Weekendowe bieganie

Od poniedziałku wyczekuję soboty. Tak już właściwie drugi miesiąc i mam nadzieję że mi nie przejdzie aż do sierpnia.
Wyczekuję bo sobota to ten dzień w tygodniu w trakcie którego mogę ruszyć przed siebie i biec gdzie tylko dusza zapragnie. Nie ma tak jak w poniedziałki kiedy to wypada trochę powtórzeń po górkach porobić, ani w środę gdy, chociaż biegam więcej, też trzeba trochę po wzniesieniach pobiegać.

Jak wiecie dwa razy próbowałem dostać się do tego mostu prowadzącego do innej dzielnicy i dwa razy mi się nie udało, dlatego też w tę sobotę postanowiłem pobiec w zupełnie przeciwnym kierunku, w stronę góry na której zorganizowany był maraton. Ale żeby za bardzo się po niej nie wspinać, ani żeby za długo po drodze nie biec pobiegłem w przeciwnym kierunku.

I zupełnie, ale to zupełnie nie wyszedł mi pomysł z niebieganiem po ulicy. Zupełnie. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu w Chinach postawią po obu stronach bloki, zakłady pracy i jeszcze jakieś restauracje, ale o stworzeniu chodnika jakoś nie pomyślą. Także kolejny dzień biegania po ulicy i wiem już na pewno że nie będzie to moja regularna trasa.

Takie bieganie po ulicy nie napawa mnie spokojem ani przyjemnością i sprawia że te długie wybiegania z plecakiem wcale nie są takie przyjemne, a one powinny być najprzyjemniejszym dniem tygodnia. Najbardziej męczącym bo to jest mój główny bodziec rozwojowy, ale zdecydowaniem najprzyjemniejszym.

Dlatego w nadchodzącą sobotę znowu czeka mnie zmiana trasy, tym razem według mapy wygląda to na drogę przy domach, więc powinny być chodniki, będzie to właściwie ten sam kierunek co w drodze do mostu, ale jednak trochę inaczej, bliżej wzgórza czającego się w okolicy uniwersytetu. Zobaczymy jakie cuda znajdują się z innych stron. Oby tylko nie było zbyt duszno, bo jednak 30km w duchocie może być ciężkie. Już te 28, przy niezbyt wysokiej wilgotności mnie zmasakrowało. Muszę pamiętać o tym że litr wody to jednak dużo za mało i trzeba brać go więcej. Pora też trochę poeksperymentować z jedzeniem bo od tej czekolady, chociaż gorzkiej, było za słodko i żołądek coś tam przebąkiwał że mu to nie pasuje.

Wiosna na południu

Wiosna tutaj jest strasznie ponura. Nie wiem czy to normalne, czy tylko tak jest w tym roku, ale odkąd wróciliśmy było tylko kilkanaście dni w pełni słonecznych i bezchmurnych. Nie chcę tutaj się skarżyć bo bezchmurne i słoneczne dni oznaczałyby pewnie temperatury nie do życia jak dla mnie, ale jest coś takiego niepasującego do wiosny w szarym niebie o ósmej nad ranem.

Szare niebo w Chinach rzadko kiedy oznacza coś dobrego. O ile przez ostatnich parę dni oznaczało to ni mniej ni więcej a nadchodzące burze tak teraz oznacza to wzrost stężenia tych drobinek w powietrzu.

Dziwnie mi z tym, bo chociaż doświadczyłem już wiosnę w bardzo zanieczyszczonym mieście i w jednym najbardziej zanieczyszczonych mieście w Chinach to w żadnym z nich nie mogłem narzekać na to że nie czuć wiosny. A tutaj? Tutaj jest ponuro. No jakby jesień, z tą różnicą że zamiast robić się coraz chłodniej to robi się coraz cieplej.

Nie wiem. Może jest tak dlatego że zimę doświadczyłem przez raptem dwa tygodnie, a tutaj ta zima nigdy nie nastąpiła? Nie widziałem śniegu, trawa była tu zawsze, tylko niektóre drzewa zrzuciły liście, a reszta dalej była zielona. No i dalej było ciepło na zewnątrz. Także nie było takiej zmiany jaką znam.

Jak na razie, to jest to strasznie długa jesień, czyli ten najbardziej dołujący moment w roku. Niby widać że kwiaty teraz kwitną, ale drzewa jak były zielone, tak są zielone, trawa jak była zielona tak jest zielona, ludzie jak chodzili w kurtkach, tak dalej chodzą w kurtkach. Po prostu, jak na razie, nie ma zbyt wielkiej różnicy między tym co było a tym co jest.

Chociaż tak naprawdę to tej różnicy mi nie potrzeba, tylko to niebo z rana mogłoby być bardziej niebieskie. Tak siedząc rano i patrząc przez okno w szarość to nawet się myśleć nie chce, a jedynie spać. No jesień, po prostu jesień, chociaż już połowa kwietnia i biega się w krótkich spodniach.

Zmiana trasy

Mózgowi, temu najważniejszemu mięśniowi, należy regularnie dostarczać nowych bodźców. Sposoby są różne. Niektórzy codziennie starają się jeść coś nowego (nie wiem czy moje jelita by to wytrzymały), inni mówią o regularnym przemieszczaniu mebli (nie, nie i po stokroć nie). Ja wolę co jakiś czas zmieniać trasę po jakiej biegam.

Bodajże na drugim roku studiów jeden z wykładowców powiedział nam byśmy przeszli się swoją normalną trasą na uczelnię starając zobaczyć coś nowego. Pamiętam że bardzo mnie to zaintrygowało. Nagle okazało się że są rzeczy których nie dostrzegałem do tej pory. Chociaż ja i tak ‘od zawsze’ starałem się czujnie spoglądać na otaczające mnie środowisko.

Gdy zaczynałem biegać lubiłem biegać po pętli, do przejedzenia powtarzając znane mi trasy. Powód był niezwykle prozaiczny:  tylko na kilku trasach miałem wyliczony dystans. A że wtedy takie cuda jak endomondo były w powijakach to musiałem wyrobić w sobie umiejętność radzenia sobie z tymi samymi widokami.

No i wyrobiłem bo bieganie po pętli mnie nie rusza ani trochę. Pierwszy maraton przebiegłem na pętli czterokilometrowej, a dwa razy pokonałem maraton w Rybniku na pętli trzykilometrowej. Bieganie w kółko to nie pierwszyzna.

Są jednak dni kiedy ten najważniejszy mięsień domaga się nowych bodźców. Tak było wczoraj, tak było i dzisiaj. Dlatego też pokonałem jedną trasę, którą wcześniej pokonałem tylko raz, w drugą stronę.

Nie lubię czegoś takiego bo na takie eksperymenty w czasie których mogę się zgubić, lub może mi dystansu zabraknąć wolę robić przy okazji biegów dłuższych, ale przez tych kilka lat nauczyłem się tego że swojego ciała trzeba się słuchać.  Także posłuchałem, pobiegłem w inną stronę, dołożyłem trochę dystansu na innej, nie uczęszczanej od kilku tygodni, trasie i wróciłem.

Także jeżeli tylko macie okazję, zmieniajcie swoje trasy biegowe. Pętle są fajne, pomagają wyrobić w sobie wytrwałość i uczą jak radzić sobie z nudą, ale o mózg też trzeba dbać, bo chociaż biega się nogami to jednak bez mózgu z biegania nic nie będzie.

Gdy deszcz przeradza się w burzę

Lubię deszcz. Uwielbiam biegać w deszczu, co do tego nie mam żadnych wątpliwości i chyba nikt kto czyta te moje wypociny też ich nie ma. Uwielbiam gdy pot łączy się z deszczem i zmywa go ze mnie. Jest w tym coś pierwotnego, przynajmniej dla mnie. To takie…oczyszczające, gdy coś co produkuje moje ciało łączy się z czymś co produkuje świat na którym żyjemy. Czuję wtedy że jestem częścią czegoś większego, o wiele większego niż ja sam.

Dzisiaj zdecydowałem się odpocząć od podbiegów bo najważniejszy mięsień ze wszystkich stwierdził że dosyć tego dobrego i pora odpocząć. Bieganie w górę i w dół i w górę i w dół i w górę i…no chyba sami widzicie, nie jest już takie pociągające jak jeszcze cztery tygodnie temu. Tylko gdzie by tu pobiec? No właśnie, nad tym zastanawiałem się od poniedziałku i z kilku propozycji wybrałem trasę której nie znałem  do końca. Kiedyś już tamtędy biegałem, ale zobaczyłem roboty drogowe i zawróciłem. Znaczy…o tych robotach drogowych to zapomniałem i przypomniały mi się dopiero gdy je zobaczyłem dzisiaj, ale tym razem postanowiłem że skoro już tyle biegam po ulicy to i tutaj przebiegnę.

Wstając z samego rana przywitało mnie słońce i błękitne niebo. Ubrałem więc koszulę, nawet nie brałem ze sobą kurtki przeciwdeszczowej (a mogłem bo środa to dzień z plecakiem) i poszedłem biegać.

Pierwszych dwadzieścia minut minęło tak jak przypuszczałem, czyli miło i przyjemnie chociaż było trochę duszno.

Za to następna godzina to był koszmar. Najpierw zaczęło kropić, potem padać, a na końcu zaczęło lać. Woda była wszędzie, naprawdę wszędzie. Nie było gdzie stanąć żeby nie zamoczyć butów (zresztą do teraz stoją mokre bo nie kupiłem gazet by je wysuszyć), nie było gdzie biec by nie wdepnąć w kałużę. I to jest najgorsze. To że pada na mnie deszcz to nie jest problem, ale to że mi stopy mokną i w butach chlupie to jest już problem. Zwłaszcza gdy biegnie się nową trasą i nie wiadomo gdzie by tu pobiec by uciec od tej wody.

Po godzinie trochę się uspokoiło i ostatnich 10 minut przebiegłem w spokojnym deszczu, ale ta godzina gdy lało była jedną z najbardziej intensywnych w tym roku. Gdybym robił dzisiaj podbiegi to i tak bym z nich zrezygnował, a kto wie czy nie zrezygnował w ogóle z biegania dzisiaj.

To już połowa?

No prawie. Zaczął się siódmy tydzień, co jest jedną z najbardziej zaskakujących informacji. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Siedziałem sobie spokojnie na zajęciach i nagle ‘BUM’ siódmy tydzień się zaczął!

Uderzyło to we mnie i prawie mną obróciło z zaskoczenia. Przecież to już sześć tygodni minęło. Sześć tygodni to niby tylko półtorej miesiąca, ale skoro to tydzień siódmy to za tydzień pora zacząć egzaminy. Na pierwszy ogień idą filmowcy.

Z nimi mam malutki problem, otóż nieszczególnie chcą na moje zajęcia przychodzić. Co jest dość absurdalne biorąc pod uwagę że sami się na nie zapisali. Średnio mam 14 osób, z 27 które się zapisały. No przecież ja będę musiał Ich oblać. Oczywiście najpierw będą mnie prosić, błagać, a potem złorzeczyć żebym puścił, ale z czego niby miałbym te oceny naciągać? No właśnie, z pustego to i Salomon nie naleje.

A potem, od tygodnia dziewiątego pora na moich pierwszoroczniaków. I z jednej strony wiem czego oczekiwać bo część z Nich już znam i pewnie jakimś wielkim progresem, lub (oby nie) regresem mnie nie zaskoczą. Natomiast po części nie wiem czego się spodziewać. Po prostu nie wiem. Mam jedną taką klasę która jest praktycznie niema. Przejąłem Ich od innego nauczyciela i nie wiem co On tam z nimi robił, ale Oni przez pierwszych kilka lekcji w ogóle nie chcieli ze sobą rozmawiać. Wręcz Im powiedziałem że jak nie chcą rozmawiać z kimś obok kogo siedzą to mogą się przesiąść, ja Ich zmuszać nie będę. Dziwi mnie to strasznie, bo już od łohoho nie miałem klasy która byłaby tak cicha.

Tak jak w zeszłym tygodniu świeciło bez przerwy słońce, ale z rana były mgły, tak teraz od soboty pada, ale przynajmniej nie ma mgły i można błękitne niebo podziwiać. Zobaczymy jak to się rozwinie, bo najbardziej martwi mnie tutaj ta wilgotność. Naprawdę solidnie obawiam się tego że nagle zrobi się super ciepło i super wilgotno, a ja nie będę na to przygotowany i będę truchtał.  A zresztą, choćby nawet się czołgać, ale żeby się dostać do celu.

Gdy mapa kłamie #2

Pominę milczeniem tę mgłę i burzę w nocy bo nie miały one większego znaczenia ani związku z moim planem na sobotę i przejdę od razu do meritum.
Nie przebiegłem przez most prowadzący do innej dzielnicy.
A teraz skoro mamy to za sobą będzie trochę o tym jak do tego doszło.

Po naprawdę upalnym tygodniu (25-27 stopni) przyszła kolej na burzę w nocy z piątku na sobotę, czyli od razu poczułem się jak w Polsce gdzie cały tydzień świeci słońce a jak przychodzi weekend i pora na grilla to zaczyna padać deszcz.
Jestem jedną z ostatnich osób które narzekają na deszcz i najzwyczajniej w świecie zamiast trzymać kurtkę w plecaku przez dwie godziny założyłem ją na siebie i poszedłem dreptać.

Tym razem nie było Pana z chlebem, co nie było jakimś wielkim zaskoczeniem bo jednak deszcz padał i przegonił nawet Panią ze śmierdzącymi plackami, a gdy śmierdzące placki nie są sprzedawane to znaczy że faktycznie pogoda nie dopisała. Kilometr dalej stał co prawda Pan sprzedający mniej śmierdzące placki, ale On miał przenośny namiot (znaczy taką płachtę na stojaku).

Pobiegłem dalej, tydzień wcześniej zawróciłem przy tym Panu sprzedającym placki, chociaż wtedy Go tam nie było. Pobiegłem dalej bo wiedziałem że kawałek dalej czeka mnie most na drugą stronę.

Pochłonięty przez mgłę przebiegłem przez krótki most i zauważyłem inny, ten większy o którym wiedziałem od tygodnia. Minąłem go. Nie miał mi nic do zaoferowania, był tylko dla samochodów.

Wbiegam na drogę która na mapie wygląda jak wąska droga w środku miasta. Po mojej stronie są cztery pasy, po drugiej, oddzielonej pasem zieleni, kolejne cztery kierujące w drugą stronę. A nad tym wszystkim estakada po której przejeżdżają autobusy.

Blisko kilometr muszę biec po czteropasmowej drodze, na szczęście pustej, ale cztery pasy zawsze robią wrażenie. Po tym kilometrze nicości pojawiają się z obu stron jakieś domy i można w końcu przeskoczyć na chodnik. W tym momencie dociera do mnie że żeby dostać się na tę drugą stronę musiałbym biec jeszcze dalej i szukać innego, mniejszego mostu. Stwierdziłem że to nie dla mnie i zawróciłem.

Za tydzień nie będę już próbować. Mam dość śmierdzących mięsem placków, pora więc pobiec w inną stronę.

Gorąc

Jak łatwo zauważyć bo ilości i częstotliwości ukazywania się notek ostatni tydzień był bardzo niezorganizowany. Po części z powodu wizyt koleżanek z poprzedniej szkoły, które spędziły u Nas 4 dni, no i trzeba było się Nimi zaopiekować.
A druga sprawa jest taka że jest straszliwie ciepło. Nie, nie żartuję. Dzisiaj termometry pokazują 27 stopni. A wilgotność niby sięga 90%.
Niby jutro ma padać, ale coraz mniej w to wierzę, bo jeszcze parę dni temu mówili że w sobotę ma padać a teraz już zmienili zdanie. A ja tak tego wyczekiwałem. Nie żartuję, naprawdę wyczekiwałem tych dwóch godzin biegania w deszczu. Zwłaszcza że ta trasa zaplanowana na sobotę jest praktycznie pozbawiona ziemi więc nie będzie żadnego paskudnego błota przyczepionego do butów. To niby taka drobnostka, ale jednak wkurza.

No dobrze, mnie nie wkurza bo wszystkie moje buty mają płaskie podeszwy i nic się do nich nie przyczepia, ale kto biega ten rozumie jak bardzo zmienia się ułożenie stopy gdy nagle coś się do buta przyczepia.

Nie wiem kiedy włączą klimatyzację w salach, zwłaszcza że chociaż część studentów jeszcze siedzi w kurtkach (to doprawdy urocze),a  część już w krótkich spodniach i koszulach z krótkim rękawem. Oczywiście po drodze jeszcze masa innych ubrań. We wtorek na zajęciach była dziewczyna w płaszczu i długiej koszuli koszykarskiej a na nogach miała zimowe buty.  Różne mają tu pomysły na radzenie sobie z pogodą, oj różne.

Teraz to już pewnie z tą pogodą lepiej nie będzie, będzie już tylko duszniej i cieplej, ale jest tego jeden plus, powinno się to zmieniać stopniowo więc w jakimś stopniu się do tego zaadaptuję. W końcu teraz już mniej więcej wiem co mam robić. Wstawać wcześnie, biegać ciągle z wodą i zawsze mieć przy sobie pieniądze by w razie konieczności jeszcze wody dokupić. To zdarzyło mi się już co najmniej dwa razy. Prawdziwym wybawieniem są dla mnie ci ludzie sprzedający wodę w okolicach przystanków autobusowych, chociaż wiem że gdy kupuję od Nich to muszę być ostrożny bo mogą chcieć mi sprzedać otwartą butelkę. A otwartych butelek nie kupuje się nigdzie.

Gdy mapa kłamie

Wymyśliłem sobie że pobiegnę do innej dzielnicy. Do jednej z tych które nie są na wyspie, ale żeby się tam dostać trzeba przebiec przez most. Co tam będę ukrywać, chciałem sobie przebiec przez most i spojrzeć z niego na zatokę, bo patrzenie z tych okolicznych mostów na zatokę już mi się trochę znudziło.

Także ruszyłem w sobotę mając w planach dobiec do mostu i zawrócić bo miałem przebiec tylko dwadzieścia kilometrów. Wyposażony w kawałek czekolady (bo uznałem że skoro będę biegł w ultramaratonie to mogę nie dać rady wytrzymać kilku godzin na samych żelach i trzeba będzie zjeść coś innego, stąd próba z czekoladą, przyjdzie mi jeszcze próbować coś słonego bo same słodkie rzeczy mogą mnie zamulić), jedną butelkę wody i jedną specjalnego napoju (sól, miód, woda i rodzynki, czyli powinno być słono, ale też słodko i trochę kwaśno zależnie od rodzynek) ruszyłem. Normalnie na taki dystans nie potrzeba aż dwóch butelek, ale zapowiedzieli 96% wilgotności więc stwierdziłem że nie będę ryzykować.

Po drodze minąłem kilka wózków z jedzeniem. Zawsze są jakieś w okolicach budów. W końcu ktoś tych robotników musi karmić. Dwa wózki zapadły mi w pamięć, bo w jednym Pan robił chleb, coś czego nie widziałem od bardzo, bardzo dawna. Tutaj się chleba nie wypieka, przynajmniej nie takiego jak na północy (przez te trzy lata doszło do mnie że to co Oni tu nazywają chlebem nie jest tym co my nazywamy chlebem, ale ciągle jest chlebem), więc był to dla mnie bardzo sympatyczny widok i chyba w tę sobotę kupię kawałek.
Drugi wózek był z plackami, takimi jak od tej Pani która zniknęła (June mówi że Jej córka była w ciąży i teraz pewnie poszła Jej pomagać, ale ja uważam że to z powodu zmiany ceny z 2 na 2,5 RMB), ale tak od niego śmierdziało mięsem że aż przyśpieszyłem kroku. A ludzie lgnęli do tego wózka że aż strach. Strach zwłaszcza że to mięso śmierdziało na kilka metrów.

Przebiegłem 10 kilometrów. Potem dołożyłem jeszcze jeden. I jeszcze pół. A potem się zatrzymałem, zjadłem kawałek czekolady i zawróciłem.

Wróciłem do domu i okazało się że gdybym pobiegł jeszcze kilometr to zobaczyłbym ten most.
Szlag.

Wzgóze

Mamy kawałek za blokiem wzgórze. Spogląda na nas majestatycznie prawdę mówiąc.

W zeszłym roku postanowiłem się na to wzgórze dostać, ale ciągle brakowało mi czasu/chęci/umiejętności znalezienia drogi. W końcu w poniedziałek postanowiłem że spróbuję. Spróbowałem i stąd wiem że do tych podbiegów jest siedem kilometrów.

Znalazłem też przy okazji świątynię, ale była zamknięta więc nie zrobiłem zdjęć (w ogóle to w tym tygodniu zdjęć nie będzie, bo nie będzie), inna sprawa że nie miałem niczego czym te zdjęcia mógłbym zrobić bo takiej kartoflanej jakości z komórki nie chciałem.

Dzisiaj spróbowałem dostać się do tej świątyni z trochę innej strony. A że przy okazji robiłem podbiegi, to to wzgórze było bardzo wskazanym kierunkiem.

Wbiegałem na wzgórze od innej strony i miałem w sercu taką cichą nadzieję że nie będzie tam schodów, że będzie w miarę prosta droga aż po sam szczyt. Niestety już po dwustu metrach musiałem zawrócić bo na przeszkodzie stanęła brama.

Paręset metrów dalej znajdował się kolejny podbieg i znowu ruszyłem w górę, a tam stała kolejna świątynia. Niestety za nią nie stały ani schody, ani realny podbieg, więc znowu zawróciłem.

Kolejne paręset metrów i znowu podbieg, jeszcze jedna świątynia, a za nią coś co początkowo wyglądało jak olbrzymi kompleks świątynny, ale już po kilku krokach dotarło do mnie że to cmentarz.

To poniekąd tłumaczy ilość świątyń.

Niezależnie od tego czy jest tam cmentarz czy nie, znalazłem miejsce do podbiegów, czyli miejsce niezwykle dla mnie istotne w nadchodzących miesiącach. Nie jest aż tak daleko jak poprzednie bo raptem cztery kilometry od domu, chociaż można z tego zrobić trzy i pół, a może nawet trzy, więc nie ma tak źle.

Oczywiście najfajniej byłoby mieszkać bliżej tych wzgórz na których był maraton górski, ale myślę że zawsze można tam podjechać rowerem i trochę po wzgórzach pohasać, tylko na razie jest na to za wcześnie. Nie ma co się w kwietniu (no dobrze, marcu) takimi rzeczami zajmować bo człowiek się tylko przetrenuje.

Historia jeszcze z weekendu

Sobota, pora już po obiedzie, ale dopiero chwilę po. Leniwie słucham sobie podcastów gdy nagle słyszę pukanie do drzwi. Podchodzę i otwieram. Za nimi stoi malutka Chinka. I mówiąc malutka nie żartuję, nie wiem czy Ona miała metr pięćdziesiąt. Chyba nie. Uśmiechnięta, z siwymi włosami, ale metr pięćdziesiąt to mogła mieć w kapeluszu.
Spojrzała na mnie i niewzruszona zaczęła coś do mnie mówić. Za skarby świata nie wiedziałem o co Jej chodzi. Po części dlatego że mówiła w tutejszym dialekcie, a po części dlatego że nawet gdyby mówiła po mandaryńsku to i tak bym pewnie nie zrozumiał. W każdym razie była na tyle uśmiechnięta, że wpuściłem Ją do mieszkania, bo tyle zrozumiałem.
Ściągnęła buty, chociaż powiedziałem że nie musi, i ruszyła na balkon. Nic z niego nie widziała chyba bo po chwili wskoczyła do zlewu na balkonie. Mamy taki, chyba betonowy, zlew na balkonie żeby umyć w nim szmaty czy coś tam. Porozglądała się z niego i dalej nic nie widziała.
Podeszła do tego wewnętrznego okna w mieszkaniu i zapytała się czy może odsłonić zasłonę. No jasne, nawet Jej okno otwarłem. Wskoczyła na krzesło, wyjrzała i zaczęła liczyć.
Wyliczyła do dwudziestu czterech, wyliczyła chyba trzykrotnie, po czym podziękowała, rękawem przetarła krzesło i wyszła z mieszkania.

Założyłem okulary, wyjrzałem przez okno i co widzę? Kołdra Jej spadła i utknęła na ścianie na wysokości dwudziestego czwartego piętra. No to musi być pech. Musiała za słabo przypiąć kołdrę na dachu (bo to tam się suszy kołdry gdy jest słońce) a ta wybrała wolność. Tyle że nagle zatrzymała się między piętrami.
To jest taka wada budowlana tych budynków bo Oni muszą tutaj zostawić trochę miejsca na klimatyzację, a że rzadko kiedy wstawia się te klimatyzatory w klatki, tylko z reguły stawia na półkach to często coś na tych półkach utknie. I tak ze swojego okna widzę kilka innych kołder, parę prześcieradeł i dość sporo różnych ubrań. Wiatr nie jest tutaj niczym sprzymierzeńcem.