Ku pamięci

Mając lat kilkanaście zacząłem czytać coś innego niż lektury szkolne. Trochę mi zeszło bo nigdy jakoś specjalnie nie lubiłem czytać, żadne książki do mnie nie przemawiały. Właściwie to oprócz gier mało rzeczy do mnie przemawiało. Lubiłem za to czytać o grach. Tak czytając o grach zacząłem czytać książki ze świata Gwiezdnych Wojen, aż w pewnym momencie, w jednej z recenzji gier, przeczytałem o fizyku który przetłumaczył kilka książek pewnego angielskiego autora i z pewnością te książki spodobają się każdemu komu spodobała się gra.

Tytułu gry już nawet nie pamiętam, ale spodobała mi się wizja przeczytania czegoś podobnego do niej. I tak zakupiłem Kolor Magii. Dzisiaj gdy o tym myślę wiem że było to zrządzenie losu bo tych książek było już w Polsce kilka, a ja trafiłem na tę pierwszą (chociaż niektórzy mówią że nie należy ich czytać w kolejności wydawania).

Trafiłem, przeczytałem i chciałem więcej. Były chwile gdy nie mogłem przestać się śmiać widząc świat który jest kpiną z fantastyki którą czytał tata. I tak wsiąknąłem.

Gdy tylko miałem pieniądze kupowałem książki, ale już nie tylko dla zabawy, a także dla przemyśleń. Jedną z najlepszych książek o religii jaką przeczytałem były Pomniejsze Bóstwa, która zasiała ziarno zaczyna kiełkować.

Przez większość mojego życia praktycznie co roku czytałem chociaż jedną Jego książkę, bo można było na Niego zawsze liczyć. Niektóre były lepsze, niektóre trochę słabsze, chociaż im częściej się nad tym zastanawiam tym częściej dochodzę do wniosku że ich odbiór byłby inny gdybym ja był w innym momencie swojego życia.

Śmiałem się przy wolnych ciutludziach który będąc na ziemi myśleli że są w niebie, byłem z Vimesem gdy walczył ze swoimi demonami i im bliżej poznaję historię autora tym lepiej widzę jak bardzo był do Vimesa podobny, byłem z babcią Weatherwax gdy uczyła ludzi jak żyć, byłem ze Śmiercią który nie jest złośliwy, a jedynie bardzo dobry w tym co robi, byłem z dziesiątkami innych bohaterów.

A wszystko to dzięki Sir Terry’emu, który odszedł wczoraj. Dziękuję.

Muang Xay to Luang Prabang

P1170314 (Copy)

Bilety do Luang Prabang poszedłem kupić dzień wcześniej, ale w kasie powiedziano mi że bilety można kupować tylko w dniu odjazdu. Zaskoczyło mnie to do tego stopnia że dzieliłem się tą informacją z wszystkimi obcokrajowcami aż do końca naszego pobytu w Laosie.

P1170323 (Copy)

Uznałem że nie będziemy jedynymi osobami kierującymi się do Luang Prabang, więc zerwaliśmy się wcześnie rano i rezygnując ze śniadania (co chyba jest najlepszym komentarzem do tego jak bardzo zależało nam na wczesnym autobusie) udaliśmy się na dworzec autobusowy.

P1170327 (Copy)

Odstaliśmy chwilę w kolejce i…okazało się że pomimo wszech obecnych napisów Luang Prabang autobusy odjeżdżają z innego dworca. INNEGO DWORCA! Oddalonego od tego o sześć kilometrów.

I wtedy dotarło do mnie że nie mogę już narzekać na chińską organizację.

Ruszyliśmy pieszo, po chwili zapakowaliśmy się do taksówki i dojechaliśmy na drugi dworzec.

Kupiliśmy bilety i poszliśmy zjeść śniadanie.

P1170338 (Copy)

Tak się złożyło że niedaleko siedziało małżeństwo z Francji które pojawiło się wczoraj w tym samym domu gościnnym co my. Poznaliśmy że są z Francji bo kłócili się z kierowcą tuk tuka po francusku. Wybrali się na podróż do Laosu i także kierują się do Luang Prabang, ale przez inne miasto bowiem chcą popłynąć tam łódką. Cóż, dla nas byłoby to dość kłopotliwe.

P1170360 (Copy)

Spotkaliśmy też Japończyka , który przyjechał z Japonii by trenować okoliczną drużynę piłkarską. A że został tu wysłany przez Japoński Związek Piłki Nożnej to władał Laotańskim praktycznie płynnie, tak samo po angielsku. Gdyby nie powiedział skąd jest nigdy nie odgadłbym że z Japonii.

P1170373 (Copy)

Wsiedliśmy do autobusu, który wyglądał jakby został przysłany do Laosu zamiast na wysypisko w Korei. Sześć godzin jazdy z otwartymi drzwiami i Laotańczykiem wychylonym przez nie.

P1170330 (Copy)

Dopóki jechał było dobrze, ale na godzinę drogi przed Luang Prabang rozłożył się całkowicie. Na szczęście jednak został przysłany kolejny który zawiózł nas do Luang Prabang. Tam nasz nowy japoński kolega pomógł nam się odnaleźć i dotrzeć do centrum.

Dom gościnny znaleziony bez problemów, tylko te przełączniki śniły mi się po nocach.

P1170396 (Copy)

Zacząłem dodawać zdjęcia i przypomniało mi się coś bardzo ważnego.
Mnisi nie mogą pracować, więc codziennie rano wychodzą na ulice gdzie wierni ofiarowują jedzenie. Coś fenomenalnego gdy wychodzisz na ulicę i widzisz ludzi tak silnie związanych z jakimkolwiek wyznaniem, a przy tym nie atakujących kogoś kto wierzy w coś innego.

P1170392 (Copy)

Obraz biednego mnicha zbierającego jedzenie co rano jest częstokroć psuty przez tego samego mnicha bawiącego się jednym z najnowszych modeli telefonu komórkowego, ale współczesność nie czeka na nikogo.

P1170393 (Copy)

P1170431 (Copy)

P1170419 (Copy)

P1170409 (Copy)

Leniwy Czwartek

Tak się w tym semestrze złożyło że dostałem dodatkowy dzień wolny. Tak się nieszczęśliwie złożyło że jest to czwartek. Nieszczęśliwie bo idealny byłby poniedziałek lub piątek tak żeby wydłużyć sobie weekend. Tak dobrze to nie ma…

By się w te czwartki nie zanudzić a inne dni nie zajechać wybrałem właśnie je na dni w których poświęcę dwie godziny życia i pójdę do English Corner. No może nie poświęcę bo wlicza się to w moją pensję, ale i tak traktuję to jako zło konieczne. O czym zresztą sami doskonale wiecie.

W teorii mogłem sobie rozbić English Corner na dwa dni, albo wrzucić we wtorek, ale pierwsze rozwiązanie to fantastyka, a drugie sprawiłoby że nienawidziłbym wtorków, a tego nie chcę bo lubię wtorki. To były moje jedyne dni wolne w Changchun, w ostatnim semestrze, i miło mi się przez to kojarzą.

Wychodząc dzisiaj rano pobiegać zauważyłem że przesunięto otwarcie English Corner z dzisiaj na poniedziałek. Czyli cały dzień mam wolny i mogę się lenić. To naprawdę fantastyczna wiadomość, nie ma to jak dostać jeden dzień wolny za darmo, pomimo tego że w głowie jest świadomość o kolejnych piętnastu czwartkach zajętych.

Nie, nie będę ich odliczał bo to mi tylko życie utrudni.

Po przeskoczeniu dzisiaj płotu, bo brama znowu jest zamknięta o tej godzinie, nie biegło się już tak łatwo jak wczoraj. Inna sprawa że wybrałem trasę, która zawsze jest wolniejsza, ale to tylko wymówka. Nie biegało się tak łatwo, bo nie oszukujmy się, nogi nie są jeszcze przyzwyczajone do biegania dwa dni pod rząd, a będą musiały przyzwyczaić się do jeszcze szybszej regeneracji bo czekają mnie jeszcze trzy wyjścia w tym tygodniu. Potem znowu dwa dni przerwy i…no sami wiecie, to taki niekończący się cykl.

Jutro mam w planie zrobić jakieś biegowe odcinki żeby trochę te zastane długim bieganiem mięśnie rozruszać i zmotywować do szybszego biegania, co z tego wyjdzie to się okaże, nie ma się co oszukiwać, bo główną rolę odegra tutaj pogoda i jeżeli temperatura dopiszę to pewnie odcinki zrobię, a jak będzie zimno, to cóż, czeka mnie dalsze klepanie kilometrów. W końcu jak jest maraton to Swoje Trzeba Wybiegać.

Muang Xay

Mieliśmy zaplanowany jeden dzień wolny, głównie żeby nie podróżować codziennie, odpocząć trochę i wchłonąć atmosferę tego kraju.

P1170274 (Copy)

Dlatego też z rana ruszyliśmy na śniadanie i znaleźliśmy coś co wyglądało na kolorowe baozi, w rzeczywistości okazało się…kolorowymi baozi w stylu Laotańskim. Całkiem przyzwoite i co niesamowicie ciekawe były nadziewane mięsem. Wrażenie niesamowite, bo kolory w ogóle na to nie wskazywały. Nie ma to jak zakłócenia sensoryczne.

P1170275 (Copy)

Potem przyszła kolej na pierwszą Laotańską kawę. Z tym to w ogóle jest ciekawa sprawa bo kawę do Laosu sprowadzili Francuzi i podobno to właśnie Laotańska kawa jest najlepsza w Azji. Cóż, ta pierwsza smakowała jak lura.

P1170307 (Copy)

Ruszyliśmy na spacer, po drodze zatrzymując się na obiad w restauracji chińskiej w której tofu wyglądało smakowicie, ale smakowało paskudnie i doprowadziło nas oboje do nieprzeciętnych problemów żołądkowych. Nauczką powinno być nie ufać Chińczykom w Muang Xay, ale oboje tej lekcji nie odrobiliśmy więc odbije się ona czkawką już za parę dni.

P1170292 (Copy)

W czasie naszego spaceru dotarliśmy do szkoły. A właściwie trzech szkół w jednej: podstawowej, niższej średniej i wyższej średniej.

P1170284 (Copy)

P1170283 (Copy)

Przez dość dłuższą chwilę rozmawialiśmy z jednym z uczniów, który powiedział nam że nie mają oni w ogóle wakacji, co przeraziło i mnie i June. Rzeczywistość jest jednak inna, mają wakacje, łącznie mają blisko 20 tygodni wolnych od nauki w roku, czyli bardzo przyzwoicie.

June tak się tam spodobało że zaczęła bawić się z dzieciakami z, prawdopodobnie, podstawówki, co widać o tutaj:

P1170294 (Copy)

P1170297 (Copy)

Po tym wszystkim ruszyliśmy dalej. Zjedliśmy kolację i wtedy dotarło do mnie że obojętnie jak będę się starał, jedzenie tutaj będzie po prostu kwaśne. Widać takie mają kubki smakowe i to Im pasuje.

P1170305 (Copy)

Znaleźliśmy cichą kawiarenkę, gdzie udało się dostać całkiem przyzwoitą kawę z mlekiem, ale tak naprawdę dobrej kawy w Laosie nie skosztujemy, o czym mogę napisać teraz, ale wtedy byłem jeszcze pełen nadziei.

Czekanie

Właśnie rozlega się dzwonek informujący że do pierwszych zajęć popołudniowych zostało dziesięć minut. Oznacza to że do moich zajęć zostały jeszcze dwie godziny i dziesięć minut. Sporo.

Nie znoszę czegoś takiego, nigdy nie lubiłem i nie polubię. Człowiek budzi się rano, idzie biegać, wraca, robi wszystko co robi rano, idzie na zakupy, odbiera przesyłki i nagle w porze obiadowej gdy myśli że ma jeszcze pół dnia przed sobą zdaje sobie sprawę że jeszcze trzeba iść na zajęcia.

Albo gdzieś wyjechać, wyskoczyć na jeden dzień. Nie można, bo jak to tak? Przecież są zajęcia od 1610 do 1800. To jeszcze jest mały problem. Od maja będą od 1640 do 1830. To już jest dopiero przegięcie. Żeby ludzi trzymać w szkole do tej godziny? To jest niepoważne.

Będę o tym pisać jeszcze wielokrotnie, mam nadzieję że nie szesnaście razy, ale na pewno kilka razy ten temat się przewinie.

Dwa dni przerwy od biegania nie są czymś co lubię, nigdy tego nie robiłem, chyba że musiałem, w tym semestrze nie mam jednak wyjścia, o czym już pisałem.
Dzisiaj wyszło z tego całkiem przyzwoite bieganie i czuję że jest dobrze, zobaczę jak będę czuł się w niedzielę po tych pięciu dniach.

O ile samo bieganie to nie problem to wstawanie rano potrafi być problematyczne. Trzeba samego siebie przekonać że warto iść biegać, że to jest naprawdę to czego chcemy a leżenie w łóżku jest czymś czego nie chcemy.

Pewną praktykę już w tym mam, w dodatku mam taki komfort że nawet jeżeli jeden dzień odpuszczę to pozostaną mi jeszcze cztery, także nie muszę się za bardzo martwić. Poza tym nastawienie do biegania mam bardzo dobre. Jestem mocno zmotywowany tym nadchodzącym maratonem (jeszcze tylko osiemnaście dni, czyli dwa długie biegi w soboty), ale przede wszystkim czuję ogromną radość gdy idę biegać.

A że coraz wcześniej robi się jasno to za parę tygodni te problemy ze wstawaniem znikną aż do jesieni. Aż chce się biegać.

W drodze do Muang Xay

P1170111 (Copy)

Z samego ruszyliśmy na targ poranny by zjeść tam śniadanie, w końcu jedzenie z miejscowymi jest jedną z najlepszych rzeczy jeżeli chodzi o poznawania kraju w którym się przebywa.
Przypomniało mi się przy okazji pewne zdarzenie sprzed kilku dni gdy szliśmy do centrum Luang Namtha. Podjechał do nas na motorze Pan z Panią i podali nam karimatę, która wypadła June, a czego nie zauważyliśmy. Podjechali, oddali i zawrócili. To mnie nastawiło bardzo pozytywnie do tego kraju.

P1170116 (Copy)

Po śniadaniu stwierdziliśmy że nie ma opcji i nie będziemy szli pieszo na dworzec autobusowy, wzięliśmy więc tuk tuk, czyli taką otwartą taksówkę i pojechaliśmy. Bilety zakupione na godzinę dwunastą i pozostało przeczekać dwie godziny.

P1170117 (Copy)

P1170128 (Copy)

Godzinę przed odjazdem rozlega się informacja po Laotańsku i angielsku że autobus przygotowuje się do odjazdu i trzeba się pośpieszyć. Ruszyliśmy więc do autobusu, wypełnionego już ludźmi i, na szczęście, naszymi plecakami. Poczekaliśmy i autobus ruszył pół godziny przed czasem.

P1170193 (Copy)

Zatrzymywał się kilkukrotnie, w tym raz w okolicy wesela.

Chiny i Polskę łączy wiele rzeczy, w tym podejście do spożywania alkoholu w środkach transportu publicznego. Ani Polacy, ani Chińczycy nie przejmują się za bardzo jakimiś zakazami i jak chcą napić się piwa czy czegoś mocniejszego to piją.

P1170183 (Copy)

Jak się okazuje, w Laosie potrafią przytrzymać autobus przez dziesięć minut by napoić Panów opuszczających wesele by wypili jak najwięcej przed wyruszeniem w drogę, ale żaden z tych Panów nie pił już w autobusie.

Muang Xay to stolica prowincji Oudomxay (Udomxay lub podobnie) i obecnie jakąś jedną czwartą miasta stanowią Chińczycy. Przyjechali to z różnych prowincji, głównie Hunan, pozakładali firmy i żyją.

P1170205 (Copy)

Konsekwencje tego są takie że można znaleźć chińskie jedzenie, więc June była zadowolona, bo typowo Laotańskie potrawy Jej nie podchodziły, ale znalezienie taniego hotelu było już trochę trudniejsze.

P1170202 (Copy)

Koniec końców i to się udało, więc po złożeniu plecaków ruszyliśmy do położonej na wzgórzu świątyni buddyjskiej połączonej ze szkołą dla mnichów. I tutaj coś o czym nie wiedziałem, mnichem w Laosie nie zostaje się na całe życie a jedynie na tak długo jak się chce. Oczekuje się od każdego mężczyzny by spędził przynajmniej jakiś czas jako mnich, więc na brak chętnych nie narzekają.

P1170218 (Copy)

P1170272 (Copy)

P1170259 (Copy)

P1170219 (Copy)

Radość

Rok temu w Changchun o tej porze miałem już dość. Dwa dni zajęć i miałem ochotę tym walnąć o podłogę i wrócić. Może przesadzam, ale pewny jestem że zniechęcenie przyszło tam bardzo szybko i miałem tego wszystkiego po dziurki w nosie.

Nie wiem czy da się to zauważyć, ale nie jestem wielkim fanem miejsca w którym pracuję. Wybrałem je bo wybór w okolicy June był niewielki, a coś trzeba było wybrać, bo jak to tak żyć kolejny rok na odległość?

Fanem nie jestem, ale to co lubię robię. Nie wyobrażam sobie bycia nauczycielem jednocześnie tego nie lubiąc. Miałem w życiu wielu nauczycieli, niektórych średnich, innych bardzo słabych, tych dobrych była garstka. Na uniwersytecie było podobnie, tylko tam średnich było najmniej. Byli albo bardzo dobrzy, albo bardzo słabi. Jak to tłumaczył nam dziekan nie każdy dobry badacz, jest dobrym nauczycielem. No tak, nawet jeżeli kończył kierunek nauczycielski…

Tak sobie mędrkuję a chcę w końcu dojść do tematu dzisiejszego wpisu, czyli radości.

Drugie zajęcia dzisiaj. Grupa która pojawia się raz na dwa tygodnie w całości, w dodatku to najsłabsza z wszystkich moich grup. Na dodatek dzisiaj nie mieli jeszcze książek. I w Changchun w takiej chwili dosięgłaby mnie złość. Albo, co bardziej prawdopodobne, kompletna niechęć do dalszego prowadzenia zajęć, bo skoro nie mają książek to Im nie zależy.

A to się nie wydarzyło.

Poczułem radość. Pisząc na tablicy treść zadań poczułem radość że robię coś co pomoże tym młodym ludziom zrozumieć angielski, że robimy coś praktycznego (bo akurat mamy temat o opisywaniu przedmiotów gdy zapomnimy jakiegoś słówka) co Im się przyda. To był taki prawdziwy moment radości, uczucia zadowolenia z pracy. Przypominając sobie to co działo się rok temu w Changchun nie mogę wyjść z podziwu, no nie mogę. Oby trwało to jak najdłużej. Czuję że tego mi naprawdę brakowało, że jednak ten zawód to jest coś co daje mi ogromną satysfakcję i…radość. Jeszcze parę lat temu parsknąłbym śmiechem gdybym to usłyszał.

Początek

Początki zawsze są trudne, w sumie to kto to widział żeby po ponad dwumiesięcznej przerwie zaczynać o ósmej rano w poniedziałek? No właśnie…

Dlatego też pierwsze zajęcia trwały godzinę z małym hakiem. Dostałem te same grupy, więc nie musiałem silić się na przedstawianie się i opisywanie zasad, bo wszystko studenci już wiedzieli. A skoro temat krótki i przyjemny, bo jednak całkowicie języka nie zapominali, to po co trzymać Ich dłużej?

Tyle teorii, bo w praktyce wyszło tak że siedząc na schodach i pisząc plan na kolejne zajęcia spojrzał na mnie kobieta, ja spojrzałem na nią i się uśmiechnąłem, po czym kontynuowałem pisanie, ale Ona dalej się patrzyła. Czułem to, tak jak mysz czuje wzrok kota gdy ten podejdzie za blisko. Po chwili podszedł Pan i wskazał na moje nazwisko na liście.
– To Ty? (Chiński)
– Tak
(Chiński)
– A studenci? (Angielski)
– Skończyliśmy pierwsze zajęcia to ich puściłem (Angielski)
– ???
– Zajęcia skończone (Chiński)
Wyciąga komórkę i pokazuje godzinę.
– No tak, ale zrobiłem wszystko co miałem zaplanowane, dobra rozgarnięta grupa, nie sprawiała żadnych kłopotów, to po co miałem Ich trzymać? (Angielski)
Pan zaczął coś tam wyszukiwać w telefonie, ale ostatecznie zrezygnował i odszedł razem z Panią i innym Panem.

Ach…plan mam w tym semestrze paskudny. Co drugi poniedziałek zaczynem o ósmej i kończę o osiemnastej mając cztery zajęcia, a w co drugi poniedziałek zaczynam o ósmej i kończę o osiemnastej mając trzy zajęcia. W co drugi wtorek mam trzy zajęcia, a w co drugi tylko dwa. W środy mam jedne zajęcia, za to od szesnastej do osiemnastej. W czwartki nie mam zajęć więc wrzuciłem sobie English Corner, a w piątki mam tylko dwa zajęcia. Innymi słowy, jest kiepsko, ale nic nie poradzę, muszę to przetrzymać.
Plan jest o tyle przekombinowany że w poniedziałki i wtorki nie mogę biegać rano, a że po południu nie biegam, to robię sobie dwa dni przerwy, czego nie znoszę i nigdy nie praktykowałem więc nie wiem jakie będą skutki.

Jest za to jeden plus tego wszystkiego. Semestralne egzaminy kończą się w pierwszym tygodniu lipca, więc czeka mnie szybki powrót do domu, a June szybki przylot do Polski.

Dżungla

P1160674 (Copy)

Rok temu będąc na zalesionym wzgórzu gdzieś między Chinami a Laosem upatrzyło mi się wędrowanie po Laotańskim lesie. Co się nie udało wtedy udało się teraz. Problem ze spacerowaniem w takich miejscach jest, przynajmniej dla mnie, całkiem spory gdyż nie można spacerować samemu.
Nie tyle z powodu braku szlaków, bo jakąś ścieżkę się zawsze znajdzie i można się nią pokierować, nie tyle nawet z powodu braku infrastruktury, bo przecież jedzenie i kuchenkę możną wziąć ze sobą, ale bardziej z powodu dostępności najbliższego lasu czyli Nam Ha National Protectected Area, oraz niewybuchów z lat 60-ych i 70-ych.

P1160675 (Copy)

Wędrówkę wykupiliśmy wczoraj, więc z samego rana udaliśmy się na poranny targ pełen jedzenia i rzeczy codziennego użytku, o ile targ wieczorny był nastawiony typowo na turystów, o tyle targ poranny to miejsce w którym okoliczni mieszkańcy kupują jedzenie, jedzą śniadanie, ot taki supermarket na otwartym powietrzu.

P1160676 (Copy)

 

P1160682 (Copy)

P1160685 (Copy)

P1160696 (Copy)

Przed dziewiątą zameldowaliśmy się na miejscu zbiórki i czekaliśmy, czekaliśmy, a potem czekaliśmy jeszcze trochę, aż w końcu pojawiła się spóźnialska Koreanka i mogliśmy w końcu ruszyć. W ciągu najbliższych dwóch tygodni Koreańczycy będą doprowadzać mnie do furii swoim brakiem punktualności.

W teorii najbliższy teren zalesiony znajdował się parę kilometrów od Luang Namtha, w praktyce jednak wyglądało to tak że trzeba było kilkadziesiąt minut spędzić w aucie, a potem przeprawić się rzeką i pokazać bilet.

P1160712 (Copy)

Zanim jednak przeprawiliśmy się przez rzekę odwiedziliśmy pierwsza wioskę zamieszkałą przez rdzennych mieszkańców tych terenów i było to naprawdę fajne bo część pieniędzy z każdej wyprawy idzie do tych wiosek, więc mogą się rozwijać, albo przynajmniej utrzymywać je w dobrym stanie. Naprawdę świetnym przeżyciem było zobaczenie tego jak się tutaj mieszkało i dalej mieszka, w drewnianych domkach pokrytych ratanem i dotknąć tego o czym mówił Cejrowski, że wszędzie plastik. Cóż, do wiosek na obrzeżu Laotańskich parków narodowych dotarł nie tylko plastik ale także telewizja satelitarna.

P1160735 (Copy)

P1160751 (Copy)

Przeprawiliśmy się przez rzeką i ruszyliśmy. Najpierw przez pola ryżowe, a potem to już pod górę. Tak naprawdę to nie jest to dżungla a wiecznie zielony las, w dodatku nie pierwotny, ale i tak wygląda niesamowicie. Od jednodniowej wyprawy nie można oczekiwać że pozwoli nam na bliższy kontakt z naturą, ale widzieliśmy i ślady dzikiej świni i słyszeliśmy rhizomys sinesis, czyli szczura bambusowego. Czyli nie tak źle w porównaniu do tego co nam zaproponowano w Nong Khiaw, ale na to jeszcze przyjdzie pora.

P1160780 (Copy)

 

P1160798 (Copy)

P1160859 (Copy)

Chodziliśmy, chodziliśmy i w końcu przyszła pora na obiad. Obiad w lesie przygotował nas przewodnik. Tachał ze sobą torebki ryżu, zielonych warzyw, trochę mięsa, jajek i sosu pomidorowego. Wszystko to było wspaniałe, bo obiadu przygotowanego na miejscu w lesie nigdy nie jadłem, a już na pewno nie w takim lesie.

P1170011 (Copy)

P1160974 (Copy)

Nagle tylko pojawiło się pytanie a jak to jeść?
Palcami, w dżungli nie ma pałeczek!

Ano nie ma.

P1160840 (Copy)

A potem szliśmy dalej i przewodnik opowiadał o starszych panach przyjeżdzających do Laosu z młodziutkimi dziewczynami, z Kambodży głównie, które nie znały angielskiego, o chłopaku z Hiszpanii chcącym kupić opium, z czym nie było większych problemów, o tym że Chińczycy niszczą okoliczne tereny zamieniając je na uprawy, ale o lesie to niewiele mówił.

P1160921 (Copy)

W końcu z lasu wyszliśmy i przyszło nam czekać na grupę która miała dotrzeć do nas kajakami. Tak po prawdzie to ktoś z wioski z drugiego brzegu miał nas przewieźć, ale nikomu się do tego nie śpieszyło, dzieci tylko wołały więcej dzieci by przyszły popatrzeć na czekających na kamieniach obcokrajowców.

P1160964 (Copy)

A potem wróciliśmy samochodem i było wiadome że trzeba ruszyć dalej, do Muang Xay.

P1170063 (Copy)

P1170019 (Copy)

W końcu w Laosie

P1160502 (Copy)

W końcu, bo ta wyprawa tak naprawdę rozpoczęła się rok temu, to wtedy powstały założenia by do Laosu pojechać i spędzić tam kilkanaście dni. To wtedy też okazało się że przyjazd do Laosu wiąże się z pewnymi problemami dla obywateli Chin. A raczej wiązał się wtedy, o czym za chwilę.

P1160503 (Copy)

Po śniadaniu ruszyliśmy do granicy, gdzie June od razu zapytała o dostępność wiz po stronie Laotańskiej i…nie ma żadnego problemu. O ile rok temu ktoś po stronie chińskiej stwierdził że wiz na miejscu w Laosie Chińczycy nie dostają, o tyle teraz nikt już tak nie mówił i nagle rzeczywistość zaczyna pokrywać się z tym co znajduje się w internecie.

P1160509 (Copy)

Sama odprawa po stronie chińskiej poszła bezproblemowo, paszport, karteczka wyjazdowa, pieczątka i już można przechodzić.

Przeszliśmy oboje z June i…stoimy, czekamy…w końcu June pyta się strażnika granicznego czy mamy czekać na jakiś autobus czy iść, a strażnik odpowiada że czekać. No to czekamy, czekamy…aż w końcu znudziło mi się czekanie, wziąłem June za rękę i poszliśmy.

P1160511 (Copy)

Na horyzoncie ukazała się piękna, złota budowla, mająca przypominać świątynię w stylu znanym z Azji południowo wschodniej, cała pozłacana. Tak oto wygląda budynek po stronie Laotańskiej.

P1160513 (Copy)

Tutaj już June mogła przechodzić bezproblemowo bo wizę miała wyrobioną zawczasu, ja natomiast musiałem zapłacić 250 RMB, dodać zdjęcie i dostałem wizę po 10 minutach.

Laotański strażnik graniczny spojrzał w paszport, wrzucił go do czytnika i puścił w dal.

W teorii miało być przed nami raptem kilka minut spaceru, rzeczywistości nie sprawdziliśmy bowiem stojąc w kolejce, przyglądając się ubezpieczeniom samochodów zagadał do nas pewien Chińczyk i stwierdził że nas podrzuci kawałek bo jedzie akurat w tym samym kierunku co my.

I pojechaliśmy do Luang Namtha.

P1160550 (Copy)

Luang Namtha

Po drodze okazało się że razem ze znajomym prowadzą plantację arbuzów w Laosie. Tam je hodują a sprzedają w Chinach. I zaczął opowiadać o Chińczykach w Laosie.
Nie powiedział nic pozytywnego. Przynajmniej nic pozytywnego mi June nie przytoczyła. Opowiadał za to o tych drzewach z brązowymi drzewami które okazały się być drzewami kauczukowymi zasadzonymi przez Chińczyków. Wytłumaczył też że żeby je zasadzić najpierw wycięto las i zmieniono kształt góry by moc ich więcej zasadzić.
Krzyczał i narzekał na chciwych Chińczyków. Opowiadał że mnóstwo Chińczyków robi tak jak on, ale niszczą pola z innych upraw, niszczą tutejsze tereny by hodować jak najwięcej arbuzów, bananów i drzew kauczukowych.
Opowiadał też o mieszkańcach Laosu, że Im to w gruncie rzeczy do szczęścia potrzeba jedynie ryżu i ostrych przypraw, nie mają ambicji by piąć się w górę, mieć jak najwięcej pieniędzy, a on, jako Chińczyk, musi to cholera, robić (tak to przedstawiła June).

P1160552 (Copy)

Lubię myśleć że zawsze ma się wybór, ale czasem presja otoczenia, rodziny, przyjaciół, jest tak wielka że ten wybór znika i człowiek jest zmuszony do robienia czegoś czego nie chce. Z jednej strony żal mi tego Chińczyka, a z drugiej, no cóż bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie jak to powiedział Gandhi.

P1160594 (Copy)

Wysiedliśmy przy stacji autobusowej Luang Namtha i usłyszeliśmy że oddalona jest od centrum o dziesięć kilometrów.
Phi, dziesięć kilometrów, przejdziemy!
I zaczęliśmy maszerować w samo południe.

I maszerowaliśmy…po raz pierwszy zatrzymaliśmy się na obiad, który był obiadem dla mnie. Wtedy też nauczyliśmy się mówić sa bai dee, czyli dzień dobry i do widzenia. Nudle ryżowe na kwaśno z talerzem zieleniny z miętą na czele będą potrawą która najczęściej będziemy wybierać w Laosie, ale ta pierwsza była szczególna.

P1160586 (Copy)

June oczywiście nie mogło umknąć piękne ubranie starszej Pani siedzącej obok i musiała je przymierzyć. Prośba o to była przekomiczna bowiem ani my po Laotańsku, ani te Panie po Angielsku czy Chińsku.

P1160588 (Copy)

Ruszyliśmy dalej, zatrzymując się ponownie w innej restauracji gdzie poczęstowano nas wodą, oraz w jeszcze innej gdzie zjadłem inny makaron.

P1160601 (Copy)

P1160609 (Copy)

P1160610 (Copy)

W końcu jednak, po ponad dwu i pół godzinnym spacerze, dotarliśmy do centrum Luang Namtha.

A co to?

Luang Namtha to miejscowość w północnym Laosie, która znana jest znana przede wszystkim z bardzo dobrych połączeń autobusowych z resztą kraju, oraz pobliskiego parku narodowego.
W gruncie rzeczy jest to skupisko wiosek ciągnące się przez ponad dziesięć kilometrów. Doszło do tego z powodu amerykańskich bombardowań w czasie drugiej wojny Indochińskiej w czasie to których starsza część wioski została zmieciona z powierzchni ziemi, więc ludzie przenieśli się trochę dalej. Stare nawyki często jednak wykorzenić, więc po pewnym czasie część ludzi wróciła na stare tereny i efekt jest taki że lotnisko i dworzec autobusowy znajdują się dziesięć kilometrów od głównych targów (dwóch) i serca miejscowości.
Miejscowości? Wioseczki, bo mieszka tam niewiele ponad 3000 osób.

P1160620 (Copy)

Jedną rzecz trzeba sobie uświadomić: w Laosie mieszka bardzo mało ludzi. Stolica i największe miasto to Vientine zamieszkiwane przez trochę ponad 700k, co jest wynikiem ze wszechmiar przyzwoitym, ale gdy weźmiemy pod uwagę że cały kraj zamieszkuje niecałe siedem milionów ludzi, a rozmawiamy tu o kraju wielkości Rumunii czy Wielkiej Brytanii to okazuje się że ten kraj jest najzwyczajniej w świecie pusty.

P1160627 (Copy)

Hotel znaleźliśmy bez problemu. Laos to nie Chiny, tutaj obcokrajowcy często nawet nie muszą pokazywać paszportu przy rejestracji, wystarczy kasa z góry i podpis.

P1160646 (Copy)

Po zrzuceni plecaków poszliśmy szukać biura które zabierze nas na wycieczkę do puszczy. Pochodziliśmy, poszukaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy.

P1160643 (Copy)

P1160642 (Copy)

A potem przyszła kolej na kolację i pierwsza bagietkę od niepamiętnych czasów.