#MaratonKarkonoski

Zakończyło się na 6:22.
Cel A został osiągnięty.
Zatrzymywałem się na siku cztery razy, więc spokojnie poniżej 6:20 bym zszedł.
A byłoby jeszcze szybciej, gdyby nie pogoda.

Wiedziałem, że będzie zimno i dlatego wziąłem koszulkę z długim rękawem.
Jednakże, nie przypuszczałem, że będzie aż tak zimno.
Rano stojąc na starcie trząsłem się z zimna i czułem jak mi usta sinieją. Od razu przypomniał mi się Chudy Wawrzyniec sprzed 6 lat, mój ultra debiut zakończony hipotermią. W głowie miałem dwie myśli ‘nie pada’, ‘jak się ruszę to się rozgrzeję’.

Może i bym się rozgrzał, gdyby nie to że pierwsze siedem kilometrów jest pod górę i to tak że bardziej szedłem niż biegłem.
Na pierwszym punkcie chwyciłem cukierka, ale już parę chwil później chciałem zawrócić. Nie tylko ja, bo parę osób zawróciło. Wiało. Chociaż ‘wiało’ to może złe określenie, były momenty, w których wiatr mnie przesuwał. Doszło do tego, że zacząłem odliczać jak daleko jest do startu i ile kilometrów będę musiał zrobić w niedzielę.

W końcu jednak dałem sobie spokój z myśleniem o pogodzie. Zatrzymałem się, ściągnąłem plecak i wymacałem starą folię NRC. Oczywiście nie dało jej się rozwinąć do końca, oczywiście nie dało się jej w tym wietrze ułożyć, oczywiście część z niej straciła już swoją funkcję, ale była to druga warstwa, tak potrzebna by okryć chociaż na moment to lewe ramię.

Na ramieniu jednak za długo nie pobyła, bo po parunastu minutach wylądowała na lewej ręce jako rękawiczka. Tak dobiegłem do drugiego punktu, na którym ratowałem się orzeszkami w czekoladzie i batonami orzechowymi. Postawiłem na kaloryczność i to się opłaciło, bo energia weszła szybko, skończyły się mocne podejście i można było zacząć biegać.

Minęło kolejnych kilka chwil i folia została rozdarta na dwie, bo większa jej część i tak wybrała wolność i poleciała zwiedzać Karkonosze, i została przebranżowiona na rękawiczki.

Z rękawiczkami na dłoniach biegło się znacznie lepiej. Doszły do nich kolejne kalorie w postaci batonów i zanim się obejrzałem już wchodziłem na Śnieżkę. Wchodziłem razem z turystami ubranymi w długie, grube spodnie i dwuwarstwowe kurtki, z czapkami na głowach.

Na Śnieżce nie było nic widać. Może parę metrów przed siebie i tyle. Za to zbiegając będąc już parę metrów pod poziomem mgły widok były ach…Niebieskie niebo, zielone wzgórza i w oddali jeziora.

I tak biegłem, spacerowałem mijając kolejnych biegaczy po drodze, gdy dotarło do mnie, że to już prawie koniec i zacząłem biec. Od czterdziestego trzeciego kilometra do końca już tylko biegłem. Ze Szrenicy to wręcz zbiegałem tak że pobiłem rekord na kilometr, trzy kilometry i ustanowiłem najlepszy wynik w teście Coopera. Innymi słowy, zacząłem za wolno i miałem cisnąć jeszcze mocniej. Po części wytłumaczę się pogodą, a po części…no cóż, następnym razem, gdy będę znał trasę to pobiegnę szybciej, bo będę wiedział, że mogę, że w gruncie rzeczy to cały czas mogę biec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.