Na wzgórze

P1180009 (Copy)

Nong Khiaw, co widzieliście już na zdjęciach z wczoraj, położone jest nad rzeką u podnóża kilku wzgórz. W czasie dwóch pierwszych wojen Indochińskich teren ten był pod bombardowaniem amerykańskim. A że jest to teren bogaty we wzgórza i jaskinie to ludzie starali się w nich schronić. Na tym mogłoby się skończyć, ale amerykanie zrzucali tyle bomb że ludzie zaczęli wręcz w tych jaskiniach żyć. To jaskinie stały się domem dla zwykłych ludzi, jak i siedzibą miejscowych urzędników. Jednak pierwszego dnia w Nong Khiaw zobaczyliśmy te wzgórza ukryte w chmurach i postanowiliśmy ruszyć na jedno z nich by spojrzeć na okoliczne tereny z wysokości kilkuset metrów.

P1180018 (Copy)

Ja na śniadanie zjadłem niezastąpioną zupę, a June smażony makaron z warzywami. Pierwszy raz był to makaron nie ryżowy. Był za to wzięty z zupki błyskawicznie i była to nasza ostatnia wizyta w tej restauracji.

P1180026 (Copy)

Ruszyliśmy pod górę. Dostaliśmy kijki i można w końcu spacerować. Śpieszyliśmy się by zdążyć zanim te poranne chmury się rozwieją, dlatego też nie robiliśmy zbyt wielu przerw.

P1180032 (Copy)

Na szczęście nie wyglądało to jak chodzenie po górach w Chinach. Owszem były schody, ale bardzo niewiele, w dodatku wszystkie wyrzeźbione w ziemi przy jak najmniejszej ingerencji w środowisko. Po pierwszym półroczu w Jiawang byłem pod wrażeniem tego jak budowane są w Chinach te ścieżki, ciągle przed oczami mam płytę chodnikową wyciętą tak by dać dostatecznie dużo miejsca drzewku, bardzo mi się to podobało. Jednak z czasem dotarło do mnie że nie wszędzie w Chinach tak to wygląda i częściej niż rzadziej drzewa są zwyczajnie w świecie wycinane by ułatwić ludziom transport. Tutaj nie dało się tego odczuć, owszem droga była oczyszczona, ale i tak by musiała zostać oczyszczona z wszystkich niewybuchów.

P1180033 (Copy)

No właśnie, niewybuchy, To też jest coś na co zwracają uwagę przewodnicy – lepiej nie schodzić ze ścieżki, lepiej się nie oddalać, po prostu lepiej się nie wychylać bo może się to źle skończyć.

P1180038 (Copy)

Dotarliśmy na szczyt i dech nam zaparło. Nie tyle ze zmęczenia co z powodu tego jaki człowiek jest malutki stojąc w obliczu tego majestatu.

P1180041 (Copy)

Na obiad June zamówiła smażony makaron z warzywami, tym razem nie z zupki, a ja sałatkę z mięsem bawoła domowego.

P1180049 (Copy)

Po obiedzie poszliśmy się pooglądać ofertę biur turystycznych i zostaliśmy zaskoczeni ofertą jednodniowej wyprawy w czasie w której zobaczymy dzikie zwierzęta takie jak: bawół domowy, kura czy świnia. Tylko dzięki silnej woli wtedy się nie roześmiałem.

P1180054 (Copy)

A na kolację zjadłem larb, czyli typową laotańską sałatkę na ostro. Tak! W końcu coś ostrego, bo obojętnie ile przypraw dodawałem do tej zupy nie mogłem jej doprawić do mojego smaku.

P1180055 (Copy)

P1180171 (Copy)

P1180167 (Copy)

P1180157 (Copy)

P1180155 (Copy)

P1180154 (Copy)

P1180133 (Copy)

P1180126 (Copy)

P1180110 (Copy)

P1180096 (Copy)

P1180093 (Copy)

Do Nong Khiaw

P1170931 (Copy)

Tym razem zdecydowaliśmy się skorzystać z usług pośrednika zamiast samodzielnie drałować na dworzec autobusowy i bawić się z kupowaniem biletów. Do biletu dopłaciliśmy jakieś grosze bo taksówkę dostaliśmy za darmo.

P1170934 (Copy)

No właśnie – taksówka.

P1170937 (Copy)

Najpierw odebrano nas spod domu gościnnego w którym zamówiliśmy bilety, potem pojechaliśmy do drugiego, czekaliśmy przed nim blisko 10 minut, po czym ruszyliśmy do kolejnego sprzed którego zabraliśmy kilka osób i wróciliśmy do tego drugiego. I czekaliśmy…czekaliśmy…a ja tylko powtarzałem żeby to tylko nie byli Chińczycy. Jakoś tak…no nie chciałem żeby ludzie mieli jeszcze więcej powodów do nielubienia mojej drugiej ojczyzny. June za to patrzyła na zegarek bo od ósmej, o której pojawiliśmy się w miejscu zbiórki minęła już godzina, czyli autobus powinien właśnie odjeżdżać.
W końcu przyszły umalowane Koreanki i pojechaliśmy. A mi kamień spadł z serca że to nie byli Chińczycy.

P1170952 (Copy)

Na dworcu autobusowym nagadałem tym Koreankom że były nieodpowiedzialne, ale chyba nic z tego nie zrozumiały.

P1170954 (Copy)

Całe szczęście że było nas na tyle, że był chętny kierowca, który wziął całą grupę do Nong Khiaw. Całe to gadanie i pakowanie sprawiło że ruszyliśmy o 10, czyli z godzinnym opóźnieniem. Dla nas to nie był żaden problem, ale niektórzy chcieli dostać się do kolejnego miasta do którego ostatnia łódka odpływała około 14.

P1170966 (Copy)

Na szczęście na czas dojechali.

P1170975 (Copy)

My poszliśmy poszukać jakiegoś przyjemnego miejsce spoczynku, udało nam się znaleźć bungalowy w bardzo fajnej lokalizacji, tuż obok mostu dokładnie między dwoma wzgórzami. Coś wspaniałego.

P1170982 (Copy)

Na późny obiad i jeszcze późniejszą kolację udaliśmy się do indyjskiej restauracji, jednej z dwóch, prowadzonej przez Hindusów prosto z Indii, serwujących naprawdę dobre jedzenie. Innymi słowy w końcu June mogła coś zjeść.

P1170989 (Copy)

Poprzez świątynie

P1170642 (Copy)

P1170645 (Copy)

W Polsce wieże kościelne są nierozerwalną częścią krajobrazu, do tego stopnia że często nie zwracamy na nie uwagi. Po części dlatego że niektóre z nich wtapiają się doskonale w tło miasta/wioski, a po części dlatego że widzimy je tak często.

P1170658 (Copy)

W Laosie, Kambodży i Tajlandii kompleksy świątynno-zakonne noszą nazwę wat. W czasie tych dwóch tygodni w Laosie widziałem je praktycznie co krok. W każdej miejscowości w której się zatrzymywaliśmy i każdej większej którą mijaliśmy był przynajmniej jeden wat.

P1170666 (Copy)

P1170667 (Copy)

Rzucają się w oczy głównie dlatego że są inne. Niezwykle charakterystyczne, wszystkie budowane bardzo podobnie, ale jednak nie do końca. Przede wszystkim są kolorowe. I to bardzo.

P1170668 (Copy)

W Luang Prabang waty są wszędzie, nie można przejść kilometra nie mijając jakiegoś po drodze. Niektóre są znane, inne mniej, niektóre są złote, inne białe. To co łączy je wszystkie to praktycznie brak słów wyjaśnienia. Pomimo tyli turystów odwiedzających to miasto jakoś nikt nie postarał się by im pomóc, trochę przybliżyć te kompleksy i stworzyć chociaż krótką listę z opisem co i jak. Trochę to smutne bo nawet w Chinach, kraju skupiającym się przede wszystkim na turystach krajowych, można przeczytać cokolwiek w znacznej większości miejsc wartych uwagi.

P1170718 (Copy)

A w Laosie, nawet w najbardziej znanym wacieXieng Thong, ani słowa po angielsku…

P1170683 (Copy)

A co to?
Wat Xieng Thong, czyli świątynia złotego miasta jest buddyjską świątynią znadującą się na północnym końcu półwyspu na którym znajduje się Luang Prabang.
Jest to jedna z najważniejszych świątyń w Laosie, wybudowano ją w latach 1559-1560 przez króla Setthathiratha. Aż do 1975 była świątynią królewską, w której przeprowadzano koronacje.
Architektoniczne jest przykładem typowej sztuki Laotańskiej. Na bramie watu zostały wyrzeźbione sceny z życia Buddy.
Pod koniec dziewiętnastego wieku do kompleksu dodano bibliotekę, a w 1961 wieżę z bębnami.

P1170689 (Copy)

Jednak zanim doszliśmy do tej świątyni minęliśmy kilka innych, po drodze zatrzymując się na śniadanie gdzie June mogła skosztować jak smakuje śniadanie europejskie w Laosie.

P1170755 (Copy)

To był nasz ostatni dzień w Luang Prabang i w końcu żadne z nas było w stanie ruszyć na dłuższy spacer więc ruszyliśmy chłonąć atmosferę tego miasta.

P1170765 (Copy)

Rzeczywiście jest to perełka, czysta, architektonicznie zróżnicowana, łącząca architekturę kolonialną z typowymi Laotańskimi budynkami.

P1170777 (Copy)

Dotarliśmy też na targ skierowany dla tubylców. Żadnych różnic w cenach :-)

P1170911 (Copy)

P1170885 (Copy)

P1170877 (Copy)

P1170860 (Copy)

P1170856 (Copy)

P1170825 (Copy)

P1170821 (Copy)

P1170817 (Copy)

P1170803 (Copy)

W drodze na szczyt

P1170504 (Copy)

Dzień drugi w Luang Prabang był dniem który June odchorowywała. Nie wiadomo czy było to coś co zjadła, czy może raczej fakt że tak naprawdę nie jadła niczego konkretnego od kilku dni. Laotański makaron nie jest czymś co June lubi najbardziej.

P1170506 (Copy)

Jak widzicie na zdjęciach poranki w Laosi są dość zamglone. Podobno dość spory wpływ na tę mgłę mają wypalane pola. Nie mam pojęcia ile w tym prawdy bo aż tyle wypalanych pól nie widziałem, ale skoro ludzie tak to tłumaczą to pewnie coś w tym jest.

P1170508 (Copy)

Na wczesny obiad udało znaleźć się June coś zjadliwego czyli sajgonki, odgrzewane ale przynajmniej zjadliwe, do tego naleśniki, a ja dorwałem zupę tom yum.

P1170530 (Copy)

P1170533 (Copy)

P1170534 (Copy)

A co to?
Tom yum, znane także jako tom yam to tradycyjna ostro kwaśna zupa z Laosu i Tajlandii.
Tom jest Laotańskim słowem oznaczającym process gotowania, a yam jest rodzajem ostro kwaśnej sałatki, stąd też nazwa tom yum.
Podstawowe składniki wywaru to palczatka, liście papedy, galangal, sok limonkowy, sos rybny, oraz papryczki chili.

P1170535 (Copy)

Tom yum – bardzo smaczny, chociaż połączenie smaków kwaśnego i ostrego nie należą do moich ulubionych. Będąc w lesie przewodnik dał nam do skosztowania jeden ze składników tej zupy, ale za skarby świata nie pamiętam który, zapewne galangal, ale głowy sobie uciąć nie dam.

P1170555 (Copy)

Następnie ruszyliśmy na szczyt górujący nad starym miastem, czyli Phou Si.

A co to?
Najważniejsze wzgórze w mieście z którego rozciąga się widok na ścisłe centrum. By dostać się na szczyt trzeba pokonać około 320 schodów. Na szczycie znajduje się świątynia.

P1170581 (Copy)

Wieczorem przyszła kolej na następny wieczór spędzony na targu i znowu odczułem to o czym pisałem wczoraj: spokój. Owszem, gdzieś w tle grała muzyka, ale na wieczornym targu był spokój, praktycznie sami turyści, ale ani przez moment nie czułem że patrzą na mnie jak na chodzący portfel.

P1170637 (Copy)

Na kolację udałem się do bufetu na otwartym powietrzu. Coś takiego powinno być w Chinach, zdecydowanie powinno. Mnóstwo różnych potraw do wyboru, wszystkie smaczne, zero mięsa, więc tanio i jak się człowiek pośpieszy to ciepłe.

P1170618 (Copy)

P1170615 (Copy)

P1170616 (Copy)

P1170633 (Copy)

P1170636 (Copy)

P1170603 (Copy)

P1170585 (Copy)

P1170568 (Copy)

P1170543 (Copy)

P1170540 (Copy)

Luang Prabang

P1170435 (Copy)

A co to?
Luang Prabang to architektoniczna perła Azji, stare miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Geograficznie jest usytuowane w miejscu gdzie łączą się rzeki Mekong i Nam Khan.
Do 1975 roku było stolicą Laosu, a obecnie jest zamieszkiwane przez około 50000.

P1170441 (Copy)

Pierwszy dzień w Luang Prabang był dla mnie koszmarem, nie wiem czy to z powodu czegoś co zjadłem dzień wcześniej, czegoś co zjadłem dwa dni wcześniej, czy czegoś co zjadłem w ten dzień.

P1170444 (Copy)

June zresztą też lekko nie miała bo, pierwszy raz, nie była w stanie przejść obok surowego mięsa i naszą wycieczkę po targu zakończyliśmy na kilku zdjęciach i zakupie chlebowca. Chlebowiec…pycha, ale do duriana startu nie ma. Tyle tylko że to jeszcze nie sezon na duriany, o czym przekonamy się za parę tygodni w Jinghong.

P1170445 (Copy)

P1170460 (Copy)

To był także dugi dzień chodzenia po nocnym rynku. Przeczytałem gdzieś że to najcichszy rynek w Azji. Nie mam pojęcia, bo do zwiedzenia całej Azji sporo mi brakuje, ale mogę przypuszczać że jest w tym sporo prawdy.
Nie ma tam znanych chociażby z Chin naganiaczy, sprzedawcy nie przekrzykują się próbując wcisnąć ludziom cokolwiek, byleby tylko sprzedać, nie ma ludzi idących za Tobą byś nie uciekł gdy idziesz wyjąć pieniądze z bankomatu.
W Luang Prabang albo sprzedadzą Tobie, albo komuś innemu, albo w ogóle. Nie ma problemu. Sprzedają dorośli, sprzedają dzieci, a nawet całe rodziny. Nikt nie krzyczy, nikt nie namawia do kupna, nie ma good price, good quality, I give you good price. Jest za to spokój i tylko na głowę trzeba uważać bo namioty nie są przystosowane do głów Europejczyków.

P1170461 (Copy)

Podobno Francuzi w czasach Francuskich Indochin stworzyli taką oto maksymę podsumowującą wszystkie trzy nacje z tegoż kraju w Wietnamie sadzą ryz, w Kambodży go uprawiają, a w Laosie słuchają jak rośnie. Coś takiego widać właśnie na targu.

P1170501 (Copy)

P1170499 (Copy)

P1170494 (Copy)

P1170492 (Copy)

P1170480 (Copy)

P1170478 (Copy)

Muang Xay to Luang Prabang

P1170314 (Copy)

Bilety do Luang Prabang poszedłem kupić dzień wcześniej, ale w kasie powiedziano mi że bilety można kupować tylko w dniu odjazdu. Zaskoczyło mnie to do tego stopnia że dzieliłem się tą informacją z wszystkimi obcokrajowcami aż do końca naszego pobytu w Laosie.

P1170323 (Copy)

Uznałem że nie będziemy jedynymi osobami kierującymi się do Luang Prabang, więc zerwaliśmy się wcześnie rano i rezygnując ze śniadania (co chyba jest najlepszym komentarzem do tego jak bardzo zależało nam na wczesnym autobusie) udaliśmy się na dworzec autobusowy.

P1170327 (Copy)

Odstaliśmy chwilę w kolejce i…okazało się że pomimo wszech obecnych napisów Luang Prabang autobusy odjeżdżają z innego dworca. INNEGO DWORCA! Oddalonego od tego o sześć kilometrów.

I wtedy dotarło do mnie że nie mogę już narzekać na chińską organizację.

Ruszyliśmy pieszo, po chwili zapakowaliśmy się do taksówki i dojechaliśmy na drugi dworzec.

Kupiliśmy bilety i poszliśmy zjeść śniadanie.

P1170338 (Copy)

Tak się złożyło że niedaleko siedziało małżeństwo z Francji które pojawiło się wczoraj w tym samym domu gościnnym co my. Poznaliśmy że są z Francji bo kłócili się z kierowcą tuk tuka po francusku. Wybrali się na podróż do Laosu i także kierują się do Luang Prabang, ale przez inne miasto bowiem chcą popłynąć tam łódką. Cóż, dla nas byłoby to dość kłopotliwe.

P1170360 (Copy)

Spotkaliśmy też Japończyka , który przyjechał z Japonii by trenować okoliczną drużynę piłkarską. A że został tu wysłany przez Japoński Związek Piłki Nożnej to władał Laotańskim praktycznie płynnie, tak samo po angielsku. Gdyby nie powiedział skąd jest nigdy nie odgadłbym że z Japonii.

P1170373 (Copy)

Wsiedliśmy do autobusu, który wyglądał jakby został przysłany do Laosu zamiast na wysypisko w Korei. Sześć godzin jazdy z otwartymi drzwiami i Laotańczykiem wychylonym przez nie.

P1170330 (Copy)

Dopóki jechał było dobrze, ale na godzinę drogi przed Luang Prabang rozłożył się całkowicie. Na szczęście jednak został przysłany kolejny który zawiózł nas do Luang Prabang. Tam nasz nowy japoński kolega pomógł nam się odnaleźć i dotrzeć do centrum.

Dom gościnny znaleziony bez problemów, tylko te przełączniki śniły mi się po nocach.

P1170396 (Copy)

Zacząłem dodawać zdjęcia i przypomniało mi się coś bardzo ważnego.
Mnisi nie mogą pracować, więc codziennie rano wychodzą na ulice gdzie wierni ofiarowują jedzenie. Coś fenomenalnego gdy wychodzisz na ulicę i widzisz ludzi tak silnie związanych z jakimkolwiek wyznaniem, a przy tym nie atakujących kogoś kto wierzy w coś innego.

P1170392 (Copy)

Obraz biednego mnicha zbierającego jedzenie co rano jest częstokroć psuty przez tego samego mnicha bawiącego się jednym z najnowszych modeli telefonu komórkowego, ale współczesność nie czeka na nikogo.

P1170393 (Copy)

P1170431 (Copy)

P1170419 (Copy)

P1170409 (Copy)

Muang Xay

Mieliśmy zaplanowany jeden dzień wolny, głównie żeby nie podróżować codziennie, odpocząć trochę i wchłonąć atmosferę tego kraju.

P1170274 (Copy)

Dlatego też z rana ruszyliśmy na śniadanie i znaleźliśmy coś co wyglądało na kolorowe baozi, w rzeczywistości okazało się…kolorowymi baozi w stylu Laotańskim. Całkiem przyzwoite i co niesamowicie ciekawe były nadziewane mięsem. Wrażenie niesamowite, bo kolory w ogóle na to nie wskazywały. Nie ma to jak zakłócenia sensoryczne.

P1170275 (Copy)

Potem przyszła kolej na pierwszą Laotańską kawę. Z tym to w ogóle jest ciekawa sprawa bo kawę do Laosu sprowadzili Francuzi i podobno to właśnie Laotańska kawa jest najlepsza w Azji. Cóż, ta pierwsza smakowała jak lura.

P1170307 (Copy)

Ruszyliśmy na spacer, po drodze zatrzymując się na obiad w restauracji chińskiej w której tofu wyglądało smakowicie, ale smakowało paskudnie i doprowadziło nas oboje do nieprzeciętnych problemów żołądkowych. Nauczką powinno być nie ufać Chińczykom w Muang Xay, ale oboje tej lekcji nie odrobiliśmy więc odbije się ona czkawką już za parę dni.

P1170292 (Copy)

W czasie naszego spaceru dotarliśmy do szkoły. A właściwie trzech szkół w jednej: podstawowej, niższej średniej i wyższej średniej.

P1170284 (Copy)

P1170283 (Copy)

Przez dość dłuższą chwilę rozmawialiśmy z jednym z uczniów, który powiedział nam że nie mają oni w ogóle wakacji, co przeraziło i mnie i June. Rzeczywistość jest jednak inna, mają wakacje, łącznie mają blisko 20 tygodni wolnych od nauki w roku, czyli bardzo przyzwoicie.

June tak się tam spodobało że zaczęła bawić się z dzieciakami z, prawdopodobnie, podstawówki, co widać o tutaj:

P1170294 (Copy)

P1170297 (Copy)

Po tym wszystkim ruszyliśmy dalej. Zjedliśmy kolację i wtedy dotarło do mnie że obojętnie jak będę się starał, jedzenie tutaj będzie po prostu kwaśne. Widać takie mają kubki smakowe i to Im pasuje.

P1170305 (Copy)

Znaleźliśmy cichą kawiarenkę, gdzie udało się dostać całkiem przyzwoitą kawę z mlekiem, ale tak naprawdę dobrej kawy w Laosie nie skosztujemy, o czym mogę napisać teraz, ale wtedy byłem jeszcze pełen nadziei.

W drodze do Muang Xay

P1170111 (Copy)

Z samego ruszyliśmy na targ poranny by zjeść tam śniadanie, w końcu jedzenie z miejscowymi jest jedną z najlepszych rzeczy jeżeli chodzi o poznawania kraju w którym się przebywa.
Przypomniało mi się przy okazji pewne zdarzenie sprzed kilku dni gdy szliśmy do centrum Luang Namtha. Podjechał do nas na motorze Pan z Panią i podali nam karimatę, która wypadła June, a czego nie zauważyliśmy. Podjechali, oddali i zawrócili. To mnie nastawiło bardzo pozytywnie do tego kraju.

P1170116 (Copy)

Po śniadaniu stwierdziliśmy że nie ma opcji i nie będziemy szli pieszo na dworzec autobusowy, wzięliśmy więc tuk tuk, czyli taką otwartą taksówkę i pojechaliśmy. Bilety zakupione na godzinę dwunastą i pozostało przeczekać dwie godziny.

P1170117 (Copy)

P1170128 (Copy)

Godzinę przed odjazdem rozlega się informacja po Laotańsku i angielsku że autobus przygotowuje się do odjazdu i trzeba się pośpieszyć. Ruszyliśmy więc do autobusu, wypełnionego już ludźmi i, na szczęście, naszymi plecakami. Poczekaliśmy i autobus ruszył pół godziny przed czasem.

P1170193 (Copy)

Zatrzymywał się kilkukrotnie, w tym raz w okolicy wesela.

Chiny i Polskę łączy wiele rzeczy, w tym podejście do spożywania alkoholu w środkach transportu publicznego. Ani Polacy, ani Chińczycy nie przejmują się za bardzo jakimiś zakazami i jak chcą napić się piwa czy czegoś mocniejszego to piją.

P1170183 (Copy)

Jak się okazuje, w Laosie potrafią przytrzymać autobus przez dziesięć minut by napoić Panów opuszczających wesele by wypili jak najwięcej przed wyruszeniem w drogę, ale żaden z tych Panów nie pił już w autobusie.

Muang Xay to stolica prowincji Oudomxay (Udomxay lub podobnie) i obecnie jakąś jedną czwartą miasta stanowią Chińczycy. Przyjechali to z różnych prowincji, głównie Hunan, pozakładali firmy i żyją.

P1170205 (Copy)

Konsekwencje tego są takie że można znaleźć chińskie jedzenie, więc June była zadowolona, bo typowo Laotańskie potrawy Jej nie podchodziły, ale znalezienie taniego hotelu było już trochę trudniejsze.

P1170202 (Copy)

Koniec końców i to się udało, więc po złożeniu plecaków ruszyliśmy do położonej na wzgórzu świątyni buddyjskiej połączonej ze szkołą dla mnichów. I tutaj coś o czym nie wiedziałem, mnichem w Laosie nie zostaje się na całe życie a jedynie na tak długo jak się chce. Oczekuje się od każdego mężczyzny by spędził przynajmniej jakiś czas jako mnich, więc na brak chętnych nie narzekają.

P1170218 (Copy)

P1170272 (Copy)

P1170259 (Copy)

P1170219 (Copy)

Dżungla

P1160674 (Copy)

Rok temu będąc na zalesionym wzgórzu gdzieś między Chinami a Laosem upatrzyło mi się wędrowanie po Laotańskim lesie. Co się nie udało wtedy udało się teraz. Problem ze spacerowaniem w takich miejscach jest, przynajmniej dla mnie, całkiem spory gdyż nie można spacerować samemu.
Nie tyle z powodu braku szlaków, bo jakąś ścieżkę się zawsze znajdzie i można się nią pokierować, nie tyle nawet z powodu braku infrastruktury, bo przecież jedzenie i kuchenkę możną wziąć ze sobą, ale bardziej z powodu dostępności najbliższego lasu czyli Nam Ha National Protectected Area, oraz niewybuchów z lat 60-ych i 70-ych.

P1160675 (Copy)

Wędrówkę wykupiliśmy wczoraj, więc z samego rana udaliśmy się na poranny targ pełen jedzenia i rzeczy codziennego użytku, o ile targ wieczorny był nastawiony typowo na turystów, o tyle targ poranny to miejsce w którym okoliczni mieszkańcy kupują jedzenie, jedzą śniadanie, ot taki supermarket na otwartym powietrzu.

P1160676 (Copy)

 

P1160682 (Copy)

P1160685 (Copy)

P1160696 (Copy)

Przed dziewiątą zameldowaliśmy się na miejscu zbiórki i czekaliśmy, czekaliśmy, a potem czekaliśmy jeszcze trochę, aż w końcu pojawiła się spóźnialska Koreanka i mogliśmy w końcu ruszyć. W ciągu najbliższych dwóch tygodni Koreańczycy będą doprowadzać mnie do furii swoim brakiem punktualności.

W teorii najbliższy teren zalesiony znajdował się parę kilometrów od Luang Namtha, w praktyce jednak wyglądało to tak że trzeba było kilkadziesiąt minut spędzić w aucie, a potem przeprawić się rzeką i pokazać bilet.

P1160712 (Copy)

Zanim jednak przeprawiliśmy się przez rzekę odwiedziliśmy pierwsza wioskę zamieszkałą przez rdzennych mieszkańców tych terenów i było to naprawdę fajne bo część pieniędzy z każdej wyprawy idzie do tych wiosek, więc mogą się rozwijać, albo przynajmniej utrzymywać je w dobrym stanie. Naprawdę świetnym przeżyciem było zobaczenie tego jak się tutaj mieszkało i dalej mieszka, w drewnianych domkach pokrytych ratanem i dotknąć tego o czym mówił Cejrowski, że wszędzie plastik. Cóż, do wiosek na obrzeżu Laotańskich parków narodowych dotarł nie tylko plastik ale także telewizja satelitarna.

P1160735 (Copy)

P1160751 (Copy)

Przeprawiliśmy się przez rzeką i ruszyliśmy. Najpierw przez pola ryżowe, a potem to już pod górę. Tak naprawdę to nie jest to dżungla a wiecznie zielony las, w dodatku nie pierwotny, ale i tak wygląda niesamowicie. Od jednodniowej wyprawy nie można oczekiwać że pozwoli nam na bliższy kontakt z naturą, ale widzieliśmy i ślady dzikiej świni i słyszeliśmy rhizomys sinesis, czyli szczura bambusowego. Czyli nie tak źle w porównaniu do tego co nam zaproponowano w Nong Khiaw, ale na to jeszcze przyjdzie pora.

P1160780 (Copy)

 

P1160798 (Copy)

P1160859 (Copy)

Chodziliśmy, chodziliśmy i w końcu przyszła pora na obiad. Obiad w lesie przygotował nas przewodnik. Tachał ze sobą torebki ryżu, zielonych warzyw, trochę mięsa, jajek i sosu pomidorowego. Wszystko to było wspaniałe, bo obiadu przygotowanego na miejscu w lesie nigdy nie jadłem, a już na pewno nie w takim lesie.

P1170011 (Copy)

P1160974 (Copy)

Nagle tylko pojawiło się pytanie a jak to jeść?
Palcami, w dżungli nie ma pałeczek!

Ano nie ma.

P1160840 (Copy)

A potem szliśmy dalej i przewodnik opowiadał o starszych panach przyjeżdzających do Laosu z młodziutkimi dziewczynami, z Kambodży głównie, które nie znały angielskiego, o chłopaku z Hiszpanii chcącym kupić opium, z czym nie było większych problemów, o tym że Chińczycy niszczą okoliczne tereny zamieniając je na uprawy, ale o lesie to niewiele mówił.

P1160921 (Copy)

W końcu z lasu wyszliśmy i przyszło nam czekać na grupę która miała dotrzeć do nas kajakami. Tak po prawdzie to ktoś z wioski z drugiego brzegu miał nas przewieźć, ale nikomu się do tego nie śpieszyło, dzieci tylko wołały więcej dzieci by przyszły popatrzeć na czekających na kamieniach obcokrajowców.

P1160964 (Copy)

A potem wróciliśmy samochodem i było wiadome że trzeba ruszyć dalej, do Muang Xay.

P1170063 (Copy)

P1170019 (Copy)

W końcu w Laosie

P1160502 (Copy)

W końcu, bo ta wyprawa tak naprawdę rozpoczęła się rok temu, to wtedy powstały założenia by do Laosu pojechać i spędzić tam kilkanaście dni. To wtedy też okazało się że przyjazd do Laosu wiąże się z pewnymi problemami dla obywateli Chin. A raczej wiązał się wtedy, o czym za chwilę.

P1160503 (Copy)

Po śniadaniu ruszyliśmy do granicy, gdzie June od razu zapytała o dostępność wiz po stronie Laotańskiej i…nie ma żadnego problemu. O ile rok temu ktoś po stronie chińskiej stwierdził że wiz na miejscu w Laosie Chińczycy nie dostają, o tyle teraz nikt już tak nie mówił i nagle rzeczywistość zaczyna pokrywać się z tym co znajduje się w internecie.

P1160509 (Copy)

Sama odprawa po stronie chińskiej poszła bezproblemowo, paszport, karteczka wyjazdowa, pieczątka i już można przechodzić.

Przeszliśmy oboje z June i…stoimy, czekamy…w końcu June pyta się strażnika granicznego czy mamy czekać na jakiś autobus czy iść, a strażnik odpowiada że czekać. No to czekamy, czekamy…aż w końcu znudziło mi się czekanie, wziąłem June za rękę i poszliśmy.

P1160511 (Copy)

Na horyzoncie ukazała się piękna, złota budowla, mająca przypominać świątynię w stylu znanym z Azji południowo wschodniej, cała pozłacana. Tak oto wygląda budynek po stronie Laotańskiej.

P1160513 (Copy)

Tutaj już June mogła przechodzić bezproblemowo bo wizę miała wyrobioną zawczasu, ja natomiast musiałem zapłacić 250 RMB, dodać zdjęcie i dostałem wizę po 10 minutach.

Laotański strażnik graniczny spojrzał w paszport, wrzucił go do czytnika i puścił w dal.

W teorii miało być przed nami raptem kilka minut spaceru, rzeczywistości nie sprawdziliśmy bowiem stojąc w kolejce, przyglądając się ubezpieczeniom samochodów zagadał do nas pewien Chińczyk i stwierdził że nas podrzuci kawałek bo jedzie akurat w tym samym kierunku co my.

I pojechaliśmy do Luang Namtha.

P1160550 (Copy)

Luang Namtha

Po drodze okazało się że razem ze znajomym prowadzą plantację arbuzów w Laosie. Tam je hodują a sprzedają w Chinach. I zaczął opowiadać o Chińczykach w Laosie.
Nie powiedział nic pozytywnego. Przynajmniej nic pozytywnego mi June nie przytoczyła. Opowiadał za to o tych drzewach z brązowymi drzewami które okazały się być drzewami kauczukowymi zasadzonymi przez Chińczyków. Wytłumaczył też że żeby je zasadzić najpierw wycięto las i zmieniono kształt góry by moc ich więcej zasadzić.
Krzyczał i narzekał na chciwych Chińczyków. Opowiadał że mnóstwo Chińczyków robi tak jak on, ale niszczą pola z innych upraw, niszczą tutejsze tereny by hodować jak najwięcej arbuzów, bananów i drzew kauczukowych.
Opowiadał też o mieszkańcach Laosu, że Im to w gruncie rzeczy do szczęścia potrzeba jedynie ryżu i ostrych przypraw, nie mają ambicji by piąć się w górę, mieć jak najwięcej pieniędzy, a on, jako Chińczyk, musi to cholera, robić (tak to przedstawiła June).

P1160552 (Copy)

Lubię myśleć że zawsze ma się wybór, ale czasem presja otoczenia, rodziny, przyjaciół, jest tak wielka że ten wybór znika i człowiek jest zmuszony do robienia czegoś czego nie chce. Z jednej strony żal mi tego Chińczyka, a z drugiej, no cóż bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie jak to powiedział Gandhi.

P1160594 (Copy)

Wysiedliśmy przy stacji autobusowej Luang Namtha i usłyszeliśmy że oddalona jest od centrum o dziesięć kilometrów.
Phi, dziesięć kilometrów, przejdziemy!
I zaczęliśmy maszerować w samo południe.

I maszerowaliśmy…po raz pierwszy zatrzymaliśmy się na obiad, który był obiadem dla mnie. Wtedy też nauczyliśmy się mówić sa bai dee, czyli dzień dobry i do widzenia. Nudle ryżowe na kwaśno z talerzem zieleniny z miętą na czele będą potrawą która najczęściej będziemy wybierać w Laosie, ale ta pierwsza była szczególna.

P1160586 (Copy)

June oczywiście nie mogło umknąć piękne ubranie starszej Pani siedzącej obok i musiała je przymierzyć. Prośba o to była przekomiczna bowiem ani my po Laotańsku, ani te Panie po Angielsku czy Chińsku.

P1160588 (Copy)

Ruszyliśmy dalej, zatrzymując się ponownie w innej restauracji gdzie poczęstowano nas wodą, oraz w jeszcze innej gdzie zjadłem inny makaron.

P1160601 (Copy)

P1160609 (Copy)

P1160610 (Copy)

W końcu jednak, po ponad dwu i pół godzinnym spacerze, dotarliśmy do centrum Luang Namtha.

A co to?

Luang Namtha to miejscowość w północnym Laosie, która znana jest znana przede wszystkim z bardzo dobrych połączeń autobusowych z resztą kraju, oraz pobliskiego parku narodowego.
W gruncie rzeczy jest to skupisko wiosek ciągnące się przez ponad dziesięć kilometrów. Doszło do tego z powodu amerykańskich bombardowań w czasie drugiej wojny Indochińskiej w czasie to których starsza część wioski została zmieciona z powierzchni ziemi, więc ludzie przenieśli się trochę dalej. Stare nawyki często jednak wykorzenić, więc po pewnym czasie część ludzi wróciła na stare tereny i efekt jest taki że lotnisko i dworzec autobusowy znajdują się dziesięć kilometrów od głównych targów (dwóch) i serca miejscowości.
Miejscowości? Wioseczki, bo mieszka tam niewiele ponad 3000 osób.

P1160620 (Copy)

Jedną rzecz trzeba sobie uświadomić: w Laosie mieszka bardzo mało ludzi. Stolica i największe miasto to Vientine zamieszkiwane przez trochę ponad 700k, co jest wynikiem ze wszechmiar przyzwoitym, ale gdy weźmiemy pod uwagę że cały kraj zamieszkuje niecałe siedem milionów ludzi, a rozmawiamy tu o kraju wielkości Rumunii czy Wielkiej Brytanii to okazuje się że ten kraj jest najzwyczajniej w świecie pusty.

P1160627 (Copy)

Hotel znaleźliśmy bez problemu. Laos to nie Chiny, tutaj obcokrajowcy często nawet nie muszą pokazywać paszportu przy rejestracji, wystarczy kasa z góry i podpis.

P1160646 (Copy)

Po zrzuceni plecaków poszliśmy szukać biura które zabierze nas na wycieczkę do puszczy. Pochodziliśmy, poszukaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy.

P1160643 (Copy)

P1160642 (Copy)

A potem przyszła kolej na kolację i pierwsza bagietkę od niepamiętnych czasów.