Ósmy zaliczony

Do tego doszedł jeszcze rekord życiowy, ale od początku.

Zacznijmy od tego że wejście na linię startu mają tylko uczestnicy biegów (bo równocześnie odbywał się maraton i bieg na pięć kilometrów), oraz organizatorzy/wolontariusze. Czyli słabo bo musiałem June zostawić po drodze.

Najpierw pomyliłem wejścia i stanąłem razem z biegnącymi tę piątkę, ale szybko się zreflektowałem i pobiegłem do swojej grupy. Na plus to że depozyt był ustawiony zaraz przy linii startu więc można było zostawić plecak z ubraniami i iść się ustawić. Na minus to że było tam blisko trzydzieści tysięcy ludzi i żeby się gdzieś przecisnąć trzeb było się mocno napracować.
Na dziesięć minut do startu ktoś postanowił sobie z tych ściśniętych jak sardynki biegaczy zażartować i zaczął rozgrzewkę. O ile wymachy rękami to tylko możliwość zarobienia ciosu w twarz o tyle wykroki sprawiły że się roześmiałem. Nie potrafiłem zrobić pół kroku do przodu a co dopiero mówić o wykrokach. Fajnie że ktoś miał poczucie humoru. Bo nie wierzę że oni tak na serio próbowali rozgrzewać ludzi.

Od wystrzału do przekroczenia linii startu zeszło mi jakieś osiem minut, co prawda organizatorzy mówią że były to trzy, ale ja tam swoje wiem, na zegarek patrzyłem. Przebiegliśmy kilkaset metrów i nagle ściana bo nie dość że zwężenie to jeszcze zakręt i trzeba iść, o bieganiu nie ma mowy. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariata bo nie mogłem przestać się śmiać. Jeden z najwyżej ocenianych maratonów na świecie, ekstraklasa biegowa a tu takie coś. Po paruset metrach trochę się rozluźniło, lub będąc bliżej prawdzie – zacząłem biec po trawie oddzielającej dwa pasy ruchu.

A potem to już poszło, tym razem w miarę komfortowo. O północy dostałem smsa że będzie ciepło i należy się odpowiednio nawadniać, a od dwunastego do piętnastego kilometra miałem gęsią skórkę z zimna. I chyba przede wszystkim dlatego skończyłem tak szybko.

Gdzieś po drodze minął mnie znajomy z maratonu górskiego, klepiąc mnie w plecy powiedział miło cię znowu widzieć, i tak jak na górskim mijaliśmy się co kilka kilometrów, tak tutaj już Go nie zobaczyłem.

Na trzydziestym piątym jeden z moich studentów powiedział mi Bart jiayou, czyli dajesz Bart o co Go zresztą prosiłem i pomogło. Od razu mi się lepiej biegło.

Gdzieś tak na czterdziestym stwierdziłem że i tak życiówkę zrobię i mogę przestać biec, ale machnąłem na to ręką i pobiegłem dalej. Ta poprzednia miałaby w maju pięć lat więc wypadało już coś z nią zrobić.

Na metę wbiegłem wyprzedzając jeszcze parę osób, w tym pewnego chińczyka który minął mnie sześć kilometrów wcześniej (zawzięty jestem, wiem) i…no trochę się zawiodłem. Żadnego zatrzymywania się, to norma, ale idziesz dwieście metrów, nikt Ci nic nie podaje, żadnych krzeseł nie ma porozstawianych, kierujesz się do wyjścia, tam ktoś podaje kawałek kartonu, idziesz dalej podajesz kawałek kartonu i dostajesz worek, a w worku medal. Do tego ręcznik, woda, izo, bułka i czekoladka. Ten medal podawany w ten sposób bardzo mnie zasmucił.

Kilka słów o ludziach którzy znaleźli się na starcie chyba przez pomyłkę:
– już na początku minąłem dziewczynę która sobie stanęła na trasie i robiła zdjęcia z kijka do selfików, zbeształem ją po polsku
– paręset metrów potem prawie wpadłem na kolejnego ananasa który robił sobie zdjęcia, zbeształem go po polsku
– na dziesiątym kilometrze wbiegliśmy na most z którego rozciąga się piękny widok na morze, ludzie zaczęli stawać i robić sobie zdjęcia, już nie beształem, uznałem że to się mija z celem
– na trzydziestym kilometrze zobaczyłem w oddali faceta który się na chwilę zatrzymał, pogmerał w kieszeni, a po chwili ruszył do biegu mając papierosa w ustach, wyciągał go gdy prawą rękę przesuwał do tyłu i przykładał do ust zawsze gdy prawa ręka wędrowała do przodu, podziwiam technikę
– że już nie wspomnę o tej chmarze, chmarze ludzi którzy ustawili się z przodu tylko po to by po chwili odpaść ze zmęczenia, ja nie wiem co oni mają w głowach

Co serwowano na stoiskach po drodze?
– izotoniki i woda i to tak po 3 – 4 stoliki, do tego olbrzymie kubły na śmieci
– od dwudziestego kilometra podawano banany, pocięte nie obrane, więc tak jak się je, moim zdaniem, powinno podawać
– na trzydziestym kilometrze była stacja z jakąś zupą, czyli pewnie zupa z czerwonej fasoli i jeszcze jakieś pierdoły w środku
– fajne były spontaniczne stacje, czyli firmy ustawiały namioty po drodze i rozdawały wodę, banany a przy okazji ustawiały olbrzymie banery reklamowe, jedna firma rozdawała nawet swoje żele, ale jeden ich żel to 40 gramów węglowodanów, więc nawet nie wiem czy by mi to przez gardło przeszło bo musi być słodkie

Na duży plus to że zamknięto tę część miasta i mnóstwo ludzi dopingowało, dziewczyny piszczały na widok obcokrajowca uśmiechającego się do Nich, ludzie krzyczeli obcokrajowiec dajesz, czyli fajnie.
Trasę można jednak wyznaczyć lepszą, można chyba całą wyspę obiec, nie trzeba robić nawrotki na siedemnastym kilometrze, rozumiem że wtedy sparaliżowałoby się większą część miasta, ale myślę że warto.

Jedna myśl w temacie “Ósmy zaliczony”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.