I po weekendzie

W sobotę oczywiście padało.

Oczywiście zaczęło gdy byłem 4 kilometry od domu, a przez poprzednie 2 godziny było ciepło i duszno.

Może przybliżę Wam jak było duszno. Nauczony doświadczeniem z poprzedniego tygodnia kiedy to miałem ze sobą litr wody i spędziłem większą część soboty z potwornym bólem głowy co zawsze oznacza u mnie odwodnienie postanowiłem wziąć ze sobą trzecią butelkę, więc miałem ze sobą łącznie półtorej litra.

Wypiłem je nawet tego nie zauważając a będąc już na dwa i pół kilometra od domu, przebiegając przez ulicę z jedzeniem kupiłem czwartą butelkę i wypiłem jej zawartość z miejsca. Mógłbym teraz napisać żebyście tak nie robili, że regularne nawadnianie jest ważne i tak dalej, ale prawda jest taka że nawet gdy się regularnie nawadniamy to możemy pić za mało i te brakujące pół litra chociaż będzie nam wypełniać żołądek przez kilka minut jest jednak potrzebne. Przynajmniej ja tak mam. Owszem, jest parę chwil dyskomfortu, ale one mijają i potem czuję się jak nowo narodzony.

Po drodze kilka razy się zatrzymywałem, efektem czego jest film który mogliście obejrzeć w sobotę. Wiecie co jest najciekawsze? Tym razem to ja się pomyliłem z trasą. Biegłem cały czas prosto podczas gdy chciałem skręcić. Chciałem obiec górę, a ja ją najzwyczajniej w świecie minąłem. Dotarło to do mnie dopiero gdy spojrzałem na mapę w domu.

Gdybym nie pomylił trasy nie zobaczyłbym, a Wy ze mną, ani tej kaplicy, ani tych wołów. O ile świątynie widać tu często, tak kaplic zbyt wiele nie ma. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie każda świątynia wygląda jak te które Wam pokazywałem, duża część z nich to jeden ołtarz z kilkoma figurami i piec do palenia kadzidła, ale fakt faktem są tutaj bardzo powszechne. To północ słynie z pięknych i znanych świątyń, jednak na południu widać że ludzie są bliżej z wiarą.

A te woły…zobaczyłem je gdy wracałem, więc albo mi umknęły gdy biegłem tamtędy po raz pierwszy, albo ich najzwyczajniej w świecie nie było. Nie chodzi o to że nigdy wcześniej nie widziałem woła, bo widziałem kilka razy, ale w Laosie, i nawet skosztowałem ich mięso, ale chodzi o to że one pasły się parę metrów od drogi. Parę metrów od nich był olbrzymi przystanek autobusowy, domy mieszkalne, sklepy i jezdnia.

To pokazuje jak szybko te tereny się rozwinęły. Jak szybko nastąpiła transformacja ze wsi do miasta. A to miasto jeszcze nie skończyło się rozwijać, będzie pochłaniać kolejne tereny. Pytanie tylko kiedy, i czy w ogóle, dotrze do ludzi że oni nie mieszkają już na wsi, ale teraz mieszkają w mieście.

Weekendowe bieganie

Od poniedziałku wyczekuję soboty. Tak już właściwie drugi miesiąc i mam nadzieję że mi nie przejdzie aż do sierpnia.
Wyczekuję bo sobota to ten dzień w tygodniu w trakcie którego mogę ruszyć przed siebie i biec gdzie tylko dusza zapragnie. Nie ma tak jak w poniedziałki kiedy to wypada trochę powtórzeń po górkach porobić, ani w środę gdy, chociaż biegam więcej, też trzeba trochę po wzniesieniach pobiegać.

Jak wiecie dwa razy próbowałem dostać się do tego mostu prowadzącego do innej dzielnicy i dwa razy mi się nie udało, dlatego też w tę sobotę postanowiłem pobiec w zupełnie przeciwnym kierunku, w stronę góry na której zorganizowany był maraton. Ale żeby za bardzo się po niej nie wspinać, ani żeby za długo po drodze nie biec pobiegłem w przeciwnym kierunku.

I zupełnie, ale to zupełnie nie wyszedł mi pomysł z niebieganiem po ulicy. Zupełnie. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu w Chinach postawią po obu stronach bloki, zakłady pracy i jeszcze jakieś restauracje, ale o stworzeniu chodnika jakoś nie pomyślą. Także kolejny dzień biegania po ulicy i wiem już na pewno że nie będzie to moja regularna trasa.

Takie bieganie po ulicy nie napawa mnie spokojem ani przyjemnością i sprawia że te długie wybiegania z plecakiem wcale nie są takie przyjemne, a one powinny być najprzyjemniejszym dniem tygodnia. Najbardziej męczącym bo to jest mój główny bodziec rozwojowy, ale zdecydowaniem najprzyjemniejszym.

Dlatego w nadchodzącą sobotę znowu czeka mnie zmiana trasy, tym razem według mapy wygląda to na drogę przy domach, więc powinny być chodniki, będzie to właściwie ten sam kierunek co w drodze do mostu, ale jednak trochę inaczej, bliżej wzgórza czającego się w okolicy uniwersytetu. Zobaczymy jakie cuda znajdują się z innych stron. Oby tylko nie było zbyt duszno, bo jednak 30km w duchocie może być ciężkie. Już te 28, przy niezbyt wysokiej wilgotności mnie zmasakrowało. Muszę pamiętać o tym że litr wody to jednak dużo za mało i trzeba brać go więcej. Pora też trochę poeksperymentować z jedzeniem bo od tej czekolady, chociaż gorzkiej, było za słodko i żołądek coś tam przebąkiwał że mu to nie pasuje.

Zmiana trasy

Mózgowi, temu najważniejszemu mięśniowi, należy regularnie dostarczać nowych bodźców. Sposoby są różne. Niektórzy codziennie starają się jeść coś nowego (nie wiem czy moje jelita by to wytrzymały), inni mówią o regularnym przemieszczaniu mebli (nie, nie i po stokroć nie). Ja wolę co jakiś czas zmieniać trasę po jakiej biegam.

Bodajże na drugim roku studiów jeden z wykładowców powiedział nam byśmy przeszli się swoją normalną trasą na uczelnię starając zobaczyć coś nowego. Pamiętam że bardzo mnie to zaintrygowało. Nagle okazało się że są rzeczy których nie dostrzegałem do tej pory. Chociaż ja i tak ‘od zawsze’ starałem się czujnie spoglądać na otaczające mnie środowisko.

Gdy zaczynałem biegać lubiłem biegać po pętli, do przejedzenia powtarzając znane mi trasy. Powód był niezwykle prozaiczny:  tylko na kilku trasach miałem wyliczony dystans. A że wtedy takie cuda jak endomondo były w powijakach to musiałem wyrobić w sobie umiejętność radzenia sobie z tymi samymi widokami.

No i wyrobiłem bo bieganie po pętli mnie nie rusza ani trochę. Pierwszy maraton przebiegłem na pętli czterokilometrowej, a dwa razy pokonałem maraton w Rybniku na pętli trzykilometrowej. Bieganie w kółko to nie pierwszyzna.

Są jednak dni kiedy ten najważniejszy mięsień domaga się nowych bodźców. Tak było wczoraj, tak było i dzisiaj. Dlatego też pokonałem jedną trasę, którą wcześniej pokonałem tylko raz, w drugą stronę.

Nie lubię czegoś takiego bo na takie eksperymenty w czasie których mogę się zgubić, lub może mi dystansu zabraknąć wolę robić przy okazji biegów dłuższych, ale przez tych kilka lat nauczyłem się tego że swojego ciała trzeba się słuchać.  Także posłuchałem, pobiegłem w inną stronę, dołożyłem trochę dystansu na innej, nie uczęszczanej od kilku tygodni, trasie i wróciłem.

Także jeżeli tylko macie okazję, zmieniajcie swoje trasy biegowe. Pętle są fajne, pomagają wyrobić w sobie wytrwałość i uczą jak radzić sobie z nudą, ale o mózg też trzeba dbać, bo chociaż biega się nogami to jednak bez mózgu z biegania nic nie będzie.

Gdy mapa kłamie

Wymyśliłem sobie że pobiegnę do innej dzielnicy. Do jednej z tych które nie są na wyspie, ale żeby się tam dostać trzeba przebiec przez most. Co tam będę ukrywać, chciałem sobie przebiec przez most i spojrzeć z niego na zatokę, bo patrzenie z tych okolicznych mostów na zatokę już mi się trochę znudziło.

Także ruszyłem w sobotę mając w planach dobiec do mostu i zawrócić bo miałem przebiec tylko dwadzieścia kilometrów. Wyposażony w kawałek czekolady (bo uznałem że skoro będę biegł w ultramaratonie to mogę nie dać rady wytrzymać kilku godzin na samych żelach i trzeba będzie zjeść coś innego, stąd próba z czekoladą, przyjdzie mi jeszcze próbować coś słonego bo same słodkie rzeczy mogą mnie zamulić), jedną butelkę wody i jedną specjalnego napoju (sól, miód, woda i rodzynki, czyli powinno być słono, ale też słodko i trochę kwaśno zależnie od rodzynek) ruszyłem. Normalnie na taki dystans nie potrzeba aż dwóch butelek, ale zapowiedzieli 96% wilgotności więc stwierdziłem że nie będę ryzykować.

Po drodze minąłem kilka wózków z jedzeniem. Zawsze są jakieś w okolicach budów. W końcu ktoś tych robotników musi karmić. Dwa wózki zapadły mi w pamięć, bo w jednym Pan robił chleb, coś czego nie widziałem od bardzo, bardzo dawna. Tutaj się chleba nie wypieka, przynajmniej nie takiego jak na północy (przez te trzy lata doszło do mnie że to co Oni tu nazywają chlebem nie jest tym co my nazywamy chlebem, ale ciągle jest chlebem), więc był to dla mnie bardzo sympatyczny widok i chyba w tę sobotę kupię kawałek.
Drugi wózek był z plackami, takimi jak od tej Pani która zniknęła (June mówi że Jej córka była w ciąży i teraz pewnie poszła Jej pomagać, ale ja uważam że to z powodu zmiany ceny z 2 na 2,5 RMB), ale tak od niego śmierdziało mięsem że aż przyśpieszyłem kroku. A ludzie lgnęli do tego wózka że aż strach. Strach zwłaszcza że to mięso śmierdziało na kilka metrów.

Przebiegłem 10 kilometrów. Potem dołożyłem jeszcze jeden. I jeszcze pół. A potem się zatrzymałem, zjadłem kawałek czekolady i zawróciłem.

Wróciłem do domu i okazało się że gdybym pobiegł jeszcze kilometr to zobaczyłbym ten most.
Szlag.

Wzgóze

Mamy kawałek za blokiem wzgórze. Spogląda na nas majestatycznie prawdę mówiąc.

W zeszłym roku postanowiłem się na to wzgórze dostać, ale ciągle brakowało mi czasu/chęci/umiejętności znalezienia drogi. W końcu w poniedziałek postanowiłem że spróbuję. Spróbowałem i stąd wiem że do tych podbiegów jest siedem kilometrów.

Znalazłem też przy okazji świątynię, ale była zamknięta więc nie zrobiłem zdjęć (w ogóle to w tym tygodniu zdjęć nie będzie, bo nie będzie), inna sprawa że nie miałem niczego czym te zdjęcia mógłbym zrobić bo takiej kartoflanej jakości z komórki nie chciałem.

Dzisiaj spróbowałem dostać się do tej świątyni z trochę innej strony. A że przy okazji robiłem podbiegi, to to wzgórze było bardzo wskazanym kierunkiem.

Wbiegałem na wzgórze od innej strony i miałem w sercu taką cichą nadzieję że nie będzie tam schodów, że będzie w miarę prosta droga aż po sam szczyt. Niestety już po dwustu metrach musiałem zawrócić bo na przeszkodzie stanęła brama.

Paręset metrów dalej znajdował się kolejny podbieg i znowu ruszyłem w górę, a tam stała kolejna świątynia. Niestety za nią nie stały ani schody, ani realny podbieg, więc znowu zawróciłem.

Kolejne paręset metrów i znowu podbieg, jeszcze jedna świątynia, a za nią coś co początkowo wyglądało jak olbrzymi kompleks świątynny, ale już po kilku krokach dotarło do mnie że to cmentarz.

To poniekąd tłumaczy ilość świątyń.

Niezależnie od tego czy jest tam cmentarz czy nie, znalazłem miejsce do podbiegów, czyli miejsce niezwykle dla mnie istotne w nadchodzących miesiącach. Nie jest aż tak daleko jak poprzednie bo raptem cztery kilometry od domu, chociaż można z tego zrobić trzy i pół, a może nawet trzy, więc nie ma tak źle.

Oczywiście najfajniej byłoby mieszkać bliżej tych wzgórz na których był maraton górski, ale myślę że zawsze można tam podjechać rowerem i trochę po wzgórzach pohasać, tylko na razie jest na to za wcześnie. Nie ma co się w kwietniu (no dobrze, marcu) takimi rzeczami zajmować bo człowiek się tylko przetrenuje.

Długo nie było notki

To będzie dzisiaj, bo tak zniknąłem jak w poprzednie wakacje.

Już się tłumaczę: najpierw się pochorowałem. Dwa tygodnie temu w piątek złapała mnie gorączka, a w sobotę wstałem rano z myślą że pobiegnę 25 kilometrów, wręcz śniła mi się trasa, a gdy się obudziłem myślałem że płuca wykaszlę. Przez następne 4 dni nie wykaszlałem i poszedłem biegać. Nie wiem co mnie podkusiło, naprawdę nie wiem. W tę środę poczułem chyba to co czują ludzie którzy palili większość życia i nagle zaczęli biegać. Tak małych płuc to jeszcze nie miałem, pokonałem (i to jest naprawdę bardzo dobre słowo bo w pełni oddaje to jak się męczyłem) pięć kilometrów i wróciłem do domu. Stwierdziłem że nie ma to najmniejszego sensu i miałem zamiar wrócić do biegania w ten poniedziałek. W sobotę pojawiło się ogłoszenie że nie będzie wody od 730 do 1130 a potem od 1230 do 1700 i to tak od poniedziałku do czwartku, więc plany z biegania poszły w komin.
Dlatego też poszedłem biegać dopiero dzisiaj, po 14 dniach przerwy. Na myśl o tym, że teraz pobiegam tydzień, a potem czeka mnie kolejne 14 dni przerwy szlag mnie trafia. Właściwie to nie mnie, a moje nogi. Bo bolą mnie teraz okropnie.
Chociaż między Bogiem a prawdą jest znacznie, znacznie lepiej niż było rok temu po powrocie z Laosu. Jednak przekonuję się do tego że ja tak długich przerw od biegania mieć nie mogę, to po prostu nie jest dla mnie. Znaczy fajnie jest się wyzerować i budować wszystko na nowo, ale…no ja to jednak wolę sobie jeden miesiąc pobiegać mniej i wolniej niż go po prostu wyciąć z kalendarza. Zwłaszcza że mam takie a nie inne plany na ten rok.

Wypadałoby napisać coś o egzaminach, ale spuśćmy na nie zasłonę milczenia, bo były i się zakończyły. Jedno jest pewne, dla mnie był to okres wzmożonej pracy i nauki, naprawdę sporo się nauczyłem. Było kilka problemów, ale zasadniczo miały wspólny mianownik – ludzie zakładają że wszyscy wszystko rozumieją i niczego nie trzeba tłumaczyć. A potem rodzą się problemy. Oczywiście ja też walnąłem wielbłąda, ale na szczęście rozeszło się po kościach.

Jak widzicie zdjęć dalej nie ma, ale jest za to film z dzisiejszego porannego biegu i prawdę mówiąc będzie tych filmów więcej, tak myślę przynajmniej. Z czasem będą mniej ruszające się, może nawet od czasu do czasu coś powiem, na razie jednak musicie zadowolić się dziesięcioma minutami trzęsącego się obrazu kilku ulic w okolicach domu.

3:30

Bo w końcu tego czasu nie napisałem. Znaczy 3:34 od wystrzału 3:30 od przekroczenia linii startu, ale mój stoper włączony na starcie pokazał 3:26 a przekraczając start było już osiem minut na zegarze, więc tego będę się trzymać. Zresztą phi, co za różnica.

Dzisiaj byłem już biegać. Uda jeszcze bolą, ale nie ma tragedii bo na 13km te 5min/km wyszło komfortowo. Czyli bardzo poprawiła mi się regeneracja co tylko, niestety, potwierdza to że maratonów nie powinno się biegać od razu, a dopiero po kilku latach regularnie biegania. No w sumie to można i wcześniej, czego jestem przykładem, ale kwestia tego jak bardzo jest to komfortowe.

Zdjęć jeszcze nie ma. Znaczy jakieś tam są, ale niezbyt wiele więc nie wrzucam. Wrzucę dopiero jak będzie coś więcej.

Pełnych wyników też nie i prawdę mówiąc nie spodziewam się że będą. Mam międyczasy, średnie tempo i tym widać muszę się zadowolić, pełnej listy raczej nie udostępnią. I skąd ja mam teraz wiedzieć który byłem ostatecznie w generalce? No przecież ja mogłem być jednym z pierwszych trzech tysięcy biegaczy na mecie! Mogłem być w tych 10%! A tak to się nie dowiem.

Parę moich studentów gratulowało mi dzisiaj ukończenia biegu bo Oni byli woluntariuszami. Mam do Nich ogromny szacunek. Żeby wstawać przed czwartą by stać tych sześć godzin w czasie biegu i jeszcze kilka przed i parę po, to jest jednak olbrzymie poświęcenie.

Zarząd miasta ogłosił alarm pomarańczowy (w Chinach obowiązują cztery poziomy alarmów pogodowych – niebieski, żółty, pomarańczowy i czerwony) w związku z mgłą. Mgłą, jasne. Stężenie tych malutkich farfocli w powietrzu wynosi ~160, czyli dużo za dużo, ale to mgła. Taa…taką mgłę to ja już widziałem i w Jiawang i w Changchun i w Zhengzhou. To nie jest mgła. Najgorsze jest to, że teraz nawet jak doświadczę prawdziwej mgły to będę przekonany że to ten cholerny smog.

Ósmy zaliczony

Do tego doszedł jeszcze rekord życiowy, ale od początku.

Zacznijmy od tego że wejście na linię startu mają tylko uczestnicy biegów (bo równocześnie odbywał się maraton i bieg na pięć kilometrów), oraz organizatorzy/wolontariusze. Czyli słabo bo musiałem June zostawić po drodze.

Najpierw pomyliłem wejścia i stanąłem razem z biegnącymi tę piątkę, ale szybko się zreflektowałem i pobiegłem do swojej grupy. Na plus to że depozyt był ustawiony zaraz przy linii startu więc można było zostawić plecak z ubraniami i iść się ustawić. Na minus to że było tam blisko trzydzieści tysięcy ludzi i żeby się gdzieś przecisnąć trzeb było się mocno napracować.
Na dziesięć minut do startu ktoś postanowił sobie z tych ściśniętych jak sardynki biegaczy zażartować i zaczął rozgrzewkę. O ile wymachy rękami to tylko możliwość zarobienia ciosu w twarz o tyle wykroki sprawiły że się roześmiałem. Nie potrafiłem zrobić pół kroku do przodu a co dopiero mówić o wykrokach. Fajnie że ktoś miał poczucie humoru. Bo nie wierzę że oni tak na serio próbowali rozgrzewać ludzi.

Od wystrzału do przekroczenia linii startu zeszło mi jakieś osiem minut, co prawda organizatorzy mówią że były to trzy, ale ja tam swoje wiem, na zegarek patrzyłem. Przebiegliśmy kilkaset metrów i nagle ściana bo nie dość że zwężenie to jeszcze zakręt i trzeba iść, o bieganiu nie ma mowy. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariata bo nie mogłem przestać się śmiać. Jeden z najwyżej ocenianych maratonów na świecie, ekstraklasa biegowa a tu takie coś. Po paruset metrach trochę się rozluźniło, lub będąc bliżej prawdzie – zacząłem biec po trawie oddzielającej dwa pasy ruchu.

A potem to już poszło, tym razem w miarę komfortowo. O północy dostałem smsa że będzie ciepło i należy się odpowiednio nawadniać, a od dwunastego do piętnastego kilometra miałem gęsią skórkę z zimna. I chyba przede wszystkim dlatego skończyłem tak szybko.

Gdzieś po drodze minął mnie znajomy z maratonu górskiego, klepiąc mnie w plecy powiedział miło cię znowu widzieć, i tak jak na górskim mijaliśmy się co kilka kilometrów, tak tutaj już Go nie zobaczyłem.

Na trzydziestym piątym jeden z moich studentów powiedział mi Bart jiayou, czyli dajesz Bart o co Go zresztą prosiłem i pomogło. Od razu mi się lepiej biegło.

Gdzieś tak na czterdziestym stwierdziłem że i tak życiówkę zrobię i mogę przestać biec, ale machnąłem na to ręką i pobiegłem dalej. Ta poprzednia miałaby w maju pięć lat więc wypadało już coś z nią zrobić.

Na metę wbiegłem wyprzedzając jeszcze parę osób, w tym pewnego chińczyka który minął mnie sześć kilometrów wcześniej (zawzięty jestem, wiem) i…no trochę się zawiodłem. Żadnego zatrzymywania się, to norma, ale idziesz dwieście metrów, nikt Ci nic nie podaje, żadnych krzeseł nie ma porozstawianych, kierujesz się do wyjścia, tam ktoś podaje kawałek kartonu, idziesz dalej podajesz kawałek kartonu i dostajesz worek, a w worku medal. Do tego ręcznik, woda, izo, bułka i czekoladka. Ten medal podawany w ten sposób bardzo mnie zasmucił.

Kilka słów o ludziach którzy znaleźli się na starcie chyba przez pomyłkę:
– już na początku minąłem dziewczynę która sobie stanęła na trasie i robiła zdjęcia z kijka do selfików, zbeształem ją po polsku
– paręset metrów potem prawie wpadłem na kolejnego ananasa który robił sobie zdjęcia, zbeształem go po polsku
– na dziesiątym kilometrze wbiegliśmy na most z którego rozciąga się piękny widok na morze, ludzie zaczęli stawać i robić sobie zdjęcia, już nie beształem, uznałem że to się mija z celem
– na trzydziestym kilometrze zobaczyłem w oddali faceta który się na chwilę zatrzymał, pogmerał w kieszeni, a po chwili ruszył do biegu mając papierosa w ustach, wyciągał go gdy prawą rękę przesuwał do tyłu i przykładał do ust zawsze gdy prawa ręka wędrowała do przodu, podziwiam technikę
– że już nie wspomnę o tej chmarze, chmarze ludzi którzy ustawili się z przodu tylko po to by po chwili odpaść ze zmęczenia, ja nie wiem co oni mają w głowach

Co serwowano na stoiskach po drodze?
– izotoniki i woda i to tak po 3 – 4 stoliki, do tego olbrzymie kubły na śmieci
– od dwudziestego kilometra podawano banany, pocięte nie obrane, więc tak jak się je, moim zdaniem, powinno podawać
– na trzydziestym kilometrze była stacja z jakąś zupą, czyli pewnie zupa z czerwonej fasoli i jeszcze jakieś pierdoły w środku
– fajne były spontaniczne stacje, czyli firmy ustawiały namioty po drodze i rozdawały wodę, banany a przy okazji ustawiały olbrzymie banery reklamowe, jedna firma rozdawała nawet swoje żele, ale jeden ich żel to 40 gramów węglowodanów, więc nawet nie wiem czy by mi to przez gardło przeszło bo musi być słodkie

Na duży plus to że zamknięto tę część miasta i mnóstwo ludzi dopingowało, dziewczyny piszczały na widok obcokrajowca uśmiechającego się do Nich, ludzie krzyczeli obcokrajowiec dajesz, czyli fajnie.
Trasę można jednak wyznaczyć lepszą, można chyba całą wyspę obiec, nie trzeba robić nawrotki na siedemnastym kilometrze, rozumiem że wtedy sparaliżowałoby się większą część miasta, ale myślę że warto.

Podsumowanie i plany (biegowe)

Rok 2015 pod kątem biegania uznaję za zamknięty.

Łącznie wybiegałem 3028 kilometrów, może więcej, może mniej ale powinno oscylować w tych granicach. Jest to o blisko 700 kilometrów więcej niż rok temu, a przy okazji jest to mój trzeci największy objętościowo rok.
Zajęło mi to łącznie 258 godzin i 4 minuty, czyli 45 godzin więcej niż rok temu i ponownie jest to trzeci wynik w karierze.
Średnie tempo to 5:07 minut na kilometr, czyli o 21 sekund lepiej niż rok temu. Jest to mój najlepszy wynik. Średnia 11km/h to nie wyzwanie, coraz bardziej zbliżam się do tych 12km/h, czyli wszystko jest w porządku.

Najszybsze tempo to 2. Bieg Powstań Śląskich gdzie skończyło się na 43:39 w netto, czyli…najszybciej od 2012 roku. To że była to w ogóle pierwsza dycha na zawodach od 2012 roku pomińmy.

Przebiegłem dwa maratony, oba w okolicach 4:20, czyli bez szału, ale przynajmniej nie zdychałem po nich i mogłem od razu wrócić do biegania. To jest dla mnie bardzo ważne, cały czas mam taką obawę w głowie – co się stanie jeżeli pobiegnę maraton na maksa i będę dochodził do siebie przez kilka tygodni tak jak cztery lata temu. Oczywiście teraz nie będę dochodził do siebie aż tak długo, ale dwa tygodnie pewnie bym się męczył. Dlatego też mam taki problem z tym maratonem w sobotę, ale skoro to podsumowanie to podsumowujmy.

Przebiegłem pierwszy maraton w górach, a raczej w górkach. Całkowicie go zlekceważyłem. Z jednej strony nie miałem za dużo czasu żeby się przygotować bo od zapisów do startu minęły dwa tygodnie, a z drugiej spojrzałem na zarys trasy i pomyślałem że jeden podbieg na czterysta metrów i drugi na dwieście to nic takiego. W jakim ja kurczę byłem błędzie. O ile ten na czterysta metrów jeszcze dało się przeżyć, tak ten drugi był gdzieś na trzydziestym piątym kilometrze i to już była katorga. Jednak dzięki temu nauczyłem się żeby nie lekceważyć podbiegów i mieć zawsze przy sobie zapas soli, a nie tylko żeli z solą.

Największym objętościowo miesiącem był grudzień – 341 kilometrów, jednak to w sierpniu spędziłem najwięcej czasu biegając – 28 godzin i 31 minut. Maj był za to najszybszym miesiącem, średnie tempo wynosiło 4:52 minut na kilometr. Długo ten maj odchorowywałem bo to jednak było o wiele za szybko. Drugim najszybszym miesiącem był grudzień tutaj tempo to 4:58 minut na kilometr i czuję się zupełnie inaczej niż te kilka miesięcy temu.

Plany

Trzy tysiące kilometrów to świetna spraw, ten dystans chcę utrzymać, średnio to 250 kilometrów na miesiąc, więc powinno być dobrze, ale piszę to teraz, a nie wiem jak będzie wyglądać to na wiosnę i lato gdy wilgotność dobije do 100% a temperatury wzrosną do 35 stopni.
Drugi punkt planu to przebiec maraton w piątek (w końcu to już rok 2016) i spróbować sił w jakimś krótszym górskim ultramaratonie w Polsce. Celuję w Chudego Wawrzyńca bo tam poległem w 2012 roku i chcę się zrewanżować.
Z drugim punktem powiązany jest punkt trzeci czyli jeszcze więcej wycieczek biegowych i wbiegania, bo na razie to jeszcze wchodzę, na to dwudzieste piętro.

Nie chcę zakładać jakiegoś czasu w maratonie bo tam będzie trzydzieści tysięcy ludzi i pewnie tempa nie znajdę przez pierwszych pięć kilometrów, ale zobaczymy bo na rekord życiowy jestem przygotowany.

Ciągle biegowo

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w porannym bieganiu jest fakt że latarnie wyłączane są na mojej trasie o szóstej, lub parę minut po szóstej. Nie na całej trasie, ale jej większość jest nieoświetlona przez jakieś pół godziny, czyli odkąd światła wyłączą do wschodu słońca. Zazwyczaj nie jest to jakiś większy problem bo trasę mam jedną, obieganą, poznaną, nie sprawiającą już żadnych problemów. Są jednak takie dni, jak dzisiaj, w czasie których próbuję czegoś nowego, w sensie nową trasę, i okazuje się że momentami trzeba zwolnić, czasem przeskoczyć, czasem można pobiec szybciej a człowiek do tego nie jest do końca przyzwyczajony. A sekundy uciekają.

Jednak tymi sekundami chyba będę się coraz mniej przejmować bo mój GPS jest nieobsługiwany przez mój ulubiony program (przynajmniej w wersji którą posiadam) więc muszę zgrywać go w inny sposób i nagle okazuje się że tracę jakieś 200-300 metrów na 13-14 kilometrach, co przedtem miejsca nie miało. Czyli GPS swoje, a korekcja na mapie swoje. Różnice są niewielkie i jeszcze mnie nie wkurzają, ba mam nadzieję że nie będą mnie wkurzać w ogóle, w końcu wystarczy tych kilkaset metrów więcej przebiec, ale jest to trochę niefajne. Zobaczymy jak ta niefajność się rozwinie.

Jutro jeszcze jeden bieg i w piątek pora na odpoczynek. Wypadałoby bo jednak moja norma to pięć biegów w tygodniu, więc nie ma co przesadzać, a poza tym już dzisiaj było mi trochę trudniej się rozbujać, ale tłumaczę to sobie zaskakująco szybkim poniedziałkiem i planowo szybkim wtorkiem. Niby nie powinno się już tak szybko biegać przed maratonem, ale znowuż nie przesadzajmy, na moim poziomie to nie może mieć aż takiego znaczenia.

Teraz moim największym zmartwieniem jest gdzie by tu pobiec jutro? Bo chciałoby się zobaczyć coś nowego, ale dystans jest taki że na zbyt wielkie oddalenie się od domu nie pozwala, bo to tylko sześć kilometrów w jedną stronę. Drugiego stycznia czeka mnie oglądanie tych samych widoków przez prawie całą drugą połowę maratonu bo ktoś uwidział sobie że zrobimy nawrotkę, nie wiem po co komu ona, ale skoro tak sobie wymyślili to nic nie poradzę. Przeraża mnie myśl o tym że będzie tam trzydzieści tysięcy maratończyków. Głównie dlatego że lubię sobie stanąć gdzieś z tyłu i się przeciskać w czasie biegu, a przy trzydziestu tysiącach ludzi to naprawdę będzie przeciskanie.