czasie. Tak mniej więcej do godziny 930, gdy Lidia prosi mnie bym po lunchu przyszedł i pomógł Jej przenieść pralkę. Tak! W końcu udało się nam przenieść pralkę. Jak? Otóż Pan Sun (Lidia wymienia Go bardzo często, ale niech mnie diabli nie wiem kto to, szef to David to wiem, ale Pan Sun? Król słońce to nie problem, nawet słońce Peru, ale Pan Sun?) powiedział Pani od której firma wynajmuje mieszkanie, że jeżeli nie odda Lidii pralki to ta będzie musiała zapłacić karę. I Ona powiedziała że tego nie chce…Znaczy przetrzymywać pralkę jako zakładnika jest dobrze, ale zmusić kogoś to zapłaty kary jest źle. Pani się wycofała, ale oczywiście pod warunkiem: musicie zapłacić jeszcze 200 RMB. Już nawet nie pytałem jak to uzasadniła tylko spytałem czy nie taniej wyszłoby kupić nową pralkę. Wyszłoby podobnie, ale rozumiem że ta ma jakąś wartość sentymentalną. W każdym razie po lunchu pojechałem i pomogłem przenieść pralkę. Teraz będzie odpoczywać sobie w piwnicy, niech jej tam będzie dobrze.

Z samego rana zadzwoniła Jennifer. Nie odebrałem bo byłem na zajęciach, zadzwoniłem po lunchu, ale tym razem Ona była zajęta, więc zadzwoniła po 16, kiedy to już byłem w domu. I sobie porozmawialiśmy.
– A w sprawie tego drugiego nauczyciela…
– Właśnie jestem w trakcie rekrutacji.
– Pytam bo rozmawiałem z tamtym i myślałem że się zgodził.
– Nie, ale rozmawiałam z szefem i powiedział że gdybyś się zgodził być dalej jedynym nauczycielem to dostałbyś podwyżkę. Powiedziałam mu że nie mogę decydować za ciebie i zapytam.
– Lepiej będzie zatrudnić drugiego nauczyciela, naprawdę.
Już teraz czuję że jestem zmęczony. A w lato będzie mnie nosić by więcej czasu spędzać na rowerze, w biegu, a gdy wstawanie o 5 stanie się przyjemnością to nie będę mieć oporów by biegać tak wcześnie. Jestem członkiem ‘Night runners Katowice’, ale dla mnie bieganie w nocy to nie tyle bieganie późno co bieganie wcześnie. W końcu noc jest długa. Poza tym jeżeli ponownie uda się ustawić plan tak by mieć trzydniowe weekendy to nie ma opcji ale pora ruszać gdzieś dalej i pozwiedzać trochę okolicę.

A teraz pora na…
Klasę drugą.
Czyli zestaw pytań:
– czy w Polsce można mieć broń?
W Chinach nie można posiadać broni. W ogóle. Żaden cywilny mieszkaniec Chińskiej Republiki Ludowej nie może posiadać broni palnej. Nielegalne posiadanie broni i/lub jej handel to kara od 3 lat więzienia (za samo posiadanie!) do kary śmierci. Tak, kary śmierci za nielegalny handel bronią. Tutaj się nie pierdzielą…podrabiasz walutę i na dodatek jesteś na czele gangu podrabiającego walutę – kara śmierci, wielokrotny gwałt na nieletniej (o nieletnim na Wikipedii nie wspominają) – kara śmierci, przemyt broni, narkotyków, materiałów nuklearnych, podrobionej waluty – kara śmierci, handel ludźmi – kara śmierci i takich zbrodni karalnych najwyższą karą jest 55.
– Japonia w czasie Drugiej Wojny Światowej współpracowała z Niemcami, a Oni zaatakowali Polskę, co sądzi Pan o Japonii?
Pytanie postawione bardzo sprawnie :) Aż się uśmiechnąłem. Nie wiem co kierowało ludźmi popierającymi Hitlera w Japonii, bo przecież Oni też nie za bardzo pasują do wzoru typowego aryjczyka, ale widać czasem wyłącza się myślenie. I tak też odpowiedziałem.
– Przed Drugą Wojną Światową w Polsce było wielu Żydów (no dobrze, tutaj potrzebowali mojej pomocy), dlaczego?
Wam chyba nie muszę tłumaczyć, prawda?
– Nowy premier Japonii chce zabrać nasze wyspy i prosi o pomoc USA.
Taaaak. Na te pytania jednak nie odpowiadam, bo tutaj nie ma dobrych odpowiedzi. Japonia przedstawia to inaczej, Chiny przedstawiają to inaczej, a w Polsce cisza. Swoją drogą ciekawe co by USA zrobiło…
– W sobotę ma być koniec świata, jaki sposób końca świata by Pan wybrał: katastrofa ekologiczna, wojna, inwazja obcych, wirus zombie…
No naprawdę, takie pytanie? Wirus zombie, to oczywiste.

Jutro czeka mnie zaledwie godzina biegu, zaraz muszę przestawić budzik i z dużym niepokojem wyczekuję czwartku bo chociaż planuję pójść biegać to nie wiem jak to będzie z ubraniami. Mają one ostatnio straszną tendencję do wolnego wysychania więc zastanawiam się czy nie odpuścić sobie…ale zobaczę, mam przecież koszulki, podkoszulki i bluzę więc powinno być dobrze. A sporo uczniów widziało mnie wczoraj gdy biegałem. Pytają ile biegam i są pełni podziwu. To tylko 17 kilometrów. Dla Nich to AŻ 17 kilometrów, ale mi więcej nie potrzeba, tak ustaliłem i tego będę się trzymać, nie muszę biegać tyle co przed rokiem, ba nie chce biegać tyle co przed rokiem. Martwię się tylko o ten poniedziałek za tydzień bo nie wiem czy uda mi się wyjść pobiegać przed tą naszą malutką Wigilią. Mam nadzieję że tak, naprawdę mam nadzieję że tak. No i mam jeszcze jeden problem bo nie wiem co kupić Liberty. Lidia też pomocna nie była bo powiedziała żebym kupił coś prostego, w końcu to pierwsze święta dla Niego i na pewno nie ma wielkich wymagań. No tak, tylko co? Będę musiał pochodzić trochę po nowym centrum i poszukać czegoś gustownego. A może paka słodyczy? To tutaj zawsze jest dobrym prezentem.

Kolację zrobiłem sobie w domu i powoli, bardzo powoli, zaczynam łapać jak przyprawiać tofu by miało smak. Aż mi się teraz twarzyczka śmieje tak mnie duma rozpiera.

Chińskie gimnazjum

Adam!
Włosy Lidii poszły do śmieci, wiedziałem że włosy mogą narobić niezłego ambarasu w rurach, ale nie sądziłem że czyszczenie przypadnie mi.
Ja wiem że ta kolacja wyglądała jak wyglądała, ale była bardzo smaczna. Trzeba czasem odpocząć od jajecznicy.
Czy się kłócą? Jasne, przezywają się, robią samolocik (jak zostało mi to wyjaśnione potrzeba czterech chętnych i jednej ofiary, chętni chwytają za ręce i nogi po czym huśtają ofiarą), zabierają krzesła gdy ktoś wstaje, podstawiają nogi, bójek nie widziałem ale jakieś kuksańce są codziennością (i bardzo często widać że dziewczyny biją chłopaków gdy ci sobie żartują, rzadziej chłopaki się atakują). Tylko tak myślę że masz rację, to jest strasznie takie cukierkowe, strasznie odrealnione, nie widać ujścia negatywnych emocji. Oni w ogóle starają się unikać mówienia o tym co negatywne przynajmniej po angielsku. Bez lepszej znajomości języka ciężko mi coś więcej powiedzieć.
Adamie nie mogę się z Tobą bardziej zgodzić co do tego jaki powinien być nauczyciel, tylko tutaj te konkretne zajęcia są najogólniej mówiąc inne. A tak bardziej szczegółowo: z mojego przedmiotu nie ma ocen, Lidia mówi że uczniowie mogą też czasem spać, że nie ma problemu jeżeli robią coś innego na moich zajęciach, a Jej twarz rozświetla uśmiech zadowolenia gdy uczniowie mówią że na zajęciach można się zrelaksować. Dyrektor z kolei mówi że mam więcej pracować z książką (mówi to przez Lidię). Książką której nie wybierałem i która jest za trudna dla większości uczniów. To ja czy faktycznie dostaję sprzeczne komunikaty? ;) Ja się do tego wszystkiego tak naprawdę dopiero dopasowuję bo przecież to jest coś niespotykanego w Polsce w jakiejkolwiek szkole. Staram się to łączyć, czyli przeplatam te zajęcia typowo szkolne z zajęciami typowo zabawowymi, ale siedzę tu dopiero trzeci miesiąc i nie wiem jeszcze wielu wielu rzeczy.
Wyszedłem z tego ‘dołka’ na kolejnych zajęciach bo się spodobały, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Poza tym nie da się wszystkich zawsze zadowolić Pytać się Ich nie ma co bo i tak po angielsku powiedzą że wszystko było w porządku.
Za to dzisiaj popytam o weekend bo mieli możliwość wrócić do domu i teraz podobno mogą wracać co tydzień (a przedtem mogli raz w miesiącu).
Mama jest najważniejsza? Tak, ale…już jej rodzina nie. Bardzo ładny artykuł na Wikipedii mówi o okresie żałoby po śmierci członka rodziny. Przykładowo po śmierci dziadka i babci od strony ojca żałoba powinna trwać rok, a po śmierci dziadka i babci od strony matki zaledwie pięć miesięcy. Kobiety są tu tradycyjnie traktowane jako ‘gorsze’ przykładowo: śmierć kuzyna (powiedzmy syna siostry matki) to żałoba trwająca 3 miesiące, a śmierć kuzynki (powiedzmy córki siostry matki) w ogóle nie wymaga żałoby. Idźmy dalej: umrze wnuk (syna syna) dziedzic – rok, umrze wnuczka (córka syna) – rok, umrze wnuk (syn córki) – trzy miesiące,  umrze wnuczka (córka córki) – żałoba? A dlaczego?
Dlaczego ojciec Lidii zdecydował się na trójkę dzieci? Dopiero za trzecim razem trafił się syn, który będzie w stanie przejąć rodzinny interes czyli hotel. Córki muszą iść na uniwersytet, znaleźć męża, bo interesu rodzinnego dostać nie mogą.

Przy okazji, masz bardzo mądrego syna :) Perfekcjonizm to czasami poważna wada, dobrze że o tym wie. Prędzej czy później musimy się w czymś wyspecjalizować, nie każdy z nas może być da Vincim.

A dzisiaj Lidia przyszła i powiedziała że musi iść bo zmienili jej terminy egzaminu na prawo jazdy i sama nie wie kiedy będzie zdawać…wróci może w czwartek, może w piątek. Masakra jakaś…tysiąc osób w małej szkole jazdy bo od stycznia wchodzą nowe przepisy i będzie trudniej zdać (brzmi to ze wszech miar znajomo).

Minął tydzień i na drzewach przed gabinetem nie ma już liści wszystkie spadły na dach garażu rowerowego. No to zima…

A gdy pisałem te słowa o zimie pojawiła się w moim gabinecie Stokrotka, w sensie Daisy, i zaprosiła do swojej szkoły. Maleńkiej szkoły ponadpodstawowej, naszego gimnazjum (maleńkiej bo na 600 osób), umiejscowionej niecały kilometr od mojej szkoły. Prawdę mówiąc to ta szkoła znajduje się w starym miejscu i przebiegam koło niej przynajmniej raz w tygodniu a w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego że jest tam szkoła, bo jest gdzieś tam ukryta w zakamarkach Jiawang. Nie napiszę już ‘mojego’ Jiawang bo zdałem sobie sprawę, że chodzę tylko głównymi ulicami a nie zaglądam do zaułków, nie staram się już zgubić tylko korzystam z wydeptanych ścieżek i trochę mnie to przygniotło że ten mój duch podróżniczy został trochę przytępiony. Tłumaczę to sobie pogodą, która naprawdę nie zachęca do wędrówek.
W każdym razie pojechaliśmy do szkoły, tam dyrektor robił mnóstwo zdjęć, a ja rozmawiałem z dzieciakami. Wrażenia? Wrażenia?! Rany boskie…dwunastolatkowie zadający mi nienaganną angielszczyzną pytania. Owszem, podstawowe typu: ile masz, skąd pochodzisz, jak się nazywasz, jaki jest twój zawód, jakie jest twoje hobby, jakie jest twoje ulubione święto (spojrzałem i akurat przerabiali ten temat w książce) i takie podstawowe odpowiedzi wyłapywali bez problemu, z trudniejszymi nie dawali rady, ale to zrozumiałe. Odniosłem wrażenie (ale wrażenia tutaj są bardzo złudne jak się okazuje) że operują angielskim nie gorzej niż niektórzy uczniowie w mojej szkole, ale nie chciałem o tym nikomu mówić. Bo dwóch godzinach nieustannego gadania gdy głos mi już wysiadał udaliśmy się na kolację. Przy okazji, klasy w szkole drugiego stopnia są malutkie, tak na 20 uczniów. Na kolacji głównie rozmawiałem z Daisy i spożywałem alkohol, starałem się za dużo nie jeść bo to co się działo ze mną po ostatnich zapraszanych kolacjach przechodzi ludzkie pojęcie.
– Dlaczego zostałaś nauczycielką?
– Uczyłam się angielskiego, a pracę magisterską zrobiłam z edukacji (niech będzie że pedagogiki).
– Hmm…wiesz mogłabyś zostać tłumaczką.
– Nie, mój angielski jest za słaby.
– A lubisz uczyć?
– Tak średnio, ale w Chinach ciężko o dobrą pracę.
– Ja z wykształcenia jestem tłumaczem i nie sądziłem że będę uczyć. Ale w gruncie rzeczy sprawia mi to mnóstwo przyjemności, a uczniowie mnie lubią i się uczą, więc jest dobrze.
– A dlaczego właściwie przyjechałeś do Chin?
– Wiesz, w Polsce też byłem nauczycielem i prawdę mówiąc miałem tego dość. Miałem dość ciągłych problemów z motywacją, dyscypliną i brakiem szacunku. Tutaj jest zupełnie inaczej…
Takie tam nauczycielskie gadanie ludzi z zupełnie innych kontynentów mających w gruncie rzeczy ze sobą mnóstwo wspólnego jeżeli chodzi o decyzje życiowe.
Tak sobie piłem to chińskie lekarstwo na ból brzucha zwane tutaj winem (pewnego dnia nauczę się chińskiego na tyle dobrze że wytłumaczę Im że wino jest alkoholem pochodzącym z fermentacji a to co my pijemy jest alkoholem pochodzącym z destylacji) i po któryśtam kieliszku powiedziałem dość i mówię Daisy że więcej nie piję bo jutro mam zajęcia i nie mogę być zmęczony. Mój dyrektor spojrzał na mnie i pokiwał głową ze zrozumieniem. Sam jeszcze trochę wypił. Dyrektor tej drugiej szkoły powiedział że bardzo chętnie zawiezie mnie do innej prowincji i pokaże inne miejsca, co brzmiało zachęcająco ale potem przypomniałem sobie że mam tylko dwa dni wolnego w tygodniu i nie za bardzo chcę je obecnie poświęcać na podróże. Powiedział też żebym wpadał do szkoły jak najczęściej. I ponownie bardzo chętnie, ale kiedy…Powiedziałem że gdybym miał więcej czasu to bardzo chętnie (dyrektor ponownie pokiwał głową ze zrozumieniem), no to się zapytali czy bym nie wpadł w sobotę albo w niedzielę…no to zgodnie z prawdą odrzekłem że to jedyne dni kiedy mogę na spokojnie porozmawiać z rodzicami. Bo o ile dla znajomych nie ma problemu iść spać gdy ja się budzę, tak dla rodziców jest to już pewne wyrzeczenie. Spotkało się to ze zrozumieniem i nie było już kolejnych nacisków. Bardzo chętnie bym się pojawiał tam częściej, ale naprawdę czas jest towarem deficytowym.

Chciałbym przy okazji nadmienić że będę wyjątkowo bogatym człowiekiem bo do babci nie poznającej mnie na ulicy, taty nie poznającego mnie na zdjęciach dołączyła mama która nie poznała mnie po głosie gdy do niej zadzwoniłem.

Be the best you can

Jeszcze tak o konkursie, ciągle mi się coś przypomina bo ostatnio robiłem prezentację, wielu uczniów którzy się nie przygotowali, a którzy zdecydowali się wziąć udział czytało pewien wiersz. Niestety nie zrobiłem zdjęcia, ale zapamiętałem z niego dwa fragmenty: ‘(…)Jeżeli nie możesz być orłem latającym po niebie, bądź pszczołą latającą w ogródku (…) (…)niezależnie od tego czym będziesz bądź szczęśliwy tym czym jesteś i bądź najlepszym jak potrafisz(…)’. Jest mi to bardzo, ale to bardzo bliskie bo coś niezwykle podobnego usłyszałem kiedyś od Dziadka. Tak, bez dwóch zasłużył sobie na wielką literę. To dzięki niemu nazywam się巴多罗买米 奇斯瓦夫.No w sumie to sprawka rodziców, ale Dziadek był inspiracją dla obu imion. Był też wielką inspiracją dla mnie. Powiedział mi żebym to co robię robił całym sercem. Dlatego ten króciutki wiersz budził we mnie mnóstwo emocji. Pokazujących, że dałem w życiu nie raz ciała, i dam nie raz bo tego nie da się uniknąć, przypominających jakim głupim dzieciakiem byłem (i można mnie poklepać po ramieniu mówiąc, że każdy był, ale właśnie sęk w tym, że nie powinienem…no cóż, widać wstyd mi nie tylko z powodu kapci), ale też dającym mnóstwo radości. W końcu było nie było Dziadek jest jedyną osobą której zdjęcie mam zawsze przy sobie (w telefonie mam jeszcze zdjęcie babci, psa, kota, roweru i medali z biegów…nie, nie traktuję rodziców za coś pewnego, po prostu nie robiliśmy sobie zdjęć komórką), to zawsze o Nim myślę gdy umieram w czasie biegu i te myśli jeszcze nigdy mnie nie zawiodły i na zawsze zapamiętam ostatni mecz jaki oglądaliśmy razem gdy Brazylia wklupała Niemcom w 2002 na mistrzostwach świata, oraz to jak wtedy wyskoczyłem w powietrze po pierwszej bramce a On tylko powiedział że to Niemcy, a z nimi trzeba grać zawsze do końca. Także moi drodzy uczniowie, chociaż nigdy tego nie przeczytacie, dziękuję, dziękuję po stokroć, bo ten wiersz roztopił mnie bardziej niż jakikolwiek lizak. I tak siedzę nad tym co napisałem i chciałbym coś jeszcze napisać, ale nie potrafię bo obojętnie co napiszę i tak nie oddaje tego jakim człowiekiem był Dziadek. Także napiszę tylko jedno zdanie. Jestem z Niego tak samo dumny jak On był ze mnie.

Na szczęście jest czwartek

Wstałem rano, nie ma internetu, ciemno jak w…Chinach wieczorem (to będzie moje ulubione porównanie), ale na szczęście jest czwartek.
Zjadłem śniadanie i pojechałem do pracy z nadzieją że uda mi się wysłać blogonotkę z pracy. Nie udało się bo dalej nie mamy prądu. Po pierwszych zajęciach pochodziliśmy trochę z Lidią po szkole i poprosiliśmy kogo trzeba. No i po godzince prąd się pojawił.

Szkoła marzeń to naprawdę fajne zajęcia, dużo opinii się powtarza ale to znaczy że to nie je pojedynczy uczniowie chcą ładnych toalet, większych klas, czystych budynków i parku. Oraz nauczycieli którzy się uśmiechają.

Wspominałem że uruchomiliśmy z Lidią klimatyzację? Teraz mamy w gabinecie przyjemne 18 stopnie i więcej nie potrzeba, aż nie chce się wychodzić na zajęcia.

W przerwie obiadowej pojechałem do nudlowej restauracji, gdzie Pan Kucharz przygotowywał nudle na miejsce. Naprawdę! Na miejscu wyrabiał ciasto i w palcach robił makaron. W PALCACH! Niesamowite. I było bardzo dobre. Nie było w tym może wiele mięsa czy warzyw, ale było bardzo smaczne. Smaczniejsze niż nudle w stołówce to na pewno.

Deszcz…ukrywam się w szkole przed deszczem, głównie dlatego że w domu dalej internet nie działa. Ktoś ukradł kable, albo coś innego i firma musi je założyć na nowo. Wieczorem powinno działać. Wyobrażacie to sobie w Polsce? Kraju z europejskimi standardami usług? Dzwonisz do firmy internetowej z problemem  rano, przed południem ktoś do Ciebie przychodzi, po południu problem jest rozwiązany.  Można? Można…

I faktycznie problem został rozwiązany bo internet powrócił. Nie potrafię się temu nadziwić.
Do listy propozycji uczniów należy dopisać:
– możemy się zakochać
– możemy się całować
Powrócił temat czystych ubikacji i większych akademików.  Za to muszę przytoczyć zdanie jednego ucznia bo było bardzo mądre ‘nasze serce może się zakochać, ale my nie możemy’…
– Dlaczego?
– Musimy myśleć o przyszłości, o nauce, o rodzicach.
Jak bumerang powraca też temat większej ilości odpoczynku, snu, czasu dla siebie, na hobby, albo przynajmniej  boiska do koszykówki bliżej szkoły by można dłużej pograć. To już totalna desperacja.

Na kolację wparzyłem do czwórki i musiałem zamawiać dwa razy bo za pierwszym wyszło trochę za mało…W dalszym ciągu zastanawia mnie co zmienia cenę mojego tofu na .3 lub .8 na końcu, skoro wszystko  jest po 0.5…Spokojnie, dojdę do tego.

Czwartki mają jakąś taką przygnębiającą aurę. Praktycznie codziennie wracam do domu o tej samej porze, ale jakoś czwartki męczą mnie bardziej niż jakiekolwiek inne dni. Nie wiem czy to z powodu rozbitego planu, chociaż we wtorki tez jest rozbity czy z jakiegoś innego powodu, ale czwartki sprawiają że chce mi się spać bardziej niż zwykle i praktycznie padam na pysk. Na szczęście jutro jest piątek i czeka mnie świetny trening: piramidka do piątki. Już się nie mogę doczekać.

Szkoła marzeń…

Czyli gra: zostajesz dyrektorem szkoły i możesz w niej zmienić wszystko co tylko chcesz. Tylko pamiętaj żeby myśleć jak dyrektor, a nie jak uczeń. Nie możesz zrezygnować z pracy domowej bo rodzice będą wściekli, jeżeli chcesz zmienić nauczycieli musisz wyjaśnić dlaczego.
Parę minut na rozmowę, zapisanie propozycji, parę na dyskusję, a potem słuchamy propozycji. Oprócz takich standardowych jak: mniej zajęć, precz z matematyką i fizyką, pojawiło się kilka ciekawych  jak: prysznice w akademikach (bo uczniowie często nie mają czasu żeby wskoczyć pod prysznic po zajęciach, a prysznice mają poza akademikami w osobnych budynkach), klimatyzacja w akademikach (rany, tam to dopiero musi być zimno), lepsze i tańsze jedzenie w stołówce, uczymy się tylko wybranych przedmiotów, wyposażamy bibliotekę w nowe książki i przy okazji ją powiększamy, czyścimy ubikacje, każemy nauczycielom czyścić podwórko szkolne (nauczyciele są bardzo niezadowoleni), budujemy zoo :), stawiamy parki, albo przynajmniej więcej drzew i kwiatów, powiększamy sale, albo zmniejszamy ilość uczniów, zmniejszamy ilość uczniów w pokoju w akademikach (obecnie jest 8 osób w jednym pokoju), zatrudniamy nowych zaangażowanych nauczycieli, dla których nauka jest pasją, takich którzy wszystkich uczniów będą traktować sprawiedliwie. Fajne zajęcia z tego wyszły.

Żeby nie pisać tylko o blaskach napiszę także trochę o cieniach nauczania. Taki cień to na przykład dzisiejsze zajęcia w klasie 14, w której uczniowie  posłusznie wykonywali ćwiczenia, kiwali głowami że rozumieją, nawet odpowiadali na pytania, czyli rozumieli…śmiali się więc zajęcia im się podobały, słowem wszystko wskazywało na to że poradzili sobie bardzo dobrze z trudnym listeningiem. A po zajęciach Lidia mówi coś dokładnie odwrotnego: że im się zajęcia nie podobały, były nudne, za trudne i nie widzieli w nich sensu. Chociaż wyjaśniłem im, że robimy je po to by popracować nad słownictwem i słuchaniem ze zrozumieniem. Zdołowało mnie to okropnie bo zawsze im powtarzam że jak czegoś nie rozumieją to mają mi powiedzieć, a na każdych zajęciach pytam się czy chcieliby mi coś powiedzieć, w dodatku po coś są te konsultacje…Najgorsze jest to że pewnie nie tylko klasa 14 tak czuje. Bardzo mnie to zdołowało bo przecież wszystko wskazuje na to że jest dobrze, a jednak dobrze nie jest. W dodatku gdy mieliśmy zajęcia w niedzielę miło sobie porozmawialiśmy pośmialiśmy się bo dawno się nie widzieliśmy i wszystko wydawało się być w porządku. Nie rozumiem Ich języka i jeżeli Oni sobie nie radzą to nie potrafię Im pomóc. A nie mogę prowadzić zajęcie bez informacji zwrotnych bo skąd mam wiedzieć czy coś jest za proste czy za trudne skoro wszyscy potulnie kiwają głowami, uśmiechają się i udzielają się na zajęciach. Czasem w klasach czuć że coś jest nie tak, ale  jeżeli tego nie czuć to co wtedy? Po to właśnie jest asystent(ka). Tylko jeżeli jej nie ma to jestem jak dziecko we mgle momentami.

A teraz już do rzeczy mniej dołujących.
Wpadłem na Lawrence’a na lunchu i zapomniałem Jego chińskiego imienia, udał obrażonego i powiedział że mnie nienawidzi :) Porozmawialiśmy trochę o przyszłości i powiedział że waha się między studiami ekonomicznymi a językowymi.
– Po ekonomii wyciągniesz więcej kasy.
– Wiem, ale jako nauczyciel będę szczęśliwszy. Tylko niestety w życiu potrzebujemy pieniędzy do wszystkiego.
– Myślę że w gruncie rzeczy najważniejsze jest robić to co Ci sprawia przyjemność. Jeżeli nauczanie da Ci szczęście to zostań nauczycielem

Co więcej Lawrence chciał się wprosić do mnie na weekend. Musiałem mu grzecznie odmówić bo chociaż Go lubię to weekend to rzecz święta.

Kolejne zajęcia opisałem u góry bo dalej bawiliśmy się w dyrektora.

Po zajęciach – konsultacje. Czyli nic ciekawego…Wyłączyli nam prąd i poszliśmy coś zjeść. Jedynka pełna do granic niemożliwości, dwójka też pełna, dopiero trójka nas ugościła. Nie było jednak tofu i za kolację zapłaciłem 5 RMB. Za to dostałem kilka solidnych chochel jedzenia. Nas bo poszedłem z uczniami z konsultacji.

W drodze do domu wstąpiłem do Pana ze sklepu, który musiał się przenieść z trzech garaży do jednego, ponieważ w dwóch innych powstała restauracja (głowy nie dam, ale chyba Jego), kupiłem 4 lizaki i zostałem zaproszony na kolację. Odmówiłem, ale obiecałem że jutro się pojawię. Także jutro czekają mnie nudle na kolację…albo na lunch, bo w sumie to czemu nie.
W domu internet nie działa, u Lidii też nie, a mówi że rachunek jest zapłacony…Także tę notkę przeczytacie z opóźnieniem. Mam nadzieję że nie będziecie źli ;)

O dziewiątce

Dałem ciała po całości z jednym imieniem. Bo zapomniałem Lucy powiedzieć, że jest Lucy i dzisiaj się zapytała. I zapomniałem że to Lucy. Myślałem, myślałem, ale w końcu wymyśliłem. Chyba jednak Lucy jej się nie spodobało. W sumie to nie dziwię się. Łucja brzmi o wiele fajniej.

Inna dziewczyna poprosiła mnie o imię, ma takie ładne imię po chińsku z bo i śi, ale zaznaczyła że nie chce imienia miękkiego, tylko jakieś takie twardsze. No to teraz najodpowiedniejsze byłoby Sandy… Będę mieć dla niej dwie propozycje…Bridget i Gertrude. Oba imiona oznaczają siłę, więc powinna być zadowolona. No naprawdę nic nie poradzę na to, że Barbara oznacza obcokrajowca…

Na lunch dokulałem się do jedynki i…skasowali mnie 7.5 RMB, także tam prędko się nie pojawię. Pojawił się także uczeń z wtorkowego wieczoru i znowu sobie porozmawialiśmy. Powiedziałem mu, że może pojawię się jutro, ale po lunch uznałem że skoro mam chwilę czasu to dokulam się dzisiaj. Ucieszył się bardzo.

– A dlaczego jesz z uczniami?
– Bo wiesz, chcę dać uczniom, takim jak Ty, których normalnie nie uczę możliwość porozmawiania po angielsku. Poza tym w klasie niektórzy mogą się stresować, czuć nieśmiali, a tutaj jest Wasze terytorium.
– Tak, tutaj nie jesteś jak nauczyciel. Tutaj możemy porozmawiać jak znajomi.

Pierwsze piętro okazało się być piętrem piątym. Cała klasa chciała ze mną zdjęcia. Oprócz tego sobie pogadaliśmy i gdy miałem wracać zgarnęła mnie klasa 502. Porozmawialiśmy sobie o Polsce, NBA (Lakersi znowu przegrali :/) i zapytałem czy mogę czasem do nich wpaść, a skoro mogę to czasem wpadnę. Fajnie pogadać na trochę innym poziomie. Co ciekawe, to chłopaki chcą ze mną gadać, ale to dziewczyny biorą udział w konkursach.

7.5 RMB za obiad…aż mnie to zabolało…

W każdym razie…kurczę…zawiodłem się trochę na klasach z parteru. Naprawdę mało uczniów zgłosiło się do naszego konkursiku. A to przecież takie dobre klasy. Może właśnie dlatego że dobre nie wykazały się frekwencją? W końcu woleli skupić się na egzaminach niż na konkursiku. No może i tak.

Mam tylko nadzieję, że klasa dziewiąta mnie nie zawiedzie. Bardzo na nich liczę.

Klasa druga bardzo mnie zaskoczyła bo uczniowie zrobili prawdziwe przedstawienie. Odegrali pełny książkowy dramat w dwóch aktach. Super sprawa.

Po zajęciach udałem się na tofu. Do tego jajko i miałem problemy ze znalezieniem miejsca, ale poratował mnie jeden z uczniów z trójki. Muszę mu w końcu wymyślić jakieś imię bo chociaż słabo mówi po angielsku to ciągle sobie ze mną żartuje i dzisiaj próbował ze mną rozmawiać po mandaryńsku. A chyba dobrze odpowiadałem bo chłopaki żartowali pytając się nawzajem czy potrafię mówić po mandaryńsku po czym zamilkli gdy usłyszeli odpowiedź.

A po szkole chciałem kupić owoce bo ostały mi się dwa banany, gruszka i jabłko. Tak, dobrze przeczytaliście. Żadnych mandarynek! No dobrze mam jeszcze melona, ale on się nie liczy. Nie było Pana jeżdżącego co wieczór pod moim mieszkaniem, więc chciałem kupić w sklepie osiedlowym. Niestety wejść nie mogłem z plecakiem, więc poszedłem odłożyć do szafki, ale patrząc na nie wiedziałem że plecak tam nie wejdzie. No i nie wszedł, więc zamiast się mocować  wyszedłem i pojechałem na ulicę pełną sprzedawców owoców. Kupiłem mandarynki i jabłka. Gruszki i banany muszą jeszcze poczekać. A sklep osiedlowy stracił klienta. Przynajmniej dopóki nie skończy mi się bób.

Ta dziura w drzwiach to moja zasługa. Wczoraj próbując wyjąć klucz z zamka zablokowałem drzwi stopą i wciągnąłem na nią drzwi. Pech chciał że poszło na dyktę w drzwiach.

No i tyle na dzisiaj. Jutro ostatni dzień etapu pierwszego konkursiku. No i trening na bieżni.

Czemu Pan tego nie umyje?

Ogoli moja droga, ogoli. Ale za inwencję muszę pochwalić. Staram sobie wyobrazić takie zajęcie z nauczycielem angielskiego z innego kraju w polskim ogólniaku. W polskim publicznym ogólniaku. Nie powinienem porównywać, ale brak mi informacji o tym jak to wygląda w Chinach, więc mimowolnie porównuję do tego co widziałem w kraju. Ciężko mi wyobrazić sobie by po pierwsze takie zajęcia miały miejsce. I to mnie trochę smuci, bo przecież co to za problem w gruncie rzeczy. A efekty, nawet jeżeli nie stricte językowe, to takie życiowe jak poznanie innej kultury są nie do ocenienia. Poza tym dzieciaki są zmuszone do mówienia w języku którego się uczą. Czyli skupiamy się na jednym języku i staramy się go nauczyć dobrze, a nie uczymy dwóch po łebkach przez dwie-trzy godziny tygodniowo. Inna sprawa jest taka, że chińska edukacja jest oparta na ciągłym powtarzaniu słówek. Także uczniowie nie mają większych problemów ze słownictwem czy gramatyką, ale mówienie stanowi dla nich prawdziwe wyzwanie. Muszę w końcu się wybrać na jakieś chińskie zajęcia z angielskiego. Może nawet jutro, w końcu 7 godzinę mam wolną.

A teraz zacznijmy od Pana w pidżamie…Naprawdę ładnej pidżamie.

Szkoła wywiesza gazetę co rano, także każdy może sobie poczytać co dzieje się na świecie. Jak widać jest jakiś żart z USA, coś o tych spornych wyspach i oczywiście o nobliście, z którego są strasznie dumni.

Te przepiękne napisy po chińsku były nie do odszyfrowania dla uczniów, ponieważ: to kaligrafia, to starochiński.

Zdjęcie z drugiego piętra, damska, więc nie wchodziłem.

Szperając po szufladach w biurkach byłych nauczycieli znalazłem kilka magazynów. W tym magazyn o grach (w którym jakieś 90% to gry online a pozostałe 10% to gry na komórki), jakiś magazyn dla młodzieży z Totoro na okładce, oraz jakiś magazyn o koszykówce,

Po zajęciach z klasą trzecią dostałem tę kartkę i naprawdę, ale to naprawdę się wzruszyłem. Dostałem ją bo powiedziałem im, że już ich uczyć nie będę. W końcu klasy na dole przejmuje Miguel. Im się też zrobiło smutno jak widać.

Pamiętacie gdy pisałem o kolejności stawiania znaków i moim zaskoczeniu, że tutaj się tym nie przejmują? To dzisiaj zrobiłem zdjęcie w jakiej kolejności powinny być stawiane kreski w ‘naszych’ literach. I teraz się zastanówcie proszę, stawiacie je tak jak na zdjęciu?;)

Na obiad kiełki, kiełki, tofu, tofu, sałata i dwie bułki, które dzisiaj wcale nie ciążyły. A siedziałem sobie spokojnie i jadłem gdy nagle słyszę ‘Buu’ i co? Wendy próbowała mnie przestraszyć, ale zauważyłem że trzyma w siatce taką kulkę podobną do tej którą wczoraj zjadłem. No to po obiedzie podszedłem pooglądać co mają na deser i wziąłem kulkę (pycha) i ciacho (jeszcze większa pycha). Razem wyszło mnie 6,6 RMB.

Poszedłem pobiegać, bo okazało się że nie muszę brać popołudniowych godzin za Miguela. Wskoczyłem na bieżnię, czasy wyszły gorsze niż tydzień temu, ale zamiast kręcić minutówki zrobiłem piramidkę do 4 minut. W sam raz na początek.

Gdy wróciłem zdałem sobie sprawę, że jestem tu już ponad miesiąc a jeszcze własnego osiedla nie obszedłem. Znam chyba wszystkie drogi do centrum, ale nie znam własnego podwórka. Zrobiło mi się trochę wstyd i poszedłem pocykać zdjęcia. Przy okazji postanowiłem porobić zdjęcia samochodów. Normalnie auta mnie nie ruszają ani trochę. Tutaj jednak zwrócono mi na coś uwagę. Wszystkie auta są nowe. Praktycznie nie ma tutaj starych aut. Tak jakby wymieniali auta gdy te mają ~5 lat.

Na kolację ponownie do stołówki, tofu, ziemniak, sałata, sałata, ziemniak i zupa. A Pani bardzo zależało żebym wziął ryż i kalafior (bo z reguły biorę kalafior). Na szczęście poradziliśmy sobie bez tego. No i wyszło 5 RMB.

Następnie ruszyłem do sklepu. Sklepów. Bo w jednym się nie udało kupić wszystkiego. Kupiłem grzebień (a myślałem, że zgubiłem i było mi naprawdę smutno), mandarynki, banany i gruszki, a do tego chleb, fasolę i napój herbaciany bo ileż można tę samą herbatę pić.

I znalazłem sklep z żelkami na wagę! Jeszcze tylko ta fasola…A właściwie to bób. Chociaż bób to też fasola.

Trasa biegowa z dzisiaj:

http://www.endomondo.com/workouts/hkS_5itHyy8

Nowy nauczyciel…

Pojawi się w weekend. I to jest bardzo ciekawe, bo jakim cudem załatwili wszystko tak szybko. No nic, grunt, że będzie mógł zacząć od poniedziałku. Lub będzie mogła. Lub, jak to Lidia powiedziała, będzie mogło. Lidia zażartowała. Myślę, że to znak. Nie wiem jeszcze czego, ale czegoś znaczącego.

Dzisiejsze śniadanie zostało wzbogacane o słodzone suszone chińskie daktyle. Które potem całe zjadłem. Dlatego też dzisiaj ruszyłem do sklepu by je kupić ponownie. Do tego zakupiłem banany, normalne chińskie daktyle, gruszki, mandarynki i płatki owsiane. No i fasolę na ostro, która wygląda jak kukurydza, ale kto tam wie…

Coraz więcej uczniów pyta się mnie o to czy mi zimno…Kurczę. Oni tu wszyscy już zamarzają.

I jak widać na zdjęciach – przysypiają. Trzeci dzień po takiej przerwie jest okropny, na szczęście od przyszłego tygodnia powinni się pozbierać do kupy.

Bardzo mi się podobają te udawane prawdziwe materiały z których korzystają na zajęciach z angielskiego. Co prawda nie ma tam innych ćwiczeń niż czytanki i gramatyka, ale wygląda to jak prawdziwa gazeta i na pewno jako dodatek bardzo ciekawi uczniów.

Adam, specjalnie dla Ciebie, ubikacja – budynek nauczycieli, piętro 3.

Na lunch dzisiaj jednak bułka, tofu, papryka, kalafior i coś…Wyszło 5 RMB. Super.

A po lunchu poszedłem biegać i odwiedziłem inny plac zabaw. Fajnie sobie tak połączyć biegi z ćwiczeniami na placu zabaw.

A kolacja to: tofu, fasola z mięchem, ziemniaki i chyba też tofu…wyszło 6 RMB i myślę, że Pan się pomylił, albo to mięso było droższe…No nie wiem nie wiem.

Wyjeżdżając ze szkoły wczoraj zauważyłem, że zaczęto podświetlać inną ulicę, więc postanowiłem porobić trochę zdjęć. A zaraz potem ruszyłem na zakupy.

Uczniowie dalej uwielbiają Biebera ;)

A dzisiejsza trasa biegowa wyglądała o tak:

http://www.endomondo.com/workouts/qijcC6Dm8p4

Te włosy tutaj o…o…

To broda moja droga Irene. W Chinach niezwykle rzadko spotykana. Lidia zaczęła się śmiać i powiedziała, że kozy mają brody. Owszem, kozy mają kozie bródki. A gdy jej wyjaśniłem, że zapuszczam bo zbliża się zima i nie chcę zamarznąć uznała, że to niezwykle zabawne. W Polsce niewielu mężczyzn stosuje tę technikę. A przecież w te kilka zimowych miesięcy nie ma lepszego ratunku dla nas niż  właśnie broda, w końcu po to zostaliśmy w nią wyposażeni. Chińczycy nie mają bród bo ich zimy są miłe, lekkie i przyjemne. Lydia stwierdziła, że najzimniej może być -8. Minus osiem. Minus osiem to nie jest zima. Minus osiem to chwilowa niedogodność. To nie są 3 pary rękawiczek, to nie są palce pozbawione czucia, to nie jest krzyk z bólu gdy do rąk wraca krążenie, to nie jest też siedzenie opatulonym trzema kocami, kołdrą z rękami na kubku po gorącej herbacie (bo herbata już została wypita). Minus osiem. Zima. I to jeszcze bez śniegu.

Dzisiaj przy 25, PLUS DWUDZIESTU PIĘCIU!, padło pytanie ‘a Panu nie ma zimno?’ (bo byłem w krótkim rękawku i krótkich spodniach). Nie, nie jest. A Wam jest? ‘TAK!’. Moi drodzy, to nie jest zimno. Zimno jest gdy marzycie o tym, żeby się położyć, gdy szczęka skacze Wam na wszystkie strony, gdy nie potraficie myśleć o niczym innym niż o ciepłej herbacie, o ciepłym łóżku, trzech parach skarpet, długich spodniach, grubej kurtce, gdy chałwa smakuje jak niebo, gdy nie przeszkadza Wam popijanie tabletek przeciwbólowych colą, gdy rzeczywistość powoli staje się przereklamowana, a ten kawałek ziemi gdzie przed chwilą upadliście wydaje się cieplutki niczym łóżku w świeżo wypranej pościeli. Zimno poznałem w tym roku w czasie treningów i na Chudym Wawrzyńcu. Wkroczyłem na tereny na które nie chciałbym znowu wkraczać, ale dzięki temu wiem co to znaczy zimno. I jeszcze mocniej odczuwam motto rodziny Starków ‘Nadchodzi zima’. Także nie, to nie jest zimno. To nawet nie jest chłodno. 25 stopni w październiku to dla mojego ciała zaskoczenie.

No dobrze…dzisiaj ponownie na kilku zajęciach nie było Lidii i ponownie trzeba było czasem coś narysować/napisać. Problem jest taki, że od lat próbuję się zabrać za naukę japońskiego i chociaż coś tam powiedzieć potrafię (więcej niż po mandaryńsku, to na pewno) to jednak czytanie i pisanie w ogóle mi nie podchodzi. Zwłaszcza, że ciągle czytam/słyszę że pisanie jest bardzo skomplikowane, kreski należy stawiać w odpowiedniej kolejności w odpowiedni sposób bo można coś przeinaczyć, trzeba więc być bardzo starannym. A skoro Japończycy ukradli jeden z alfabetów Chinom to wydawało mi się, że w Chinach będzie podobnie…Wydawało mi się do dzisiaj. Poprosiłem jednego z uczniów by napisał coś co mu pokazałem. On podszedł do tablicy i wyglądało to tak: dup, dup, dup, dup i odchodzi. A to były dwa znaki po kilkanaście kresek! To co narysował nie przypominało w ogóle tego co było w słowniku a wszyscy zrozumieli. I wtedy zrozumiałem, że to jednak nie ma takiego znaczenia. Że z pismem jest tak jak z mową, najważniejsze jest to, żeby być zrozumianym, nie to w jako sposób.

A z samego rana ruszyłem robić zdjęcia i trochę pobawić się na placu zabaw. No i porobiłem zdjęcia Paniom, które po ćwiczeniach Tai-chi ćwiczyły z mieczami i wachlarzami.

Potem zajęcia i dzisiaj obyło się bez pisków przy piosence Justina Biebera. Za to specjalnie dla Adama zaczynam serię zdjęć toalet. Będę teraz codziennie starał się znaleźć inną toaletę (lub po prostu obskoczę całą szkołę w jeden dzień) i powrzucam zdjęcia.

Na lunch dwie bułki (za dużo), gotowana marchewka i niemampojęcia co, tofu, kalafior na ostro i jeszcze jakieś warzywa. Wszystko za 5 RMB. Czyli naprawdę tanio. A to pewnie dlatego, że wróciłem do 4, a tam mają dla mnie dobre ceny.

Pepsi w Chinach jest taka sama jak u nas, za to cholernie podobają mi się te chińskie napisy :)

Jeszcze w czasie zajęć dostałem od uczniów kartkę z napisem, że przepraszają, ale mają zajęcia i nie mogą dzisiaj zagrać, więc znalazłem na dzisiaj innych partnerów do gry. Pożyczyli też Lidii piłkę, więc też mogła sobie porzucać.

Dzisiaj w końcu udało nam się ruszyć w trójkę na wspólną kolację. Także wzięliśmy: kalafior na ostro, tofu i wieprzowina. Wyszło nas to 43 i w moich oczach trochę drogo, zwłaszcza że tej wieprzowiny sporo nie było.  A przy okazji wrzucam zdjęcia mojej ulicy wieczorową porą, czyli o 19. Ciemność i jeszcze raz ciemność.

Zupełnie na koniec: zdjęcie wieczornego chińskiego biegacza :) Serce mi się raduje. Zwłaszcza, że jutro sam ruszam na trening.