#MaratonKarkonoski

Zakończyło się na 6:22.
Cel A został osiągnięty.
Zatrzymywałem się na siku cztery razy, więc spokojnie poniżej 6:20 bym zszedł.
A byłoby jeszcze szybciej, gdyby nie pogoda.

Wiedziałem, że będzie zimno i dlatego wziąłem koszulkę z długim rękawem.
Jednakże, nie przypuszczałem, że będzie aż tak zimno.
Rano stojąc na starcie trząsłem się z zimna i czułem jak mi usta sinieją. Od razu przypomniał mi się Chudy Wawrzyniec sprzed 6 lat, mój ultra debiut zakończony hipotermią. W głowie miałem dwie myśli ‘nie pada’, ‘jak się ruszę to się rozgrzeję’.

Może i bym się rozgrzał, gdyby nie to że pierwsze siedem kilometrów jest pod górę i to tak że bardziej szedłem niż biegłem.
Na pierwszym punkcie chwyciłem cukierka, ale już parę chwil później chciałem zawrócić. Nie tylko ja, bo parę osób zawróciło. Wiało. Chociaż ‘wiało’ to może złe określenie, były momenty, w których wiatr mnie przesuwał. Doszło do tego, że zacząłem odliczać jak daleko jest do startu i ile kilometrów będę musiał zrobić w niedzielę.

W końcu jednak dałem sobie spokój z myśleniem o pogodzie. Zatrzymałem się, ściągnąłem plecak i wymacałem starą folię NRC. Oczywiście nie dało jej się rozwinąć do końca, oczywiście nie dało się jej w tym wietrze ułożyć, oczywiście część z niej straciła już swoją funkcję, ale była to druga warstwa, tak potrzebna by okryć chociaż na moment to lewe ramię.

Na ramieniu jednak za długo nie pobyła, bo po parunastu minutach wylądowała na lewej ręce jako rękawiczka. Tak dobiegłem do drugiego punktu, na którym ratowałem się orzeszkami w czekoladzie i batonami orzechowymi. Postawiłem na kaloryczność i to się opłaciło, bo energia weszła szybko, skończyły się mocne podejście i można było zacząć biegać.

Minęło kolejnych kilka chwil i folia została rozdarta na dwie, bo większa jej część i tak wybrała wolność i poleciała zwiedzać Karkonosze, i została przebranżowiona na rękawiczki.

Z rękawiczkami na dłoniach biegło się znacznie lepiej. Doszły do nich kolejne kalorie w postaci batonów i zanim się obejrzałem już wchodziłem na Śnieżkę. Wchodziłem razem z turystami ubranymi w długie, grube spodnie i dwuwarstwowe kurtki, z czapkami na głowach.

Na Śnieżce nie było nic widać. Może parę metrów przed siebie i tyle. Za to zbiegając będąc już parę metrów pod poziomem mgły widok były ach…Niebieskie niebo, zielone wzgórza i w oddali jeziora.

I tak biegłem, spacerowałem mijając kolejnych biegaczy po drodze, gdy dotarło do mnie, że to już prawie koniec i zacząłem biec. Od czterdziestego trzeciego kilometra do końca już tylko biegłem. Ze Szrenicy to wręcz zbiegałem tak że pobiłem rekord na kilometr, trzy kilometry i ustanowiłem najlepszy wynik w teście Coopera. Innymi słowy, zacząłem za wolno i miałem cisnąć jeszcze mocniej. Po części wytłumaczę się pogodą, a po części…no cóż, następnym razem, gdy będę znał trasę to pobiegnę szybciej, bo będę wiedział, że mogę, że w gruncie rzeczy to cały czas mogę biec.

#MaratonKarkonoski Tydzień dziewiąty, przed zawodami

Jedynym akcentem zaplanowanym na ten tydzień były krótkie podbiegi w poniedziałek. Z powodu przeprowadzki do moich krótkich podbiegów mam 4 kilometry, więc zamiast siedmiu jestem w stanie zrobić tylko pięć. Znaczy, dalej mogę zrobić siedem, ale wtedy czas treningu za bardzo się wydłuża.

Międzyczasy wyszły takie:
3:21, 3:30, 3:32, 3:36, 3:39

Czyli dla odmiany zamiast coraz szybciej to coraz wolniej. Ten pierwszy to przy okazji mój najlepszy wynik więc było dobrze.

Był to najwolniejszy kros w okresie przygotowawczym, ale winę za to zrzucam na dobieg i powrót.

Reszta tygodnia to nudne biegi spokojne i one mnie radością nie napełniały. Zamiast być coraz bardziej wypoczęty czułem się coraz bardziej zmęczony, ale patrząc na to teraz, z przyszłości, dochodzę do wniosku, że była to kwestia zbyt małej ilości pochłanianych kalorii. To jest coś nad czym trzeba będzie popracować.

Łączny dystans biegów 50 kilometrów
Łączny czas biegów 3:56
Średnie tempo 4:43
Suma podbiegów ~600 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 1:40

 

Co było dobre w tym tygodniu?
Świetne podbiegi.

Co jest do poprawy?
Jedzenie.

Obawy?
Przyszłościowo, o podaż kaloryczną.

Ciekawostka z tego tygodnia
W USA sprzedaż ciał po śmierci nie jest regulowana w żaden sposób. W przeciwieństwie do handlu organami.

#MaratonKarkonoski Tydzień ósmy

Ten tydzień miałem zacząć od krótkich podbiegów, ale że w poprzednim tygodniu nie udało zrobić się długich to przełożyłem je na dzisiaj. Ponownie, pięć długich podbiegów o długości ~1.95 kilometra, średnim nachyleniu 2% i 42 metrach różnicy w wysokości. Wyszły o tak:
8:27, 8:24, 8:29, 8:21 i 8:49
Czyli, dwa najlepsze czasy, odpowiednio drugi i trzeci, bo tego najszybszego (8:12) nie zrobię chyba przez jakiś czas jeszcze, do tego bardzo przyzwoite zbiegi (chociaż i tak generalnie wolniejsze od podbiegów!), więc trening wyszedł naprawdę dobrze. Jestem z tego bardzo zadowolony i tylko mam nadzieję, że sił mi na środę nie zabraknie.
A właściwie to dlaczego zbiegi wychodzą wolniej niż podbiegi? Takie mam założenie, trochę te zbiegi może i lekceważę, ale one są dla mnie taką chwilą odpoczynku przed kolejnym mocnym podbiegiem. Traktuję ten trening bardziej jako porządny wycisk interwałowy a mniej jako bieg w drugim czy trzecim zakresie i sądząc po dzisiejszych czasach to daje dobre rezultaty.

 

Wtorek to spokojny bieg.

Środa to mocne WB2. Niby w ogóle tego nie czułem, ale jednak wyszło świetne tempo na bardzo przyzwoitym tętnie, więc wyszło naprawdę dobrze.

Piątek to wycieczka biegowa, tym razem z większa ilością podbiegów:

 

A sobota to mega spokojny bieg na odpoczynek. Tempo w ogóle nie miało znaczenia.

 

Łączny dystans biegów 105 kilometrów
Łączny czas biegów 8:10
Średnie tempo 4:39
Suma podbiegów ~1027 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 1:30

 

Co było dobre w tym tygodniu?
Świetne podbiegi.

Co jest do poprawy?
Motywacja do ćwiczeń dodatkowych, ale to już po Karkonoszach.

Obawy?
O pogodę.

Ciekawostka z tego tygodnia
W tym tygodniu raz jeszcze brak.

#MaratonKarkonoski Tydzień siódmy

Poniedziałek to miały być podbiegi. Wyszły dwa i machnąłem na nie ręką. Nogi jeszcze nie wróciły po niedzieli, a przypuszczam, że jeszcze ten maraton w Szczecinie we mnie siedzi, także kolejne podejście do podbiegów będzie w środę.

Prawdę mówiąc to nawet nie chce mi się tego tygodnia opisywać. To była straszna masakra, tydzień stracony…no dobrze, nie stracony a poświęcony na regenerację. Nauczka z tego przyszła tego, że po maratonie jednak muszę się regenerować, niezależnie od tego jak szybko go biegnę. Sądziłem, że taki lekki tydzień jak ten poprzedni wystarczy, ale to było jednak za dużo i się skumulowało.

W każdym razie tydzień regeneracyjny odhaczony i można od jutra napierać!

Łączny dystans biegów 66 kilometrów
Łączny czas biegów 5:14
Średnie tempo 4:45
Suma podbiegów ~470 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 0:50

Co było dobre w tym tygodniu?
Regeneracja

Co jest do poprawy?
Ćwiczenia dodatkowe.

Obawy?
O motywację do ćwiczeń dodatkowych…

Ciekawostka z tego tygodnia
W tym tygodniu brak.

 

#MaratonKarkonoski Tydzień szósty

Wtorek to był dzień siłowy, czyli podbiegi.
Wyszło, jak zawsze siedem, z takimi oto czasami:
3:48, 3:48, 3:30, 3:30, 3:28
Jak widać czasów jest pięć, podbiegów było siedem, więc co się stało? GPS uznał, że zastrajkuje. GPS w Suunto, uznał, że skoro byłem w Szczecinie, gdzie znalazł mnie w 10 sekund to po powrocie do Katowic nie musi już pracować. GPS, który po przylocie do Chin znalazł mnie w 3 minuty wśród wieżowców nie potrafił uruchomić się przez 10 minut, nawet po zresetowaniu ustawień.
Do tego trasa wyszła oszukana, ale już mniejsza o to. Wyszedł mi najwolniejszy trening podbiegowy, pomimo najwyższego tętna zanotowanego przez pulsometr – 174. Nie mam pojęcia czy to pozostałość po maratonie, czy nazbierane zmęczenie, ale nie rusza mnie to ani trochę z kilku powodów. Mianowicie te trzy ostatnie podbiegi, z wyjątkiem ostatniego, były odczuwalnie najsłabsze, a wyszły niby najszybciej (pewnie nie wyszły, ale teraz i tak tego nie sprawdzę), ostatni był jednym z nielicznych które pobiegłem w mniej niż 3:30, o wiele bardziej przykładałem się do pracy ramionami. Nie tylko mnie to nie rusza, jestem wręcz z tego zadowolony, zwłaszcza z tych trzech ostatnich, bo z nich byłem na miejscu zadowolony najmniej.

Środa i czwartek to praktycznie kopie biegów po 70 minut.

Sobota to szybka godzinka przed niedzielą.

A niedziela to trzy kilometry dobiegu do startu, półmaraton i trzy kilometry powrotu.

Tak naprawdę to ten tydzień miał być mocno regeneracyjny po maratonie, ale ta niedzielna połówka wszystko mi popsuła. Jestem dwa kilogramy na wadze na minusie więc z jedzeniem mocno zawalam ostatnio i to tłumaczy powolną regenerację.

Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 87 kilometrów
Łączny czas biegów 5:46:39
Średnie tempo 4:38
Suma podbiegów ~930 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 1:20

Co było dobre w tym tygodniu?
Równe podbiegi.

Co jest do poprawy?
Ćwiczenia dodatkowe.
Jedzenie.

Obawy?
O pogodę.

Ciekawostka z tego tygodnia
W tym tygodniu brak.

#MaratonKarkonoski Tydzień piąty

Celem na poniedziałek było zrobienie pięciu w miarę równych powtórzeń, z których każde miało być poniżej 9 minut. Wyszło o tak:
8:59, 8:39, 8:35, 8:49, 8:51
Czyli, o ile z tego pierwszego nie jestem zadowolony, tak generalnie uważam trening za udany.
Łącznie wyszło o dwie minuty wolniej niż dwa tygodnie temu, ale spodziewałem się tego. Co było bardzo fajne w tym treningu to bardzo równe podbiegi i zbiegi. Poprzedni najszybszy zbieg był tym ostatnim pokonanym w czasie 7:47, czyli tempie 3:58 min/km, co jest jakąś kompletną abstrakcją, a najwolniejszy zbieg miał czas 9:10, czyli o 10 sekund szybciej niż najwolniejszy podbieg. Tym razem, wszystkie zbiegi poszły w czasie poniżej 9 minut, żaden nie był przebiegnięty w czasie absurdalnym.
Owszem było wolniej, ale było znacznie równiej i o to chodziło.
Przy okazji muszę powiedzieć, że dalej czuję zmęczone uda po piątku i doszedłem do wniosku, że chociaż robienie przyspieszeń w biegu długim jest fajne, to jednak robienie ich przez 10 kilometrów to praktycznie jak robienie trzeciego akcentu, a tego mi nie potrzeba, także następnym razem będą krótsze.

Wtorek to bieg spokojny, który tym razem się udał. Tętno bardzo fajne, bo raptem 137 i tempo odpowiednie, praktycznie powtórka tego jak to wyglądało dwa tygodnie temu. Mam nadzieję, że jutro wyjdzie równie fajne WB2 jak wtedy.

A wyszło chyba nawet lepiej. Może i nie czułem się najlepiej, ale nogi mnie same niosły a tętno nie chciało podskoczyć co było ogromnym zdziwieniem. Ostatecznie zrobiłem 10 kilometrów w tempie 4:10 z mocnym ostatnim kilometrem i bardzo fajnym średnim tętnem 159. Innymi słowy było dobrze.

Piątek to bardzo dziwny bieg spokojny, bo tętno było bardzo wysokie, ale zwalam winę na te dziwne ugryzienia na nogach.

Sobota to szybki szpil, bo raptem 8 kilometrów w przygotowaniu do niedzieli.

A niedziela to pierwszy maraton, w którym prowadziłem grupę. Co prawda nikt, oprócz drugiego pacemakera, nie dobiegł ze mną w planowanym czasie, ale po drodze było sporo śmiechu, zabawy i rozmów na tematy wszelakie. Trochę to prowadzenie nam nie wyszło bo tempo było rwane, ale koniec końców byliśmy na mecie minutę przed planowanym czasie, więc chociaż tyle udało się zrobić. Pogoda paskuda, maratony w lato to chyba wyłącznie należy biegać w lasach.

 

Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 121 kilometrów
Łączny czas biegów 10:44:35
Średnie tempo 5:18
Suma podbiegów ~1080 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 1:39

Co było dobre w tym tygodniu?
Przebiegnięty maraton

Co jest do poprawy?
Ćwiczenia dodatkowe.

Obawy?
Trochę o biodro

Ciekawostka z tego tygodnia
Szczecin naprawdę nie leży nad morzem ;-)

#MaratonKarkonoski Tydzień czwarty

Po wymianie baterii w pulsometrze i przetestowaniu go w niedzielę, w poniedziałek postanowił zastrajkować. Od teraz zacznę co rano używać żelu do USG, bo mnie trochę to irytuje.
Poniedziałkowe podbiegi w tygodniach parzystych są krótkie, ale intensywne. Gdy już pulsometr zaczął działać momentami pokazywało się tętno 171, czyli było mocno.
Nie padł rekord życiowy, ale powody ku temu były dwa: ciężki żołądek, do tego stopnia, że nie mogłem wypić izo i, co ważniejsze, nie robiłem szybkich zbiegów jak dwa tygodnie temu.
Za punkt odniesienia potraktuję podbiegi o długości około 700 metrów, średnim nachyleniu 5% i około 38 metrach różnicy wysokości. I czasy:
3:31, 3:27, 3:31, 3:34, 3:38, 3:36 i 3:31
Dwa tygodnie temu było to:
3:31, 3:25, 3:30, 3:29, 3:34, 3:41 i 3:45
I kilka wniosków.
Te wolniejsze w tym tygodniu były niewiele wolniejsze o góra 5 sekund.
Ostatni w tym tygodniu był dużo szybszy i po powrocie do domu czułem, że mógłbym zrobić jeszcze ósme powtórzenie.
Różnica między najszybszym a najwolniejszym to 11 a nie 20 sekund, czyli jest bardziej równo, nie chcę mówić że pojawia się automatyzm, ale z pewnością dzięki temu że nie zacząłem ultra mocno byłem w stanie wykonać więcej powtórzeń w miarę równo.

Wtorek to bieg spokojny który w ogóle nie wyszedł. Tempo było mocne, nie wiem jak tętno, bo pulsometr zaczął działać dopiero na szóstym kilometrze, ale wydawało się być w porządku. Innymi słowy, czułem się we wtorek mocny i zamiast zachować zdrowy rozsądek i pobiec spokojnie oszczędzając siły na środę pobiegłem mocno. Jutro okaże się jaką cenę przyjdzie mi za to zapłacić.

I zapłaciłem za to w środę. Czułem, że jest ciężko, a gdy w końcu pulsometr zaczął działać okazało się że biegnę na znacznie wyższym tętnie niż tydzień temu, ale machnąłem na to ręką i dociągnąłem do końca uznając że i tak dwunastu kaemów nie wymęczę.

Piątek to długie wybieganie, tym razem bez obranego celu, więc postanowiłem przynajmniej trochę pagórków zaliczyć. To coś co będę jeszcze mocniej uskuteczniał w czerwcu, bo chcę się przynajmniej trochę przyzwyczaić do wbiegania na pagórki będąc dość solidnie zmęczonym.
To był także trzeci bieg, który kończyłem fartlekiem, tym razem jednak zamiast piramidki do 50 szybkich kroków robiłem je do 60 i wyszło, że taka jedna pełna to około dwóch kilometrów, więc weszło 5. Nigdy przedtem nie kończyłem długich wybiegań aż takimi długimi przyspieszeniami. Oczywiście biegając po mieście trzeba liczyć się z tym, że czasem zatrzyma się na światłach i wtedy te wolne kroki zamieniają się w wolne minuty, ale szybkie kroki zawsze są szybkie. Nie mam pojęcia jak będę się jutro czuł, ale przypuszczam, że lekko nie będzie.

 

Powoli kończą mi się pomysły co zrobić z pulsometrem, bo działać to on działa, ale dopiero po jakiejś godzinie, a wtedy to mi już nie jest potrzebny.

Tak obolałych nóg nie miałem od dawna. Pierwszych 10 kilometrów to była droga przez mękę, ale ostatnie cztery już jakoś poszły. Czuć, że jest to nagromadzone zmęczenie nie tylko z wczoraj, ale i z całego tygodnia. Gdy tak na spokojnie przyjrzałem się wczorajszej wycieczce biegowej to wyszło mi że było tam parę naprawdę szybkich kilometrów, tak rzędu 4:14-4:17, czyli zmęczenie jest jak najbardziej zasadne.

Z wiadomości innych – pulsometr zadziałał o wiele szybciej i chyba mam na niego sposób.

Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 101 kilometrów
Łączny czas biegów 7:53
Średnie tempo 4:39
Suma podbiegów ~1050 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 3:24

Co było dobre w tym tygodniu?
Mocne podbiegi w poniedziałek.
Mocna wycieczka biegowa.

Co jest do poprawy?
Ćwiczenia dodatkowe.
Praca lewej nogi.
Kontrola tempa w czasie BS

Obawy?
Że przeciążę prawą nogę.

Ciekawostka z tego tygodnia
Wtórne utonięcie lub suche utonięcie może nastąpić nawet kilka dni po dostaniu się wody do płuc.

#MaratonKarkonoski Tydzień trzeci

Poniedziałek, czyli długie podbiegi po raz drugi. Założenie na ten dzień było proste. Zrobić pięć długich podbiegów, a przynajmniej dwa z nich poniżej 9 minut. Udało się zrobić cztery poniżej tych dziewięciu minut, a ostatni poszedł już bardziej na zaliczenie i wyszło bliżej dziesięciu.
Każdy z podbiegów ma około 1950 metrów, średnie nachylenie 2% i różnica wysokości to 42 metry. Poszły o tak:
8:34, 8:12, 8:20, 8:26 i 9:20
Nawet ten ostatni znalazł się w mojej najszybszej dziesiątce.
Nie wiem czy jestem to w stanie zrobić w mniej niż osiem minut, przynajmniej na razie.
Jestem bardzo zadowolony z tego treningu, dał mi solidnie w kość, tętno momentami zbliżało się do 170, więc było mocno.
Zauważyłem, że moja lewa noga nie ‘daje’ tak mocno jak prawa i trochę mnie to martwi, ale tylko trochę, bo zacznę nad tym pracować i się to wszystko wyrówna.

Wtorek to pora na odpoczynek dla zmęczonych nóg i znajdowanie nowych tras. Dzisiaj więc pobiegłem sobie prze centrum Katowic, ale przyznam się uczciwie, że nie lubię biegać w centrach z powodu irytującej sygnalizacji świetlnej. Takie zatrzymywanie się, ruszanie, rozpędzanie i znowu zatrzymywanie to co prawda przyzwoity trening interwałowy, ale zupełnie nie na miejscu, gdy chce się po ciężkim biegu zrelaksować.
Dobre jest to że systematycznie zwalniam i wraz z tym spada tętno więc te biegi spokojne, rzeczywiście są coraz bardziej spokojne. Ciągle w tych górnych granicach, ale jednak o wiele lepiej niż jeszcze tydzień czy dwa temu.

Środa to udane WB2. Udane pod kilkoma względami. Udało się utrzymać równe tempo przez dziesięć kilometrów, a przy okazji średnie tętno było poniżej 160, czyli bardzo fajne. Nie wiem czy to wina pulsometru, czy jednak idzie ku dobremu ;-) Grunt, że był to naprawdę fajny trening. Za tydzień powtórka, chociaż nie jestem pewien czy nie zrobię 12 kilometrów zamiast 10.

A po treningu, taka sytuacja.
Stoję sobie przy trzepaku i rozciągam się. Jak to zawsze o tej porze kręcą się jacyś ludzie, w tym jeden zbieracz złomu. Odstawił swój wózek i podchodzi do mnie.
– Przepraszam, mogę się o coś zapytać?
– Proszę.
– Długo biegasz?
– No tak z dziewięć lat już będzie.
– Pytam, bo też trochę biegam. A jakie dystanse?
– No głównie maratony.
– A jaki masz najlepszy wynik?
– No koło 3:15
– To nie najlepiej co? W sensie…jak na takiego, to można lepiej, nie?
Powiedziałem ‘Do widzenia’ i sobie poszedłem.
Jeszcze tylko usłyszałem ‘No przepraszam’, ale już się nie obróciłem.
Często zarzuca się hejterom w internecie że w twarz by nikomu hejtów nie rzucili. Wygląda na to, że poziom moich hejterów jest taki, że nie dość, że ich nie znam to jeszcze rzucą mi hejt w twarz.

W piątek była kolejna próba dotarcia do zamku w Będzinie, tym razem nie kręciłem się za bardzo, tylko ustaliłem trasę i się jej trzymałem.
Zamek wygląda tak:

A trasa tak:

Nie jestem wielkim fanem robienia wycieczek biegowych po miastach bo najzwyczajniej w świecie za dużo czasu marnuje się czy to na światłach, czy to na schodach, ale okazjonalnie można się trochę pomęczyć.

Sobota to spokojny, wręcz bardzo spokojny big. Najwolniejszy w ciągu ostatnich trzech tygodni, nie licząc tylko biegów długich, czyli jest tak jak być powinno.

 

Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 104 kilometry
Łączny czas biegów 8:06
Średnie tempo 4:40
Suma podbiegów ~930 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 3:30

Co było dobre w tym tygodniu?
Mocne podbiegi w poniedziałek.
Udane WB2.
Wycieczka biegowa.

Co jest do poprawy?
Ćwiczenia dodatkowe.

Obawy?
Że motywacji zabraknie.

Ciekawostka z tego tygodnia
Pirofilia to czerpanie gratyfikacji seksualnej z ognia.

#MaratonKarkonoski Tydzień drugi

Poniedziałek to powrót na stare śmieci, czyli krótkie i strome podbiegi pod planetarium. Planowo miało być ich 8, ale zgodnie z nowymi założeniami treningowymi uznałem, że skoro zajmie to około 70 minut lepiej zrobić 7 i trochę mniej kwasu skumulować. Oczywiście mógłbym zrobić 8, ale wtedy byłyby słabsza, a chciałem się do tych podbiegów naprawdę przyłożyć.
Przyłożyłem się i chociaż za mocno zacząłem, bo każde powtórzenie po drugim było coraz wolniejsze to jednak każde było i tak szybsze niż mój poprzedni rekord na tym odcinku. Przy okazji okazało się, że moja poprzednia trasa, na której okazywałem się dużo wolniejszy od innych biegających (według rankingów na stravie), była przekłamana i nadkładałem na niej około stu metrów, czyli mniej więcej tyle o ile byłem wolniejszy. Oczywiście te wyniki ciągle są do poprawienia.
Te 7 powtórzeń w mocnym tempie to o wiele lepszy bodziec rozwojowy niż 8 w tempie wolniejszym, także liczba zostaje, teraz pora ćwiczyć nad wytrzymałością, żeby różnica między najszybszym a najwolniejszym powtórzeniem nie była aż tak duża.
Ostateczny wysiłek byłoby łatwiej ocenić, gdyby nagle pulsometr nie przestał działać, ale na ostrym podbiegu tętno wynosiło 173 przy trzecim powtórzeniu, więc było ‘srogo’.
A suma podejść to około 370 metrów, więc ze wszech miar przyzwoicie.
Za tydzień pora na dłuższe i spokojniejsze podbiegi. Celem tym razem nie będzie tylko zaliczenie 5 powtórzeń (nowy standard), ale zrobienie przynajmniej dwóch w mniej niż 9 minut, a mój dotychczasowy rekord na tym odcinku to 9:03, więc nie będzie zmiłuj się.

Wtorek to bieg spokojny i było wolniej niż tydzień temu, co bardzo ważne, ale były też jakieś absurdalne skoki tętna co zaowocowało solidnym myciem paska do tętna.

Środa to pierwsze podejście do WB2 i dopiero w jego trakcie zacząłem liczyć, ile dni minęło od maratonu. Siedemnaście. Wtedy dotarło do mnie, dlaczego tętno jest takie wysokie a nogi tak bardzo nie chcą mnie nieść. Najzwyczajniej w świecie jeszcze się nie zregenerowałem. Za tydzień spróbuję jeszcze raz i wtedy powinno być dobrze.

Piątek to strasznie długie wybieganie. Planowo chciałem dobiec do zamku w Będzinie, zrobić zdjęcie i wrócić. Niestety jako że ostatnio dostałem się do Sosnowca inaczej niż autobusem niecałe osiem lat temu zapomniałem już, gdzie trzeba skręcić by ominąć drogę ekspresową. Efekt był taki, że do Będzina dobiegłem, ale że nabiegałem już dwadzieścia kilometrów to musiałem wracać. Gdybym tego nie zrobił skończyłoby się na mniej więcej czterdziestu kilometrach, a to jednak trochę za dużo. Wracałem drogą krótszą próbując odnaleźć tę drogę, którą znałem i to się udało, więc w następny piątek zrobię kolejne podejście i tym razem powinno się udać. Aczkolwiek powiem uczciwie – nie podoba mi się ta trasa ani trochę, jest na niej za dużo świateł i samochodów. Koniec końców, tak to wyglądało:

 

Sobota to bardzo potrzebna regeneracja po piątku.
Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 100 kilometrów
Łączny czas biegów 7:54
Średnie tempo 4:41
Suma podbiegów ~930 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 2:39

Co było dobre w tym tygodniu?
Podbiegi w poniedziałek.

Co jest do poprawy?
Ćwiczenia dodatkowe.

Obawy?
Że plecy nawalą.

Ciekawostka z tego tygodnia
Morsy arktyczne mogą użyć kłów by zahaczyć o lód i odpocząć pozostawiając resztę ciała w wodzie.

#MaratonKarkonoski Tydzień pierwszy

Poniedziałek był trudny, bo nie dość, że nogi były jeszcze zmęczone po maratonie to jeszcze w weekend chodziliśmy z June po górach i trochę się kwasu musiało skumulować. Na szczęście głównie w łydkach, więc nie doskwierało to jakoś strasznie.
Trudny, nie trudny, ale cztery długie podbiegi trzeba było zrobić. Tylko cztery, bo następnym razem będzie ich już pięć i będą musiały być szybsze. Te były ogólnie rzecz biorąc przyzwoite, ale biegane bardziej ‘na zaliczenie’.

Wtorkowy bieg to siedemdziesiąt minut w tempie spokojnym i był to pierwszy bieg, który biegłem na czas a nie na kilometraż. To jest jedna z kilku zmian w podejściu treningowym i zobaczymy jak się sprawdzi. Wiadomo, że czasem kilometrów będzie mniej, czasem więcej, grunt to, żeby minuty się zgadzały. Tempo było przyzwoite i co najważniejsze średnie tętno faktycznie było w widełkach biegu spokojnego.
A na koniec bardzo fajny Fartlek.

Środa to dzień, w którym dało się już odczuć skumulowane zmęczenie nie tylko z dwóch dni poprzednich, ale chyba jeszcze z maratonu. Efekt był taki, że tętno było takie samo jak we wtorek, ale tempo o 4 sekundy na kilometr gorsze. I tak bardzo dobre, bo 4:40 min/km to nie w kij dmuchał i rok temu nawet o tym nie myślałem, ale jednak było wolniej.
Tym razem bez Fartleka, ale za to z szybkim długim zbiegiem. Bieg był nawet trochę dłuższy od planowanego, ale to dlatego że trochę machnąłem się w obliczaniu długości trasy. No cóż, bywa i tak.

Piątek, czyli pierwsza od marca trzydziestka. Jednocześnie była to druga trzydziestka w roku. Było dobrze, szybko, chyba wręcz za szybko, kończyłem z Fartlekiem, ale cieszę się przede wszystkim z tego że znalazłem nową trasę bo to jest coś lubię robić – znajdować nowe trasy. Dzięki temu nie muszę ciągle powtarzać tych samych dróg i kręcić bączków w parku. Ciągle sam siebie zadziwiam, gdy przypomnę sobie bieganie 30+ kilometrów tylko w parku właśnie.

Sobota była wymęczona, tempo takie samo jak w środę, chociaż tętno niższe. Dotarło do mnie, że te biegi spokojne, muszę być spokojniejsze, bo chociaż tętno na to nie wskazuje to jednak zmęczenie się kumuluje.

Podsumowanie tygodnia:
Łączny dystans biegów 94 kilometry
Łączny czas biegów 7:24
Średnie tempo 4:41
Suma podbiegów ~850 metrów
Czas ćwiczeń dodatkowych to 3:33
Co było dobre w tym tygodniu?
Dużo podbiegów.

Co jest do poprawy?
Więcej spokoju w bigach spokojnych, nie ma sensu cisnąć tak mocno. Trzeba biegać bliżej 4:50, niż 4:40.

Obawy?
Że jednak nie zwolnię.

Ciekawostka z tego tygodnia
To Czarne Pantery rozpętały burzę związaną z drugą poprawką do amerykańskiej konstytucji.