Tydzień spokoju

Mniej więcej tyle czasu minęło od poprzedniego ataku wiatru. Było już tak cicho i spokojnie, ale znowu się zaczyna. Nie wiem za bardzo dlaczego skoro tajfuny się skończyły, wyczerpały się w tym roku, ale wiać wieje nadal. Zobaczymy.

Chyba tydzień temu pisałem o tym że nie pada, bo faktycznie nie pada, trochę pokropiło w piątek, ale generalnie mówiąc ma się to nijak do typowej polskiej jesieni. Kto to widział żeby w listopadzie jeszcze w krótkich spodenkach biegać, chociaż niektórzy studenci mają już kurtki poubierane w klasie, a ludzie z samego rana także chodzą w kurtkach. Przy dwudziestu stopniach na plusie…Rozpieszczeni są jak widać strasznie.

Ja się tak rozpieścić tą pogodą nie dam, korzystam z niej jak tylko mogę czyli zrywam się o piątej i idę biegać. Widać że pora roku jest już inna bo słońce wstaje coraz później i potrzeba już paru minut żeby się rozgrzać. Absolutnie nie mam zamiaru z tego powodu narzekać, dla mnie są to warunki idealne.

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w przeprowadzaniu się z miejsca na miejsce w Chinach jest dostępność produktów które można by uznać za podstawowe. Przykładowo w Jiawang było zawsze kilka rodzajów tofu, część świeżych, część smażonych, w Changchun było już gorzej, ale też nie można było narzekać zwłaszcza że tofu było w praktycznie każdym sklepie, ale jednak wybór był mniejszy. W Xiamen tofu jest, ponownie z większym wyborem, ale tutaj skupiają się na tofu świeżym.
Gorzej jest na przykład z sezamem. Czasem tak człowieka najdzie że chciałby upiec chleb/bułki z sezamem. Co wtedy robi? Idzie do sklepu i kupuje sezam bo resztę składników ma w domu. Dla nas jest to zadanie utrudnione bo w żadnym z pobliskich sklepów (do Tesco mamy jednak trochę dalej) sezamu nie ma. Znaczy jest, ale czarny. Czarny sezam nie jest zły, czasem wręcz jest bardzo dobry, ale jednak smakuje inaczej.

To po części moje wydziwianie bo przecież co to za problem kupić sezam przez internet, wyjdzie taniej niż w sklepie, przesyłka prosto pod drzwi, w dodatku za wysyłkę nie trzeba płacić, więc same plusy, ale jednak taka swoboda zakupów gdy nagle człowieka nachodzi ochota na coś, ale musi to zamówić i czekać parę dni aż przyjdzie, znika. I tak jest z wieloma rzeczami. Całe szczęście że mój ukochany bób kupuję już w internecie całkowicie uniezależniając się od sklepów, a orzeszki ziemne znaleźliśmy praktycznie takie same jak w Polsce także rezygnując z długotrwałego procesu poszukiwania czegoś dostatecznie dobrego.

Czasem nie można już biec

Odkąd tu przyjechałem mam problemy z bieganiem. Ciągle jestem zmęczony, bolą mnie dwugłowe uda, co mi się nigdy nie zdarzało, pocę się potwornie, ale za to wszystko obwiniam tę paskudną wilgotną pogodę. Przecież nagle nie straciłem umiejętności biegania.
Jeżeli w rodzinnej miejscowości June potrafiłem bez większych problemów przebiec 14 kilometrów, a tutaj męczę się by przebiec 10 to znaczy zę tutaj coś mi nie pasuje.

Nie wiem ile jeszcze ten proces adaptacyjny potrwa, wiem że w Jiawang się poddałem i praktycznie przestałem biegać, w Changchun też momentami bywało ciężko, ale w Zhengzhou było już znacznie lepiej, też pierwszych kilkanaście tygodni musiałem się przemęczyć, ale potem szło już gładko. A tutaj…no nie wiem, może chcę za dużo za szybko.

Dzisiaj było nawet w porządku pierwsze pięć kilometrów poszło zupełnie bez problemu, musiałem zatrzymać się tylko raz, ale nie by odsapnąć, ale żeby zmienić katalog z podcastami, czyli coś co zrobiłbym też w Polsce. No może niekoniecznie w Polsce bo tam miałbym pas, a tutaj biegam z plecakiem bo w pasie nie mam dość miejsca na butelkę z wodą.

W każdym razie pierwsze pięć kilometrów było całkiem w porządku, aż nagle…nie było już w porządku. Przeszył mnie ból w plecach i musiałem się zatrzymać. Próbowałem się rozciągać, ale przy każdej próbie głębszego wdechu bolało jeszcze bardziej. Poczekałem parę minut, a potem zacząłem wracać do domu spacerem. I dalej to samo, przy każdym głębszym wdechu bolało.

Teraz już jest lepiej, mogę głęboko oddychać, ale plecy dalej bolą. Pewnie pobolą jeszcze parę dni a potem przejdzie, ale taki ból to dla mnie nowość. Już wolę te ciągle obolałe dwugłowe…Może to taki znak bym spuścił z tonu jeszcze bardziej? Tylko ile to jeszcze bardziej w moim przypadku? Przecież już i tak zszedłem z tych 70-80 kilometrów przebieganych tygodniowo w Polsce do 50-55 przebieganych w ciągu ostatnich trzech tygodni.

Lekcja wprowadzająca

P1210239

Na dzisiaj miałem zaplanowane spotkanie z moją opiekunką czyli Chinką która nadzoruje dwóch nauczycieli z zagranicy. Nadzoruje w sensie pomaga Im wdrożyć się w system uniwersytetu Huaqiao. Wysłała mnóstwo plików na maila, ale że nie mam internetu to niczego jeszcze nie przeczytałem. Doprosić się o ten internet nie mogę, bo tym zajmuje się już inna osoba, ta sama która zajmowała się innymi rzeczami i prawdę mówiąc aż mnie głowa boli na myśl że będę się musiał z Nią użerać. Podobno w piątek przyjdzie technik żeby zobaczyć co i jak. Pewnie nie przyjdzie bo na czwartek i piątek planowane są dni wolne z okazji 70. rocznicy zwycięstwa nad Japonią. Jakoś tak się Chińczykom uwidziało że od tego roku zamiast święta środka jesieni będą świętować 70. Rocznice zwycięstwa wojsk zjednoczonych (a głównie to przecież Amerykanów) nad Japonią. Rozpisałem się zupełnie nie na temat, więc wracam.

Spotkanie się odbyło, a jakże. Tylko zamiast dowiedzieć się jak obsługuje się dość skomplikowanie wyglądającą klasę pełną komputerów, o której zresztą pisałem, dowiedziałem się wielu rzeczy bardziej przyziemnych. O egzaminach, rozkładach zajęć, ocenianiu studentów i mnóstwie innych rzeczy takich bardziej…nudnych.

P1210247

Bardzo podoba mi się to że sam będę oceniał egzaminy i wprowadzał z nich oceny do systemu, ale bardzo nie podoba mi się fakt że te egzaminy będą odbywać się w tygodniach 19 i 20, a ja wprowadzać oceny mam w tygodniu 22, czyli będę mieć tydzień na sprawdzenie testów (kilku setek testów pewnie) i tu nie chodzi o samo wprowadzanie ocen czy sprawdzanie testów, ale to że odbywają się one w czasie w którym nie będę mieć nic za bardzo do roboty. Chyba że uda się gdzieś na te dwa tygodnie wyjechać. Bo i czemu nie.
Bardzo podoba mi się to że nie mam nad sobą Chińskiego nauczyciela, bo Oni chociaż też obecni, to uczą tylko pisania. Czyli nie ma sytuacji z poprzedniej szkoły gdzie moje oceny sobie a życie sobie bo i tak Chiński nauczyciel będzie je wprowadzał.
Nie za bardzo podoba mi się takie określenie co trzeba zrobić w ciągu semestru, czyli dokładnie podana lista rozdziałów z książki do przerobienia, zwłaszcza że wszystko wyliczone jest co do tygodnia, tak że nie ma możliwości na przesunięcie czegoś, czy zrobienie spokojnej lekcji o czymś co by studentom bardziej odpowiadało. Rozumiem dlaczego tak jest, bo jednak trzeba tych ludzi do jakiegoś ichniego egzaminu przygotować, ale i tak wolałbym mieć tutaj trochę większą swobodę. Chociaż prawdę mówiąc nie widziałem jeszcze książek więc nie wiem czy nie martwię się trochę na zapas.

P1210251

Dużo rzeczy mi się podoba, przynajmniej jak na razie. Tylko poziom skomplikowania ocen jest nieprzeciętny, o czym jeszcze napiszę jak tylko uda mi się zalogować na pocztę i ściągnąć te pliki.
P1210264

Jeszcze nie Chiny

Od kilku lat nie opisałem żadnego biegu. Jestem prawie pewny że nie opisałem dokładnie tego jak zamarzłem na trasie pierwszego Chudego Wawrzyńca, chociaż kilka razy pewnie wspominałem o tych przesympatycznych ludziach którzy mnie prowadzili przez parę kilometrów do punktu kontrolnego.

Na 100% nie opisałem maratonu w Rybniku dwa lata temu, zresztą i tak nie ma o czym pisać. 14 kółek, hica i w uszach opis Drugiej Wojny Światowej.

W tym roku, a raczej w te wakacje, pobiegłem w dwóch zawodach: znowu w maratonie w Rybniku (bo tak jakoś ładnie wypada), oraz w biegu Powstań Śląskich, czyli dziesiątce w Parku (bo rozgrzewką jest już dobiegnięcie do biura zawodów).

11896468_721414444637389_9030547106718252834_o

Maraton został zaliczony z czymś co można uznać za przyzwoity czas biorąc pod uwagę że jedyne biegi dłuższe niż 20km robiłem już w Polsce i przez dłuższe niż 20km rozumiem dwie dwudziestki i jeden pół maraton. Czyli wytrzymałościowe przygotowanie było żadne i to wyszło na dziesiątym kółku od którego zacząłem bieg przeplatać z chodem. Skończyło się na 4:15 czyli pół godziny szybciej niż dwa lata temu i z jednej strony jestem zadowolony bo to było nie było mój drugi najszybszy maraton, a z drugiej jest pewien niedosyt bo gdybym trochę więcej tych biegów długich zrobił to czas byłby lepszy i byłbym mniej zmęczony, ale skoro nie zrobiłem to swoje odcierpiałem, w końcu jak to mówią nie sztuką jest maraton przebiec, sztuką jest się do niego przygotować.
Oczywiście ludzie narzekają na pogodę, że za ciepło, ale prawdę mówiąc gorąc przestał być dla mnie problemem jeszcze zanim wyjechałem do Chin, a po trzech latach zrozumiałem że to jak się pocę i męczę w Chinach jest nie do porównania z tym jak się męczę w Polsce. Tutaj czuję się jakby ktoś zdjął ze mnie kilkukilogramową kamizelkę, ale mi to nie przeszkadza ani trochę.
Mam nadzieję że za rok znowu uda mi się tam pobiec i znowu wykręcić te 14 kółek, bo chociaż brzmi to strasznie nudno to jednak w pewnym momencie one się zlewają i człowiek już o tym najzwyczajniej w świecie nie myśli. W końcu to tylko czternaście kółek.

PP1210119

Ten drugi bieg odbył się sześć dni po pierwszym, czyli generalnie powinno być kiepsko, ale była to moja trzecia najszybsza dziesiątka, tylko minimalnie wolniejsza od drugiej, a czułem się w jej trakcie nieporównywalnie lepiej co może zobrazuję taką scenką z ostatniego kilometra.
Na około półtorej kilometra przed metą zaczynał się dość długi bieg i tam minąłem ostatniego będącego w miarę blisko biegacza, a do następnego zostało mi jakieś 300 metrów, czyli daleko. Daleko, ale powiedziałem sobie że czuję się dobrze i może uda mi się Go dogonić, w końcu nic nie motywuje do biegania tak bardzo jak rywalizacja, głównie z samym sobą, ale czasem potrzeba takiego kogoś bardziej namacalnego. I tak biegłem za tym Panem przez następnych kilkaset metrów, aż w końcu Go złapałem. Biegłem chwilę za Nim, ale postanowiłem wyprzedzać, wtedy On też ruszył, więc postanowiłem trochę zwolnić, chwilę później znowu ruszyłem i gdy Go minąłem usłyszałem że znowu przyśpiesza, więc znowu się zatrzymałem, powtórzyliśmy to jeszcze raz, ten trzeci raz był wystarczający by zbliżyć się do kolejnego biegacza i wtedy właśnie postanowiłem ruszyć do przodu. A gdy przestałem słyszeć że mój cień mnie goni ruszyłem jeszcze mocniej i przekroczyłem linię mety na parę sekund przed czterdziestą czwartą minutą. Czyli trzeci najlepszy czas na zawodach. Nie spodziewałem się tego, zwłaszcza że jeszcze parę dni temu nogi w ogóle nie niosły. Widać jednak nie jest ze mną aż tak źle.

Kolejny maraton już w styczniu, mam nadzieję że tym razem będzie dojazd lepiej zorganizowany ;-)

 

Do widzenia

IMG_1383

Chciałbym zacząć od podziękowań. Dziękuję meridko za te wszystkie wyjeżdżone kilometry, za te wszystkie wspólne godziny, za podjazdy które wydawały się niemożliwe i za najszybsze zjazdy w życiu.

Za wszystkie wywrotki przez ramię i za tych kilka przez ramę. Za te zawody w Jiawang gdzie musiałem kryć się za wozem bo jechałem na szarym końcu.

Za to że mogłem tyle w Jiawang zobaczyć i zrobić zdjęć których inaczej nigdy bym nie zrobił.

Za to że dzięki tobie spotkałem wspaniałych ludzi którzy sami z siebie, bez pytania, bez znajomości angielskiego, przychodzili mi z pomocą. To dzięki tobie zakochałem się w tym kraju i nabrałem wiary w jego ludzi. Czy to wtedy gdy po raz kolejny zgubiłem drogę powrotną i swoim łamanym chińskim pytałem o drogę do Jiawang, czy wtedy gdy Pan normalnie wulkanizujący opony zalepiał mi dętkę.

To dzięki tobie zobaczyłem prawdziwe Chińskie wioski, prawdziwe pola, po prostu prawdziwe Chiny, a nie te sztuczne wypacykowane przygotowane na najazd turystów.

Czekałaś na mnie miesiąc w piwnicy. Znalazłem Cię zakurzoną, ale przypięta marnym łańcuchem do drugiego roweru.

Przejechałaś pociągiem półtorej tysiąca kilometrów do Changchun.

Przejechałaś drugie półtorej tysiąca z Changchun do Zhengzhou.

Wczoraj, jak wiele razy przedtem, zostawiłem Cię zapiętą pod kamerą w czasie zajęć. Ktoś cię zabrał ciągnąc to tylnie koło. Ktoś w masca i okularach przeciwsłonecznych. Dla mnie to oczywiste co trzeba zrobić skoro kamery są wszędzie. Dla mnie problemu tutaj nie ma, bo znaleźć tego człowieka nie będzie problemem skoro kamery są wszędzie.

Niestety meridko wiem że do mnie już nie wrócisz. Wiem że Cię wywiozą daleko stąd i sprzedadzą a Twoje numry seryjne na nic się nie przydadzą. Wiem i jest mi z tego powodu bardzo przykro, ale nie ma we mnie już złości.

Gdybym wyszedł z klas tak jak skończyłem zajęcia to dalej byś tam stała, ale zamiast tego zostałem by rozmawiać ze studentem. Miałem cię wczoraj stracić i to rozumiem, ale i tak jest mi przykro. Mam nadzieję że twój nowy właściciel także cię wywoskuje na wiosnę jak my z June w tym roku.

Gorąc

Jeszcze nie hica, ale już ciepło. Naprawdę pochodzę z zimnego kraju jak to często powtarzam studentom. A powtarzać będę coraz częściej bo robi się coraz cieplej i czuję ze zbliżamy się do punktu w którym będzie mi pot spływał z pleców w czasie zajęć.
Jest o tyle ciekawe że mając na sobie koszulę z krótkim rękawem patrzyłem na studentów siedzących w kurtkach i powtarzających że jest zimno.

No cóż, zimno to chyba jednak stan umysłu skoro przy ponad dwudziestu stopniach niektórzy ciągle siedzą w klasie w kurtce.

Jak zawsze zerwałem się rano by pójść pobiegać i gdy odłożyłem garmina na parapet usłyszałem krzyki i walenie w drewniane drzwi. Ktoś próbował obudzić pracującego studenta który nam stróżuje. Nie za bardzo rozumiem skąd te krzyki i to walenie, przecież powszechnie wiadomo że ów student pracuje w czwartki, piątki i soboty przez co brama jest zamknięta i wtedy skacze się przez płot. Naprawdę nie trzeba od razu robić takiego rabanu i budzić ludzi.

Na szczęście stróżujący student otworzył drzwi, wypuścił krzyczącego Pana i zostawił drzwi otwarte. Ja nie rozumiem, żeby taki raban robić jak za 10 minut i tak by drzwi zostały otwarte i można by wyjść nie budząc wszystkich w pozostałych trzech budynkach.

A potem poszedłem biegać i dochodzę do wniosku że ciągle za szybko zaczynam i nie lubię tego terenu wokół jeziora, nie wiem czy to kwestia podłoża (raczej nie, bo wszędzie jest ten sam asfalt/beton, czy co to tam jest), czy pagórków (co niby pokrywa się z tym co pokazuje GPS, ale sam tego nie odczuwam, bo przecież ta inna trasa ma okropnie długi podbieg, no chyba że właśnie ten podbieg jest mylący bo jest jeden, a tam tych pagórków może być więcej), ale po bieganiu tam strasznie mnie nogi bolą i wstępuje we mnie niechęć do biegania. Na szczęście tylko chwilowo, bo jutro z samego rana znowu się zerwę i sobie chwilę pobiegam.

Wtorek, wtorek i po wtorku

Pisałem nie tak dawno temu o rutynie i o tym jak bardzo jest to niebezpieczne stworzenie. Do tego stopnia niebezpieczne że lubię przed nią uciekać, zmieniać swoje rutynowe zachowania, próbować nowych rzeczy i generalnie starać się podchodzić do spraw z różnych perspektyw. Czasem jest to niezwykle irytujące dla ludzi wokół, czasem i dla mnie, ale w ten sposób te moje kanały myślowe ciągle się rozwijają.

Dlatego też zamiast iść do sklepu jutro, jak robię od tygodni sześciu, poszedłem dzisiaj. To bardzo ciekawe ale po południu w sklepie było mniej ludzi niż rano. Muszę się nad tym zastanowić trochę dłużej bo bardzo, ale to bardzo mnie to ciekawi.

Wczoraj pojawiła się informacja przy wejściu do budynku nauczycieli. Pozwolę sobie jej część przetłumaczyć (konkretnie tę część która wprawiła mnie w osłupienie):
– Wszystkie egzaminy mają zostać przeprowadzone w ciągu 10-ego tygodnia (11-15 Maj). Jednocześnie informujemy że w dniach 12-13 Maj odbędzie się impreza sportowa w związku z czym nie będzie zajęć.
Prosimy o przestrzeganie obecnego rozkładu zajęć i nie dokonywanie żadnych zmian z nim związanych.

W Chinach funkcjonuje taki zwrot zuile, który oznacza ni mniej ni więcej tylko nie mam słów. Polacy takiego zwrotu nie wytworzyli, mamy swoje brak słów, Anglicy też niekoniecznie, może Niemcy mają, ale przyznaje się uczciwie że nie znam. Wytworzyli za to Chińczycy, czyli Im dość często musiało mowę odbierać z jakichś powodów.
Odkąd poznałem ten zwrot opanowałem jego wymowę do perfekcji. Obecnie funkcjonuje już u mnie na poziomie ni hao, czyli jest bardzo dobrze. Byłoby inaczej gdybym nie mówił go co chwilę. Ktoś się wpycha w kolejce zuile, ktoś pluje na ulicy zuile, studium języków obcych wywiesza taką informację: kurw…, bo moim pierwszym językiem jest Polski i dopiero jak pod nosem wymruczałem przekleństwo, powiedziałem zuile.

Za dużo jest tego chaosu tutaj jak dla mnie, brakuje mi ogarnięcia, brakuje mi organizacji, ja się do tego miejsca nie nadaję.

Dzień piąty

P1150472 (Copy)

Bez sajiao (przeczytajcie jeszcze raz notkę z wczoraj bo zrobiłem błąd w temacie sajiao).

Zacznę od tego że oblało dzisiaj dwóch studentów. Obaj z własnej winy, ale o ile jeden z angielskim radził sobie przyzwoicie i pogrążył Go brak zadań domowych (jak prawie każdego który musi poprawiać), tak ten drugi pogrążył się sam.

P1150474 (Copy)

Cztery pytania, takie powiedzmy jak dojść od bramy do biblioteki? Jak się dzisiaj masz? Lubisz gotować? Zapytaj  od które sklep jest otwarty.
Pierwsze pytanie: nic.
Drugie pytanie: Dobrze.
Trzecie pytanie: Chcę napić się wody.
Czwarte pytanie: nic
No nie zaliczył, nie miał szans. I takich ludzi nie rozumiem w ogóle. To są tak podstawowe pytania że ja Ich nawet nie powinienem zadawać. Sami studenci są zaskoczeni że zrobiłem aż taki prosty egzamin. No tak, zrobiłem prosty egzamin żeby wszyscy go zdali i dostali do tego fajne oceny. Wszystko dlatego że Oni się nie specjalizują w angielskim i nie ma sensu Ich dręczyć dodatkowo.
A jednak to za mało…

P1150477 (Copy)

Na pierwszym roku anglistyki mieliśmy zajęcia z filozofii, ćwiczenia i wykłady bo jako studiujący kierunek humanisty na uniwersytecie powinniśmy posiadać chociaż podstawy wiedzy z innych nauk humanistycznych.
Prowadzący ćwiczenia miał proste podejście – przychodzisz na zajęcia to masz trzy, odzywasz się i mam Cię w notesie to masz cztery, zapamiętam Cię to masz pięć.
Prowadzący wykłady potrafił przyciągać studentów przez całą sesję poprawkową aż zaliczą. A że byłą plotka iż najlepiej przyjść jako pierwszy to powstała wręcz patologiczna walka o to kto będzie pierwszy. Doszło do tego że jeden ze studentów pojawił się przed budynkiem odpowiedniego wydziału jeszcze zanim on został otwarty. W zimę. A potem i tak nie zdał.

P1150479 (Copy)

Podejście pierwsze nie jest dla mnie opcją, nie mogę przepuścić kogoś tylko dlatego że był na wszystkich zajęciach. Nie w dzisiejszym świecie, który jest mały jak nigdy dotąd i który otwiera przed tymi młodymi ludźmi możliwości jakich nie mieli Ich rodzice.
Dla Nich angielski, chociaż nie najważniejszy, z pewnością jest istotny.

Usłyszałem ostatnio, w czasie English corner, coś co mnie bardzo zadowoliło:
– Bart, wszyscy studenci z którymi rozmawiam mówią że myśleli że będziesz takim wesołym, zabawnym nauczycielem z którym będą grać w gry. A ty jesteś poważny…

Ktoś musi.

Dzień trzeci

Kiedy to przyszło dziesięcioro studentów.  Wyobrażacie to sobie? Egzamin na który przychodzi mniej niż połowa grupy bo są trzy dni wolnego i trzeba się ze szkoły wyrwać jak najszybciej. To już nawet w Changchun miałem lepiej z ostatnią grupą piątkową o której zawsze marzyłem żeby nikt nie przyszedł żebym mógł się wyrwać wcześniej…Oni zawsze mnie zaskakiwali pozytywnie meldując się w znacznej liczbie, a Ci tutaj…dla mnie tragedia.

Nie ma się jednak czym przejmować, bo to Oni będą mieli za tydzień problem. Pracować po godzinach nie mam najmniejszego zamiaru.

Tym bardziej wkurza mnie to że dzisiaj mam ten pierzyński English Corner. Może chociaż z niego uda mi się wyrwać po godzinie jak miało to miejsce tydzień temu, ale to się jeszcze okaże. A już w ogóle wspaniale byłoby gdybym pocałował tam klamkę.

Pisałem już wielokrotnie że nie lubię robić podsumowań i nawet chyba się rozpisałem na ten temat, ale chcę spiąć coś klamrą.

Pewnie nie pamiętacie ale napisałem parę miesięcy temu że chciałbym w tym roku przebiec około 2000 kilometrów. Przebiegłem ponad 2300, czyli zrobiłem dodatkowe 15%. To więcej niż w roku 2010 kiedy to przebiegłem pierwszy maraton (i drugi, żeby pierwszemu nie było smutno).

Te 2300 to znacznie mniej niż w latach 2011-2012, ale wtedy biegałem i po pięć razy w tygodniu, a czasem i sześć, także nie ma powodu do narzekań. Uważam wręcz że jest bardziej niż przyzwoicie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę średnią prędkość bo nagle okazuje się w tym roku regularnie biegałem w tempie 5:28 minut na kilometr, czyli idealnie 11km/h. Oczywiście długich wybiegań było mniej i stąd taka średnia, ale moje OWB1 to już regularnie 11km/h, czyli jest bardzo, ale to bardzo dobrze.

To będzie ostatnia notka w roku 2014, a zapewne także ostatnia aż do niedzieli, także szczęśliwego nowego roku, niech 2015 będzie jeszcze lepszy od 2014!