Są takie chwile kiedy uwielbiam moich studentów. Bardziej w sensie uwielbiam uczyć niż uwielbiam tych konkretnych studentów. Ten zawód daje mi to mnóstwo, ale to naprawdę mnóstwo radości i tutaj, w Longhu, tej małej wiosce gdzieś na krańcu świata momentami czuję że to wszystko ma sens, odzyskuję wiarę w sens tej pracy tutaj. Owszem, czasem ten sens znika z tego samego powodu. Czasem mam ochotę przyznać rację jednemu z moich wykładowców na uniwersytecie i powiedzieć że faktycznie uniwersytet byłby o wiele lepszym miejscem gdyby nie studenci.
Tyle że nie dzisiaj. Dzisiaj jestem mocno podbudowany.
Ostatnie zajęcia w te parzyste tygodnie mam z taką średnią grupą. Średnią. Może z trzy osoby rozumieją większość tego co do Nich mówię. Parę nie ogarnia w ogóle.
Czyli średnio, ale jeszcze nie najgorzej. Nawet na kilometr nie zbliżają się do tego co było w Changchun.
To w tej grupie jest ten jeden student który pamiętał by odrobić zadanie domowe dwa tygodnie temu. W tym tygodniu zawiódł mnie solidnie bo się nie przygotował. Za to cała reszta grupy już tak.
I to był pierwszy ogromny plus.
Drugim ogromnym plusem było to jak zadanie domowe zaprezentował jeden ze studentów:
– Czołem doktorku, boli mnie brzuch.
– Oj stary, a co jadłeś?
I się uśmiałem. Reszta była utrzymana w podobnym tonie więc tylko zwróciłem uwagę że to dość nietypowe, ale jak najbardziej poprawne.
– O ile są znajomymi.
– Oczywiście, w tej sytuacji są dobrymi znajomymi.
I to jest taka drobnostka powiecie, bo co to niby trudnego powiedzieć doktorku i stary? Niby nic, ale rozróżnianie stylu formalnego i nieformalnego daleko wykracza poza to co się robi w Chińskich szkołach. To świadczy o zaangażowaniu poza normalnymi zajęciami.
Zawsze gdy widzę kogoś tak zaangażowanego serce mi rośnie. Chłopak pewnie ogląda mnóstwo filmów i stąd ma tę wiedzę, co jest fantastycznym dowodem na to że filmy w oryginale z napisami w odpowiednim języku dają naprawdę pozytywne rezultaty.
























































































