W poszukiwaniu sklepu z warzywami

P1130501 (Copy)

Lubię mówić June że to są Chiny i nie ma opcji żeby nie było tutaj miejsca w którym można kupić świeże warzywa. Ona z kolei lubi mi mówić że to jest wioska powstała wokół koledżu i wszystko tutaj jest dostosowanego do niego.

Prawda leży po środku bo chociaż sklepy ze świeżymi warzywami udało nam się dzisiaj znaleźć (liczba mnoga bo aż dwa) to jednak warzywa nie były zbyt apetyczne, a i sklepy były tylko dwa i to nie takie o jakie mi chodziło. Brakuje mi takich zadaszonych sklepów jakie były w Changchun, takiego wyposażenia supermarketów jakie było w Jiawang, lub rynków jakie były w Jiawang również. To się wszystko jeszcze znajdzie. Oczywiście że się znajdzie, trzeba tylko spędzić tutaj odpowiednio dużo czasu i poruszać się poza najbliższy teren.

P1130502 (Copy)

A faktycznie wszystko jest tutaj dopasowane do koledżu. Zatrzęsienie sklepów z przekąskami i rzeczami najpotrzebniejszymi w czasie życia studenckiego, ale świeżych warzyw, tofu, i innych rzeczy potrzebnych przeciętnemu człowiekowi jak na lekarstwo. I teraz dostrzegam jak bardzo się zmieniłem przez te dwa lata zmieniłem. Przyjeżdżając tutaj cieszyłem się gdy udało mi się znaleźć coś co w smaku przypominało coś znane z Europy, lub coś co w ogóle potrafiłem przygotować. A teraz to tylko wybrzydzam że tego nie ma, tamtego nie ma…I mógłbym się tutaj usprawiedliwić pisząc że to są Chiny i myślałem że kraj ten poznałem już na tyle że wiem co i jak gotować, co i gdzie kupić, oraz czego się gdzie spodziewać. Tyle tylko, że…to są Chiny, tutaj nie można być tak naprawdę niczego pewnym.

Do tego dwa obrazki z wieczornego spaceru do banku, który okazał się być zamknięty.

Obrazek pierwszy:
Mijamy parę, chłopaka i dziewczynę. Dziewczyna mówi mi hello, ja odpowiadam. A June mi tylko szepcze:
– On się Jej zapytał czy ty jesteś obcokrajowcem.
– No tak, bo skoro jestem Malezyjczykiem to nie wyglądam już jak Europejczyk.

Obrazek drugi:
Lubię do owsianki wrzucić suszone owoce. Problem polega na tym że w tym dużym sklepie ich nie było zbyt wiele, a właściwie to w ogóle. Zauważyłem sklep z nasionami różnymi, oraz owocami suszonymi i postanowiłem wejść.
June zaczęła nakładać spokojnie, bo nie chciałem zbyt wiele, zapytała się sklepikarki:
– Jaka jest różnica między tymi rodzynkami a tymi?
– No chyba przecież masz oczy, to widzisz.
June, jako że nie jest pyskatym stworzeniem, kontynuowała nakładanie. A że nakładała spokojnie, sklepikarka wzięła jej łyżkę, narzuciła rodzynek i powiedziała:
– Za długo już jesteś z tym obcokrajowcem i zapomniałaś jak się robi rzeczy po chińsku.
Tego oczywiście mi June nie powiedziała dopóki sklepu nie opuściliśmy.

Rasizm czasem nie jest pozytywny. Chociaż i tak nie mogę narzekać bo nikt mnie jeszcze nie próbował pobić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.