Będzie biegowo

Chyba do końca roku będziemy kręcić się w tematach biegowych, lub około biegowych.

Dzisiaj przekroczyłem granicę trzech tysięcy kilometrów w ciągu roku. Przekroczyłem ją o dwa kilometry, a że zostały nam jeszcze dwa dni w roku 2015, to pewnie dobiję jeszcze z 24 kilometry. Podsumowanie biegowe zrobię w czwartek po ostatnim biegu, kiedy będę mógł je zrobić (podsumowań, jak wiecie, nie lubię, ale takie biegowe uważam za może nie tyle konieczne, co istotne).

Te wybiegane trzy tysiące to nie tak w kij dmuchał bo najwięcej od dwóch lat (czyli przeprowadzki do Chin), oczywiście daleko mi do objętości z lat 2011-2012, ale zakładałem że przebiegnę o 600 kilometrów mniej w tym roku, także jestem zadowolony.

Drugiego stycznia, jak może nie wiecie, biegnę maraton. Będzie to już numer osiem i moim największym problemem jest – jak się dostać na linię startu. Pytałem studentów, pytałem organizatorów, ale żadna odpowiedź mnie nie zadowala. Albo proponują jechać autobusem, który zapewne nie zdąży na czas, albo wynająć hotel w okolicy startu, co już jest praktycznie niemożliwe bo ludzie wpadli na to wcześniej, albo pojechać taksówką, co zapewne uczynimy.

Proszę, nie myślcie źle o organizatorach maratonu. Na oficjalnie stronie wrzucili informacje o tym jak na start się dostać i jak wrócić z mety. Nawet zaoferowali specjalne autobusy dla uczestników. Problem jest taki, że z mojej dzielnicy na start nie jedzie żaden specjalny autobus. Z każdej dzielnicy jedzie przynajmniej jeden, ale z mojej nie jedzie żaden. Co jest dziwne bo jest to trzecia najbardziej zaludniona dzielnica z wszystkich sześciu i najbardziej zaludniona z pośród wszystkich które nie znajdują się na wyspie.

Podobno rok temu był podstawiany jakiś specjalny autobus, ale teraz nikt o tym nie wie, znaczy pewnie wiedzą ale nie Ci którzy mogliby mnie o tym poinformować. Wolontariusze mają specjalny autobus, ale on odjeżdża dużo za wcześnie jak dla mnie.

Piątek

Pogoda przewspaniała, słonecznie, nie za ciepło, ani grama chmurki na niebie, wręcz wymarzona pogoda do biegania z samego rana.

Jedną z większych zalet biegania biegów długich jest to że można przyzwoicie poznać okolicę. Bo jak człowiek biega te osiem kilometrów to co tam tak naprawdę zobaczy, a i trasy się szybko powtarzają. A jak biega te dwadzieścia z hakiem to nie dość że lepiej poznaje tereny to jeszcze wykreśla nowe trasy, a nie ma wielu przyjemniejszych rzeczy od odkrywania nowych tras. Zwłaszcza gdy okazują się być spokojne, lub zawierają jakiś element motywujący pokroju górki, czy wręcz góry.

Wiadomo że najlepszy do takich rzeczy byłby rower, ale gdy się nie ma takiego pod ręką to i dobre buty wystarczą. Czasem kiepskie też, tylko potem często coś boli.

A piszę o tym bo jutro czeka mnie dwadzieścia osiem kilometrów. Jest to dla mnie o tyle ciekawe doświadczenie, że takiego dystansu nie pokonałem od dwóch tygodni, tak poważniej to od sierpnia, a tak zupełnie poważnie gdy mówimy jedynie o treningach to od…maja zeszłego roku, czyli strasznie długo. W tym roku wszystko kończyło się na dwudziestu sześciu kilometrach. Nie twierdzę że te dwa kilometry więcej coś zmienią, ale fajnie będzie taki dystans potrenować, zwłaszcza że w następną sobotę przyjdzie mi go pobiec ponownie. Pogoda powinna dopisać, czyli tym razem nie będzie za ciepło, prowiant przygotowany, pozostaje jeszcze znaleźć trasę. Pomysł jest, kwestia tego jak to wyjdzie jutro.

Jest taka jedna trasa która prowadzi obok szkoły. Szkoła jak szkoła, po drugiej stronie budynki, sklepy, nic ciekawego. Pozornie nic ciekawego, bo gdy przychodzi pora przyjścia do szkoły uczniowie przychodzą do niej idąc specjalną kładką prowadzącą prosto z akademików na teren kampusu. Nie mieli pieniędzy by wybudować akademiki na terenie szkoły więc wybudowali je po drugiej stronie ulicy i postawili kładkę nad drogą, do której dostęp mają tylko uczniowie. Zrobiło to na mnie niemałe wrażenie.

O albo parę tygodni temu inny biegacz uciekał przed psem. Dużym psem który ani trochę nie był agresywny, ale który ewidentnie chciał się bawić i wręcz wydawał się smutny że nikt się z nim bawić nie chce. Prawdę mówiąc to sam zacząłem uciekać bo chociaż pies wydaje się miły to lepiej mieć się tutaj na baczności.

[Fotoblog]Maraton

show_large7

show_large6

show_large5

show_large4

show_large3

show_large2

show_large

Oficjalny czas to 4:20 z jakimiś groszami. Dało mi to 14. miejsce na 118. którzy ukończyli. Różnica między pierwszym a drugim zawodnikiem to kosmos, ponad pięćdziesiąt minut. Zupełnie inna liga. Dokulałem się 30 minut po drugim, więc nie tak najgorzej, ale ten pierwszy…no zupełnie inna liga, tak jak mówiłem.

Maraton

Numer siedem, pierwszy w pagórkach – zaliczony.

Ruszyłem szybko, ale jednak nie bardzo szybko. Zwolniłem gdy pojawiły się poważniejsze górki, a raczej jedna poważniejsza górka. Na trzynastym kilometrze zaczął się podbieg na 468 metrów. Podbieg to może i był, ale bardziej na początku, droga wiła się jak jakiś zakichany wąż i wkrótce zrobiło się z tego podejście. Skończyło się na dwudziestym kilometrze czyli całe to zakichane podejście miało 7 kilometrów. A potem zaczął się zbieg. Zbieg miał kilometrów sześć i tak mnie nogi niosły że zeszło mi na niego grubo ponad 30 minut. Grubo.
Potem jeszcze kilka kilometrów na płasko, lekkie podbiegi, ale te już przeplatałem z truchtem, dotarło do mnie że przesadziłem na początku i na tym zbiegu. To że jest 6 kilometrów z górki nie znaczy że należy pędzić. Inna sprawa, że przez te całe sześć kilometrów nie widziałem nikogo. Biegłem, biegłem i ani przede mną nie było nikogo, ani za mną nie było nikogo, to pędziłem ile mogłem. Dostałem za swoje, ale co tam, czasem można sobie zaszaleć. Do kolejnego maratonu mam jeszcze miesiąc. W każdym razie nagle się podbiegi skończyły i pojawiła się tama. Pierwszy raz w czasie zawodów musiałem schodzić ze schodów, a schodzić trzeba było powoli bo te schody strasznie strome i wąskie były.
36 kilometr to znowu podbieg na trzy kilometry, ale tego to już nikt nie biegł, wszyscy co najwyżej truchtali, a większość szła i od groma ludzi mnie tutaj wyprzedziło. Szło mi się tam strasznie ciężko, w pewnym momencie uda mi nie wytrzymały i musiałem się zatrzymać żeby je rozmasować, im mocniej je naciskałem tym lepiej się czułem i w końcu udało się je uruchomić na nowo. Ruszyłem przed siebie i nagle pojawił się zbieg, zbieg na trzy kilometry. Tyle tylko że już na samym początku poczułem że coś jest nie tak. Chwyciły mnie skurcze. A mnie nigdy skurcze nie chwytają. W dodatku w łydkach. Mam na nogach opaski uciskowe, żele jem z solą, do wszystkich napojów dosypałem sól i specjalne ustrojstwo uzupełniające elektrolity i łapią mnie w łydkach skurcze.
I to jakie.
Nie byłem w stanie iść, o biegu nie wspominając. Próbowałem łydki rozciągać, ale to wywoływało jeszcze większy ból, tyle tylko że czułem że to jest dobry ból, więc po ponownie parę minut straciłem, ale przynajmniej odzyskałem władzę nad łydkami. Do końca już biegłem i muszę powiedzieć że jestem bardzo zadowolony. Pierwszy maraton, powiedzmy że przełajowy bardziej niż górski, zaliczony i to na obcej ziemi.

Dzisiaj byłem już biegać, po kilometrze chwyciła mnie kolka, więcej szedłem niż biegłem, ale przetruchtałem piątkę i trochę się podłamałem, bo po sierpniowym maratonie czułem się znacznie lepiej, a teraz tak mi słabo poszło. Jednak po napisaniu tej notki jest mi już trochę lepiej, w końcu biegam dla zabawy, a nie dla jakichś tam wyników.

40007

Taki numer został mi dzisiaj przydzielony. Wiadomości o tym że zostałem zakwalifikowany nie dostałem, ale przecież z jakiegoś powodu założyłem to konto na stronie maratonu. Pierwsze logowanie z rana i JEST! Trzeba tylko zapłacić, no i tutaj pojawia się problem, bo logując się przez wersję angielską zapłacić mogę tylko kartą na V lub MC, a takie to mam z Polski i nie chciałem tych pieniędzy wydawać na bieganie, więc szybkie przelogowanie się na wersję chińską i…kolejny problem bo nie ma możliwości zapłaty przez alipay, a jedynie przelewem bankowym. Problem bo moje główne konto bankowe nie ma aktywowanej bankowości internetowej, a to które ma nie ma środków. Na szczęście chwilę potem June wstała i poratowała.

Oczywiście parę razy serce mi się zatrzymało gdy wyskakiwały kolejne błędy, ale koniec końców płatność przeszła, numer przydzielony i pozostaje czekać do ostatniego tygodnia grudnia by odebrać zestaw startowy.

Teraz mogę spokojnie realizować ten swój misternie rozpisany plan, zobaczymy co z tego wyjdzie. Obecnie forma jest, ale muszę czuwać bo ostatnio gdy biegałem tak szybko skończyło się to paskudnym przetrenowaniem i zarówno zniechęceniem do biegania jak i paskudnymi kilkoma tygodniami pełnymi zmęczonych nóg.

Generalnie to zapowiadają się ciekawe dwa miesiące (niecałe nawet). Dzisiaj dobiłem do 2500 kilometrów w ciągu roku, czyli najlepiej od roku 2012 kiedy do Chin przyjechałem. Do 3000 nie dobiję, ale powinienem być gdzieś w okolicach, zresztą już i tak przekroczyłem moje planowane 2400, więc spokojnie mógłbym spuścić z tonu.

Na jutro zapowiadają deszcz, zobaczymy co z tego wyniknie, raczej nie zanosi się na to bym w końcu miał okazję sprawdzić kurtkę przeciwdeszczową (gdybym zapłacił za nią tyle ile oryginalnie kosztowała a nie trzy razy mniej w przecenie to byłbym bardzo niezadowolony), ale przynajmniej powinno być chłodniej, a to zawsze jest plus w tym klimacie. Byleby tylko duszno nie było, bo to bije na głowę upał.

Czasem nie można już biec

Odkąd tu przyjechałem mam problemy z bieganiem. Ciągle jestem zmęczony, bolą mnie dwugłowe uda, co mi się nigdy nie zdarzało, pocę się potwornie, ale za to wszystko obwiniam tę paskudną wilgotną pogodę. Przecież nagle nie straciłem umiejętności biegania.
Jeżeli w rodzinnej miejscowości June potrafiłem bez większych problemów przebiec 14 kilometrów, a tutaj męczę się by przebiec 10 to znaczy zę tutaj coś mi nie pasuje.

Nie wiem ile jeszcze ten proces adaptacyjny potrwa, wiem że w Jiawang się poddałem i praktycznie przestałem biegać, w Changchun też momentami bywało ciężko, ale w Zhengzhou było już znacznie lepiej, też pierwszych kilkanaście tygodni musiałem się przemęczyć, ale potem szło już gładko. A tutaj…no nie wiem, może chcę za dużo za szybko.

Dzisiaj było nawet w porządku pierwsze pięć kilometrów poszło zupełnie bez problemu, musiałem zatrzymać się tylko raz, ale nie by odsapnąć, ale żeby zmienić katalog z podcastami, czyli coś co zrobiłbym też w Polsce. No może niekoniecznie w Polsce bo tam miałbym pas, a tutaj biegam z plecakiem bo w pasie nie mam dość miejsca na butelkę z wodą.

W każdym razie pierwsze pięć kilometrów było całkiem w porządku, aż nagle…nie było już w porządku. Przeszył mnie ból w plecach i musiałem się zatrzymać. Próbowałem się rozciągać, ale przy każdej próbie głębszego wdechu bolało jeszcze bardziej. Poczekałem parę minut, a potem zacząłem wracać do domu spacerem. I dalej to samo, przy każdym głębszym wdechu bolało.

Teraz już jest lepiej, mogę głęboko oddychać, ale plecy dalej bolą. Pewnie pobolą jeszcze parę dni a potem przejdzie, ale taki ból to dla mnie nowość. Już wolę te ciągle obolałe dwugłowe…Może to taki znak bym spuścił z tonu jeszcze bardziej? Tylko ile to jeszcze bardziej w moim przypadku? Przecież już i tak zszedłem z tych 70-80 kilometrów przebieganych tygodniowo w Polsce do 50-55 przebieganych w ciągu ostatnich trzech tygodni.

Bieganie w deszczu

Nie padało przez dwa dni i uznałem że to dość dobry moment by opisać bieganie w deszczu bez deszczu.

Wyobraź sobie że biegniesz. Normalnym, swobodnym tempem, bez szaleństw. Gdy wyszedłeś z domu pogoda była przyzwoita, może zanosiło się na deszcz, ale miałeś jeszcze czas, w końcu chmury są tak daleko, a ta rundka będzie dość krótka, więc na pewno zdążysz.

Po pierwszym kilometrze już wiesz że nie zdążysz. Pada, ale jeszcze nie na tyle mocno żeby zrezygnować i wrócić do domu. W końcu kto to widział wracać do domu w czasie małego letniego deszczu.
Kolejne cztery kilometry nie przynoszą poprawy pogody, deszcz pada, tworzą się już małe kałuże i czujesz że powinieneś wracać, ale jesteś już za długo w biegu by się teraz wycofać i wrócić do domu.
Od szóstego kilometra już nie pada. Leje. Kałuże stają się małymi stawami, obojętnie jak postawisz stopę to i tak będzie mokro w bucie, powoli skarpety zaczynają przesiąkać, a Ty czujesz jak stopa Ci się w bucie ślizga.
To już na szczęście pora by wracać, więc wracasz do domu, tylko że tym razem trasa nie jest taka spokojnie sucha jak poprzednio a jest pełna tych paskudnych kałuż które jeszcze pogarszają sytuację ze ślizgającą się stopą.
Ubranie? Druga skóra nabiera zupełnie nowego znaczenia bo oddychająca koszulka przylepiła się do Ciebie i teraz wszyscy mogą podziwiać Twój owłosiony tors.
Jedyną pociechą jest opaska na czole która powstrzymuje spływanie wody do oczu.
Straciłeś już nadzieję że będzie lepiej, biegniesz i próbujesz jakoś ten deszcz przetrzymać, w końcu do domu zostało już nie aż tak daleko.
W końcu udało się. Wróciłeś do domu. Z trudem zdejmujesz wszystkie części garderoby, koszulkę prawie rozerwałeś bo tak dobrze się przylepiła. Ze skarpetek wycisnąłeś tyle wody że mógłbyś spokojnie zaparzyć sobie herbaty. Oczywiście po odpowiednim odfiltrowaniu.

P1210344

A teraz wyobraź sobie że to wszystko się dzieje chociaż nie pada.

Upały w Polsce nie przeszkadzały mi zbytnio. Wychodząc przed szóstą żeby pobiegać nie miałem nigdy takich problemów.

W Xiamen jest to moja codzienność. Wysokie temperatury, wysoka wilgotność i te wszystkie porady o bieganiu w cieniu, wokół jeziora, można sobie głęboko wsadzić. Jedyne co pomaga to przerwy w biegu i picie wody, chociaż wtedy stopa ślizga się w bucie jeszcze szybciej. Coś podobnego przechodziłem w Jiawang i wtedy się poddałem, teraz nie wymięknę. Zmniejszę dystans, skrócę czas, ale się nie poddam.

Dzisiaj co prawda pada od rana, więc notka jest trochę zdezaktualizowana, ale pewnie jej główny motyw będzie powracał wielokrotnie, w końcu to klimat subtropikalny.

Garmin

Jak dobrze liczę to mój Forerunner 305 będzie mieć w lipcu 4 lata. Pamiętam jak długo na niego oszczędzałem a i tak zamiast kupować w Polsce kupiłem dwa razy taniej w USA. To było w czasach gdy dolar był słabiutki i takie akcje jeszcze się opłacały.

Cztery lata. Teraz gdy o tym myślę zastanawiam się jak ja się do tego pierwszego poważnego maratonu przygotowałem bez garminka, nie wiem…żebym ja te wszystkie dystanse odmierzał przy pomocy komórkowego GPSa?! Teraz wydaje mi się to trochę absurdalne, zwłaszcza gdy wezmę pod uwagę dystanse jakie wtedy pokonywałem, ale z drugiej strony to bardzo dobrze bo przynajmniej nauczyłem się biegać bez niczego w uszach.

Czasem zastanawiam się jak to jest że to urządzenie jeszcze działa, przecież tyle razy co myśmy się razem przewrócili to aż głowa mała. Fakt faktem z reguły gdy się przewracałem to obracałem się tak by nie lądować na lewej stronie i wytworzył mi się pewien automatyzm polegający na pauzowaniu garmina za każdym razem gdy upadam. Pewnie gdybym pośliznął się na lodzie to jeszcze spadając próbowałbym garmina wyłączyć.

W Polsce biegałem praktycznie wyłącznie z garminem i pulsometrem, w Chinach jakoś mi przeszło. Wydaje mi się że dzięki temu lepiej się czuję, nie ma na mnie tej presji trzymania się w widełkach, tylko biegnę przed siebie, czasem szybciej, czasem wolniej, może nie trenuję, ale przynajmniej mam z tego radość, a to jest najważniejsze.

Czasem jednak, zwłaszcza w takie wietrzne dni jak dzisiaj, lub pochmurne jak tydzień temu, garmin ma problemy ze złapaniem odpowiedniej ilości satelit. Znaczy kilka zawsze złapie, ale nie tyle ile by chciał i dlatego lepiej biegać po znanych już sobie trasach, tak by mieć pewność ile się już kilometrów wybiegało.
Dzisiaj bidulek szukał sygnału przez 16 minut, czyli ponad trzy kilometry, w końcu znalazł i od razu kamień spadł mi z serca. To jeszcze nie pora by się pożegnać.

Leniwy Czwartek

Tak się w tym semestrze złożyło że dostałem dodatkowy dzień wolny. Tak się nieszczęśliwie złożyło że jest to czwartek. Nieszczęśliwie bo idealny byłby poniedziałek lub piątek tak żeby wydłużyć sobie weekend. Tak dobrze to nie ma…

By się w te czwartki nie zanudzić a inne dni nie zajechać wybrałem właśnie je na dni w których poświęcę dwie godziny życia i pójdę do English Corner. No może nie poświęcę bo wlicza się to w moją pensję, ale i tak traktuję to jako zło konieczne. O czym zresztą sami doskonale wiecie.

W teorii mogłem sobie rozbić English Corner na dwa dni, albo wrzucić we wtorek, ale pierwsze rozwiązanie to fantastyka, a drugie sprawiłoby że nienawidziłbym wtorków, a tego nie chcę bo lubię wtorki. To były moje jedyne dni wolne w Changchun, w ostatnim semestrze, i miło mi się przez to kojarzą.

Wychodząc dzisiaj rano pobiegać zauważyłem że przesunięto otwarcie English Corner z dzisiaj na poniedziałek. Czyli cały dzień mam wolny i mogę się lenić. To naprawdę fantastyczna wiadomość, nie ma to jak dostać jeden dzień wolny za darmo, pomimo tego że w głowie jest świadomość o kolejnych piętnastu czwartkach zajętych.

Nie, nie będę ich odliczał bo to mi tylko życie utrudni.

Po przeskoczeniu dzisiaj płotu, bo brama znowu jest zamknięta o tej godzinie, nie biegło się już tak łatwo jak wczoraj. Inna sprawa że wybrałem trasę, która zawsze jest wolniejsza, ale to tylko wymówka. Nie biegało się tak łatwo, bo nie oszukujmy się, nogi nie są jeszcze przyzwyczajone do biegania dwa dni pod rząd, a będą musiały przyzwyczaić się do jeszcze szybszej regeneracji bo czekają mnie jeszcze trzy wyjścia w tym tygodniu. Potem znowu dwa dni przerwy i…no sami wiecie, to taki niekończący się cykl.

Jutro mam w planie zrobić jakieś biegowe odcinki żeby trochę te zastane długim bieganiem mięśnie rozruszać i zmotywować do szybszego biegania, co z tego wyjdzie to się okaże, nie ma się co oszukiwać, bo główną rolę odegra tutaj pogoda i jeżeli temperatura dopiszę to pewnie odcinki zrobię, a jak będzie zimno, to cóż, czeka mnie dalsze klepanie kilometrów. W końcu jak jest maraton to Swoje Trzeba Wybiegać.

Ściana

Każdy maratończyk spotyka się ze ścianą.

Z reguły takie spotkanie następuje w okolicach 30-ego kilometra kiedy to rezerwy glikogenu zostały wyczerpane i ciało mówi dość. Wtedy rozpoczyna się największy kryzys w czasie biegu. Dużo ludzi zwalnia, część w ogóle się poddaje, część podejmuje rękawicę.

Sam ścianę doświadczyłem raz. W czasie drugiego maratonu.

Za to w czasie ostatniego maratonu rok temu, kiedy to nie miałem założonego żadnego tempa nie odczułem żadnego kryzysu.

Podobnie podczas maratońskiego debiutu po którym nie mogłem chodzić, a do którego przygotowywałem się cztery miesiące. Cały czas wmawiałem sobie że nie czuję bólu i jakoś to szło.

Z tym drugim to było tak że się do niego przygotowywałem twardo, wszystko zrobiłem zgodnie z planem, a potem…no cóż, w pewnym punkcie najzwyczajniej w świecie nie mogłem już biec. Musiałem iść. Pisałem o tym już kilka razy.

Także ściana dotyka każdego prędzej czy później.

Dotknęła i mnie dzisiaj. A raczej to ja dotknąłem ją.

Wyszedłem biegać wcześniej niż zwykle, jeszcze przed melodią wzywającą pierwszoroczniaków do zebrania się pod flagą i okazało się że drzwi z podwórka są zamknięte. I to mnie zaskoczyło bo w poprzednią sobotę poszedłem biegać jeszcze wcześniej a drzwi były już otwarte.

Popatrzyłem, zobaczyłem kłódkę i przez głowę przebiegła myśl że mógłbym w sumie otworzyć te drzwi i wyjść.

A teraz myślę ze mógłbym zapukać  w okno kanciapy i obudzić kogoś kto te drzwi po szóstej i tak by otworzył.

Zamiast jednak otwierać drzwi i wywoływać stres u stróża obróciłem się na pięcie i spojrzałem wprost przed siebie. A tam ściana. Podszedłem do niej i pomyślałem sobie znowu się spotykamy, tym razem jednak na początku a nie bliżej końca.

Podciągnąłem się na mur, po czym z niego zeskoczyłem po drugiej stronie patrząc jak inny stróż otwiera drzwi z czternastego akademika dla dziewczyn.

Przeżycie biegowej ściany w Chinach ciągle przede mną.