Ciemność

Wczoraj o tym napisałem a dzisiaj już ciemności nie było. Zapalono lampy. Od razu zrobiło się jakoś przyjemniej. Do tego stopnia przyjemniej że pierwsze kółko zrobiłem zanim jeszcze rozpoczął się apel i wciąganie flagi.

Pewnego dnia napiszę notkę o hymnie Chińskiej Republiki Ludowej, ale tymczasem posłuchajcie go sobie

https://www.youtube.com/watch?v=UctriMuXYS0

Zaczynając dzisiaj trzecie kółko rozległ się hymn, czasem rozlega się gdy nie ma wokół mnie nikogo, czasem rozlega się gdy jest wokół parę osób. Dzisiaj zabrzmiał gdy było tych osób kilkaset.

I zawsze, ale to zawsze, wszyscy się zatrzymują.

No okej, może nie wszyscy, ale 95% staje.

Wyobraźcie sobie że idziecie i nagle wszystko wokół zastyga, nikt się nie rusza, słychać jedynie charakterystyczną melodię, jedynie Wy pozostajecie w ruchu.

Jasne, przypomina to jakiegoś flash moba, o tyle niespotykanego że bierze w nim udział 95% społeczności.

Za każdym razem jest to dla mnie niesamowite przeżycie, bez porównania do Polski. U nas ciągle tylko się kwestionuje państwo, nie uczy się szacunku do tradycji, a tutaj…chociaż większość ludzi i tak będzie, po cichu, narzekać na politykę to i tak będą stawać podczas grania hymnu.

Bardzo, ale to bardzo mi się to podoba.

W Wielkiej Brytanii BBC puszczało hymn po zakończeniu nadawania w latach 80-ych, do tego w kinach po filmie odgrywany był hymn.

Jasne, to jest w pewnym stopniu zakłamane bo w większości wypadków będzie wymuszone, ale mimo wszystko podoba mi się. Jakoś tak lepiej się czuję w miejscu gdzie ludziom chociaż chce się udawać patriotyzm.

Z jakiegoś powodu robi się coraz cieplej, tak jakby zima zdecydował się albo odpuścić, albo przyczaić i zaatakować z nowymi siłami już wkrótce. Zakładam to drugie, ale póki jest przyjemnie to można wstawać wcześnie rano i biegać. Potem już takiego luksusu nie będzie.

Prawdę mówiąc to nie przypominam sobie żebym biegał w aż tak komfortowych warunkach w grudniu. Aż miło.

Perspektywa

Idąc na zajęcia trafiłem na jednego z nauczycieli pracującego tu już kilka dobrych lat. Kilka dobrych lat oznacza bodajże pięć, z roczną przerwę na pracę w Guandong w jednym z lepszych uniwersytetów w Chinach. Innymi słowy doświadczeniem bije mnie na głowę, a że dodatkowo mówi sensownie (a to jednak nie jest zbyt często spotykane) to lubię z Nim sobie porozmawiać.

A że mamy okres egzaminów śródsemestralnych (po których zostaje jeszcze sześć tygodni i pora na egzaminy semestralne) to oczywiście rozmawialiśmy o studentach.

– Mam dla Ciebie jedną radę, rób wszystko by nie prowadzić zajęć z pisania. Nie dość że nie masz takiej więzi jak ze studentami w czasie zajęć z oral English to jeszcze Oni ściągają na potęgę.
Sprawdzając wypracowania z zeszłego tygodnia zauważyłem że połowa z Nich ściągała, a w czasie sprawdzianu myślałem że mam Ich wszystkich pod kontrolą.
– No cóż, studenci zawsze będą przynajmniej o pół kroku przed nami. Nawet przede mną, a przecież ja sam ledwo parę lat temu skończyłem studia!

Wtedy właśnie przypomniało mi się coś czym postanowiłem się podzielić.

– Wyobraź sobie, że Oni potrafią do mnie przyjść na sprawdzian z notatkami i szukać w nich odpowiedzi. Że nie wspomnę o tym że robią to samo z książką. Siedzę nie więcej niż metr od Nich, a Oni otwarcie czytają prosto z notatek, lub książki. A to nawet nie jest najgorsze, czasem czytają coś co w ogóle nie ma związku z pytaniem jakie zadałem!
– Hahaha, próbują Cię sprawdzić, zobaczyć co mogą zrobić a czego nie mogą.
– No tak, wiem, ale z notatek gdy ja to wszystko widzę? Przecież to nawet nie jest podstawówka.
– Wiesz, przynajmniej mają notatki.

I tutaj najpierw się zaśmiałem, bo to prawda przynajmniej mają notatki, co w żaden sposób nie niweluje tego że ściągają, ale…no właśnie…przygotowali się i mają notatki.

W Changchun by to w zupełności wystarczyło, tam dostawali pytania zawczasu i mieli możliwość się do nich przygotować.

Tyle że to już nie jest Changchun, tutaj angielski jest ociupinkę ważniejszy.

Chociaż i tak jest we mnie trochę dumy bo mają notatki.

Przestało być zimno

Przynajmniej na jeden dzień. A może poranek?

Postanowiłem wstawać o pięć minut wcześniej. Niby niewiele, ale różnica kolosalna.  Dzięki temu gdy wychodzę z rana pobiegać jest jeszcze ciemno. Ciemno że oko wykol można powiedzieć. Jedynie przemykają się jakieś cienie.

Chociaż dzisiaj cieni nie było, dzisiaj ktoś wpadł na pomysł by w końcu zapalić te wszystkie latarnie. Tak, latarń jest na kampusie od cholery, gorzej jest z ich wykorzystaniem.  Bo to że coś jest nie znaczy że można tego używać. Czasem są rzeczy robione tylko na pokaz.

Zmieniając temat. Potwierdziło się że semestr dla mnie kończy się po tygodniu osiemnastym. Tydzień osiemnasty jest między piątym a dziewiątym stycznia.  Czyli spoko. Problemem jest za to tydzień siedemnasty bo w jego trakcie wypada nowy rok. A jak jest nowy rok to nie ma zajęć, podobno nie ma ich nawet być drugiego stycznia, ale tego nie jestem pewny. Czy to oznacza że egzamin końcowy mam zrobić dla jednej grupy w tygodniu piętnastym? Czy może umówić się z Nimi na tydzień dziewiętnasty? No właśnie…

Paczka w końcu dotarła, co ciekawe po tym jak June zwróciła uwagę sprzedawcy paczka dopiero wyszła z magazynu w Jego mieście. Wyglądało to trochę tak jakby albo faktycznie jej nie wysłał a jedynie wprowadził numer nadania, albo jakby ją wysłał ale ona siedziała sześć dni na magazynie i nikt o niej nie pamiętał. Teraz to już zresztą nieważne, doszła i to jest najważniejsze.

Drugi wieczór z rzędu padało. Tak nagle, jakby z niczego zaczęło padać. Kap, kap i raz jeszcze kap. A potem to już się rozpadało na dobre. Deszcz jest super, ale zimowy, niezapowiedziany deszcz, nie jest już taki fajny. Zwłaszcza gdy jest zimno i człowiek powinien siedzieć w mieszkaniu i się wygrzewać w ciepełku.

Ciepełku bo tu oczywiście ogrzewania żadnego nie ma, przynajmniej na razie. Kaloryfery są, więc pewnie wkrótce pójdą w ruch.

Deszcz

Tylko zimno i pada na to miejsce w środku świata. Taki to już jesienny urok na całym świecie że wszędzie pada. Jest jesień, to liście lecą z drzew, temperatura spada, ludzie chorują i zaczyna padać. Deszcz jest oczywiście potrzebny, zwłaszcza w tej suchej jak pieprz, ostatnimi czasy, prowincji chińskiej.

Deszcz ma również to do siebie że w jego trakcie uwielbiam biegać. Znaczy ja generalnie uwielbiam biegać, ale w deszczu to już w ogóle. Dzisiaj jednak…no sam nie wiem co to się działo, ale nigdy jeszcze pierwsze 200 metrów tak mi się nie ciągnęło jak dzisiaj. Naprawdę…najdłuższe dwieście metrów w moim życiu, żaden finisz czy dwustumetrowy interwał nie ciągnął mi się tak jak dzisiejszy początek.
Myślałem że wlokę się jak ślimak, chciałem zawrócić, myślałem że to w ogóle jakaś parodia i czemu ja wyszedłem biegać, lepiej odpuścić, pobiec powoli, a potem spojrzałem na zegarek i zobaczyłem że to najszybszy początek odkąd tu przyjechałem. Postanowiłem trochę odpuścić, zwolnić i ciągnęło się tak powoli przez pierwsze dwa kilometry. Potem to już poszło i wykręciłem takie tempo jak tydzień temu, czyli jest dobrze.

Naprawdę dobrze, widać że to bieganie przynosi efekt bo biegam tak szybko jak biegałem przed przylotem do Chin dwa lata temu (już wkrótce będę pisał trzy) i czuję się wyśmienicie.

I teraz tak stojąc w sali patrząc na tych moich studentów z których nikt nie odrobił zadania domowego myślałem nad tym że w Jiawang nie biegałem prawie wcale w pewnym punkcie (tyle co kot napłakał, więcej na meridce jeździłem), w Changchun biegałem trochę więcej, przynajmniej w tym roku, a w Longhu biegam najwięcej. A mimo tego najlepiej było mi w Jiawang. Znaczy teraz jestem najszczęśliwszy, ale to z innych powodów. I taka mnie refleksja naszła że chociaż bieganie daje mi mnóstwo radości, to jednak potrafię być bez niego szczęśliwy.

Uff…nie jestem uzależniony.

Oszukana sobota

Z samego rana poszedłem biegać. W planach było spokojnie i w miarę długo, bo osiemnaście kilometrów. Plan został wykonany.
Tyle tylko że to nie było miłe i przyjemne bieganie. Było to osiemnaście przebiegnięte w przyzwoitym tempie. To było osiemnaście poparte walką. Walką z kolką, której nie odczuwałem od czasów biegania w Changchun i która to zakończyłaby się sromotną porażką gdyby nie to że się zatrzymałem parę razy, zwolniłem i w końcu minęła. Inaczej pewnie bym wrócił w miarę szybko do mieszkania.
Kolka to tylko jeden z elementów dokuczających, drugim był ból w ramieniu. Nie wiem skąd się wziął, ale nigdy takiego nie miałem. Nie to żeby nigdy mnie ramiona w czasie biegu nie bolały bo bolały od czasu do czasu, ale to był taki nowy, kłujący ból. W końcu i on minął. W końcu i te osiemnaście minęło.

Trasa była ciekawa, trochę po kampusie, trochę po innym kampusie, raz wpadłem do nowopowstałego strumyka, a potem to wokół kampusu, znowu powrót i tym razem musiał mi student pomagać wspiąć się przez płot. Nie musiał, ale chciał i pomógł.

Czyli jest dobrze, wyszło spokojnie, powoli i w miarę długo, a co najważniejsze to udało mi się wrócić, umyć i wysuszyć przed zajęciami. Od przyszłego tygodnia planuję biegać już po 20 kilometrów. Ha, taki będę.

Po całym dniu męczenia studentów, lub bycia męczonym przez studentów bo to prawie to samo, wylądowaliśmy z June na kolacji. Kolacja w stylu mocno chińskim, czyli huo guo. Ja się tym najeść nie potrafię, ale June jak na Chinkę przystało uwielbia. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, pojedliśmy. Dwie godziny później znów jestem głodny, ale to dobrze bo to kolacja, więc nie dobrze byłoby się najeść.

Jutro jeden jedyny dzień odpoczynku i wkraczamy w ciąg normalnych zajęć. Od teraz żadnych przerw, żadnych oszukańczych weekendów, zostaje tylko edukacja. Może to i dobrze, przynajmniej nie będzie tych ciągłych odciągaczy.

Standardowy wpis o deszczu

A konkretniej to zaczęło lać gdy mieliśmy iść na zakupy, w związku z czym cały dzień przesiedzieliśmy w mieszkaniu.

Tyle dobrego że udało mi się rano wyjść pobiegać przed tą ulewą. Zaliczyłem trochę ponad 19 kilometrów, czyli sześć kółek wokół kampusu. Naprawdę odżyłem po poprzednim tygodniu.  Biegłem bardzo lekko, nogi same niosły, próbowałem się powstrzymywać parę razy, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Niby to dobrze, ale dzisiaj miał być relaks a wyszło szybkie dziewiętnaście kilometrów. Mam coraz większe parcie na zakup pulsometru, żeby ten puls kontrolować, bo jak nie mam nad sobą bata to widać że mnie ponosi.Zobaczymy jak to będzie dalej. Mam w planach taki zamysł żeby w przyszłym roku pobiec maraton z Zhengzhou do Kaifeng, ale tak na luzie.

Problem z czymś takim polega na tym że od paru dni na stronie maratonu widnieje informacja że obcokrajowcy mają się zapisywać przez agencję turystyczną, a owa agencja nie oferuje samego wpisowego a jedynie jakieś bzdurne wycieczki i wpisowe. A osobiście nie widzę sensu uiszczania dodatkowych opłat za coś co mnie w ogóle nie interesuje (bo wszystko co mają do zaoferowania już widziałem). Także wymyśliłem że pobiegnę na lewo, w sensie zarejestruję się na kogoś znajomego i po prostu pobiegnę pod cudzym nazwiskiem.

W ogóle z tymi maratonami to jest ciekawie także z innego powodu. Nawet jeżeli nikt nie zmusza Cię do zakupu wycieczek to musisz, jako obcokrajowiec, uiszczać wyższe wpisowe. I rozumiem dlaczego tak jest. Takie zjawisko jak w Polsce. Przyjeżdżają ludzie z zagranicy, wygrywają wyścigi i wracają do domów, a opłaty dla wszystkich takie same. Tutaj poradzili sobie z tym właśnie podnosząc wpisowe. Rozumiem to, ale nie zgadzam się z tym ani trochę. Jako osoba której wygranie czegokolwiek w wyścigu nie grozi nie widzę sensu uiszczania pięciokrotnie wyższej opłaty startowej.

Jutro dalej ma padać, na szczęście już trochę słabiej, ale to i tak mało ważne. Grunt żeby najbliższy tydzień był pogodny, chociaż to i tak be znaczenia bo skoro już siedzimy na tyłkach to co za różnica czy na dworze jest przyzwoicie czy nie.

Powrót do Longhu

P1130631 (Copy)

I tak oto wróciłem do świata pozbawionego internetu, przynajmniej przez najbliższych kilka dni (oby tylko do jutra).

Powrót to małe wyzwanie. Przyznam uczciwie że trochę się stresuję w tych autobusach, ale bardziej pod kątem złapania odpowiedniego niż dojechania do celu. Jakoś już pogodziłem się z faktem że te pasy to tylko pro forma. I od razu przypomina mi się jak wracaliśmy z June od Jej rodziców. Autobus wyjeżdża z dworca autobusowego i zostaje zatrzymany przez policję. Policjant na coś wskazuje, kierowca wychodzi i zaczyna krzyczeć na policjanta, po czym wychodzi Pani sprzedająca bilety i też zaczyna krzyczeć. Policjant w końcu puszcza autobus w drogę. Oczywiście nic nie zostało naprawiona, usterka, o ile istniała, nie została naprawiona, świat się nie zawalił, strażnik nocny zadzwonił dzwoneczkiem i powiedział wszystko jest w porządku i ruszyliśmy. To są Chiny, przepisy przepisami, ale życie życiem.

Od sklepu June do dworca autobusowego w Xinzheng jest jakieś 35-40 minut. Mniej na rowerze. Naprawdę mniej. Dojazd jest prosty bo to tylko 3 zakręty i jedzie tam jeden autobus. Oznaczony zresztą numerem jeden. Pani wręcza się dwa banknoty jedno juanowe i można jechać.

Na dworcu autobusowym, ale tym dalekobieżnym jest z reguły jeden autobus i z reguły jedzie gdzieś tam sobie, ale przejeżdza przez Zhengzhou, oraz Longhu. Także podchodzi się do niego. Mówi Shengda, ktoś tam mówi dui, więc można wsiąść i pojechać. Potem pozostaje wręczyć banknot pięcio juanowy i jechać. O cenę się nie pyta. Gdy się pyta o cenę można usłyszeć więcej i wtedy trzeba zapłacić więcej. Nie pytając o nic uchodzimy za da di reni czyli tubylca. Tubylec wie co i jak i nie można go tak łatwo naciągnąć. Oczywiście naciągnąć i tak można.

Rany…jak ja się cieszę z powrotu do prowincji na południe od Pekinu. Henan to w sumie północne Chiny, ale i tak ceny warzyw i owoców są nieporównywalnie niższe niż w Changchun. Dość powiedzieć że jabłek za 6 RMB za kilo nie kupuję bo uważam że są za drogie. W Changchun jak widziałem jabłka w cenie 9 RMB za kilo to brałem bo były tanie…

W poszukiwaniu sklepu z warzywami

P1130501 (Copy)

Lubię mówić June że to są Chiny i nie ma opcji żeby nie było tutaj miejsca w którym można kupić świeże warzywa. Ona z kolei lubi mi mówić że to jest wioska powstała wokół koledżu i wszystko tutaj jest dostosowanego do niego.

Prawda leży po środku bo chociaż sklepy ze świeżymi warzywami udało nam się dzisiaj znaleźć (liczba mnoga bo aż dwa) to jednak warzywa nie były zbyt apetyczne, a i sklepy były tylko dwa i to nie takie o jakie mi chodziło. Brakuje mi takich zadaszonych sklepów jakie były w Changchun, takiego wyposażenia supermarketów jakie było w Jiawang, lub rynków jakie były w Jiawang również. To się wszystko jeszcze znajdzie. Oczywiście że się znajdzie, trzeba tylko spędzić tutaj odpowiednio dużo czasu i poruszać się poza najbliższy teren.

P1130502 (Copy)

A faktycznie wszystko jest tutaj dopasowane do koledżu. Zatrzęsienie sklepów z przekąskami i rzeczami najpotrzebniejszymi w czasie życia studenckiego, ale świeżych warzyw, tofu, i innych rzeczy potrzebnych przeciętnemu człowiekowi jak na lekarstwo. I teraz dostrzegam jak bardzo się zmieniłem przez te dwa lata zmieniłem. Przyjeżdżając tutaj cieszyłem się gdy udało mi się znaleźć coś co w smaku przypominało coś znane z Europy, lub coś co w ogóle potrafiłem przygotować. A teraz to tylko wybrzydzam że tego nie ma, tamtego nie ma…I mógłbym się tutaj usprawiedliwić pisząc że to są Chiny i myślałem że kraj ten poznałem już na tyle że wiem co i jak gotować, co i gdzie kupić, oraz czego się gdzie spodziewać. Tyle tylko, że…to są Chiny, tutaj nie można być tak naprawdę niczego pewnym.

Do tego dwa obrazki z wieczornego spaceru do banku, który okazał się być zamknięty.

Obrazek pierwszy:
Mijamy parę, chłopaka i dziewczynę. Dziewczyna mówi mi hello, ja odpowiadam. A June mi tylko szepcze:
– On się Jej zapytał czy ty jesteś obcokrajowcem.
– No tak, bo skoro jestem Malezyjczykiem to nie wyglądam już jak Europejczyk.

Obrazek drugi:
Lubię do owsianki wrzucić suszone owoce. Problem polega na tym że w tym dużym sklepie ich nie było zbyt wiele, a właściwie to w ogóle. Zauważyłem sklep z nasionami różnymi, oraz owocami suszonymi i postanowiłem wejść.
June zaczęła nakładać spokojnie, bo nie chciałem zbyt wiele, zapytała się sklepikarki:
– Jaka jest różnica między tymi rodzynkami a tymi?
– No chyba przecież masz oczy, to widzisz.
June, jako że nie jest pyskatym stworzeniem, kontynuowała nakładanie. A że nakładała spokojnie, sklepikarka wzięła jej łyżkę, narzuciła rodzynek i powiedziała:
– Za długo już jesteś z tym obcokrajowcem i zapomniałaś jak się robi rzeczy po chińsku.
Tego oczywiście mi June nie powiedziała dopóki sklepu nie opuściliśmy.

Rasizm czasem nie jest pozytywny. Chociaż i tak nie mogę narzekać bo nikt mnie jeszcze nie próbował pobić.

Niedziela i przegapione #45 i przegapione z Polski#1

No i przyszedł ten nieszczęsny Tom w piątek wieczorem. Oczywiście nikt mi nie powiedział o której godzinie przyjdzie i spędziłem cały wieczór czekając…

Mieszkanie wysprzątane, więc nie miałem już czego robić, a biorąc pod uwagę to że w czwartek wieczorem odcięło internet to pozostało jedynie oglądanie seriali. Dobrze że miałem jakiś zapas bo bym chyba z nudów po ścianach chodził.

Przyszedł Tom, wręczył mi pieniądze po czym zaczął chodzić i spisywać wskaźniki zużycia gazu, elektryczności, oraz wody. Co było zrozumiałe. Niezrozumiałe było to dlaczego On nagle zaczął to podliczać wpisując ceny. Opłaty! No tak, w kontrakcie było o tym wspomniane, ale uznałem że skoro nikt się co miesiąc nie upomina to nie mam się tym co przejmować…Och złudna nadziejo.
A ceny wyglądały następująco:
– 1 kWh to 0,5 RMB, czyli 25 groszy
– 1m3 gazu to 2,5 RMB, czyli 1,25 złotego
– 1m3 wody to 2 RMB, czyli 1 złoty
Do tego internet i wyszło że za trzy miesiące mieszkania samemu oraz 6 z Tomem zapłaciłem 1200 RMB. Da się przeżyć.

Pokazałem Tomowi że internet nie działa, ale On tylko wzruszył ramionami, powiedział że nie wie i poszedł.

Przyszedł dwa dni później, w niedzielę rano i powiedział że o 9 przychodzi właściciel. To sobie poszedłem i czekałem na Smile, która mnie odprowadziła na dworzec. To było cholernie miłe i wzruszające.

A potem to już tylko droga i droga.

Dworzec kolejowy, stacja metra, lotnisko, samolot, lotnisko, samolot, Polska. Droga powrotna zajęła mi dokładnie 24 godziny (plus sześć na zmianę czasu).

We wtorek już poszedłem biegać i biega mi się w Polsce bez porównania lepiej. Żadnych problemów, wylewania siódmych potów. Godzina biegania to żaden problem…W dodatku teraz nawet tego lata nie czuję. Nawet w Changchun jest cieplej niż w Katowicach.

Od tego wtorku do dzisiejszej niedzieli przebiegłem jakieś 63 kilometry, codziennie po 8-12 i czuję się niesamowicie, nie umieram, nie zdycham, jest po prostu tak jak być powinno. Tętno mam niskie, biegam na przyzwoitych prędkościach i jestem z tego bardzo, ale to bardzo zadowolony.