Deszczowy wtorek

Właściwie to nawet burzowy. Nie wiem czy to dobrze czy źle, nie mam zielonego pojęcia jak wpłynie to na jutrzejszą pogodę, ale dzisiaj jest bardzo przyjemnie. Czuć że ten deszcz był potrzebny.

Jutro czeka mnie pierwszy od pięciu miesięcy bieg po śniadaniu, a może wręcz po obiedzie zależnie od tego ile czasu zajmie powrót ze szpitala.

Tak, tak ze szpitala. Jak co roku trzeba iść się przebadać żeby dostać książeczkę zdrowia bo bez niej nie ma mowy o pozwoleniu pobytu. Oczywiście, w końcu Chińska Republika Ludowa nie może sobie pozwolić by jakiś obcokrajowiec chodził i zarażał jakimś paskudztwem jej obywateli.  Ciekawe jak wygląda to w innych miejscach na świecie.

W każdym razie trzeba z rana wcześnie wstać, udać się do szpitala, uiścić opłatę i się przebadać. Czyli znowu czeka mnie badanie krwi, moczu, USG, EKG, badanie wzroku i rentgen płuc. Co prawda to badanie wzroku jest zawsze pro forma i zawsze wpiszą mi tam -100 (czyli -1), ale od czasu do czasu sprawdzą czy nie cierpię na daltonizm.

Chciałem robić te badania w piątek, ale skoro mam już bilety wykupione do Polski na połowę lipca to nie chce nikomu dawać podstaw do mówienia że coś zostało zawalone z mojej winy. Nie mam jakoś zaufania do tej Pani w biurze współpracy z zagranicą. W poprzedniej szkole wszyscy nauczyciele przedłużający kontrakt byli zaganiani i odwożeni do szpitala razem, a że nas jest tutaj tylko trzech to każdy musi się o to sam zatroszczyć.

Badania krwi i moczu trzeba robić na czczo więc o bieganiu nie ma mowy. Chociaż przeszło mi to przez głowę, ale ostatecznie stwierdziłem że faktycznie nie ma to sensu bo może się to źle skończyć. Nie wiem jak skończy się bieganie koło 10-11 w tym klimacie, ale hej – nie dowiem się dopóki nie spróbuję. Może nie będzie tak źle, zwłaszcza że mam przygotowany nowy izotonik, tym razem odkopałem stary przepis oparty o kisiel. Zobaczymy jak to się sprawdzi.

I nie pada

Drugi dzień z rzędu nie pada, więc wypada o tym napisać.

Dla wielu studentów rozpoczyna się dzisiaj długi weekend majowy. Dla mnie zresztą też, z tą różnicą że ja pozwolę Im dzisiaj wyjść wcześniej a sam będę musiał czekać aż się wszyscy zaprezentują a potem jeszcze wystawić oceny.

W tym semestrze oceniam surowiej niż w poprzednim, ale przyznam się uczciwie że studenci sami mi w tym pomagają. Jeżeli mówię Im że prezentacja ma mieć minimum pięć minut i żeby nie czytali z kartki, a Oni kończą prezentację w cztery minuty czytając z kartek to jakie ja mam Im oceny wystawić? W dodatku 60% wybrało temat ‘Podróżowanie samemu czy w grupie’, więc temat który jest fajny stał się w ciągu tygodnia tematem który jest nudny.

Na zajęciach filmowych pojawił się po raz pierwszy student. Poważnie, przyszedł po raz pierwszy, pół zajęć przegrał na komórce, drugie pół przespał siedząc za mną. Nie jest jednak tak źle, ostatecznie na zajęcia przyszedł, co stawia go już w lepszej pozycji wyjściowej od tych 13 innych studentów którzy na te zajęcia się jeszcze nie pofatygowali.

Pogoda w końcu dopisuje, na razie jest przyjemnie ciepło, pewnie wkrótce będzie nieprzyjemnie ciepło, ale tyle już narzekałem na to że jest ciemno za oknem i mokro, że daruję Wam i nie będę się skarżyć dopóki nie będzie naprawdę źle.

Przedwczoraj umieszczono ogłoszenie że przez trzy dni nie będzie wody o określonych porach. W każdy dzień w innym miejscu. No i okej. Trochę z zaskoczenia bo napisali o tym z dnia na dzień, ale to są Chiny, ten kraj działa z zaskoczenia, plany to się chyba tylko ogłasza w ramach planów pięcioletnich. Problem polega na tym że zamiast podać numery budynków w których nie będzie wody, podano numery placów w których będą prace wykonywane, ale nie wyjaśniono które budynki przypisane są do którego placu. I tak nasz budynek oznaczony numerem dwa nie ma wody dzisiaj od 830 (pewnie do 1300), ale to jest data przypisana do placu jeden.
Chociaż i tak jest to postęp w stosunku do poprzednich prac kiedy to wody nie było i nikt nie był w stanie powiedzieć do kiedy jej nie będzie. No i teraz przynajmniej nikt tych ogłoszeń nie zerwał, co poprzednio się zdarzyło kilka razy.

Weekendowe bieganie

Od poniedziałku wyczekuję soboty. Tak już właściwie drugi miesiąc i mam nadzieję że mi nie przejdzie aż do sierpnia.
Wyczekuję bo sobota to ten dzień w tygodniu w trakcie którego mogę ruszyć przed siebie i biec gdzie tylko dusza zapragnie. Nie ma tak jak w poniedziałki kiedy to wypada trochę powtórzeń po górkach porobić, ani w środę gdy, chociaż biegam więcej, też trzeba trochę po wzniesieniach pobiegać.

Jak wiecie dwa razy próbowałem dostać się do tego mostu prowadzącego do innej dzielnicy i dwa razy mi się nie udało, dlatego też w tę sobotę postanowiłem pobiec w zupełnie przeciwnym kierunku, w stronę góry na której zorganizowany był maraton. Ale żeby za bardzo się po niej nie wspinać, ani żeby za długo po drodze nie biec pobiegłem w przeciwnym kierunku.

I zupełnie, ale to zupełnie nie wyszedł mi pomysł z niebieganiem po ulicy. Zupełnie. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu w Chinach postawią po obu stronach bloki, zakłady pracy i jeszcze jakieś restauracje, ale o stworzeniu chodnika jakoś nie pomyślą. Także kolejny dzień biegania po ulicy i wiem już na pewno że nie będzie to moja regularna trasa.

Takie bieganie po ulicy nie napawa mnie spokojem ani przyjemnością i sprawia że te długie wybiegania z plecakiem wcale nie są takie przyjemne, a one powinny być najprzyjemniejszym dniem tygodnia. Najbardziej męczącym bo to jest mój główny bodziec rozwojowy, ale zdecydowaniem najprzyjemniejszym.

Dlatego w nadchodzącą sobotę znowu czeka mnie zmiana trasy, tym razem według mapy wygląda to na drogę przy domach, więc powinny być chodniki, będzie to właściwie ten sam kierunek co w drodze do mostu, ale jednak trochę inaczej, bliżej wzgórza czającego się w okolicy uniwersytetu. Zobaczymy jakie cuda znajdują się z innych stron. Oby tylko nie było zbyt duszno, bo jednak 30km w duchocie może być ciężkie. Już te 28, przy niezbyt wysokiej wilgotności mnie zmasakrowało. Muszę pamiętać o tym że litr wody to jednak dużo za mało i trzeba brać go więcej. Pora też trochę poeksperymentować z jedzeniem bo od tej czekolady, chociaż gorzkiej, było za słodko i żołądek coś tam przebąkiwał że mu to nie pasuje.

Burze

Przyznam się uczciwie że to ostrzeżenie o burzach zignorowałem zupełnie. Uznałem że popada, popada i przestanie. O wiele bardziej przejąłem się mgłą, no bo nie oszukujmy się, gdy człowiek biega w terenie zabudowanym to równie mocno, o ile nie mocniej, co uważa na siebie, musi uważać na innych uczestników ruchu. W tym przypadku na samochody.
W teorii samochody nie powinny za bardzo przeszkadzać gdy biega się chodniku, ale…no cóż, powiedzmy sobie uczciwie: chodnik nie jest w Chinach miejscem na który samochód nie wjedzie i nie zablokuje go całkowicie. W autobusach widziałem parę razy filmy pokazujące samochody parkujące na chodnikach i utrudniające ludziom chodzenie, do tego specjalnie powiększano ich numery rejestracyjne żeby ich publicznie zawstydzić. Przypuszczam że wielu kierowców parkujących w ten sposób autobusami się nie porusza, więc zwykły, pospolity mandat sprawdziłby się troszkę lepiej.

Także muszę uważać na samochody stające na chodnikach, ale także, z powodu przebudowy okolicy, muszę uważać na samochody poruszające się po drodze, bo i ja czasem po tej drodze będę się poruszał. Chociaż gdy tak mocno pada i jest mgła staram się wybierać trasy w których będę daleko od ulicy, a przejścia dla pieszych będą z sygnalizacją świetlną.

I tu muszę coś Wam powiedzieć. Coś co mnie strasznie, strasznie wkurzało na początku, ale teraz zrozumiałem o co chodzi. Jeszcze w Jiawang zauważyłem że samochody skręcające  na skrzyżowaniach nie za bardzo przejmują się sygnalizacją świetlną. Jadą w tę prawą stronę, a nawet i w lewą niezależnie od tego czy mają światło zielone czy czerwone. Czasem nawet się nie zatrzymują, ot cisną w swoim kierunku. Strasznie mnie to irytowało.  No i nie oszukujmy się, przerażało.
Ostatnio zrozumiałem że oni prawa nie łamali, tutaj po prostu tak skrzyżowania działają. Są specjalne drogi wydzielone dla tych skręcających i oni nie muszą się światłami przejmować.
Z jednej strony okej, ale z drugiej…przez trzy i pół roku tutaj byłem świadkiem większej ilości stłuczek niż przez 28 lat w Polsce.

No dobrze, wracając do burz. Rany. W sobotę waliło piorunami gdy biegłem, na szczęście wziąłem ze sobą kurtkę, którą musiałem bardzo szybko z plecaka wypakowywać, więc za bardzo nie zmokłem, a w niedzielę to gdzieś od drugiej nad ranem kilka piorunów uruchomiła kilkanaście alarmów w samochodach.
Zapowiadają że cały tydzień ma padać i o ile normalnie by mi to nie przeszkadzało tak tutaj stanowi to mały problem bo za skarby świata nie potrafię dosuszyć butów. W domu nad ranem strach otwierać drzwi na balkon czy okno bo zaraz wkracza wilgoć.

Ósmy zaliczony

Do tego doszedł jeszcze rekord życiowy, ale od początku.

Zacznijmy od tego że wejście na linię startu mają tylko uczestnicy biegów (bo równocześnie odbywał się maraton i bieg na pięć kilometrów), oraz organizatorzy/wolontariusze. Czyli słabo bo musiałem June zostawić po drodze.

Najpierw pomyliłem wejścia i stanąłem razem z biegnącymi tę piątkę, ale szybko się zreflektowałem i pobiegłem do swojej grupy. Na plus to że depozyt był ustawiony zaraz przy linii startu więc można było zostawić plecak z ubraniami i iść się ustawić. Na minus to że było tam blisko trzydzieści tysięcy ludzi i żeby się gdzieś przecisnąć trzeb było się mocno napracować.
Na dziesięć minut do startu ktoś postanowił sobie z tych ściśniętych jak sardynki biegaczy zażartować i zaczął rozgrzewkę. O ile wymachy rękami to tylko możliwość zarobienia ciosu w twarz o tyle wykroki sprawiły że się roześmiałem. Nie potrafiłem zrobić pół kroku do przodu a co dopiero mówić o wykrokach. Fajnie że ktoś miał poczucie humoru. Bo nie wierzę że oni tak na serio próbowali rozgrzewać ludzi.

Od wystrzału do przekroczenia linii startu zeszło mi jakieś osiem minut, co prawda organizatorzy mówią że były to trzy, ale ja tam swoje wiem, na zegarek patrzyłem. Przebiegliśmy kilkaset metrów i nagle ściana bo nie dość że zwężenie to jeszcze zakręt i trzeba iść, o bieganiu nie ma mowy. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariata bo nie mogłem przestać się śmiać. Jeden z najwyżej ocenianych maratonów na świecie, ekstraklasa biegowa a tu takie coś. Po paruset metrach trochę się rozluźniło, lub będąc bliżej prawdzie – zacząłem biec po trawie oddzielającej dwa pasy ruchu.

A potem to już poszło, tym razem w miarę komfortowo. O północy dostałem smsa że będzie ciepło i należy się odpowiednio nawadniać, a od dwunastego do piętnastego kilometra miałem gęsią skórkę z zimna. I chyba przede wszystkim dlatego skończyłem tak szybko.

Gdzieś po drodze minął mnie znajomy z maratonu górskiego, klepiąc mnie w plecy powiedział miło cię znowu widzieć, i tak jak na górskim mijaliśmy się co kilka kilometrów, tak tutaj już Go nie zobaczyłem.

Na trzydziestym piątym jeden z moich studentów powiedział mi Bart jiayou, czyli dajesz Bart o co Go zresztą prosiłem i pomogło. Od razu mi się lepiej biegło.

Gdzieś tak na czterdziestym stwierdziłem że i tak życiówkę zrobię i mogę przestać biec, ale machnąłem na to ręką i pobiegłem dalej. Ta poprzednia miałaby w maju pięć lat więc wypadało już coś z nią zrobić.

Na metę wbiegłem wyprzedzając jeszcze parę osób, w tym pewnego chińczyka który minął mnie sześć kilometrów wcześniej (zawzięty jestem, wiem) i…no trochę się zawiodłem. Żadnego zatrzymywania się, to norma, ale idziesz dwieście metrów, nikt Ci nic nie podaje, żadnych krzeseł nie ma porozstawianych, kierujesz się do wyjścia, tam ktoś podaje kawałek kartonu, idziesz dalej podajesz kawałek kartonu i dostajesz worek, a w worku medal. Do tego ręcznik, woda, izo, bułka i czekoladka. Ten medal podawany w ten sposób bardzo mnie zasmucił.

Kilka słów o ludziach którzy znaleźli się na starcie chyba przez pomyłkę:
– już na początku minąłem dziewczynę która sobie stanęła na trasie i robiła zdjęcia z kijka do selfików, zbeształem ją po polsku
– paręset metrów potem prawie wpadłem na kolejnego ananasa który robił sobie zdjęcia, zbeształem go po polsku
– na dziesiątym kilometrze wbiegliśmy na most z którego rozciąga się piękny widok na morze, ludzie zaczęli stawać i robić sobie zdjęcia, już nie beształem, uznałem że to się mija z celem
– na trzydziestym kilometrze zobaczyłem w oddali faceta który się na chwilę zatrzymał, pogmerał w kieszeni, a po chwili ruszył do biegu mając papierosa w ustach, wyciągał go gdy prawą rękę przesuwał do tyłu i przykładał do ust zawsze gdy prawa ręka wędrowała do przodu, podziwiam technikę
– że już nie wspomnę o tej chmarze, chmarze ludzi którzy ustawili się z przodu tylko po to by po chwili odpaść ze zmęczenia, ja nie wiem co oni mają w głowach

Co serwowano na stoiskach po drodze?
– izotoniki i woda i to tak po 3 – 4 stoliki, do tego olbrzymie kubły na śmieci
– od dwudziestego kilometra podawano banany, pocięte nie obrane, więc tak jak się je, moim zdaniem, powinno podawać
– na trzydziestym kilometrze była stacja z jakąś zupą, czyli pewnie zupa z czerwonej fasoli i jeszcze jakieś pierdoły w środku
– fajne były spontaniczne stacje, czyli firmy ustawiały namioty po drodze i rozdawały wodę, banany a przy okazji ustawiały olbrzymie banery reklamowe, jedna firma rozdawała nawet swoje żele, ale jeden ich żel to 40 gramów węglowodanów, więc nawet nie wiem czy by mi to przez gardło przeszło bo musi być słodkie

Na duży plus to że zamknięto tę część miasta i mnóstwo ludzi dopingowało, dziewczyny piszczały na widok obcokrajowca uśmiechającego się do Nich, ludzie krzyczeli obcokrajowiec dajesz, czyli fajnie.
Trasę można jednak wyznaczyć lepszą, można chyba całą wyspę obiec, nie trzeba robić nawrotki na siedemnastym kilometrze, rozumiem że wtedy sparaliżowałoby się większą część miasta, ale myślę że warto.

Podsumowanie i plany (biegowe)

Rok 2015 pod kątem biegania uznaję za zamknięty.

Łącznie wybiegałem 3028 kilometrów, może więcej, może mniej ale powinno oscylować w tych granicach. Jest to o blisko 700 kilometrów więcej niż rok temu, a przy okazji jest to mój trzeci największy objętościowo rok.
Zajęło mi to łącznie 258 godzin i 4 minuty, czyli 45 godzin więcej niż rok temu i ponownie jest to trzeci wynik w karierze.
Średnie tempo to 5:07 minut na kilometr, czyli o 21 sekund lepiej niż rok temu. Jest to mój najlepszy wynik. Średnia 11km/h to nie wyzwanie, coraz bardziej zbliżam się do tych 12km/h, czyli wszystko jest w porządku.

Najszybsze tempo to 2. Bieg Powstań Śląskich gdzie skończyło się na 43:39 w netto, czyli…najszybciej od 2012 roku. To że była to w ogóle pierwsza dycha na zawodach od 2012 roku pomińmy.

Przebiegłem dwa maratony, oba w okolicach 4:20, czyli bez szału, ale przynajmniej nie zdychałem po nich i mogłem od razu wrócić do biegania. To jest dla mnie bardzo ważne, cały czas mam taką obawę w głowie – co się stanie jeżeli pobiegnę maraton na maksa i będę dochodził do siebie przez kilka tygodni tak jak cztery lata temu. Oczywiście teraz nie będę dochodził do siebie aż tak długo, ale dwa tygodnie pewnie bym się męczył. Dlatego też mam taki problem z tym maratonem w sobotę, ale skoro to podsumowanie to podsumowujmy.

Przebiegłem pierwszy maraton w górach, a raczej w górkach. Całkowicie go zlekceważyłem. Z jednej strony nie miałem za dużo czasu żeby się przygotować bo od zapisów do startu minęły dwa tygodnie, a z drugiej spojrzałem na zarys trasy i pomyślałem że jeden podbieg na czterysta metrów i drugi na dwieście to nic takiego. W jakim ja kurczę byłem błędzie. O ile ten na czterysta metrów jeszcze dało się przeżyć, tak ten drugi był gdzieś na trzydziestym piątym kilometrze i to już była katorga. Jednak dzięki temu nauczyłem się żeby nie lekceważyć podbiegów i mieć zawsze przy sobie zapas soli, a nie tylko żeli z solą.

Największym objętościowo miesiącem był grudzień – 341 kilometrów, jednak to w sierpniu spędziłem najwięcej czasu biegając – 28 godzin i 31 minut. Maj był za to najszybszym miesiącem, średnie tempo wynosiło 4:52 minut na kilometr. Długo ten maj odchorowywałem bo to jednak było o wiele za szybko. Drugim najszybszym miesiącem był grudzień tutaj tempo to 4:58 minut na kilometr i czuję się zupełnie inaczej niż te kilka miesięcy temu.

Plany

Trzy tysiące kilometrów to świetna spraw, ten dystans chcę utrzymać, średnio to 250 kilometrów na miesiąc, więc powinno być dobrze, ale piszę to teraz, a nie wiem jak będzie wyglądać to na wiosnę i lato gdy wilgotność dobije do 100% a temperatury wzrosną do 35 stopni.
Drugi punkt planu to przebiec maraton w piątek (w końcu to już rok 2016) i spróbować sił w jakimś krótszym górskim ultramaratonie w Polsce. Celuję w Chudego Wawrzyńca bo tam poległem w 2012 roku i chcę się zrewanżować.
Z drugim punktem powiązany jest punkt trzeci czyli jeszcze więcej wycieczek biegowych i wbiegania, bo na razie to jeszcze wchodzę, na to dwudzieste piętro.

Nie chcę zakładać jakiegoś czasu w maratonie bo tam będzie trzydzieści tysięcy ludzi i pewnie tempa nie znajdę przez pierwszych pięć kilometrów, ale zobaczymy bo na rekord życiowy jestem przygotowany.

Ciągle biegowo

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w porannym bieganiu jest fakt że latarnie wyłączane są na mojej trasie o szóstej, lub parę minut po szóstej. Nie na całej trasie, ale jej większość jest nieoświetlona przez jakieś pół godziny, czyli odkąd światła wyłączą do wschodu słońca. Zazwyczaj nie jest to jakiś większy problem bo trasę mam jedną, obieganą, poznaną, nie sprawiającą już żadnych problemów. Są jednak takie dni, jak dzisiaj, w czasie których próbuję czegoś nowego, w sensie nową trasę, i okazuje się że momentami trzeba zwolnić, czasem przeskoczyć, czasem można pobiec szybciej a człowiek do tego nie jest do końca przyzwyczajony. A sekundy uciekają.

Jednak tymi sekundami chyba będę się coraz mniej przejmować bo mój GPS jest nieobsługiwany przez mój ulubiony program (przynajmniej w wersji którą posiadam) więc muszę zgrywać go w inny sposób i nagle okazuje się że tracę jakieś 200-300 metrów na 13-14 kilometrach, co przedtem miejsca nie miało. Czyli GPS swoje, a korekcja na mapie swoje. Różnice są niewielkie i jeszcze mnie nie wkurzają, ba mam nadzieję że nie będą mnie wkurzać w ogóle, w końcu wystarczy tych kilkaset metrów więcej przebiec, ale jest to trochę niefajne. Zobaczymy jak ta niefajność się rozwinie.

Jutro jeszcze jeden bieg i w piątek pora na odpoczynek. Wypadałoby bo jednak moja norma to pięć biegów w tygodniu, więc nie ma co przesadzać, a poza tym już dzisiaj było mi trochę trudniej się rozbujać, ale tłumaczę to sobie zaskakująco szybkim poniedziałkiem i planowo szybkim wtorkiem. Niby nie powinno się już tak szybko biegać przed maratonem, ale znowuż nie przesadzajmy, na moim poziomie to nie może mieć aż takiego znaczenia.

Teraz moim największym zmartwieniem jest gdzie by tu pobiec jutro? Bo chciałoby się zobaczyć coś nowego, ale dystans jest taki że na zbyt wielkie oddalenie się od domu nie pozwala, bo to tylko sześć kilometrów w jedną stronę. Drugiego stycznia czeka mnie oglądanie tych samych widoków przez prawie całą drugą połowę maratonu bo ktoś uwidział sobie że zrobimy nawrotkę, nie wiem po co komu ona, ale skoro tak sobie wymyślili to nic nie poradzę. Przeraża mnie myśl o tym że będzie tam trzydzieści tysięcy maratończyków. Głównie dlatego że lubię sobie stanąć gdzieś z tyłu i się przeciskać w czasie biegu, a przy trzydziestu tysiącach ludzi to naprawdę będzie przeciskanie.

Będzie biegowo

Chyba do końca roku będziemy kręcić się w tematach biegowych, lub około biegowych.

Dzisiaj przekroczyłem granicę trzech tysięcy kilometrów w ciągu roku. Przekroczyłem ją o dwa kilometry, a że zostały nam jeszcze dwa dni w roku 2015, to pewnie dobiję jeszcze z 24 kilometry. Podsumowanie biegowe zrobię w czwartek po ostatnim biegu, kiedy będę mógł je zrobić (podsumowań, jak wiecie, nie lubię, ale takie biegowe uważam za może nie tyle konieczne, co istotne).

Te wybiegane trzy tysiące to nie tak w kij dmuchał bo najwięcej od dwóch lat (czyli przeprowadzki do Chin), oczywiście daleko mi do objętości z lat 2011-2012, ale zakładałem że przebiegnę o 600 kilometrów mniej w tym roku, także jestem zadowolony.

Drugiego stycznia, jak może nie wiecie, biegnę maraton. Będzie to już numer osiem i moim największym problemem jest – jak się dostać na linię startu. Pytałem studentów, pytałem organizatorów, ale żadna odpowiedź mnie nie zadowala. Albo proponują jechać autobusem, który zapewne nie zdąży na czas, albo wynająć hotel w okolicy startu, co już jest praktycznie niemożliwe bo ludzie wpadli na to wcześniej, albo pojechać taksówką, co zapewne uczynimy.

Proszę, nie myślcie źle o organizatorach maratonu. Na oficjalnie stronie wrzucili informacje o tym jak na start się dostać i jak wrócić z mety. Nawet zaoferowali specjalne autobusy dla uczestników. Problem jest taki, że z mojej dzielnicy na start nie jedzie żaden specjalny autobus. Z każdej dzielnicy jedzie przynajmniej jeden, ale z mojej nie jedzie żaden. Co jest dziwne bo jest to trzecia najbardziej zaludniona dzielnica z wszystkich sześciu i najbardziej zaludniona z pośród wszystkich które nie znajdują się na wyspie.

Podobno rok temu był podstawiany jakiś specjalny autobus, ale teraz nikt o tym nie wie, znaczy pewnie wiedzą ale nie Ci którzy mogliby mnie o tym poinformować. Wolontariusze mają specjalny autobus, ale on odjeżdża dużo za wcześnie jak dla mnie.

Ostatni tydzień

Zacznę od smutnych wieści, bo to one wysuwają się przed szereg innych. Po ponad czterech latach wspólnego biegania mój forerunner 305 uznał że się nie włączy. Uznał że się nie włączy w sobotni poranek, więc wziąłem komórkę i biegłem z chińskim odpowiednikiem endomondo. Dotarło do mnie że albo zapomniałem trasy, albo 305ka trochę mnie oszukiwała ostatnimi czasy. Oszustwo, delikatne bo rzędu paru metrów na kilometrze, mogę przeżyć, w końcu to się zdarza, a o wiele bardziej prawdopodobne jest to że to chiński odpowiednik endomondo oszukiwał. Jednak tego że się nie włączył gdy wrócił z biegu nie mogę darować. Męczyłem się całą sobotę. Wyczytałem wszystko co było w internecie na temat ratowania 305ki i nic nie pomogło. Z jakiegoś powodu żadnego resetu nie mogłem przeprowadzić, więc wygląda na to że bateria padła z dnia na dzień. Dosłownie, bo jeszcze w piątek zrobiłem dwadzieścia kilometrów i nie było żadnych problemów. A w sobotę nawet się nie włączył. Komputer na niego reaguje, widzi go, on też widzi że jest podłączony, ale gdy tylko zdejmę go z ładowarki to się wyłącza, czyli najprawdopodobniej padła bateria. Baterii sam nie wymienię, lutownicy nie mam. Za każdym razem gdy zatrzymuję się na światłach muszę wyciągać komórkę i zatrzymywać apkę, która idealna nie jest, a przecież w sobotę biegnę maraton.

Zacząłem oglądać now garminy/tomtomy/suunto/polary i inne i zdałem sobie sprawę że one mi nie pasują. W przedziale cenowym jaki sobie wymyśliłem nie było niczego co by mnie zadowalało. Albo jakieś bzdurne niepotrzebne rzeczy, albo brak tego do czego byłem przyzwyczajony przez te cztery lata.

Pojechałem odebrać pakiet startowy do maratonu i muszę pochwalić organizację. Ustawiało się w kolejce, komuś siedzącemu za komputerem podawało się dokument tożsamości, ta osoba drukowała papierek z naszymi danymi, nam dawała jeden, sobie zostawiała drugi i z tym papierkiem szliśmy kawałek dalej gdzie wydawano pakiety wywołując nas z nazwiska. Mnie nie wywołali, ale numer zapamiętałem, więc nie było problemu.
W pakiecie dostałem trzy numery startowe (jeden na przód, drugi na tył, trzeci na worek z rzeczami), koszulkę, worek na rzeczy, chip, pasek na rzeczy i ulotki z regulaminem, czyli fajnie.

Po drodze do domu mijałem decathlon więc wstąpiłem, znalazłem gps, chwilę poszukałem opinii i stwierdziłem że skoro mogę wydać ileśtam pieniędzy i nie być zadowolony to lepiej wydać dwa razy mniej i mieć to minimum potrzebne do zadowolenia. Tak też zrobiłem i dzisiaj biegłem już z nowym gpsem. Mam parę uwag, ale to wina naprawdę dobrej 305ki która mnie rozpieściła, więc nie będę się nad tym rozpisywał. Ogólnie to jest dobrze, mierzy czas, mierzy dystans. Więcej mi nie trzeba.

Podobno

W nocy ma padać, ale ja już w takie bajki nie wierzę. Za stary jestem.

Jest okropnie ciepło, żeby w listopadzie uruchamiać klimatyzację bo się w mieszkaniu wytrzymać nie da to jest już lekka przesada. Spać nie można, taka hica. Generalnie to nie polecam.

W każdym razie. Udało się zarejestrować i opłacić maraton górki (pagórkowaty), w przyszłym tygodniu mam pojawić się po odbiór koszulki i całej reszty. Czyli na plus, na duży plus rzekłbym nawet.

Zawsze lubiłem czytać o polskich sportowcach wyjeżdzających trenować za granicę. Pamiętam jak wielu biegaczy wyjeżdzających do Afryki uskarżało się na temperaturę i wilgotność powietrza, ale mówili że proces adaptacyjny kończy się po kilku tygodniach. Nie wiem czy to wychodzi różnica między zwykłym człowiekiem a zawodowym sportowcem, czy też wilgotność tutaj jest jeszcze większa (dzisiaj tak w okolicach 80 procent, podobno temperatura odczuwalna oscylowała w okolicach 36 stopni w południe), ale po trzech miesiącach nie czuję się ani o krztynę lepiej przygotowany do życia.

Do biegania to i owszem, bo biega mi się coraz lepiej, chociaż ostatnio czuję że temperatura poszła w górę, ale do życia ani trochę.

Pierwszego biegu ultra w górach nie ukończyłem bo się wychłodziłem. Teraz obawiam się że się przegrzeję…Pewnie czeka mnie jeszcze tydzień takich wątpliwości związanych z tym maratonem, ale tak między Bogiem a prawdą to skoro jest 8 godzin na pokonanie tych 42 kilometrów to nawet po górach dam radę. Zawsze można iść.

W ogóle to dotarło do mnie wczoraj że to już tydzień numer 11, a to oznacza że jeszcze jedne zajęcia z niektórymi grupami i pora na egzamin ustny. Pięknie. Minęło to strasznie szybko, chyba szybciej niż rok temu, ale też tych zajęć było mniej. Przynajmniej z niektórymi grupami. W następnym semestrze to dopiero będzie nieźle bo ten wiosenny semestr zawsze jest pełen przerw, świąt i czego tam jeszcze. Z pewnością będę z tego powodu narzekał, ale ja zawsze narzekam na poziom organizacji, więc nie będzie to dla Was nic nowego.